Mały Kang przystanął zagniewany i założył ręce. Powietrze aż zaświstało, gdy dmuchnął przez dziurki w wilgotnym nosku.

– Ale to było zupełnie inaczej! – zaprotestował. – Pani w szkole mówiła, że mama Smoczego Wojownika odłożyła go do skrzyni z rzepą, a potem wózek zjechał w dół, wpadł do rzeki, wodospadu, później wyłowili go rybacy i przewieźli przez morze statkiem, który zatopił wielki smok, a… a… – zabrakło mu tchu.

– A nie wydaje ci się to trochę podejrzane? – zapytał spokojnie Jian.

Chłopiec zafrasował się.

– To znaczy, że pani kłamała?

– To po prostu bajka – uspokoiła babcia. – Z tego co słyszałam, to sam Smoczy Wojownik nie wie, jak trafił do Doliny Spokoju. Podejrzewam, że ktoś musiał wymyślić tę historię, ale nie miał na celu nikogo okłamywać.

– Tylko dlaczego ten ktoś zapomniał o tobie? – zapytał Kang. – Przecież, gdyby nie ty, małego Smoczego Wojownika znalazłyby wilki.

Także Jian posłał Ju pytające spojrzenie.

– Do tego jeszcze dojdziemy – odparła, starając się, by niczego nie zdradzić tonem głosu. Jeszcze nie była gotowa. – To nie koniec opowieści.


Nie wróciłam już do wioski – z małym było to zbyt ryzykowne, a nie mogłam przecież zostawić go samego. Mimo wszystko liczyłam, że rodzicom Lotosa udało się przeżyć, a wtedy, gdy wszystko ucichnie, na pewno będą szukali małego pandy. Musiałam tylko się ukryć i przeczekać atak.

Długo brnęliśmy przez śnieg, wózek zakopywał się co jakiś czas, ale w końcu zaszyliśmy się w rozpadlinie między drzewami, niedaleko stromej skarpy. Nie rozpalaliśmy ogniska, pandę przykryłam kocem, a potem ukołysałam do snu. Ja i Xian czuwaliśmy. Śnieg prószył coraz słabiej. To nie był dobry znak – wilki mogły nas znaleźć, pomimo że tym razem staraliśmy się zacierać za sobą ślady.

Prze chłód nie mogliśmy długo usiedzieć w miejscu. Próbowałam się rozgrzać, pocierając dłonie, ale i tak z każdą chwilą robiło się nam coraz zimniej. Palce zaczęły mi drętwieć, wreszcie uznałam, że razem z Xianem położymy się z małym Lotosem pod kocem. Było trochę lepiej, lecz tylko odroczyliśmy nieuniknione. Nie wytrzymalibyśmy tam wiele dłużej, kiedyś musieliśmy poszukać cieplejszego miejsca. Odraczałam ten moment jak mogłam, mówiłam sobie, piętnaście minut i na pewno pożoga się skończy. Jeszcze następny kwadrans i zaraz zjawią się tu rodzice pandy. Najgorsze, że przez te oczekiwanie zrobiłam się senna. Chłód powoli odchodził, w pewnej chwili wózek okazał się naprawdę wygodny.

Rozbudził mnie ostry zapach wilków. Było ich pięciu, usłyszałam ich nawoływania. Poszukiwali zbiegów, mówili, że są kupcami, którzy widzieli całe zajście. Uspokajali, że nie ma się czego bać, choć pewnie nie uwierzyłby im nawet najbardziej naiwny jeleń. Nagle wiatr dmuchnął w ich stronę i zaniósł nasz zapach. Słyszałam, jak ich głosy zniżają się do szeptów. Ja i wasz tata moglibyśmy wtedy uciec, ale nie z pandą na rękach.

Jedyną nadzieją było pobliskie urwisko. Nie zastanawiałam się nawet chwili, wskazałam kierunek Xianowi i odliczyłam cicho do trzech. Przez moment zmarznięte mięsnie zapiekły bólem, ale po chwili ze wszystkich sił już ciągnęłam wózek za sobą. Wasz tata pomagał z tyłu. Ryliśmy łapami w śniegu do samej ziemi. Nie odwracałam się, wystarczyły mi krótkie, wściekłe warknięcia wilków. Gdy zjeżdżaliśmy w dół, jeden z oprychów smagnął Xiana pazurem po futrze na ogonie.

Urwisko okazało się bardziej strome, niż sądziłam. Cudem wdrapałam się na wózek, zanim ten mnie rozjechał. Pędziliśmy szybko niczym pikujący sokół. Skrzynie wypadały na wertepach i korzeniach, para drewnianych kół trzeszczała, jakby zaraz miała się rozlecieć. Zbudzony panda śmiał się i bił brawo. Wilki zostawiliśmy daleko za sobą, ale nie na tyle, by zrezygnowały z pościgu.

