Zafra II

Do obozu wracały biegiem, dobrze wiedząc, że może być z nimi źle, jeśli nie zdążą przed przybyciem jeźdźców. Jeśli khal będzie ich do czegoś potrzebował, a ich nie będzie na miejscu, zemści się na Starej – a Stara odegra się na nich. Tym razem im się udało, może dlatego, że jak się wkrótce okazało, wśród przybyłych byli także ifaq, mniej wprawieni w konnej jeździe niż Dothrakowie.

Dany dołączyła do grupy niewolników, która wyszło na przywitanie khala i jego nowych towarzyszy. Przy okazji miała okazję lepiej im się przyjrzeć. Było ich dwóch i dziesięciu, większość zbrojna eskorta, z wyglądu Dothrakowie, ale ubrani w ghiskarskim stylu. Trzech zdawało się pełnić kierowniczą rolę. Nosili się z ostentacyjnym zbytkiem –wielokolorowe jedwabne szaty, naszyjniki i pierścienie lśniące się szlachetnymi kamieniami. Dobrze znała ten styl. Okrutni panowie znad Zatoki Niewolniczej. Ci, których przysięgała wytępić. Jakże była wtedy naiwna.

Przypatrzyła się dokładniej przybyłym. Dwóch trzymało się razem, namiętnie o czymś dyskutując. Pierwszy był niskim grubasem z brodą w nienaturalnie złotym kolorze, zapewne farbowaną. Jego towarzysz był nieco wyższy, zupełnie łysy, ale za to ze złotym pierścieniem w nosie. Trochę z boku trzymał się trzeci, najmłodszy, dobrze zbudowany i noszący na sobie mniejszą liczbę błyskotek, zapewne pomocnik pozostałych… Przez krótką chwilę jej wzrok spotkał się z jego wzrokiem, jednak niemal w tym samym momencie poczuła bolesne uderzenie z tyłu głowy.

- Nie stoi jak krowa – wycedziła Starucha, groźnie wymachując laską – jest robota.

Rzeczywiście, khal Jhokko zsiadł w międzyczasie z konia i wyrzucił z siebie strumień rozkazów. Niewolnicy zajęli się końmi. Niewolnice czekała inna praca: trzeba było szybko przygotować ucztę. Oznaczało to ubijanie i oprawianie zwierząt, pieczenie mięsa, przygotowanie napojów i zakąsek. Na co dzień Dothrakowie zadowalali się koniną i sfermentowanym mlekiem, ale każdy khal godny swojego miana trzymał w khalasar towar przeznaczony na specjalne okazje: różne gatunki ptactwa, pewną liczbę świń, bydła, owiec, także wina i mocniejsze trunki. Przy podejmowania gości nie wypadało oszczędzać.

Dany skierowano do obdzierania z piór świeżo ubitych kogutów, które miały trafić na stół jako kapłony. Starała się jak mogła, ale technika i tempo jej pracy wywoływały tylko śmiech pracujących z nią starych, bezzębnych Dothraczek. Adra Vos, wolny żółw, było najłagodniejszym przezwiskiem, jakie usłyszała. Przy okazji udało się jej jednak dowiedzieć czegoś o przybyłych.

- To kupcy z Yunkai, wracający z Vaes Dothrak. Noszą przed sobą znaki od staruch i wszystkich wielkich khalów, dlatego Jhokko darował im życie – zdradziła najlepiej poinformowana z Dothraczek.

- Dawniej żadne znaki by go nie powstrzymały – odpowiedziała druga, po czym splunęła na ziemię i dodała – Jhokko to wyleniały lew.

- Głupia jesteś – pokręciła głową pierwsza – bardziej się opłaci udzielić tym ifaq pomocy, niż zabijać ich.

Więcej już nie usłyszała, bo przyszedł po nią niewolnik-eunuch z otoczenia samego Jhokko.

- Kazano mi przyprowadzić białowłosą zafra do namiotu khala – ogłosił.

