Gwoli wstępu: wszelkie epizodyczne postacie są stworzone tylko na potrzeby tego opowiadania; z racji tego, że napisane jest w formie dość żartobliwej, pozwoliłam sobie na pewną dowolność w tworzeniu relacji rodzinno-przyjacielskich Pani Hudson.
Jeśli chodzi o napisaną po angielsku treść smsa - cóż, przepraszam za brak konsekwencji językowej, ale to mój nawyk, którego jeszcze nie pokonałam. W mojej głowie Watson dalej krzyczy "For Gods' sake!" i "Bloody hell!" i jak to udało mi "zwalczyć", tak z wiadomościami przegrałam sromotnie. Z racji tego, że ten wybryk pojawi się sporadycznie mam nadzieję, że będzie mi wybaczone.
Opowiadanie dedykowane nikomu innemu, jak kicającemu po moim pokoju pierwowzorowi uszatego bohatera.
Enjoy!
ROZDZIAŁ I - "WOOHOO!"
DWA DNI WCZEŚNIEJ
221B Baker Street, 17:47
-Woohoo!
John poznałby ten głos wszędzie, ale nie pamiętał, czy kiedykolwiek był równie szczęśliwy na jego dźwięk. Pani Hudson zapukała kurtuazyjnie we framugę i zajrzała do ich mieszkania, ratując go tym samym od kolejnej, destrukcyjnej rozmowy pod tytułem „Nudzę się". Wychylił się ze swojego fotela i przywitał ją radośnie. Właśnie kupiła ich ścianom dodatkowy kwadrans życia.
Sherlock żachnął się i opadł na kanapę, wyraźnie obrażony.
- Nic w planach, chłopcy? – zagadnęła radośnie, nie wyczuwając najwyraźniej panującej wokół grobowej atmosfery.
- Nie, jeszcze nie. – odparł szybko John, zagłuszając głośny, długi jęk przyjaciela, który brzmiał tak, jakby ktoś co najmniej operował jego wyrostek bez znieczulenia.
Pani Hudson otaksowała wzrokiem leżącego na kanapie Holmesa i zacmokała cicho.
- Och, Sherlock. – westchnęła – Musisz sobie znaleźć jakąś pasję… poza morderstwami, kochanie.
- MAM PASJE, Pani Hudson. – odparł dobitnie, wciskając twarz w poduszkę - Tylko większość z nich przydaje się WYŁĄCZNIE do rozwiązywania morderstw.
Pani Hudson popatrzyła na niego z politowaniem, po czym wymieniła krótkie spojrzenia z Watsonem; John wzdrygnął ramionami.
- Chodźcie, coś wam pokażę. – zawołała po chwili, machając na nich ręką – Może to zajmie myśli co poniektórych choć na moment.
- Co takiego? – zapytał John, zamykając swój laptop i wstając z miejsca.
- Znalazłam idealny prezent dla wnuczki mojej przyjaciółki! – oznajmiła podekscytowana. – Chodźcie, chodźcie!
I zbiegła po schodach na tyle szybko, na ile pozwalało jej na to chore biodro. Watson ruszył do drzwi; mijając kanapę, klepnął przyjaciela w ramię i spojrzał na niego z góry.
- Rusz się. – mruknął. – Dobrze ci to zrobi.
A jak nie tobie, to przynajmniej naszemu mieszkaniu. – dodał w duchu, zezując na ukryty w kieszeni szlafroka pistolet.
Sherlock wydał z siebie długi, niski jęk i ociągając się, wstał na nogi.
- Niech będzie. – westchnął, przeciągając się głośno – I tak zmarnowałbym następne kilka minut.
- Niesłychane.
Sherlock Holmes zmrużył oczy i przysunął nos jeszcze kilka centymetrów bliżej prętów. Po drugiej stronie sześciomiesięczny samiec królika miniaturowego żuł ze spokojem swoje siano, niezrażony wielką, zdumioną twarzą, która od pięciu minut naruszała jego prywatność.
- Prawda, że słodki? - zapytała pani Hudson dokładnie w tym momencie, w którym Sherlock wymamrotał:
- On musi być tylko ogniwo bliżej od Andersona.
John zachichotał cicho, po czym powiedział szybko:
- Całkiem ładny, to prawda.
Nachylił się ponownie nad klatką, w której królik wyciągał z paśnika kolejne, długie źdźbło, nie zaszczycając przy tym Johna ani jednym spojrzeniem.
