Drzwi zamknęły się, a wysoki mężczyzna we fraku, obróciwszy się prędko na pięcie, podszedł do Ciela. Chłopiec nie spuszczał wzroku z jego pewnych siebie kroków. To był chód, który potrafił rozpoznać wszędzie. Szybki, acz niepozbawiony gracji i dumy. Mocny, ale nie ciężki. Można by rzec- wręcz idealny.

Patrząc na zbliżającą się nieuchronnie wszechpotężną bestię, Ciel poczuł, jak całą jego istotę wypełnia wrażenie marności i niższości. Ten napawający go respektem potwór był w stanie zrobić wszystko, gdyby nie obowiązujące go zasady kontraktu. Mógłby zesłać na Ciela straszliwą śmierć, jeśli tylko byłoby mu to na rękę i miałby z tego jakieś korzyści. Tylko gdyby nie zasady kontraktu. Właśnie ta świadomość przerażała chłopca najbardziej. Czasem, gdy dopadały go chwile gorzkiego zwątpienia, które usiłował udusić jak najszybciej, pytał sam siebie: kto tak naprawdę ma nad kim kontrolę? Kto tu tak naprawdę jest panem?

W wyniku wydarzeń sprzed ostatnich godzin przejmująco lodowate nieporuszeniem i surową obojętnością mury hrabiego Phantomhive'a, zdawało się- niezniszczalne, mające trwać wiecznie, w końcu runęły pod naporem zbyt wielu trudów, boleści i żali, kłębiących sę wściekle w jego sercu, odsłaniając to, co chłopiec skrywał za nimi, w najgłębszych czeluściach swej znajdującej się na skraju wyczerpania duszy: małego, bezbronnego Ciela. Skulone ze strachu w kącie klatki dziecko, którym tak gardził, mogące jedynie, niczym zwierzę prowadzone na rzeź, czekać, aż zostanie pozbawiony życia. Uporczywie pragnął pogrzebać je głęboko i wytrzeć wszelkie ślady tej znienawidzonej przez siebie części własnej osobowości, przesiąkniętej tłumionymi, wzbierającymi od dawna przerażeniem, cierpieniem i nie mającą końca udręką. Jednak tak naprawdę, pod grubą osłoną silnego arystokraty wciąż był tym samym bezradnym chłopcem, nie potrafiącym kontrolować tego, co się z nim działo. W tej kwestii, pomimo upływu czasu, nic się nie zmieniło.

-Paniczu, jak się czujesz?- zapytał zatroskany głos, wybudzając Ciela z drętwego zamyślenia.

Hrabia z wielką ostrożnością usiadł na łóżku, a następnie uważnie przyjrzał się swej pokrytej bielą bandaży ręce. Zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił, jednak dopiero widok opatrunków w pełni mu to uświadomił. Nie miał pojęcia, co go popchnęło ku takiemu czynowi, którego teraz szczerze żałował i którego nigdy nie zdołał sobie wybaczyć.

-W porządku... Tak myślę- odparł cicho.

"Jak mogłem zrobić coś takiego?"-jęczał bezradnie w duchu-"Jak mogłem..."

Czuł, jak łzy wypełniają jego oczy.

-Paniczu?- zaniepokojony Sebastian pochylił się z lekka, a jego spojrzenie zatrzymało się na poranionej ręce chłopca, by momentalnie przybrać gniewny wyraz.

-Doprawdy, nie spodziewałem się tego po tobie- rzucił kąśliwie.

Zawstydzony Ciel przyznał mu w głębi duszy rację. Udało mu się zaskoczyć samego demona.

-Gdzie Lizzy?- spytał, usiłując zmienić niewygodny temat.

-Wyjechała, nie tak dawno temu. Była przerażona- rzekł Sebastian, wyraźnie akcentując ostatnie zdanie. Był w pełni przekonany, że ta wiadomość uderzyła chłopca, mimo, że nie dało się tego po nim poznać. Nawet nie mrugnął. Czego by o nim nie mówić, ale aktorem był wyśmienitym.

Ciel wsunął się z powrotem pod kołdrę i odwrócił do rozmówcy plecami. Miał już wszystkiego dość.

-Hmmm...-zamyślił się demon- Może na poprawę humoru opowiem paniczowi bajkę na dobranoc?