Zaprowadzono ją pod namiot khala, przed oblicze Staruchy i Ajjemmi, postawnej matrony będącej zwierzchniczką wszystkich niewolnic i eunuchów w khalasar. Pokłoniła się głęboko.

- Podobno służyłaś u możnych znad Zatoki Niewolniczej, zafra – oznajmiła pani Ajjemmi.

- Ai! – skłamała.

- W takim razie będziesz wiedziała, co i jak im podać. Ta stara – wskazała Staruchę – uważa się za najmądrzejszą, ale w życiu nie widziała Yunkajczyka i nie zna ich zwyczajów. Khal wiążę z nimi spore nadzieje. Jeśli mnie zawiedziesz, zafra, będzie to ostatnia rzecz jaką w życiu zrobisz – Ajjemmi dodała, odchodząc do innych obowiązków.

Starucha nie mówiła nic, ale w jej oczach Daenerys zobaczyła nienawiść. Nie zapomni tego upokorzenia, pomyślała, ale mścić się będzie na mnie, nie na Ajjemmi. O ile wcześniej nie narażę się komuś innemu.

Kolejne godziny spędziła na dobieraniu odpowiednich gatunków wina, próbowaniu yunkajskich potraw i ustalaniu kolejności ich podawania. Nie znała zwyczajów panujących w Yunkai, ale podejrzewała, że nie mogą zbyt różnić się od tych panujących w Meereen. Dobrze było poczuć, że po raz pierwszy odkąd dołączyła do Khalasar Jhokko ktoś liczy się z jej zdaniem. Złudzenie nie przetrwało długo. Tuż przed rozpoczęciem uczty podeszła do niej jedna z niewolnic służących na co dzień w namiocie khala i przywołała ją do rzeczywistości.

- Idź już stąd, ifaq. My się zajmiemy obsługiwaniem gości, twoja nadzorczyni ma dla ciebie inne zajęcie.

Starucha. Zapewne nie chciała, żebym kręciła się bliżej Yunkajczyków. Zrezygnowana, wróciła do namiotu niewolnic. Na miejscu czekała już na nią Ziganni, która zaczęła od rzucenia jej w twarz szmaty materiału.

- Ifaq, masz wymyć w wodzie z rzeki wszystkie nasze naczynia, w tym kubły na nieczystości. Mam ci przekazać, że jeśli nie zdążysz ze wszystkim na czas, lub źle się spiszesz, dostaniesz baty – wyrecytowała obojętnie.

Dany cicho zaklęła pod nosem. W życiu się z tym nie zabiorę na raz. Będę musiała chodzić tam i z powrotem.

- Czy mogę chociaż dostać coś do jedzenia? Przez cały dzień zjadłam tylko jeden podpłomyk – zapytała, nie spodziewając się pozytywnej odpowiedzi. Jakież było jej zdumienie, gdy Ziganni dała jej owoce i suszone mięso.

- Dzień uczty, dziś nawet my możemy pojeść – mruknęła.

Resztę dnia spędziła, krążąc między rzeką a namiotem. Większość Dothraków, nawet niewolnicy, spędzała czas biesiadując. W namiocie khala zmieścili się tylko wybrani goście, ale zabawa trwała w najlepsze także w pozostałej części obozu. Odnosiła wrażenie, że tylko jej pisana była tego dnia ciężka robota od świtu do nocy. Radości innych mogła przyglądać się tylko z oddali.

Było już ciemno, gdy skończyła pracę i wycieńczona runęła na swoje posłanie. Jednak zaraz po tym jak zamknęły jej się oczy, obudził ją ból. Ktoś ciągnął ją za włosy.

- Idziesz z nami – rzucił nieznany jej wojownik, od którego czuć było wyraźną woń alkoholu. Wstała, wiedząc że protesty na niewiele się zdadzą. Idąc przez obóz zorientowała się szybko, że nie jest sama. Z każdego kierunku dołączali wojownicy lub nadzorcy popychający przed sobą niewolnice, w większości młode lub obcego pochodzenia.

