Rozdział drugi: Złote serce, czarna dusza
Juliette ze spokojem przyglądała się, jak Dean chodzi w tę i z powrotem, co jakiś czas zerkając na nią nieufnie.
Przywykła już do tego spojrzenia – miała na to cały długi dzień. Od kiedy wczorajszego wieczora Sam i Dean zdecydowali się wziąć ją ze sobą, Juliette była zdana głównie na starszego z braci. Młodszy, Sam, przez większość czasu siedział przy swoim laptopie, sprawdzając kolejne dane i łącząc je ze sobą w jedną, logiczną całość.
- No to opowiadaj nam, mała. – powiedział Dean, siadając naprzeciwko dziewczyny na przystawionym uprzednio krześle. – Jaki jest ten twój sabat? Czym się zajmują? I o co chodzi z tym całym rytuałem, na którym masz być rzekomo poświęcona?
- Są zwykłym sabatem czarownic i czarowników. – zaczęła Juliette. – A poprzez ten rytuał chcą zgromadzić więcej mocy, i dzięki temu wybić się ponad inne sabaty z okolicy. A mnie chcą użyć do rytuału, bo nie jestem jedną z nich.
- Nie jesteś jedną z nich? – zdziwił się Dean. Nawet Sam przerwał w tej chwili swoją pracę i zerknął na nastolatkę znad ekranu laptopa. – Co to konkretnie znaczy?
- To znaczy, że nie urodziłam się czarownicą. – odpowiedziała mu dziewczyna takim tonem, jakby to było coś oczywistego. – Moi obecni rodzice adoptowali mnie od jakiejś pary śmiertelników, gdy miałam niespełna rok. Przez długi okres czasu nie przejawiałam żadnych predyspozycji do władania magią. Ale w końcu jakoś udało się we mnie obudzić te „moce". – Przy ostatnim słowie Juliette uniosła dłonie ku górze, po czym wykonała nimi charakterystyczny symbol cudzysłowu. – Sami są potężnymi czarownikami, więc nie chcieli mieć za córkę kogoś, kto w ogóle nie potrafił władać magią. Dlatego aż tak bardzo starali się je we mnie obudzić. A gdy to w końcu miało miejsce, od razu rozpoczęły się moje dalsze nauki. Dość szybko jednak zdano sobie sprawę, że nie jestem tak silna jak reszta sabatu.
- To dlaczego cię wtedy nie zabili? – Dean przerwał jej swoim pytaniem. Juliette spojrzała się na niego spod byka, ale nie skomentowała jego zachowania. Odchrząknęła tylko lekko, po czym pospieszyła z odpowiedzią na pytanie na młodego mężczyzny.
- Przez mój dar. – powiedziała. Dean zmarszczył nieznacznie brwi, ale tym razem nie przerwał dziewczynie. Czekał, aż ona sama mu wszystkiego nie wyjaśni. – Potrafię przewidywać przyszłość.
- Przewidywać przyszłość? – mruknął Dean. Nie do końca chciał wierzyć w słowa dziewczyny. Nadal sądził, że ukrywa ona przed nimi coś jeszcze. – To całkiem niezła moc. Dlaczego mimo to chcą cię zaciukać w jakiejś pokręconej ceremonii? Obraziłaś ich lidera, czy co?
- Nic z tych rzeczy. – odparła Juliette. – Zwyczajnie dowiedzieli się o jednej z moich wizji i niezbyt ona im się spodobała.
- To znaczy? – Sam zamknął pokrywę laptopa, po czym przysiadł się bliżej Deana i Juliette. Ta historia robiła się z każdą chwilą coraz ciekawsza. – Jaka to dokładnie była wizja? Co w niej zobaczyłaś?
Juliette westchnęła ciężko, wznosząc spojrzenie ku sufitowi. Przez długą chwilę milczała, aż Dean zaczął się niecierpliwić. W końcu jednak odpowiedziała na zadane jej pytanie.
- Zobaczyłam w niej ich śmierć. – zaczęła spokojnym, nad wyraz opanowanym głosem. – Ich wszystkich; całego sabatu. Zginęli tego samego dnia, zabici przez nieznanych łowców.