Wózek roztrzaskał się o wystający głaz, a my z łoskotem runęliśmy na ziemię. Skrzynie z warzywami roztrzaskały się. Ocalała tylko jedna, ta z Lotosem. Chwilę patrzyłam na utracony majątek. Straciłam wtedy niemal wszystko co miałam. Chciałam zebrać choć trochę warzyw, byle tylko móc wykarmić siebie i synka, lecz Xian mnie powstrzymał. Pamiętam, jak powiedział do mnie:

– To nie jest teraz ważne.

Otrzeźwiałam i rozejrzałam się. Udało nam się zjechać aż na dno doliny. Nie było tu śniegu, gałęzie drzew zdobiły drobne listki połyskujące w świetle księżyca. Załapaliśmy skrzynkę z pandą i pobiegliśmy przed siebie. Nie miałam pojęcia gdzie jestem, pomimo że kilka lat wędrowałam traktami w tamtej okolicy. Po prostu parliśmy przed siebie, licząc na cud.

I cud się zdarzył. W oddali zobaczyliśmy tlące się płomienie. Kilku robotników ściągało tam z tratw wielkie sosnowe bale. Prace nadzorował podstarzały krokodyl. Nie znałam go, ale liczyłam, że będę mogła od niego wypożyczyć tratwę. Miałam trochę pieniędzy w sakiewce na wynajęcie łodzi do Gongmen. Zdyszana zapytałam o stawkę. Krokodyl na nas jak na nocne mary. Odliczyłam pieniądze i wcisnęłam mu w dłoń.

– Ale to jest ostatni dok – powiedział krokodyl. – Myślisz, że czemu ściągamy tu bale? Nie dacie rady…

– Damy radę – powiedziałam. Słyszałam już trzask łamanych gałęzi. Przepchałam się między nosorożcami niosącymi bale i wskoczyłam na ostatnią tratwę. Xian chwilę siłował się z odwiązaniem cumy, aż w końcu ją przegryzł. Krokodyl protestował z brzegu, ale bez większego przekonania. Gdy płynęliśmy w dół rzeki, jeszcze raz przeliczył pieniądze i machnął ręką. Przeklął coś pod nosem, a ja zrozumiałam tylko jedno słowo: wodospad.

W jednej chwili zrozumiałam, jaką głupotę właśnie zrobiłam. Tratwy rozładowywano, ponieważ nie mogły płynąć dalej. Chciałam z powrotem przybić do brzegu, ale wilki właśnie nas dogoniły. Z lekkością biegły przy samej rzece, szukając okazji, by do nas dotrzeć. Widziałam jedynie ich połyskujące oczy i odblaski na pancerzach. Prąd przyśpieszał, ale nie na tyle, byśmy mogli przed nimi uciec.

Rozpoznałam dowódcę watahy. Nadal miał swój młot, ale jedno z oczu przysłaniał pokaźny opatrunek. Pandy stawiły opór – pomyślałam.

Wiosłowałam najszybciej jak mogłam, Xian pomagał mi łapami. Mały lotos wskazał na wilki, które właśnie wyciągnęły łuki. Zabłyszczały groty, strzały zaświstały. Powbijały się w bale tratwy, a także w skrzynię z Lotosem. Jedna przeszyła mi ucho. Ból zamroczył mnie na moment, o mało nie wpadłam do rzeki. Pamiątkę po strzale mam zresztą do tej pory.

Podniosłam się, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk synka. Myślał, że wilki trafiły mnie w głowę. Rzucił mi się w ramiona, ale szybko go odsunęłam. Nie zamierzałam się poddawać.

Wróciłam do wiosła, coraz więcej głazów wystawało ponad taflę wody, zbliżaliśmy się do wodospadu. Nie nadążałam z manewrami, w którymś momencie uderzyłam z wielką siłą w czarny kamień. Skrzynia z małym Lotosem zsunęła się na samą krawędź tratwy. Ledwie udało mi się ją zatrzymać wiosłem.

Wilki zwęszyły swoją szansę. Wyprzedziły nas i znalazły blisko brzegu wystający ponad wzburzoną wodę głaz. Pierwszy z oprychów spróbował na niego wskoczyć, ale pośliznął się i wpadł z pluskiem do wody. Następny ruszył dowódca i jemu udało się utrzymać. Kilka susów wystarczyło, by znalazł się na naszej drodze. Spojrzał na mnie poczerwieniałym ślepiem i z szelmowskim uśmiechem uderzył obuchem młota w otwartą dłoń. Złapałam mocniej wiosło.

Wilk wskoczył na naszą tratwę długim susem, znacznie wcześniej niż się tego spodziewałam. Stanęłam po drugiej stronie z wystawionym wiosłem. Za sobą miałam Xiana i skrzynię z Lotosem.