Ściśnięto je w końcu w jednym miejscu i kazano stanąć przed namiotem khala. Chwilę później ze środka wynurzył się sam Jhokko w towarzystwie yunkajskich kupców.

- Rozbierać się! – krzyknął głośno jeden z jego braci krwi, a rozkaz zaczęli powtarzać otaczający je nadzorcy.

Dany natychmiast zrozumiała o co chodzi. Khal postanowił dać swoim gościom prezenty. Mimo, że nawet i w ubraniu było jej dosyć zimno, bez ociągania ściągnęła koszulę i zdjęła suknię. Stanęła prosto, wypinając pierś i ręce kładąc po bokach. Jeśli wydostanie się stąd wymaga pokazania cycków i cipy, jest w stanie zapłacić tą cenę. Wstrząsnęły nią dreszcze, nie wiedziała czy z nerwów, czy z zimna. Z trudem skupiła się na tym, co działo się przed nią.

Trzej najważniejsi Yunkajczycy krążyli niepewnym krokiem wśród nagich niewolnic, rozprawiając z miną znawców i co chwila wybuchając śmiechem. Jedna na kilka dziewczyn budziła ich większe zainteresowanie; przyglądali się jej z większą uwagą, dotykali, czasami zadawali pytania. Spośród tych wybranek, mniej więcej co drugą uznawali za odpowiednią. Dawali wtedy znać jednemu ze swoich pomagierów, a ten popędzał ją w kierunku yunkajskich namiotów. Najczęściej wybierali cudzoziemki. Przed sobą dostrzegła Xandę i Miri. Obie zostały wybrane. Letniaczka przyjęła to spokojnie, ale młoda Dothraczka zaczęła płakać, gdy zrozumiała o co chodzi. Jeden ze strażników uspokoił ją uderzeniem w twarz.

Tymczasem kupcy przeszli do jej rzędu. Kontem oka widziała, jak bez większego zainteresowania oglądają dwie Dothraczki. Potem stanęli przed nią. Wiedziała, że powinna zwrócić wzrok ku ziemi jak przystało niewolnicy, ale z jakiegoś powodu nie było w stanie się na to zdobyć. Zamiast tego patrzyła w dal, starając się nie ukazywać emocji.

- Lysenka? – rzucił jeden z handlarzy, niski i gruby mężczyzna z pięknie wystrzyżoną brodą ufarbowaną na złoto.

- Jeśli tak, to może się okazać użyteczna. Szkolą je w tym samym co my, podobno nawet lepiej – rzucił drugi, szczerząc zęby, z których co drugi był złoty. Obydwaj mówili ghiskarską odmianą valyriańskiego.

- Dziewczyno, czy jesteś wytresowaną kurwą z Lys? – zwrócił się do niej złotozębny.

Chciała coś odpowiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle.

- Fuj. Mam nadzieję, że nie masz zamiaru jej wypróbowywać – stwierdził grubas – jest brudna, zawszona i śmierdzi.

- Czemu nie odpowiadasz? Jesteś głucha, czy głupia? – dopytywał jego towarzysz, a nie doczekawszy się odpowiedzi, wyraźnie poirytowany, uderzył ją z całej siły w twarz. Straciła równowagę i padła na ziemię.

- To strata czasu. Mamy co chcieliśmy. Wracamy – wtrącił się trzeci z handlarzy, najmłodszy, ten którego wcześniej uznała za pomocnika dwóch pierwszy. Musiała się pomylić, bo pozostali bez żadnego sprzeciwu podążyli za młodszym towarzyszem, jakby przywykli do wykonywania jego rozkazów.

Podniosła się powoli, zbierając z ziemi swoje łachmany. Zawiodłam, pomyślała. To była moja jedyna szansa, ale nie potrafiłam się przed nimi ukorzyć. Obok pojawił się eunuch-niewolnik pełniący rolę nadzorcy.

- Wracaj do siebie – rozkazał jej niemal ojcowskim tonem.

