Fanfick niekontrolowany

Część 2.

9. Zagadka.

- Koniec tej farsy - zadecydował Snape. - Minerwo, chyba zgodzisz się ze mną, że sprawa jest conajmniej dziwna. Mieliśmy już Śmierciożercę w przebraniu nauczyciela, więc i za tym... - tu spojrzał wyjątkowo nieprzychylnie na bruneta - może się coś kryć.

- Bez przesady, Severusie. Nie wpadajmy w paranoję. Nie sugerujesz chyba, że to młody Riddle, który użył zmieniacza czasu, żeby przenieść się w przyszłość i obejrzeć sobie skutki swoich działań?

- Och! - brunet spojrzał na nich z lekkim przestrachem. - To ja już chyba zaczynam rozumieć. Chociaż, nie. Nic nie pojmuję. Ktoś, kiedyś powiedział tak do mnie.

I w tym momencie autorce cały dowcip się zupełnie wykrzaczył, jako, że tekst jest pisany w języku polskim i gra słowna o którą jej chodziło w tymże języku zaistnieć nie może.

W każdym razie, nieszczęsny brunet usłyszał kiedyś od bliskiej mu osoby znamienne słowa: "You're a riddle".

10. Decyzja o zmianie scenerii.

- Idziemy do dyrektora - wycedził przez zaciśnięte zęby Snape.

- Dobrze. Może rzeczywiście Albus pomoże nam nieco rozjaśnić sytuację - zgodziła się McGonagall. - Panie Dig... Cullen, pan również, jeśli łaska - zwróciła się do Edwarda, który ewidentnie miał zamiar się ulotnić.

Nie mówiąc już nic więcej ruszyli w stronę gabinetu Dumbledore'a.

Autorka wspomniała gdzieś na początku, że przed zderzeniem z wielkouchym brunetem profesor McGonagall gabinet dyrektora opuściła, więc logicznym wydaje się, że teraz wszyscy powinni po prostu zawrócić, ale...

11. W trakcie zmiany scenerii.

Ledwie minęli feralną zbroję, nie wiadomo skąd pojawił się Irytek. Na widok Snape'a wydmuchał kilka baloników z gumy do żucia i zaczął śpiewać swój najnowszy przebój pod tytułem "Lily", skomponowany w celu - a jakże by inaczej - doprowadzenia Severusa do regularnego szału.

- Zobaczył ją, tak bardzo blisko,

Tak naturalnie, przepiękną Lily

I zapamiętał kolor, wszystko,

Już zakochany był, tak zakochany był!

W Harrego oczach było lśnienie,

Kolory, barwy i jej odcienie.

- Zamknij się - huknął Snape. Brunet podskoczył przestraszony i potknął się o własne nogi. Profesor McGonagall w ostatniej chwili chwyciła go za ramię. W duchu ucieszyła się, że wciąż ma dawny refleks.

- Pani, co to było? - wyszeptał chłopak.

- Miejscowy głupek. Nie obawiaj się - odparła. Przyjrzała mu się uważnie i po raz kolejny doszła do wniosku, że coś jest nie tak. Był wysoki, bardzo szczupły, a na sobie miał zdecydowanie niedzisiejszą tunikę i czerwoną apaszkę. Cholera, jednak Gryfon. Może istotnie, sądząc po stroju, padł ofiarą jakiegoś godnego pożałowania eksperymentu z czasem, ale lwiątko, to lwiątko. Wszystkie są jej. Że też od razu nie zwróciła uwagi na tę apaszkę.

12. Starsi panowie dwaj.

- Alpejskie ptasie mleczko - rzuciła McGonagall do kamiennej chimery.

- Błędne hasło. Spróbuj ponownie - mruknął posąg.

- Jak to błędne hasło? Przecież wchodziłam tu godzinę temu.

- Żartowałam - odrzekła chimera i odsunęła się, wpuszczając ich na spiralne, ruchome schody. Brunet rozejrzał się z nieskrywaną fascynacją.

- Diggory! - zawołał Snape, gdzieś w połowie wysokości. - Nie ma go! - McGonagall pokręciła głową.

- No trudno. Później się tym zajmiemy.

Drzwi do gabinetu dyrektora były uchylone. Zatrzymali się, niezdecydowani, bo do ich uszu dobiegły jakieś głosy.

- Dołożę wszelkich starań, by znaleźć przyczynę i rozwiązać ten problem, czcigodny Gandalfie. - To był Dumbledore.

- Ja również, czcigodny Albusie.

- Tym czasem, będę zaszczycony, mogąc gościć cię w tych... och, nie będę kłamać. Skromne progi to to nie są. Ale, mimo wszystko, będę zaszczycony, mogąc cię tu gościć.

- Skorzystam z ogromną przyjemnością - odpowiedział Gandalf.

13. Żywa legenda.

McGonagall zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi.

- Przepraszam, dyrektorze - powiedziała, wchodząc do środka. Brunet i Snape weszli za nią. Brunet zaczął rozglądać się po gabinecie i z każdą chwilą jego oczy robiły się coraz większe.

Dumbledore siedział przy swoim biurku, natomiast po przeciwnej stronie siedział czarodziej bardzo do niego podobny. Odróżniały go w zasadzie tylko szczegóły; brak okularów połówek i dość charakterystyczna laska.

- Mamy problem, dyrektorze - przemówił Snape.

- I postanowiliście przyprowadzić ten problem do mnie? - zaśmiał się Dumbledore, przyglądając się brunetowi.

- Albusie! - syknęła McGonagall. - Ten chłopiec prawdopodobnie został przeniesiony w czasie.