- I tylko dlatego zdecydowali, że złożą cię w ofierze? – nastolatka uśmiechnęła się gorzko po usłyszeniu tych słów.
- Nie, nie tylko z tego powodu się na to zdecydowali. – odpowiedziała. – Problemem nie była wizja ich śmierci. Problemem było dla nich to, że w tej wizji to ja przywiodłam tych łowców do nich. I że to z mojej winy wszyscy członkowie sabatu zostali wybici.
- Huh. A to ciekawe. – mruknął Dean. Już po samym jego spojrzeniu Juliette mogła wywnioskować, że wciąż jej nie ufał. Inaczej było z Samem. Młody mężczyzna naprawdę wierzył w jej opowieść i uważał, że jest niewinna. – Czy co, nagle po tej jednej wizji uznali, że jesteś dla nich jakimś super-zagrożeniem, które koniecznie trzeba zlikwidować?
- Nie inaczej. – odparła Juliette spokojnym głosem. – Nie próbowali nawet zrozumieć tej wizji. Od razu uznali, że już teraz zamierzam ich zdradzić, mimo iż zapewniałam ich, że stoję po ich stronie. Nadali mi miano zdrajcy, a następnie skazali na śmierć. I to właśnie pewnie był ruch, który spowodował, że zdecydowałam się ich zdradzić.
- Wiesz… jakoś to wszystko się nie trzyma kupy. – powiedział po chwili Dean. Juliette i Sam jęknęli głośno w tym samym czasie, wznosząc spojrzenia ku sufitowi. – A może tak nie jest, Sammy? Naprawdę zamierzasz uwierzyć czarownicy? I to jeszcze w taką naciąganą bajkę?
- W tej chwili skłonny jestem uwierzyć w prawie wszystko, Dean. – odpowiedział Sam bez wahania. – Wydaje mi się, że mówi prawdę. A nawet jeśli kłamie… jest tu teraz z nami. Jeśli tylko czegoś będzie chciała spróbować, będziemy tutaj, żeby ją powstrzymać. Ale tego na pewno nie zrobi. – dodał szybko Sam, przenosząc spojrzenie na nastolatkę. – Prawda, Juliette?
- Oczywiście. – zapewniła mężczyznę dziewczyna. – Przecież jestem po waszej stronie. Cały czas wam próbuję to uświadomić.
- A zatem postanowione. – powiedział Sam, uśmiechając się słabo. – Od teraz chronimy cię przed sabatem. Będziemy też próbowali ich powstrzymać i zniszczyć, jak oryginalnie planowaliśmy. I ty nam w tym pomożesz.
- Naturalnie. Po to przecież tu jestem. – odpowiedziała Juliette, odpowiadając na uśmiech Sama swoim własnym.
Dean jako jedyny nie był z tej sytuacji zadowolony. Wodził tylko nieufnym spojrzeniem od Juliette do Sama, i z powrotem. Był przekonany, że ta dziewczyna coś kręci. I że jak nic wpakuje ich w jeszcze większe kłopoty, niż się spodziewają.
Po jakimś czasie Dean podjął ostateczną decyzję – pozbędzie się tej dziewczyny samodzielnie, jeśli tylko zacznie stwarzać jakiekolwiek, choćby najmniejsze zagrożenie. Był pewien, że pod tą powłoką niewinnej, uroczej dziewczyny krył się istny diabeł, gotowy do zaatakowania ich w każdej chwili. Wiedział też, że Sam jest zbyt ufny i naiwny, aby się w razie czego tym zająć.
Pozostał zatem tylko on – jedyna zdolna osoba do zajęcia się nastoletnią czarownicą, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Śmiało, spróbuj nas zdradzić. – pomyślał, wpatrując się z nienawiścią w nastolatkę, która właśnie zajęła się dalszą rozmową z Samem. – Udowodnij, że się nie mylę. Nie zdążysz nawet zareagować. Zaatakuję cię w chwili, w której najmniej będziesz się tego spodziewała. Nie pozwolę, aby jakaś porąbana czarownica zagroziła życiu mojego brata. Prędzej sam zginę, nim na coś takiego pozwolę.