Nie oponowała. Niczym w transie, nie panując w pełni nad własnymi nogami, wróciła do swojego namiotu. W środku reszta mieszkańców spała. Ale nie Xanda i Miri, przypomniała sobie.

Znalazła swój koc i ułożyła się do snu. Wiedziała, że jutro czeka ją ciężka praca. Jak zwykle. Jak zawsze? Ile czasu miała spędzić jako pogardzana niewolnica Dothraków? Rok? Dwa? Dziesięć?

Jak dotąd wytrzymała kilka miesięcy. Ile dokładnie, trudno jej było powiedzieć. Wszystko zaczęło się feralnego dnia, kiedy to zdecydowała się opuścić Drogona. Była wtedy przekonana, że nie wyjścia, że umrze żywiąc się ochłapami mięsa, bez dostępu do czystej wody, ze zniszczoną koszulą jako jedyną osłoną. Ruszyła droga wzdłuż rzeki, licząc dojdzie do morza, do jakiegoś miasta, licząc na cud. Żywiła się podejrzanymi jagodami, piła zatrutą wodę. W pewnym momencie musiała stracić przytomność. Niechybnie by wtedy zginęła, gdyby nie trafili na nią zwiadowcy z Khalasar Jhokko. Uratowali jej życie, ale zabrali wolność.

Dothrakowie uznali, że jest niewolnicą, która zbiegła lub została porzucona przez inny Khalasar. Jakże inaczej wytłumaczyć jej obecność na niezamieszkanym pustkowiu? Dany postanowiła nie wyprowadzać ich z błędu. Drogona nie było nigdzie w pobliżu. Cóż mogła zrobić bez niego? Uznała, że gdyby wyjawiła swoją prawdziwą tożsamość wdowy po Drogo, zamknęli by ją w Vaes Dothrak lub zabili za złamanie starożytnych tradycji. Przez kolejne dni udawała słabszą niż była w istocie, jednocześnie wypatrując na nie swojego smoka. Gdyby tylko ją zauważył, gdyby przyfrunął… Wróciłaby do roli królowej, a jej wrogowie poznaliby, co znaczy Ogień i Krew.

Czwartego dnia wyciągnięto ją z samego rana z barłogu i dano do wyboru: obroża lub śmierć. Zdała sobie sprawę, że Drogon już nie wróci. Wybrała obrożę. Czy zrobiłaby to, gdyby wiedziała, co to tak naprawdę oznacza? Z każdym dniem śmierć stawała się coraz bardziej kusząca. W Khalasar ostre narzędzia były wszędzie…

Nie, pomyślała. Może stracić życie, ale nikt i nic jej nie zmusi, by sama je sobie odebrała. Yunkai. Z Yunkai jest już blisko do Meereen. Yunkai jest jej nadzieją. Nie da jej sobie tak łatwo odebrać.

Zsunęła z siebie koc i usiadła rozglądając się dookoła. W namiocie wszyscy spali, niektórzy głęboko, jak wnosiła z chrapania Staruchy. Wstała, i nie ważąc się założyć sandałów ruszyła w kierunku wyjścia. Po kilku krokach była już na świeżym powietrzu. Zaczerpnęła głęboki oddech, podniosła głowę i ruszyła przed siebie pewnym krokiem. Nie mogę zapomnieć, że jestem smokiem. Nikt nie zatrzyma smoka. Jeśli spojrzę za siebie, będę zgubiona.

Jej cel nie mógł dalej niż kilkaset kroków dalej, ale miała wrażenie, że dotarcie do niego zajęło jej całą wieczność. Czuła, że serce jej dudni, gdy zobaczyła go przed sobą. Namioty Yunkajskich kupców. Jeden z dothrackich najemników pełniących rolę ochroniarzy stał na warcie i właśnie ją zauważył. Nadeszła pora na najtrudniejszą część.

- Prowadź mnie do swojego przywódcy – powiedziała głośno i wyraźnie. Strażnik ani drgnął.

- Przychodzę z polecenia khala.