- A ja uważam, że to Śmierciożerca - warknął Snape.

- Dobrze już, dobrze. - Dumbledore uśmiechnął się pojednawczo - Problem rzeczywiście zaistniał. Obecny tu czcigodny Gandalf, zupełnie dla siebie niespodziewanie pojawił się w Hogwarcie. Konkretnie w moim gabinecie. Twierdzi, że pochodzi z zupełnie innego świata? Wymiaru? Nie jesteśmy pewni jak należałoby to nazwać. W każdym razie, istotnie, wydarzyło się coś dziwnego.

- Na brodę Merlina - westchnęła McGonagall.

- Co? - wyrwało się brunetowi.

- Nie znasz tego powiedzonka, drogi chłopcze? - zapytał wesoło Dumbledore. Brunet poczerwieniał.

- Yyy... Ale ja nie mam brody.

- Co? - zapytali jednocześnie Dumbledore, McGonagall i Snape.

- Ja nie mam brody - powtórzył z zakłopotaniem chłopak.

- Na gacie Merlina! Toż to chyba jest Merlin! - zawołał Dumbledore.

- N -no... tak na mnie wołają - wykrztusił chłopak. - Ale ja naprawdę nie mam brody. Może tylko raz miałem, jak zamieniłem się na krótko w starca, bo jak zwykle mieliśmy kłopoty i musiałem...

- Cicho bądź, chłopcze - przerwała mu ze zniecierpliwieniem McGonagall. Sytuacja zaczynała ją przerastać. Chciała spróbować sobie to wszystko poukładać.

- Minerwo! - Dumbledore spojrzał na nią z naganą. - Mówisz do żywej legendy.

- Tak, jakbym nie robiła tego na codzień - prychnęła, patrząc na niego wymownie.

14. Klasyczny przerywnik meteorologiczny.

Pogoda zepsuła się jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe. Zamiast deszczu, zaczął padać deszcz ze śniegiem, a wiatr nasilił się do tego stopnia, że złamał kilka drzew. Ciężkie chmury nieprzerwanie nadciągały od zachodu, szczelnie przesłaniając niebo. Nawet światło z różdżki na niewiele się zdawało. W Hogsmeade mówiono, czy też raczej szeptano po kątach, że to jak nic sprawka Dementorów.

- Cholibka - zaklął Hagrid, wyglądając przez okno swojej chaty. - Teraz to przez tydzień z chałupy nie wylezie.

- Hał! Hał! - zgodził się z nim Kieł.

15. My Słowianie.

- O święta macierzy dyskowa. I znów wplątaliśmy się w jakieś kłopoty – jęknął Net Bielecki.

- Mam złe przeczucia – oznajmiła Nika Mickiewicz.

- Weź dziewczyno nie strasz. Wystarczy mi wrażeń, jak na jeden dzień.

Tym czasem Felix (przez x) Polon zajął się badaniem otoczenia.

- To mi wygląda na jakiś zamek sprzed kilku stuleci. Nika, ty się znasz na historii... Co o tym sądzisz?

- Wczesne rokokoko – odparła dziewczyna. – Z pewnymi cechami charakterystycznymi dla preklasycyzmu – dodała.

- Ja piórkuję. Wynośmy się stąd lepiej – marudził Net.

- Ćśś, słyszycie to? – szepnął Felix. Z za drzwi dobiegały jakieś głosy.

Siedzieli sobie spokojnie w warsztacie Felixa, wyjątkowo nie planując ratowania świata, ani innych tego typu rozrywek. Nagła zmiana otoczenia zaskoczyła ich zupełnie. Kompletnie nic nie robiąc, w mgnieniu oka znaleźli się na jakiejś podejrzanie wyglądającej klatce schodowej, przed dębowymi drzwiami z kołatką.

- Chyba musimy tam wejść - zasugerowała Nika.

- Dlaczego? - zapytał Net.

- Mam przeczucie.

- Nie lepiej, gdyby Felix użył jednego ze swoich urządzeń i jakoś tam zajrzał?

- Nie da rady - mruknął Felix, obracając w dłoniach niewielki przedmiot, niewiadomego przeznaczenia. - Nic tu nie działa.

- Otworzę je - powiedziała nika. Skoncentrowała się i używając swych paranormalnych zdolności, wyrwała drzwi z zawiasów.

16. Poeci mimo woli.

- Cóż to? - rzekł dyrektor. - Zamknięte nie było. Dlaczego więc panienka otwiera drzwi siłą?

- O kurka! A myśmy myśleli, że są zaryglowane - wypalił Net. - Ale numer.

Powstał Gandalf dostojny, drzwi w zawiasy wprawił, czym Neta Bieleckiego nieziemsko rozbawił. Wstał podobnież Severus, zbladły jego lica.

- Klęska! Klęska! - zakrzyknął. - Wróg nas w sidła schwytał!

Dyrektor dłoń uniósł, więc zapadła cisza. Cisza jakiej Hogwart od dawna nie słyszał. Jeno zegar jakowyś ozwał się nieśmiało, lecz gdy Albus przemówił, też go wnet zatkało.

- Severusie, mój drogi, czyżbyś rozum stracił? Najpewniej osłony szlag po prostu trafił. Tych ludzi nie wińmy, są wszakże w kłopocie. Skąd przychodzą ustalmy. Odeślemy ich potem.

- Po jakiemu oni gadają? - zapytał z przerażeniem Net.

- Z każdą chwilą mówią coraz dziwniej - szepnęła Nika. - Nie podoba mi się to.