Rozdział 1
"This is the way you left me. I'm not pretending. No hope, no love, no glory. No Happy Ending. This is the way that we love, like it's forever. Then live the rest of our life but not together." — Happy Ending (MIKA)
Myślę... Myślę, że depresja to taki stan, gdy umierasz powoli każdego dnia, gdy z każdym dniem, coraz mniej jest ciebie na tym świecie, gdy za żadne skarby świata, nie przyznasz się, że potrzebujesz pomocy - nawet przed samym sobą. No bo przecież wszystko jest w porządku - powtórzysz to przeklęte zdanie tyle razy, że niemal sam w to uwierzysz.
Tymczasem nic nie jest w porządku, choć nic mnie nie boli, nikt na mnie nie naciska, lecz wystarczy na przykład, że mój wzrok natknie się na leżące niewinnie, oprawione w drewnianą ramkę, zdjęcie, które zrobił nam profesor Lupin, podczas Bożego Narodzenia. Stoję na nim z nieporadną miną, z zakłopotaniem przeczesując włosy. JEGO oczy, choć nigdy nie utraciły tego smutku i zrezygnowania, których nabyły w Azkabanie, na zdjęciu są pełne życia i radości. Obejmuje mnie ramieniem, po ojcowsku, uśmiecha się zaczepnie.
Wystarczy, że mój wzrok natknie się na to zdjęcie. Wtedy puszczają wszystkie tamy. Serce na nowo eksploduje bólem, w oczach zbierają mi się łzy, choć zawsze wmawiam sobie, że wcale nie płaczę. Mam wtedy ochotę krzyczeć z bólu, pokazać światu jak bardzo cierpię. Czasami chowam zdjęcie do szafki, pod poduszkę lub do szuflady, ale nigdy nie mija więcej niż dziesięć minut, kiedy wyciągam je z powrotem, bo nie mogę sobie pozwolić, by zapomnieć jaki kolor miały jego oczy, jak młodo wyglądał, kiedy się uśmiechał. Nie mogę sobie pozwolić by zapomnieć, jedyną osobę, która okazała mi tyle miłości i ciepła. Nie mogę zapomnieć osoby, która pokazała mi jak to jest mieć rodzinę.
Ale nie potrafię też pamiętać. Jego imię czai się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu, ale nie pozwalam mu wypłynąć, bo zbyt ogromne spustoszenie ono we mnie powoduje.
Hermiona zaczyna odpuszczać sobie próby rozmowy o nim, za co jestem jej niewysłowienie wdzięczny. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek będę w stanie swobodnie o nim rozmawiać, czy będę umiał wspomnieć go z uśmiechem, bez poczucia winy i ogromnego bólu.
Czasami, gdy noc mi się dłuży i gdy wiem, że nie mam najmniejszych szans na sen, wstaję z łóżka, wyjmuję pelerynę taty, mapę Huncwotów, i idę na wieżę astronomiczną. Stamtąd najlepiej widać gwiazdy, a ostatnio to one stały się moim wybawieniem. Czy to depresja? Nie nazwałbym tego w ten sposób, ostatecznie jeszcze żyję i póki co, nie zamierzam umierać - chyba, że Voldemort postanowi inaczej, ale to już inna bajka. Myślę, że po prostu czasem tracimy kogoś, kto był dla nas tak ważny, że życie bez niego wydaje się szare, pozbawione sensu. A ON z pewnością był dla mnie ważny, dał mi coś, czego nigdy nie miałem. Rodzinę. Kiedy on żył, czułem, że mam kogoś, na kogo mogę liczyć, kogoś, kto martwi się o mnie, kogoś, kto kochał mnie dokładnie tak, jak powinno się kochać syna. To on pomagał mi po śmierci Cedrika, kiedy nie mogłem pozbyć się poczucia winy. To on opowiadał mi o mamie i tacie, to on pokazywał mi zdjęcia, mówił o ich pierwszym pocałunku. To mi mówił, jak ciężko pogodzić mu się z ich odejściem, z tym, że już ich nie ma. Tylko raz widziałem, jak ON płacze. To był jakiś tydzień po przyjeździe do Kwatery Zakonu. Nie mogłem spać w nocy, więc postanowiłem zrobić sobie coś do picia. Zaciekawiło mnie światło, które paliło się w salonie. Siedział w nim, z butelką Ognistej Whisky i ich zdjęciem. Nigdy wcześniej nie widziałem go pijanego. Ani płaczącego. Początkowo myślałem, że coś mu się stało - dźwięki, które wydobywały się z jego gardła, do bólu przypominały skowyt rannego psa.