Watson przekrzywił głowę. Nie miał nic przeciwko zwierzętom, ale nigdy nie był zagorzałym "zwierzolubem". Nie widział też sensu trzymania w domu takich małych stworzonek; w jego mniemaniu nie za bardzo zdawały sobie sprawę z egzystencji ich właściciela, więc jakim cudem mogły się do niego przywiązać? Był przecież tylko wielką ręką z marchewką na końcu.
Nie mniej, zakupiony przez panią Hudson królik był rzeczywiście bardzo ładny – niewielki, puchaty, całkiem fikuśnie ubarwiony: w przedniej połowie biały, w tylnej brązowy, z brązowym pyszczkiem i jasną, szeroką pręgą przebiegającą od uszu aż do nosa.
- Ale to spory obowiązek, mała Katie jest na to gotowa? – zapytał z powątpiewaniem, odsuwając się od klatki i przyklejonego do niej Sherlocka.
- Och, jej rodzice wiedzą! – oznajmiła pani Hudson, machając ręką. – Już dawno chcieli jej kupić jakieś zwierzątko, dzieci się tak lepiej wychowują. Sprzedawca mówił, że jest wyjątkowo towarzyski, będzie idealny!
- To… eee… kiedy go pozna?
- Za tydzień. Margaret zaprosiła mnie na kilka dni, akurat na urodziny Kathleen… będę jej ulubioną ciocią, jak go zobaczy! – zawołała, wyraźnie podekscytowana, po czym spojrzała na królika pełnym wdzięczności spojrzeniem.
- Chcecie herbaty, chłopcy? – zapytała po chwili, odrywając wzrok od zwierzątka, którego w końcu zainteresowała przyklejona do klatki twarz.
Królik nastawił uszu i węsząc skwapliwie, wyciągnął głowę w kierunku Sherlocka; ten spojrzał na niego podejrzliwie, jednak nie ruszył się z miejsca.
- Nie, dziękujemy, będziemy już chyba wracać do siebie. – zaczął John, po czym popatrzył na przyjaciela i sprostował – W każdym razie JA będę. Sherlock chyba znalazł sobie zajęcie.
- Co? – Holmes, wciąż nieruchomy, próbował jednocześnie wyrazić swoje zdumienie i nie spłoszyć zwierzęcia, które miało pyszczek ledwie milimetry od jego nosa – Nie bądź śmieszny, John, nie będę sobie zaprzątał głowy czymś ta… AU!
Wyprostował się momentalnie i odwrócił w stronę pani Hudson.
- Ugryzł mnie.– oznajmił, wyraźnie wzburzony.
- Jak mu wtykasz nos do klatki, to co się dziwisz. – zachichotał John, patrząc na zaczerwieniony nos przyjaciela. – Pewnie sprawdzał, czy jadalny.
Holmes rzucił pogardliwie spojrzenie na królika, który teraz, już wyraźnie zainteresowany, oparł się o pręty klatki i węszył w poszukiwaniu tego wyjątkowo ciekawego obiektu.
- Pokaż… - pani Hudson wspięła się na palce i spojrzała troskliwie na jego twarz – Nie przesadzaj, Sherlock! – powiedziała po chwili, klepiąc go w ramię – Nawet nie przeciął skóry. Króliki to ciekawskie stworzenia, musisz na nie uważać.
To powiedziawszy, wsunęła palec między pręty i pogłaskała zwierzątko po głowie; królik zamarł w bezruchu i przymrużył oczy. Sherlock spojrzał na niego tak, jakby spodziewał się, że zaraz wyrwie pani Hudson cały palec. Kobieta zachichotała, odsunęła się od prętów i podeszła do czajnika, w którym zagotowała się już woda na jej popołudniową herbatę.
Holmes rzucił królikowi ostatnie, zdegustowane spojrzenie, odwrócił się na pięcie i oznajmił:
- Idziemy. Może Gordon wreszcie zadzwoni.
Po czym wymaszerował z kuchni z dumnie uniesioną głową.
- Greg. – westchnął John i chcąc nie chcąc, a bardziej to drugie, powędrował za nim.
Najwyraźniej ich ścianę czekało naprawdę ciężkie popołudnie.
19:52
- Woohoo.
John zdumiał się niezmiernie, słysząc drugie „Woohoo" w ciągu dwóch godzin, zwłaszcza, że owe „Woohoo" było o wiele cichszym i spokojniejszym niż standardowe „Woohoo" być powinno.
