Autor: Whispering Darkness
Tłumaczenie: New Tonksie
Tytuł oryginalny: The Promise of a New Dawn
Obietnica Nowego Świtu
Rozdział 1 – Transcendencja
Kiedy Harry się obudził, nie znajdował się w swoim łóżku.
Wstał, ale nie było na czym stać. - Czy ja śnię? - zastanawiał się głośno.
Głosy, które mu odpowiedziały, nie były takim zaskoczeniem, jak powinny.
- Nie śnisz, dziecię -
O dziwo nie czuł strachu, stojąc tam w nicości, słuchając głosów nie należących do kogoś, kogo mógłby zobaczyć. Zastanawiał się czy może było tak dlatego, że już naprawdę nic go nie obchodziło. „A może widziałem już zbyt wiele dziwnych rzeczy w świecie czarodziejów aby coś naprawdę mogło mnie zaskoczyć." Po spędzeniu pierwszych kilku tygodni w Hogwarcie w stanie ciągłego zdumienia, powodowanym przez wszystko: od gadających portretów po duchy, ruszające się schody, jednorożce i smoki, po prostu przestał patrzeć na świat z rozwartą buzią i zdecydował się przyjmować rzeczy takimi, jakimi były. Kilka wydarzeń nadal nim wstrząsnęło, tak jak wtedy, gdy myślał, że słyszy mordercze głosy (które okazały się być bazyliszkiem z Komnaty Tajemnic), albo gdy po raz pierwszy spotkał Fawkesa w jego dniu spłonięcia. Ale poza tymi wyjątkami, pozostałe rzeczy nie nadawały się do wyprowadzenia go z równowagi, gdyż w świecie czarodziejów ciągle przytrafiały mu się dziwne i niewiarygodne sytuacje.
Nastąpił długi moment milczenia.
- Więc gdzie ja jestem? -zapytał, gdy głosy nie powiedziały ani nie zrobiły nic więcej (kto wie, może głos mógł coś zrobić).
- Jesteś z nami, maleńki - odpowiedziały jednocześnie - to nie jest prawdziwe miejsce poza tym, że my tu jesteśmy. Tak jak i ty jesteś.
„Cóż, to naprawdę żadna odpowiedź" pomyślał sobie Harry, ale z drugiej strony jakiej odpowiedzi oczekiwał? Z całą pewnością miały rację, że to nie było żadne miejsce, tak naprawdę nic tu nie było. Zaledwie... nicość...
- Dlaczego tutaj jestem? - Spytał wtedy myśląc, że było to znaczenie lepsze pytanie do zadania.
Głosy uśmiechnęły się do niego, chociaż nie wiedział jak mógł to stwierdzić .
- Jest w tobie obietnica, dziecko. Obietnica, którą chcielibyśmy wypełnić. - odpowiedziały, i po raz pierwszy od momentu w którym się tutaj znalazł, Harry poczuł obawę.
-Obietnica? -wykrztusił przez zaschnięte nagle gardło. - Nie pamiętam nikogo komu obiecywałbym... coś takiego. - Co miałby obiecywać, dokładnie nie był pewien, ale czuł wystarczającą pewność, że nigdy nie obiecywał niczego, co mogłoby w jakiś sposób zawierać w sobie znalezienie się w tym nie-miejscu. Poza tym, jego obawa sprawiła, że zaprzeczenie wydawało się bardzo dobrą opcją. Cokolwiek to było, z pewnością nie chciał brać w tym udziału.
- Nie taka obietnica - odpowiedziały, ignorując, lub nie zdając sobie sprawy z jego obaw o tę całą … sytuację. - To nie obietnica stworzona za pomocą słów, ale poprzez istnienie. -
- Więc... - Harry odpowiedział powoli z uczuciem strachu - To obietnica dana nie przeze mnie, ale przez to kim jestem? - Jego strach szybko przemienił się w złość, po czym umarł w boleśnie pustych oparach wyczerpanej rezygnacji. - Czyż nie wykonałem już mojego zadania? - zapytał łagodnie, pragnąc niczego więcej, jak tylko być w końcu uwolnionym od ciężaru, którym został obarczony tylko dlatego, że był tym, kim był. Cholernym „chłopcem, który przeżył".
Głosy wydawały się być pocieszające, prawie kochające, gdy odpowiedziały tym razem, i prawie mógł poczuć jak go obejmują. - Och, maleńki, wypełniłeś już swoją obietnicę w tym świecie. Wykonałeś obowiązek na ciebie nałożony i wykonałeś go dobrze. Ale jest więcej niż jedna obietnica niesiona przez twoją duszę. Jedna z nich została na tobie wymuszona, gdy byłeś nie więcej jak niemowlęciem... -
Tutaj Harry nieświadomie dotknął swojej charakterystycznej blizny. Blizny, która, jak wszystkie bliny, była pamiątką bolesnej przeszłości.