Hrabia był zbyt wycieńczony, by zaprotestować. Milczał, wpatrując się w wiszącą dumnie na nocnym niebie, srebrną tarczę księżyca.

"Niech będzie. A nuż będzie to coś ciekawego?"- przebiegło mu przez wymęczony umysł.

Kamerdyner, nie czekając na odpowiedź, uśmiechnął się, usiadł z satysfakcją na stojącym obok krześle i rozpoczął swą opowieść:

-Dawno, dawno temu... Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, żył sobie panicz...- zrobił dłuższą pauzę, z nadzwyczaj wytężoną uwagą obserwując reakcję swego pana. Ciel pozostawał w bezruchu- Pewnego razu napadli go źli ludzie...- kontynuował. Ramiona chłopca ledwo zauważalnie drgnęły. Nareszcie- Zabili jego rodzinę, spalili dom, a jego samego porwali, torturowali i traktowali gorzej niż zwierzę- rozległ się cichy szmer szybkiego oddechu, który wywołał kolejny uśmiech na twarzy lokaja- I gdy już mieli go zabić, pojawił się ktoś, kto go uratował i zgodził się zostać z nim do samego końca.

Dobiegło go głośne dyszenie i bolesny jęk. Po dłuższej, pełnej napięcia chwili, Ciel odwrócił się do Sebastiana, odnosząc wrażenie, że dusi się własnym, kaleczącym dotkliwie ściśnięte gardło oddechem. Jego rozwścieczone, przekrwione oczy drżały, wrzeszcząc w dzikiej, niemej furii.

-Zz... Z... Zzz... Zaa... Za... Zamknij się! Przestań, przestań, przestań!- krzyczał obłąkańczo, nie panując nad ogarniającą go wściekłością. Poderwał się, ledwo powstrzymując łzy- Nie prosiłem cię o to! Nienawidzę cię! Nienawidzę!

-Paniczu, co się dzieje?- Sebastian wyglądał na głęboko oszołomionego, choć w rzeczywistości zachowanie chłopca, nawet w najmniejszym stopniu, go nie poruszyło. Wręcz przeciwnie- właśnie taką reakcję chciał wywołać, opowiadając hrabiemu bajkę. Uwielbiał pogrywać z nim w ten sposób, prowokując go, rzucając mu różne uwagi i drażniąc najdelikatniejsze punkty jego duszy. A takowe znał doskonale.

-Wynoś się!

Sebastian posłusznie skierował się do wyjścia i kiedy już miał opuścić pokój, Ciel agresywnie rzucił z impetem w niego jedną z poduszek. Sługa w ostatniej chwili umknął na korytarz i zamknął drzwi, dzięki czemu uniknął ciosu.

Wziął głęboki oddech. Poczuł, jak ogarnia go uczucie pewnego rodzaju, specyficznej radości, której nie smakował od dawna.

Tak uwielbiał tę grę.

Cielowi zajęło trochę czasu, nim uspokoił się na tyle, by do niego dotarło, co właśnie miało miejsce. Runął na poduszki i zwrócił ociężałą głowę znowu w stronę okna.

"Czy oni wszyscy chcą mnie doprowadzić do obłędu? O ile już nie jestem szaleńcem"- jedynie te otulone rozpaczą myśli zdołały przybrać kształt i wyłonić się ze sztormu niezliczonych okruchów innych, rzucających się chaotycznie bez celu. W jego głowie tłoczyło się tak wiele najrozmaitszych uczuć, co w rezultacie sprawiało, że nie odczuwał absolutnie nic.

Przyglądał się jeszcze długo bezkresnej czerni nieba, dopóki nie zmorzył go sen.

Krzyk. Rozpaczliwy, przenikliwy, dający ujście bólowi, wydany ostatkiem sił, przypominający raczej ryk diabła z czeluści piekła niż dźwięk wydobywający się z ludzkiego gardła, wypłynął z głębin wszechobecnej ciemności tylko po to, aby na powrót w niej utonąć, zastąpiony martwą, pełną wrogości ciszą.