Przeanalizowawszy własny tok myślenia, Watson doszedł do przykrego wniosku, że on sam również desperacko potrzebuje zajęcia.
Z cichym westchnieniem zostawił przygotowywanie swojej kanapki, po czym wyszedł z kuchni, by zobaczyć, o co pani Hudson chodzi.
Kobieta stanęła w progu i rozejrzała się wokół z niekrytym zdumieniem; John doskonale zrozumiał ten wzrok.
W ciągu minionych dwóch godzin z ich salonu ubył jeden klosz od lampy, dwie filiżanki, kawałek tynku przy parapecie i sam Watson, który po popisowym znokautowaniu Sherlocka odebrał mu w końcu broń i zostawiwszy wykrzywionego przyjaciela na podłodze, oznajmił, że nie ruszy się z kuchni, dopóki ten nie doprowadzi do porządku ich mieszkania.
Niestety, już kwadrans później musiał złamać swoje postanowienie i znokautował Sherlocka drugi raz, gdy ten w akcie desperacji postanowił napisać do Moriarty'ego smsa pod tytułem „SO BORED!" i zobaczyć, co się stanie.
W efekcie, pół godziny temu konsultant kryminalny dostał wiadomość o treści „smksfsfknapbooor", a Holmes łypał na Watsona wściekle, rozmasowując wykręcony nadgarstek. Kontuzja oczywiście nie powstrzymała go przed znalezieniem sobie nowego zajęcia i tak oto na ich ławie stała już podgrzewana prowizorycznym palnikiem kolba z zieloną, bulgoczącą mazią w środku.
John naprawdę nie chciał wiedzieć, co było w środku.
Pani Hudson milczała przeraźliwie długo, a Watson zaczął szczerze martwić się o jej serce.
- Skończyliście już kłótnie? – zapytała w końcu, a maź wystrzeliła kilkanaście centymetrów w powietrze z głośnym „Puf!" i opadła na ławę, wyżerając w blacie małe dziurki.
Kobieta jęknęła cicho.
- Mam do was prośbę, chłopcy. – oznajmiła, a John zrozumiał już, dlaczego do tej pory nie oberwało im się za zdewastowanie mieszkania.
- Jutro z samego rana muszę jechać do Birmingham. – wyjaśniła słabym głosem – Moja…
- … siostra chce z panią porozmawiać o długach swojego męża, a pani znów wspaniało… - zaczął Sherlock, ale Watson przerwał mu wpół słowa:
- Dobrze, dziękujemy.
Sherlock spojrzał na przyjaciela z oburzeniem, ale najwyraźniej po dwóch przegranych bójkach pod rząd doszedł do wniosku, że lepiej dziś Johna nie drażnić, bo umilkł i zajął się swoim eksperymentem.
- Sęk w tym, że chyba zostanę tam na noc… - podjęła, uśmiechając się z zakłopotaniem – Więc czy moglibyście…
- Oczywiście. – odparł John, w tym samym momencie, w którym Holmes zagrzmiał „NIE!"
Watson spojrzał na Sherlocka wzrokiem, który mógłby zamrozić najniższy krąg piekła.
- Niech pani jedzie, zajmiemy się królikiem. – powiedział, nie spuszczając wzroku z przyjaciela, jakby tym samym chciał go powstrzymać od zbędnego komentarza.
- Przepraszam za kłopot, ale…
- Nie mogła pani tego przewidzieć. – uspokoił ją John – Zresztą, to żaden problem.
Sherlock mruknął coś niezrozumiałego i w ostatniej chwili zrobił unik przed własnym eksperymentem, który tym razem wystrzelił prosto w jego twarz.
- Masz coś do dodania? – warknął Watson patrząc jak maź wyżera im pokaźną dziurę w tapecie.
- Mam nadzieję, że odłożyłeś już na to pieniądze, młody człowieku. – westchnęła pani Hudson, po czym spojrzała z powrotem na Johna – Czy mogę was prosić, żebyście go wzięli do siebie? Wolałabym, żeby ktoś miał na niego oko jak będziecie w domu.
- Oczywiście. Właściwie, to może już po niego zejdę. Niech się pani spokojnie pakuje, my się nim zajmiemy.
Łypnął na Sherlocka groźnie, mając spore obiekcje przed zostawianiem go samego choćby na kilka minut, po czym zszedł za kobietą do jej mieszkania.