Siedziałeś tam z nim do rana, przekonując go, że śmierć mamy i taty, nie była jego winą. Wtedy pierwszy raz powiedziałem mu, że go kocham, że jest dla mnie ojcem, którego nigdy nie miałem.
Żadne z nas nigdy nie wspominało tej nocy, choć oboje wiedzieliśmy, że to właśnie ona usunęła ten dziwny dystans, którego nie powinno być między ojcem chrzestnym a chrześniakiem.
Ostatnio dni koszmarnie mi się dłużą, są okropnie nijakie. Moim jedynym zajęciem jest nie myślenie o NIM i unikanie wszystkich innych. Towarzystwo przyjaciół, wrogów, nauczycieli stało się tak okropnie męczące. Każdy czegoś ode mnie chce, Hermiona, żebym więcej się uczył, Ron próbuje nieporadnie mnie pocieszać, Ginny posyła współczujące spojrzenia i nie śmie powiedzieć choć słowa, gdy jestem w pobliżu, jakby miała złamać tym jakąś nie pisaną zasadę. Profesor Lupin, który wrócił do pracy, próbuje nakłonić mnie do rozmowy, Dumbledore wciąż mnie obserwuje, jakbym nagle miał skoczyć z wieży astronomicznej. Malfoy jest Malfoyem, a Snape jak zawsze próbuje zniszczyć mi życie. Och, zapomniałbym o Voldemorcie, który co noc podsyła mi nowe wizje. Czasami to sesja tortur zupełnie obcych mi ludzi, a czasami to moi przyjaciele giną. Cóż, ogółem mówiąc nie jest zbyt wesoło, ale jakoś się trzymam.
Najgorsze są noce, zwłaszcza te noce, kiedy sen za cholerę nie chce przyjść. Próbuje wtedy wszystkiego, lecz nic nie działa. W końcu wpadam na pomysł, by przed snem biegać i dzięki temu, jest nieco lepiej. Okrążam zamek dookoła i jestem padnięty. Mój umysł jest w stanie myśleć tylko o śnie, więc kiedy wracam do dormitorium i kładę się do łóżka, zasypiam niemal natychmiast.
Wydaje mi się, że znów schudłem, ale to nic tak bardzo niezwykłego, biorąc pod uwagę, że całe lato spędziłem u Dursleyów, to idealna wymówka, żeby nie niepokoić przyjaciół moim brakiem apetytu. Oczywiście, Hermiona w końcu zda sobie sprawę, że praktycznie się głodzę, ale zanim się to stanie, będę miał kilka tygodni spokoju, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Wolę nie myśleć, że gdyby ON tu był, zapewne nakrzyczałby na mnie, porządnie ochrzanił za to, co robię ze swoim życiem, że robię sobie dokładnie to, co ON robił sobie podczas ostatniego roku jaki dało mu życie. Jednak JEGO tu nie ma i nie jestem pewien czy JEGO pragnienia mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie.
Za kilka minut kończą się lekcje, na które znów nie poszedłem. Niedługo będę miał z tego powodu problemy, ale nie interesuje mnie to w takim stopniu, jakim powinno. Już wyobrażam sobie awanturę, którą urządzi mi Hermiona, kiedy mnie zobaczy. Na samą myśl o tym, zaczyna boleć mnie głowa. Biorę więc pierwszą - lepszą książkę, której i tak nie przeczytam, chwytam pelerynę niewidkę i opuszczam dormitorium.