Drugie zdanie wywołało wreszcie reakcję, choć zdawało jej się, że Dothrak rzucił jej wątpiące spojrzenie. Wkrótce zniknął w największym z namiotów na niepokojąco długi moment. Gdy wyszedł, wskazał jej drogę ręką, udając uniżenie.

- Mądry Pan Faez zo Kendaq przyjmie cię, zafra, ale tylko ze względu na khala.

Skinęła głową i wkroczyła do namiotu. Faez zo Kendaq leżał na posłaniu ze skór egzotycznych zwierząt, lwów czy może tygrysów, przykładając rękę do głowy. Był też kompletnie nagi.

- Khal Jhokko ma duże poczucie humoru, jeśli przysyła mi niewolnicę po suto zakrapianej uczcie – oznajmił kpiącym głosem.

- To nie khal mnie przysłał – przyznała się, skrywając zmieszanie, jakie wywołał w niej wygląd jego nagiego ciała. Musiała przyznać, że bardziej przypominał khala Drogo niż typowego handlarza niewolników.

- W takim razie masz dużo do wytłumaczenia, zafra. Radziłbym ci się pośpieszyć – odpowiedział, jednocześnie wyjmując zza grubej puchowej poduszki bogato zdobiony nóż.

- Przyszłam cię prosić, panie… wiem, że zabierasz z Khalasar niewolników. Weź też i mnie.

- To jakiś żart? – Faez rzucił ostro – poznaje cię teraz. Kiedy moi współtowarzysze oceniali twoje walory, nie mogłaś wycedzić słowa, a teraz zyskałaś odwagę bardzo niebezpieczną dla niewolnicy.

Uklękła przed nim, dając sobie trochę czasu na odpowiednie sformułowanie odpowiedzi.

- Wybacz moją zuchwałość, panie. Ich słowa zraniły mnie wcześniej, ale twoi towarzysze mają racje: jestem brudna, śmierdząca i zawszona. I taka zostanę, jeśli się stąd nie wydostanę. Dothrakowie każą mi nosić wiadra z nieczystościami i kroić końskie mięso, ale ja potrafię znacznie więcej. Znam języki, sztukę pisania, obyczaje panujące wśród możnych.

Starała się nie patrzeć na Faeza, ale kontem oka dostrzegła, że wstaje z posłania.

- Jesteś człowiekiem interesu panie. Czyż ciebie i twoich towarzyszy nie nazywają mądrymi? Khal odda mnie za darmo lub za bezcen, cały zysk zatrzymasz dla siebie.

Faez stał już tuż przed nią. Uznała, że czas kończyć przemowę.

- Jeśli zaś nadal mnie nie chcesz, proszę cię tylko o jedną łaskę: zabij mnie tu i teraz.

Zamknęła oczy, w zasadzie przygotowana na śmiertelny cios.

Zamiast tego usłyszała śmiech.

- Tego się nie spodziewałem – obwieścił po chwili Faez – jesteś bardzo nielojalną niewolnicą. Ludzie z pokolenia mego ojca pokarali by cię śmiercią, prawdopodobnie z użyciem dzikich bestii lub jakiejś skomplikowanej i bolesnej maszynerii. Masz wyjątkowe szczęście, że spora ich liczba zeszła ostatnimi czasy z tego świata. Świat się zmienia, możliwe że teraz nawet nielojalni niewolnicy mogą być użyteczni.

Odważyła się otworzyć oczy, a zo Kendaq roześmiał się jeszcze raz.

- Emanuje z ciebie nadzieja i radość, jak widzę. Zaprawdę, jesteś chyba pierwszą kurwą w historii, która tak bardzo pragnie zostać własnością Mądrych Panów z Yunkai. Wezmę cię od khala….

Niespodziewanie przerwał i przykucnął obok, przystawiając jej nóż do szyi.

- …ale zapamiętaj sobie, że w odróżnieniu od tych śmierdzących dzikusów, Mądrych Panów nie można zdradzać bezkarnie.