IV

W Vergen watażka się gubił. Nie naprawdę – wiedział, gdzie jest północ, zawsze – tylko przy opisach, przy podobno normalnych wskazówkach. Wtedy się wahał, szukał w głowie mapy, wszystko to trwało sekundy, ale było zauważalne (słabość).

Mówiono „dwa domy na lewo od kowala", dodając „w stronę karczmy", zamiast podawać kierunki, a ulice, kramy, kładki, domy – wszystko wyglądało na pierwszy rzut oka identycznie, zupełnie inaczej niż drzewa, skały, polany, uroczyska, zakola rzek, które się rozpoznawało od razu, nawet w snach, nawet na obrazach. Także słabych.

Co z kolei bardzo bawiło nilfgaardzkich dostojników, wzbogaconych po temerskich dworkach o pejzażyki, im zgoła nic nie mówiące.

V

Polowania, na które nalegali znudzeni przerwą w ofensywie możni Cesarstwa, były dla Iorwetha okazją, by pobyć wśród zieleni, na prawdziwie wolnym powietrzu i jako takie podpadałyby pod „miłe", gdyby nie poczucie, że uczestnicy są zbyt głośni, barwni, lekkomyślni, że te orkiestry, śmiechy, rewie mody to śmierć (tortury, szeptało w głowie, dla ciebie tortury, długie, bez końca, dla ciebie albo samobójstwo, albo zdrada, nie egzekucja), gdyby nie stale zatrzymywane „ciszej, bloede arse" na końcu języka – lecz to przecież tylko odruch, nawyk, przyzwyczajenie... Przecież każdy jakieś ma. Muzyk szuka tonacji, żołnierz salutuje, Jaskier dużo gada, Nilfgaardczycy cały świat traktują, jak swoją własność.

VI

Niektórych wojskowych Iorweth kojarzył z poprzedniej wojny. Dla nich wspomnienia były nostalgiczną przyjemnostką – ot, nie do końca przegrana kampania, jedna z wielu szans. Czym były dla elfa, mówił rzut oka na mapę, na Rzeczpospolitą wielkości jednej dzielnicy i potężny Nilfgaard: niczym i wszystkim były. Niczym, co mogłoby zirytować dowódców Emhyra, wszystkim, co mogło im poprawić nastrój, przypomnieć dawną wspólnotę (trudniej jednak, nawet po pijaku, gnębić włościan znajomego).

Wspominało się więc, wspominało z uśmiechem, rzucało anegdotki, pamiętało o wdzięczności za amnestię, śmiało z ludzkich więzień, piło i śpiewało cesarskie pieśni, bo wojna, ach, wojna, wojna jest zawsze ta sama, prawda, panowie?

VII

Wyrzucili kurtyny z łóżka w pierwszym tygodniu – u obojga wywoływały duszności, przeczucie uwięzienia, niebezpieczeństwa. Dwór był w rozpaczy, bo Saskia powinna mieć wszystko, co najlepsze, wszystko, jak inni władcy.

Zostawili dworowi baldachim, brokatowy, od środka mieniący się milionem światełek. Trochę jak gwiazdy. Trochę jak gwiazdy, trochę jak drobne halucynacje, które miewał Iorweth: blaski, plamy, zygzaki.

Na co dzień te drobiazgi były oczywiście niepasujące, zgrzytały. Pod baldachimem, kiedy watażka się budził: tylko kolejne punkciki. Prawie akuratne.
Widywał też twarze, sylwetki na krawędzi wzroku, ale to felczerzy wytłumaczyli mu zaraz po... urazie. Żadne tam duchy, sumienie czy inne przesądy. Nawyk mózgu. Powidok.

VIII

Niekiedy – bardzo się starał nie precyzować częstotliwości – Iorweth miał wrażenie, że zapięcie sobolowej delii, złote zapięcie z diamentową spinką, to stryczek. Odczucie, zawsze przerażająco realne, nachodziło nagle, w połowie rozmowy, spaceru, czytania, najzwyklejszych chwil.

To bez sensu, czyli żadna przepowiednia, powtarzał sobie, wstrzymując chęć poluzowania kołnierza (zauważyliby, odgadli; lęk dowódców nie służy sprawie), to absolutnie bez sensu, nie masz najmniejszego powodu się bać akurat szubienicy: ciebie czeka albo śmierć w walce, albo tortury, łamanie kołem, rwaniem końmi, ćwiartowanie, pewnie wszystko naraz. Ale nie powieszenie, tak szybkiego, łatwego zgonu Dh'oinne nigdy ci nie dadzą. Żadna przepowiednia. Nie ma się czego bać.

IX

Saskia zaproponowała, że założy ogród. Nawet dwa, zwykły i zimowy, malutkie, ale zawsze.

— Drzewa — mówiła, dziwnie niepewnie, prosząco — kwiaty, może oczko wodne czy fontanna. Obok sypialni, żebyś miał blisko, kiedy będziesz... — urwała. — Wszystkim się przyda, to zwykłe górnicze miasto, musimy je upiększyć, żeby się nadawało na stolicę.

— Chcesz ze mnie zrobić królową z ludzkiej legendy — mruknął Iorweth; bez gniewu, tylko zdumiony.

— Nieee, jej ogrody były tak wielkie, że zajęłyby pół Vergen. — Kobieta spróbowała zbyć kwestię.

— Las nie był moim domem, był moim polem bitwy — przypomniał watażka. — Nie jestem żadną ludzką królową i nie mam ojczyzny, za którą mógłbym tęsknić. Własna ziemia to w ogóle przywilej Dh'oinne od ostatnich paru wieków.

Wyszło złośliwiej, niż planował – ledwie słowa zawisły w powietrzu, zdjął go lęk.

— Ale to świetny pomysł — dodał szybko. — Stolica potrzebuje splendoru, ludziom się na pewno spodoba, lubią zieleń, po jakimś czasie przekonają się też krasnoludy. Chętnie ci pomogę w planowaniu.