Już nic i nikt nie mógł uratować występu. Warblersi, słynący z perfekcyjnie dopracowanych występów, polegli. Blaine zdawał sobie z tego sprawę. Muzyka dawno przestała grać, a on gwałtownie zbiegł ze sceny. Setki głów odwróciło się w stronę wyjścia, gdzie chłopak zmierzał. Kiedy w końcu drzwi się zatrzasnęły, rozległy się szmery i szumy wśród widowni. Warblersi wiedzieli, po co, a raczej do kogo Blaine zmierza, więc postanowili kontynuować swój niefortunny występ.

Blaine wybiegł z budynku i poczuł ostre, jesienne powietrze. Przeszedł go dreszcz spowodowany emocjami. Nie obchodziło go zimno, jakie panowało na zewnątrz. Zacisnął pięści, skupiając się. Ten moment miał już zaplanowany od dawna. Oczywiście nie bezczynne stanie na dworze przy minusowej temperaturze, lecz rozmowę z Kurtem. Desperacko zaczął oglądać się za znajomą sylwetką lub znanym samochodem. Widoczność była słaba, ale Blaine pobiegł przed siebie. Kurt wyszedł niedawno, więc musiał być gdzieś tutaj, prawda? Chłopak obiegł cały parking, niestety, bez skutku. Wbiegł z powrotem do budynku i usłyszał odgłosy dochodzące z auli. Nie przejął się nimi za bardzo i pobiegł w stronę schodów. Przebiegł kilka pięter, po czym wyczerpany, usiadł na stopniu, rozluźniając krawat i chowając twarz w dłonie. Co, jeśli to wszystko nie ma większego sensu? Kurt mógł mu już nigdy nie wybaczyć. Zdrada jest zdradą. Nagle usłyszał rozmowę dwóch mężczyzn, którzy schodzili na dół. Blaine wcale nie miał ochoty podsłuchiwać, ale pierwsze zdanie od razu go zaniepokoiło.

-Nie ogarniam, jak można wyglądać tak pedalsko.

-Chłopie, jak w ogóle można być pedałem?! Co to za "styl" życia? Widziałeś jego ciuchy? Jakby wyszedł prosto z jakiegoś cholernego butiku. I te włosy, postawione na żela - powiedział drugi, kiedy byli tylko parę kroków za Blejnem. Omijając go, pierwszy z nich niby potknął się, wpadając na Warblersa. Nie powiedział "przepraszam".

-Umm, to bolało- chłopak dotknął swoich pleców.

-Ojej, zraniłem twoje gejowskie plecki? Cholera, to jest jakieś posrane miejsce dla homosów! Najpierw ten w kiblu, teraz drugi. Chłopie, na kilometr czuć od ciebie pedalstwem-cwaniak wskazał na jego włosy, przylizane żelem, po czym oboje się zaśmiali. Blaine nie zwracał uwagi na obelgi, był do nich przyzwyczajony. W jednej sekundzie przed oczami stanęły mu wszystkie sceny z Columbia School, do której uczęszczał przed Dalton. Na wspomnienie tego miejsca przechodziły go ciarki, a w gardle rosła wielka gula.

-Jeżeli go tylko dotknęliście - Blaine nagle oprzytomniał, zdając sobie sprawę, że Kurt był w niebezpieczeństwie. Ekstrawaganckie ubrania, perfekcyjnie wystylizowana fryzura? Ten opis idealnie pasował do tego chłopaka.

-Łohooooho, patrz, pewnie są razem! - powiedział łysol, który wcześniej wpadł na Blejna.

-Stary, lepiej biegnij do swojego chłopaczka, w kiblu jest dużo miejsca, wystarczająco, aby się popieprzyć- zawtórował mu drugi i oboje wybuchnęli okropnym śmiechem. Blaine znowu zacisnął pięści, a w środku niego aż się gotowało. Jednak wiedział, czym może się zakończyć zadzieranie z takimi ludźmi. Po prostu odwrócił się i pobiegł w stronę męskich toalet.

-Biegnij, gejuszku! Twój chłopak już tam na ciebie czeka! - usłyszał za plecami. Odnajdując toaletę, wbiegł do niej, zastając ukochaną osobę. Widząc go, poczuł to ciepłe uczucie w brzuchu. Coś w rodzaju motyli, ale z podwojoną siłą. To nie było tylko zakochanie. To było desperackie pożądanie chłopaka, który znaczył dla niego wszystko. Kurt siedział w kącie, z zaczerwienionymi oczami i chusteczką przyłożoną do nosa. Płakał. Włosy były potargane, a na jego koszuli dał się zauważyć plamy krwi. Widząc Blejna, Kurt podniósł wzrok, po czym znowu go opuścił. Zapadła niezręczna cisza. Słowa były zbędne w tym momencie.. Żaden z nich tak naprawdę nie wiedział, co powiedzieć.

-Mój licealny koszmar powrócił - po chwili wyszeptał Kurt. Na te słowa Blaine zareagował spontanicznie; przypomniał sobie chwile, kiedy postawił się Karofskyiemu, raz porządnie obrywając.

-Kurt..- chłopak wyciągnął w jego stronę rękę, chcąc dotknąć chłopaka, ale odpuścił, wracając do rzeczywistości i do wydarzeń z ostatniego okresu. - Ty krwawisz. Daj, pomogę ci - chciał opatrzyć mu nos, który najwidoczniej był złamany.

-NIE! - usłyszał w odpowiedzi. -Nie potrzebna mi pomoc. Zostanę tu do końca mojego życia w tych samych ciuchach. Nie mam nawet po co żyć. Byłem głupi, myśląc, że mogę zmienić świat. To się nigdy nie skończy, wiesz? Liceum mam za sobą, ale na świecie jest więcej takich ludzi.

-Nie zostawię cię tutaj- w normalnej sytuacji Blaine złapałby go za rekę, mówiąc, że wszystko będzie dobrze, że przetrwają to razem. Cóż. Teraz nic nie było pewne. Kurt w końcu popatrzył w oczy Blejna, ale gdy tylko ten chciał nawiązać kontakt wzrokowy, Kurt zamknął oczy. Krzywił się z bólu.

-Nie pojadę nigdzie. Zaraz występują New Directions, a ja obiecałem Brittany, że będę na widowni. Potrzebują czyjegoś wsparcia - powiedział, a Blaine przez chwilę zapomniał, że ma na sobie marynarkę Dalton. A więc to była ironia, Kurcie? Wtedy kolejny raz poczuł się jak zdrajca. Zdrajca w oczach Kurta.

-Oni na pewno zrozumieją.. Kurt, mówię poważnie. Twój nos nie wygląda najlepiej, lekarz musi cię oglądnąć. To dla twojego dobra. Zauf.. umm. Chodźmy - pomógł chłopakowi się podnieść. -Poza tym.. wątpię, żebyś chciał być oglądanym przez ludzi w takim stroju- Blaine zaśmiał się, wskazując na koszulę Kurta. Ten wręczył mu marynarke, którą trzymał na kolanach i przeglądnął się w lustrze. Cholera, pomyślał.

-Cholera- tym razem powiedział na głos, ale nie chodziło mu o koszulę. Właśnie usłyszał śmiech Blejna. Śmiech, który tak bardzo kochał i za którym tak bardzo tęsknił.

Cholera.