Przez dłuższą chwilę Ciel nie był w stanie ocenić, gdzie się znajduje, dopiero gdy dostrzegł przed sobą metalowe pręty, dotarło do niego, że leży w klatce, na brzuchu, z głową zwróconą w bok. Czuł się skrajnie osłabiony i wycieńczony do granic możliwości przez nieustanny, smagający go złośliwie ból, przeszywający jego całe ciało. Nie miał siły się poruszyć. Nawet drgnąć. Samo mrugnięcie wydawało mu się czymś tak wyczerpującym, a zarazem zbyt odległym i nierealnym, dlatego jego powieki pozostawały otwarte, przez co się wysuszały, przysparzając dodatkowo nieznośnego, piekącego szaleńczo szczypania.

Ciel długo walczył z niewyobrażalnie ciężką głową, by choć odrobinę ją ruszyć i spojrzeć na swą rękę. Kiedy mu się to w końcu udało, jego bijące słabo dotychczas serce, nagle przyśpieszyło na jej widok, z każdym uderzeniem przynosząc bolesne ukłucia, niczym wbijane w jego klatkę piersiową igły. Jego kończyna była od czubków palców aż po łokieć, całkowicie ogołocona, pozostała z niej jedynie biel kości.

Ogarniająca go panika wykrzesała z niego jeszcze odrobinę siły, by przenieść przerażone spojrzenie na nogi. Zamiast nich dostrzegł rozrzucone wkoło ich strzępy, oblepione czerwienią i setkami dużych robaków. Robaków, które oblazły całe poorane bliznami, zmasakrowane ciało chłopca, wgryzając się w nie bezlitośnie i wywołując kolejne, niezliczone strumienie krwi, które spływały nieśpiesznie na lodowate podłoże klatki, tworząc rozmaite kształty i mozaiki. Ciel zdał sobie sprawę, iż robactwo pożera go żywcem.

Osłabienie coraz bardziej narastało, odnosił wrażenie, iż ciężar zarówno krwi wylewającej się ze świeżych ran, jak i tej zakrzepłej już jakiś czas temu, oraz żerujących na nim owadów, stopniowo go przygniata, aż niebawem całkowicie go zmiażdży.

Coraz trudniej przychodziło mu chwytanie powietrza. Spróbował wziąć jeden, głęboki wdech, choć wiedział, że się to nie uda. Ale był pewien, że ten oddech będzie jego ostatnim.

Spojrzał gasnącym wzrokiem przed siebie, w odmęty mroku, a odłamki świadomości ulatywały, rozmazując granicę między bólem i ulgą, kresem życia a milczącą pustką śmierci.

Zmęczone źrenice utknęły na popielatym niebie, wolnym od chmur. W uszach Ciela pobrzmiewało pełne żałości zawodzenie wiatru, a pod stopami iskrzyła się gruba warstwa śniegu. Brak jakiejkolwiek żywej duszy na zewnątrz napawał go nieuzasadnionym niczym strachem. Wzdrygnął się na samo wspomnienie owego makabrycznego snu, wizji własnej śmierci, wywołującej u niego silny, łaskoczący dreszcz.

„Nie chcę tak skończyć…"- skowytały jego udręczone myśli-„Nie chcę…"

Błękitne oczy zawiesiły się na grobach jego rodziców.

„Dlaczego… Dlaczego ocalałem? Powinienem był umrzeć wtedy, tamtego dnia. Razem z wami."

Znów się pojawiło. Przerażenie. Wydawało mu się, że zaraz się udusi, ale gdy próbował głęboko oddychać, wcale nie czuł, aby lodowate powietrze napływało do jego płuc. Obrócił się i ruszył w stronę drzwi wejściowych do posiadłości. Minąwszy próg, dostrzegł Sebastiana, czekającego na niego wiernie. Gdy tylko lokaj zauważył nadzwyczaj bladą twarz chłopca, wyraźnie zaniepokojony, zapytał:

-Paniczu, wszystko w porządku?

W tym momencie chłopiec rzucił mu pełne zdziczałej nienawiści spojrzenie.

-U mnie zawsze, zawsze, zawsze, zawsze, zawsze, zawsze, zawsze, wszystko jest w porządku, rozumiesz?!- warknął, po czym udał się po schodach na górę.

Sebastian coraz bardziej sobie uświadamiał, że roztrzaskana dusza jego pana. Powoli. Stopniowo. Z dnia na dzień. Umierała.

Usta demona wygięły się w delikatny, prawie niezauważalny uśmiech.