– Powiedz, maleńka, po co to wszystko? – warknął. – Zabiliśmy rodziców tego małego, jego też zabijemy, a przez to, że go próbowałaś uratować, także i ciebie. No i twojego synka.

Miał straszliwy głos. A jednocześnie znużony. Jakby wszystkie okrucieństwa, których do tej pory dokonał, zupełnie mu zobojętniały.

– Jesteś potworem – odpowiedziałam.

– Tak, jestem. Choć tylko wykonuję rozkazy – odrzekł dziwnie ponuro. Zawahał się. Ja za to z całych sił cisnęłam w niego wiosłem. Zasłaniając się, zrobił krok do tyłu. Warknął wściekle, gdy ja złapałam skrzynię z Lotosem i razem z Xianem wskoczyłam do wody.

Wilk nie rzucił się za nami. Wrócił na skałę i spojrzał na mnie z góry jak na skończoną idiotkę. Słyszałam już huk wodospadu, prąd był tak silny, że nawet gdy na moment uczepiłam się jakiegoś głazu, zaraz się z niego ześlizgiwałam. Xian krzyczał, Lotos także. Gdy zaczęliśmy spadać i ja niemal rozdarłam sobie płuca.

Łupnięcie o wodę prawie pozbawiło mnie przytomności. Potem uderzyłam o dno. Ból przeszedł przez plecy, wypuściłam skrzynie z Lotosem, nadal jednak trzymałam rękę synka. W ciemności nie wiedziałam gdzie płynąć, kierunek wskazał mi dopiero Xian. Wypłynęliśmy na powierzchnię. Nie widziałam wiele, wołam Lotosa, ale spadające kaskady wody zagłuszały wszystko.

Wreszcie zobaczyłam go. Na tafli małego jeziora kołysała się skrzynka z pandą. Odetchnęłam z ulgą. Coś w bajce o tym jak Smoczy Wojownik dostał się do Doliny Spokoju było prawdziwe. Siedział w naprawdę mocnej skrzynce.

Tratwa spadła chwilę później. Spajające liny nie wytrzymały i zerwały się. Rozdzielone bale wypłynęły na wierzch, niektóre roztrzaskane o dno i głazy. Nie mieliśmy czym uciekać.

Zdawało mi się, że w świetle księżyca widziałam, jak wilki patrzą w dół wodospadu, jak wahają się czy skakać za mną, aż w końcu zawracają. Nie miałam wielkiej nadziei, że odpuszczą pościg. Musiałam jednak odpocząć, choć na chwilę. Ból palił w kręgosłupie i zelżał dopiero, gdy położyłam się na ziemi.

Nie było już sensu trzymać się blisko wioski, wilk powiedział, że zabił rodziców Lotosa, a ja nie miałam powodów, by mu nie wierzyć. Nie mogłam też przygarnąć małego. Nie miałam ani domu, a także od niedawna pieniędzy i jedzenia. Dokąd w takim razie powinnam uciekać?

Uznałam, że powinnam oddać pandę do domu dziecka. Najbliższy znajdował się w Gongmen, niemal pod samą wieżą, w której urzędowali rodzice Shena, a więc nie było to zbyt odpowiednie miejsce. Został więc Bao Gu – Shen nie zapuściłby się z armią aż tam, w obawie, że wywoła wojnę z sąsiednim królestwem. Mogłam się tam dostać rzeką, choć najpierw musiałam wypłynąć na morze. No i przemknąć się tuż obok Gongmen.

Podniosłam się powoli, ból pleców okazał się do zniesienia. By płynąć dalej, potrzebowałam łodzi, ale nie miałam już pieniędzy na wynajem. Na szczęście znalazłam trzy ocalałe bale, które związałam ze sobą. Uwierzcie mi, to była najgorsza prowizoryczna łódź na jakiej kiedykolwiek płynęłam. Ale spełniła swoje zadanie.

Na rzece nie mieliśmy większych przygód. Co prawda w nocy każdy szelest i trzask wydawał się zapowiedzią niebezpieczeństwa, ale po jakimś czasie uspokoiłam się. Wioski, obok których płynęliśmy, były puste. Mieszkańcy musieli zbiec w głąb lasu przed przechodzącą tędy armią Shena.

Panda zgłodniał, karmiliśmy go pędami bambusa i tym co rosło blisko koryta rzeki. W skrzyni zostało poza tym sporo rzep, które postanowiłam jednak zachować na później. Przez moment naprawdę myślałam, czy nie zatrzymać małego Lotosa. Był grzeczny, trochę nieporadny, zresztą, tak jak większość pand. Gdyby podrósł, mógłby się okazać bardzo pomocny.

Jednak myślenie od działania często oddziela długa droga. W moim wypadku była ona tak długa, jak wielkie było moje tchórzostwo.