- Mogłam go kupić później . – powiedziała przepraszająco, wchodząc do kuchni – Ale bałam się, że go już nie będzie, a naprawdę mi się spodobał. Poza tym, chciałam trochę poznać zwierzątko, które jej dam… Tu macie kartkę, co i kiedy mu dać… Tam jest nawet książka o miniaturkach, jak chcecie, możecie poczytać… W siatce znajdziesz karmę, siano i żwirek… Daj, pomogę ci…
John zapewnił, że poradzi sobie sam, jeszcze raz powtórzył, że nie ma żadnego problemu, życzył pani Hudson bezpiecznej podróży, po czym obładowany klatką ze zwierzakiem, jego jedzeniem i książką ruszył powoli na górę.
- Możecie mu wymyślić jakieś tymczasowe imię, chłopcy. – oznajmiła, gdy był już w połowie schodów – Zostanie tu jeszcze kilka dni, a ja nie mam pomysłu, jak na niego wołać.
John, któremu siedemdziesięciocentymetrowa klatka i cały ekwipunek wyraźnie utrudniały mobilność, mruknął tylko „Pomyślimy" i pokonał ostatnie schody prowadzące do ich mieszkania. Ku jego zadowoleniu, Sherlock siedział tam, gdzie go zostawił, a salon nie stracił nic ze swojego wyposażenia. Sapiąc, odstawił klatkę pod ścianą, a gdy się odwrócił, znalazł się twarzą w twarz ze swoim współlokatorem.
- On jest problematyczny. – oznajmił Holmes z wyrzutem - Nie rozumiem, dlaczego nie może zostać na dole.
- TY jesteś problematyczny. Królik zostaje tu, bo prosi nas o to właścicielka mieszkania, które dziś tak uparcie próbujesz zdemolować. I zrób coś z tym wreszcie. – warknął, patrząc na kolbę, której zawartość zaczęła podejrzanie szybko zwiększać swoją objętość.
Sherlock westchnął znudzony, po czym nachylił się nad klatką, której mieszkaniec z wyraźnym zainteresowaniem rozglądał się po nowym otoczeniu.
- To się źle skończy, John. – oznajmił złowróżbnie, wyciągając z leżącej obok siatki „Króliki miniaturowe – kompendium wiedzy dla początkujących."
- Och, na miłość boską, to tylko małe zwierzę. – westchnął Watson, opadając w swój fotel - Co on może takiego zrobić? Zresztą, w porównaniu do ciebie nie ma…
Urwał wpół słowa, czując wibracje w prawej kieszeni koszuli.
- Co, do…? Och, świetnie.
Podczas gdy John z narastającym przerażeniem odczytywał wiadomość zwrotną (Beg you pardon, Love? JM), Sherlock zmrużył oczy, patrząc na królika podejrzliwie.
Zwierzątko nastawiło uszy i spojrzało na niego zadziornie.
Sherlock Holmes był inteligentnym, logicznie myślącym człowiekiem i wiedział, że królik nie mógł rzucić mu zadziornego spojrzenia.
Królik pozostawał tylko królikiem, a króliki zadziornych spojrzeń nie rzucają, to pewne i oczywiste. On po prostu tak wyglądał, zinterpretowany jako wróg w biednym, zmęczonym nudą umyśle Sherlocka, który rozpaczliwie poszukiwał jakiegoś zajęcia. Królik wyglądał, ale tylko wyglądał, jakby na puszczone w eter pytanie Johna zamierzał odpowiedzieć „Więc wypuść mnie i sprawdź, frajerze"… ale przecież nie mógł sobie tego pomyśleć w swoim małym króliczym rozumku, w którym nie było zbyt wiele miejsca na nic więcej ponad siano, sen i prokreację.
Nie mniej, królik dalej bezczelnie na niego patrzył, a zdrowy rozsądek Holmesa zaczął zagłuszać jakiś inny, cichy, lecz uparty głosik, którego Sherlock dotąd nigdy, ale to przenigdy nie słuchał, jeśli nie popierał go przynajmniej jeden logiczny dowód lub choćby prawdopodobne przypuszczenie.
Przeczucie bowiem mówiło mu jasno „Będziesz tego gorzko żałował".
I po raz pierwszy, bez logiki, przypuszczeń i dowodów, samo przeczucie okazało się strzałem w dziesiątkę.