Głosy obserwowały jak jego myśli błądziły wokół skutków tej blizny, i podczas gdy chłopiec, który stał się już niemalże mężczyzną, przeżywał stratę rodziców, stratę domu i poczucia przynależności, swojej niewinności i dzieciństwa, otoczyły go, emanując ciepłem i komfortem. Była to najbardziej przypominająca uścisk rzecz, jaką mogły osiągnąć.
- Obietnica związana z tą blizną jest wypełniona, maleńki. Dobrze się spisałeś. Lepiej niż ktokolwiek mógł się spodziewać. - kontynuowały uspokajająco.
- Ale jest jeszcze w tobie obietnica, która istnieje od jeszcze dłuższego czasu. Obietnica, która jest w tobie od twoich narodzin. -
Bez zapowiedzi wrócił mściwy lęk, pokonując go, tak przytłaczający w swej intensywności, że zaskoczył go samego. Nie chciał więcej obietnic czy obowiązków, miał dość. Wykonał swoją robotę i miał dość.
- ...nie... - powiedział słabo, niezdolny by zebrać więcej siły aby gwałtowniej zaprotestować,
„Nie!" krzyczał w myślach,
„Już więcej nie, nie znowu" - błagała jego dusza.
- Och, dziecię... - powiedziały głosy otaczając go troską o niego w jeszcze ciaśniejszym, opiekuńczym uścisku. - Nie obowiązek jest przed tobą, maleńki - zapewniły go. - Nie martw się. Twoje przeznaczenie jest teraz w twoich rękach. -
- Co?- wychrypiał. - Czego w takim razie ode mnie chcecie? -
Nie uwolniły go od ich nieistniejących ramion. - Nie uważaj tego za swój obowiązek, dziecko. Nie pozwól twojemu sercu być tak zatroskanym przez jego poprzednie brzemię. - próbowały go przekonać. - To nie jest obowiązek narzucony tobie przez nas, ani rana zadana tobie, zostawiając bliznę. To obietnica która leży w twoim pochodzeniu. - Czekały przez moment w milczeniu, ale nie wiedział czy w oczekiwaniu na jego protest czy zgodę. Milczał, nie dając żadnej z tych rzeczy i po chwili głosy kontynuowały wyjaśnienia.
- Dawno temu niektóre z naszych dzieci odeszły do twojego świata. Tam były dla nas stracone. Były poza naszym zasięgiem. Tak, jak ich dzieci, i dzieci ich dzieci. - Głosy pobrzmiewały żałością i po raz pierwszy od zwycięstwa nad Voldemortem Harry poczuł, że jego serce wypełnia się znowu troską o innych, uczuciem, które kiedyś przychodziło mu tak łatwo jak oddychanie. Jako pozostałość jego własnego, bolesnego, pozbawionego miłości dzieciństwa, jego serce zawsze ciągnęło do tych dusz, które przywoływały go uczuciem zagubienia, bezradności lub strachu, będącymi echem jego własnych uczuć z przeszłości. Myślał, że wraz z odrętwieniem, które ogarnęło go po śmierci Voldemorta, stał się odporny na takie uczucia jak współczucie. Właściwie odczuwał teraz ulgę, gdy odkrył, że tak nie było. „Jedna rzecz, której nie nie straciłem po drodze."
