01. Na start

Alastor Moody aportował się przed jednym z domów w Dolinie Godryka. Dom, kiedyś bez wątpienia imponujący, teraz przypominał ruinę. Tynk odpadający od ścian, nieopielone rabaty kwiatowe i kilka uschniętych drzew nie zachęcało swoim widokiem. Rozejrzał się, upewniając, że nikt go nie obserwuje. Dopiero kiedy nie dostrzegł nic podejrzanego wszedł do środka. Zdecydowanym krokiem podążył w głąb korytarza, wprost do salonu.

W średniej wielkości pomieszczeniu było już parę osób. Bez słowa podszedł do stojącego przy oknie Albusa i skinął mu na przywitanie głową. Na samym środku pokoju znajdował się duży, okrągły stół. Kilka z krzeseł zajęli już, pogrążeni w rozmowie, Rubeus Hagrid i Syriusz Black. Trzy miejsca dalej siedziała Arabella Figg wraz z Minerwą McGonagall. Przy naprędce rozpalonym kominku natomiast stali spokojnie Dedalus Diggle i Elfias Doge.

Nagle usłyszał większe zamieszanie za drzwiami, a do środka wtargnęli Weasleyowie. Moody wykrzywił usta w lekkim uśmiechu. Szczerze ucieszył się, widząc, że i Billowi i Charliemu udało się oderwać od swoich obowiązków za granicą i odpowiedzieć na wezwanie Dumbledore'a. Obecność Artura i Molly też robiła swoje. W czasie trwania ostatniej wojny żadne z nich nie było w Zakonie. Byli wtedy młodzi, dopiero co założyli rodzinę... Moody nie mógł się im dziwić.

Kilka minut później, korzystając z sieci Fiuu, pojawili się na miejscu Tonks, Shacklebolt i Hestia Jones.

Dumbledore w milczeniu obserwował zbierające się towarzystwo. Cieszył się z każdej osoby, która zdecydowała się pojawić, ale nie ukrywał, że wyczekiwał przede wszystkim za jedną. Czekał na Aberfortha. Za każdym razem, gdy drzwi się otwierały, spoglądał w ich stronę z nadzieją. Ku jego lekkiemu rozczarowaniu na zebranie stawili się jeszcze tylko Remus Lupin, Severus Snape, Emmeline Vance, Sturgis Podmore i, znacznie spóźniony, Mundungus Fletcher.

Wszyscy zebrani usiedli wokół stołu. Kiedy umilkły już wszelkie szepty spojrzeli z wyczekiwaniem na Dumbledore'a. Cóż, prawie wszyscy. Moody szybko policzył wszystkich zebranych i prychnął cicho. Było ich ledwie około dwudziestu, w tym ludzie tacy jak Arabella Figg, która co prawda była przemiłą kobietą, ale jako charłak nie mogła zdać się na wiele w walce z poplecznikami Voldemorta. Tak samo Fletcher. W jaki sposób mógł im się przydać ten tchórzliwy złodziej? No i Snape. Dumbledore mógł mówić co tylko chciał, Moody i tak nie zamierzał mu nigdy zaufać. Ktoś, kto kiedyś był śmierciożercą, zawsze nim będzie.

– Czy to już wszyscy, Albusie? – zapytała Minerwa. Musiała przyznać sama przed sobą, że mimo iż wiedziała, że ich sytuacja jest trudna, to liczyła na to, że będzie ich więcej.

– Tak, to już wszyscy. Przynajmniej na razie – odpowiedział Dumbledore.

– Zabierzmy się w takim razie do rzeczy – burknął nagle Moody. – Tu nie jest zbyt bezpiecznie.

– W takim razie powinniśmy zacząć od ustalenia nowego miejsca spotkań – stwierdziła, zdecydowana jak zawsze, Emmeline'a.

Syriusz uniósł wyżej głowę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

– Co powiecie na moje miejsce? – zapytał, spoglądając na innych. – Oczywiście nikt tam od lat nie mieszkał, na pewno jest ogromny bałagan i parę czarnomagicznych pułapek, ale poza tym... Mogłoby się nadać. Mój ojciec zadbał o to, by był nienanoszalny.

– Z małą pomocą mogę zająć się uprzątnięciem tego domu – zaproponowała szybko Molly.

– Trzeba by go zabezpieczyć. Nie zaszkodziłoby rzucenie Fideliusa... – wymruczał pod nosem Moody.

Dumbledore uniósł rękę, powstrzymując dalsze komentarze.

– Faktycznie wydaje się to być niezgorszym pomysłem. Jutro się temu wszystkiemu przyjrzymy, Syriuszu, i podejmiemy ostateczną decyzję, o której jak najszybciej was poinformuję.

– W tej chwili mamy chyba jednak ważniejsze rzeczy do omówienia, prawda? – odezwała się McGonagall. – Co z Harrym?

– Cóż... – Albus westchnął ciężko. – Z tego, co udało mi się wywnioskować z opowieści Harry'ego, wydaje mi się, że Voldemortowi udało się częściowo przełamać barierę krwi. Oczywiście nie jest jeszcze wystarczająco silny, by spróbować ataku na Privet Drive, ale czas zdecydowanie nie działa na naszą korzyść.