Łazienka Jęczącej Marty, to dość kiepska kryjówka, zwłaszcza, że Marta wciąż rzuca mi gniewne spojrzenia. Jest na mnie śmiertelnie obrażona, bo tak rzadko ją odwiedzam, a ona jest przecież strasznie samotna. Niech uważa, bo jeszcze zacznę jej współczuć. Siadam pod umywalką i czekam, właściwie sam nie wiem na co. Moje myśli uporczywie krążą wokół nocy z przed prawie trzech miesięcy. Prawie. Jutro wypada siedemnasty września, czyli miną dokładnie trzy miesiące od jego odejścia.
Sam nie wiem, kiedy za oknem rozszalała się burza. Krople deszczu, które uderzają o szybę i wybijają nieznany mi rytm, powoli mnie usypiają.
Jest zimno i jest ciemno. Tylko tych dwóch rzeczy jestem pewien. Gdzie jestem? Nie mam pojęcia. Moje ostatnie wspomnienie do łazienka Marty i ten uporczywy deszcz. Coś słyszę, jakby najcichszy szept, nie jestem pewien. Jakby czyjś znajomy głos, szeptał moje imię. Czy to iluzja? Czy zwariowałem? Próbuję coś powiedzieć, ale nie mogę odnaleźć w sobie głosu. Zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nie mogę się poruszyć, że jestem zawieszony w jakiejś dziwnej próżni. To powinno być przerażające, ale coś mi mówi, że nie mam się czego bać, w tej nicości jest coś dziwnie kojącego. Może przez cały, ostatni rok „Prorok" miał rację, może rzeczywiście jestem wariatem?
Otwieram oczy i mrugam przez dłuższą chwilę. To był jeden z najdziwniejszych snów, jakie kiedykolwiek miałem, włączając w to, te wszystkie potworne wizje Voldemorta. Zerkam na zegarek i zdaję sobie sprawę, że jest już ponad godzina po ciszy nocnej. To dziwne, spałem aż tyle czasu? Jeśli dalej tak pójdzie, to zabraknie mi czasu na... Sam nie wiem na co, bo ostatnio nie robię nic, oprócz absolutnego minimum, ale chyba wiecie co mam na myśli. Początkowo zamierzałem iść prosto do łóżka, ale po drodze zmieniam zdanie, wiedząc, że tej nocy już nie zasnę. Z peleryną i książką pod pachą, przemierzam ciemne korytarze Hogwartu.
Hogwart - pierwsze miejsce, w którym zaznałem akceptacji. Do tej pory, zawsze cieszyłem się z powrotu do wiekowego zamku, ale od jego śmierci, wydaje mi się on zbyt tłoczny, zbyt wesoły. Do niemal nie do pomyślenia, że są jeszcze ludzie, którzy potrafią cieszyć się z czegokolwiek. Dla mnie śmiech, radość, nawet zwykły uśmiech, to grzech niewybaczalny. Nie tylko jego śmierć ma w tym swój udział. Przecież zbliża się wojna, z czego oni się tak cieszą?! Już jutro mogą zobaczyć w gazecie olbrzymi nagłówek, który oznajmi im, że Śmierciożercy wymordowali im rodzinę. Ja przynajmniej nie mam już kogo stracić, nie mam o kogo się martwić - to zawsze jakieś pocieszenie. Stopy same niosą mnie na wieżę astronomiczną. Kocham to miejsce. Już wspominałem dlaczego - stąd najlepiej widać gwiazdy, a one to taka moja ucieczka. Kiedy w nie patrzę, zmuszam się, żeby nie myśleć o wielkiej awanturze, którą urządzi mi jutro Hermiona, o obowiązkach kapitana drużyny Gryfonów, które zaniedbuje. Tyle czasu pracowałem na odznakę, a już wkrótce mi ją odbiorą. On pękłby z dumy, gdyby dowiedział się, że zostałem kapitanem. Tata pewnie też - przecież wszyscy mi mówią, jak bardzo tata kochał tę grę.
Nagle słyszę swoje imię, wypowiedziane tym koszmarnie znajomym głosem. Wypowiedziane tak blisko mojego ucha, że niemal spadam na ziemię z wieży astronomicznej. Moje serce bije szybko - zbyt szybko niż powinno. Rozglądam się dookoła, lecz nikogo nie dostrzegam - jestem tu sam. Wypuszczam z ulgą powietrze. To tylko mój umysł płata mi figle.