Głosy kontynuowały bardziej podnoszącym na duchu tonem, tak jakby chciały zatrzeć ich własny smutek - Ale nie wszystko było stracone. Chociaż upłynęło wiele wieków, pozostaliśmy czujni obserwując nasze dzieci. Ich krew przerzedzała się, gdy wiązali się ze śmiertelnikami, i z czasem niektóre z ich rodów wymierały, aż do momentu, gdy pozostały tylko dwa. -
- Pomimo upływu wieków krew Eldarów jest silna, i gdy potomkowie jednej z dwóch linii zakochali się w sobie, poczuliśmy radość jakiej nie odczuwaliśmy jeszcze nigdy. Narodziny są tak rzadkie wśród naszych Pierworodnych dzieci, i chociaż to osłabło, gdy krew się rozrzedziła, ciągle istniała szansa, że z tego związku nie będzie dziecka. A jednak ta miłość wydawała się z góry przeznaczona, tak, że po raz pierwszy od stuleci poczuliśmy nadzieję dla naszych utraconych dzieci. Wraz z unią tych rodów krew znowu stała się silna. Wraz z połączeniem się w taki sposób tych, których utraciliśmy, wiedzieliśmy, że w końcu będziemy mogli zabrać ostatniego z ich potomków do domu. Obietnica nadeszła wraz z twoimi narodzinami i byłaby spełniona przez twoją śmierć. -
- Moją śmierć? - wykrzyknął niezdolny dłużej słuchać w milczeniu Harry, próbując uwolnić się z bezcielesnego uścisku głosów. - Ale...ale ja nie umarłem! -
- Nie...- uspokajały głosy, pozwalając spanikowanemu chłopcu się odsunąć - Nie umarłeś maleńki. - Westchnęły chórem, był to smutny, zanikający dźwięk. - Coś zaingerowało w ten plan. Mroczny czarodziej, przepowiednia, ochrona twojej matki... -
- Moja matka...moja matka mnie uratowała. -
- Tak. - Zgodziły się. - Jej miłość do ciebie była silna. Ale nie mogła całkowicie cię uratować. Tamtego dnia otarłeś się o śmierć. Próbowaliśmy wtedy cię odzyskać, ale cena, jaką zapłaciłby twój świat, byłaby ogromna. A nie chcieliśmy by ofiara twojej matki poszła na darmo. -
- Więc czekaliśmy aż ta obietnica, ta przepowiednia, zostanie wypełniona. - Słowa „w ten czy inny sposób" rozbrzmiewały w ciszy pomiędzy Harrym i głosami.
- Moglibyśmy czekać jeszcze dłużej...- kontynuowały po chwili przerwy, zastępując niewypowiedziane słowa, które wisiały między nimi niczym te wypowiedziane - aż twoje śmiertelne życie dobiegnie końca. Po wiekach czekania i obserwowania, to oczekiwanie nie powinno było wydawać się nam być zbyt długim. -
Młody czarodziej zamrugał. „Głosy stały się niecierpliwe?" - pomyślał ze zdumieniem na tak nieoczekiwane stwierdzenie starożytnych (obserwowali jego świat przez wieki), potężnych (a przynajmniej tak założył z ich możliwości by go tutaj zabrać, gdziekolwiek tutaj było) bezcielesnych istot.
- Wydaje się, że ty również czekałeś wystarczająco długo. - kontynuowały szybko, i Harry odniósł wrażenie, że w rzeczywistości były zażenowane ich własną niecierpliwością.
- Wydawałeś się zagubiony w tym świcie, nie mogłeś znaleźć sobie miejsca. Więc uznaliśmy, że nadszedł czas. - dokończyły.
Zarówno Harry jak i głosy umilkli. Czarodziej myślał o tym co mu powiedziano, podczas gdy głosy czekały spokojnie, aż coś powie.
Harry nie rozumiał wszystkiego co usłyszał, czuł się podobnie przytłoczony jak po przedstawieniu mu świata czarodziejów. Może nawet bardziej. Chociaż szok był mniejszy niż wtedy, z powodu zdobytych przez niego życiowych doświadczeń (zbyt często go zaskakiwano, by teraz łatwo go było wytrącić z równowagi), to nadmiar informacji był większy. Czuł się jak wtedy, gdy mówiono mu o ochronnej magii jego matki, o ochronnej barierze wokół Privet Drive, napędzanej przez miłość, i o przepowiedni w jego pierwszym dniu w czarodziejskim świecie. I chociaż nie bycie utrzymywanym w nieświadomości było pokrzepiającym uczuciem, ciążyło również na jego umyśle.
Pomimo tych wszystkich informacji czuł, że nadal brakuje mu podstawowych elementów, aby wszystko do siebie pasowało. Naprawdę nie wszystko nie rozumiał, i nie wiedział nawet od którego miejsca rozpocząć zadawanie pytań, ani nawet które pytania zadać. Oprócz jednego.
- Czas na co? -
- Na ciebie, jedynego pozostałego potomka naszych utraconych dzieci, tak abyś został przywrócony tam, gdzie naprawdę należysz. - Głosy otoczyły go jeszcze raz, i czuł ich pełne nadziei i miłości pożegnanie. Było to obce, dziwne uczucie, które pozostawiło go zarówno nieco przestraszonym, jak i nieco spokojnym.
- Tam gdzie należę?- było ostatnią, pytającą myślą w jego głowie, zanim poczuł jak powietrzne ramiona niematerialnych istot ciągną go w coś, co nie było ani ciemnością, ani światłem. Czuł mrowienie ciepła na ciele, a jego oczy się zamknęły.