– Od czasu wydarzeń na cmentarzu nie wezwał ponownie śmierciożerców – poinformował zebranych Snape. – Widać skupił się na zupełnie innych działaniach.

– Jakieś pomysły?

– Pewnie odbudowuje swoją siatkę kontaktów. Przecież ostatnim razem nie korzystał tylko i wyłącznie z usług śmierciojadów – odpowiedział z obrzydzeniem Syriusz.

– Czym by się nie zajmował, jedno jest oczywiste – wtrącił się Remus. – Trzeba przenieść Harry'ego z domu Dursleyów.

– Zgadzam się, ale nie wcześniej, niż w sierpniu – przytaknął mu Dumbledore.

– A co do tego czasu? Nie możemy przecież zostawić go samego sobie! – zaprotestowała gwałtownie Molly Weasley. Pozostali zgodzili się z nią, kiwając energicznie głowami.

– Ustawimy straże – stwierdził Moody, jakby to było coś oczywistego. – Wyznaczymy warty, dyżury... To wystarczy, przynajmniej na razie.

– A w jaki sposób go przeniesiemy? Domyślam się, że nie chcemy, by ktoś jeszcze o tym wiedział, a przecież Ministerstwo kontroluje w ostatnim czasie uważnie sieć Fiuu i świstokliki... – zastanawiał się na głos Lupin.

– Harry nie może się też deportować. Cały czas ma namiar, Ministerstwo od razu by go namierzyło – dodał Shacklebolt swoim głębokim, spokojnym tonem.

– Z tego, co słyszałam od Remusa, to chłopak nieźle lata na miotle – odezwała się Hestia. – Co prawda z Surrey do Londynu jest kawałek, ale skoro inne środki transportu odpadają...

– Nie mówmy o tym tutaj! – zaprotestował ostro Moody. – To nie jest bezpieczne miejsce, nie powinniśmy zostawać tu dłużej, niż to konieczne. Wszystkie rzeczy możemy omówić, gdy Kwatera Główna będzie gotowa.

– Alastor ma rację – przyznał rację byłemu aurorowi Dumbledore. – Będzie lepiej, jeżeli się teraz rozejdziemy. W ciągu najbliższego tygodnia poinformuję każdego z was osobiście o adresie. Dziękuje wam, że przyszliście.

Wszyscy podnieśli się i w milczeniu opuścili salon.

Dumbledore już miał się zbierać, gdy jego wzrok przykuł migoczący za oknem kształt. Wytężając wzrok zbliżył się do okna. Po chwili zorientował się, że tajemniczym obiektem był patronus, który przybrał kształt kozy. Wyglądał, jakby na coś, a raczej kogoś, czekał. Dumbledore wyszedł szybkim krokiem z domu i zbliżył się do patronusa. Nie był zbyt zdziwiony, gdy zorientował się, że koza prowadzi go w stronę cmentarza.

Kiedy przeszedł przez bramę patronus zamigotał i znikł. Dumbledore rozejrzał się uważnie dookoła. W końcu dostrzegł samotną postać, stojącą nad jednym z grobów. Ruszył w tamtym kierunku z lekkim ociąganiem. Doskonale wiedział, nad czym grobem pochylał się Aberforth.

– Widzę, że znowu robisz z siebie wielkiego wodza, Albusie – odezwał się młodszy z mężczyzn, nie odwracając nawet w stronę brata, gdy ten wreszcie stanął u jego boku.

– Aberforthcie... – westchnął Albus, kręcąc głową.

– Co wiecie o planach Voldemorta? Ilu ma zwolenników? Ile departamentów ma już zinfiltrowanych? Dementorzy są już po jego stronie czy jeszcze nad tym pracuje? Co wiecie, Albusie? – zadawał szybko kolejne pytania.

Albus nie odpowiedział. W zamian wpatrywał się w grób swojej siostry. Był bardzo zadbany, zwłaszcza w porównaniu do pozostałych na cmentarzu. Zasługa Aberfortha, bez wątpienia. Albus tu nie przychodził, nigdy. Nie miał na to siły.

– Tak myślałem.

– Posłuchaj, Ab... – zaczął Albus, ale nie dane było mu dokończyć.

– Nie, Albusie. To ty mnie posłuchaj. Nie zacznę was traktować poważnie, dopóki sami tego nie zrobicie. Prowadź sobie to swoje kółko, jeżeli chcesz. Ja będę walczyć na swój sposób – powiedział zimnym tonem. – Do zobaczenia, Albusie.

Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem. Deportował się tuż za bramą cmentarza. Jego śladami podążył Albus. Nie było mowy, by pozostał na tym cmentarzu choćby minutę dłużej.

Ze smutkiem uświadomił sobie, że Ab może mieć rację. Jak na razie nic nie wiedzieli, nie mieli nawet najmniejszego pomysłu, co robić. Zdecydowanie nie wyglądało to dobrze, ale Albus miał nadzieję, musiał ją mieć, że niedługo się to zmieni.

Zacznie od wysłania paru listów do starych przyjaciół. To na pewno nie zaszkodzi.