Gakupo biegł przed siebie, jak najszybciej. Gdzieś w oddali słyszał kobiecy głos, błagający o pomoc. Cóż byłby z niego samuraj, gdyby nie pomógł pannie w opałach. Czuł adrenalinę w żyłach, jakby uratowanie tego kogoś było naprawdę ważne. Nie do końca to rozumiał. Czy jakby tego nie zrobił, to by coś się stało...?
Pokręcił gwałtownie głową. Nie czas myśleć o takich rzeczach!
Starał się patrzeć tylko przed siebie, co mijało się z celem ratowania innych ludzi, ale nie chciał widzieć wszystkich tych zniszczeń. Co się tutaj do cholery stało, że przed jeden dzień wszystko tak okropnie się zmieniło? Nie, nie dzień. Przez jedną noc.
Doskonale pamiętał tą ulicę. Często chodzili tędy z Lily, jego narzeczoną, jeszcze nawet przed zostaniem parą. Zresztą, była przecież ulubionym miejscem kochanków. Jak przed paroma latami, władze miasta zasadziły mnóstwo drzew, sprawiając, że okolica stała się bardzo romantyczna. Faktu dopełniała kamienna droga, czasem przez ,,złośliwców" porównywana do rzymskich.
Bardzo ją lubił, oczywiście, dopóki nie musiał czymś po niej przejeżdżać. Z rowerem było koszmarnie, a co dopiero samochodem.
Teraz jednak nie potrafił na nią patrzeć. Każda roślina uschła, sunąc się po ziemi, jak jakieś robactwo w poszukiwaniu wody. Okna, szyby, ściany, drzwi - wszystko podziurawione, jakby spadło co najmniej parę bomb.
Był pewien, że nie słyszał w nocy żadnych materiałów wybuchowych. Ale, co innego mogłoby pozostawiać takie zniszczenia?
Niestety, Gakupo nie miał pojęcia. Magia...?
Biegł dalej, do źródła krzyków. Co dziwne, mimo że wiedział, że okolica była gęsto zaludniona, to nie słyszał niczego innego. Może czasem odgłos opadającego gruzu. Ale wiedział, bo to było wręcz oczywiste, że powinno być więcej płaczu i wrzasku. Niemożliwe jest to, że cała ulica po prostu zginęła.
Nie potrafił i nie będzie potrafił w to uwierzyć.
Spojrzał w górę. Podskórnie wiedział, że jest już blisko celu, tylko kawałek, kawalątek, nie martw się, na pewno cię uratuje...
- Hej! - wrzasnął najgłośniej jak potrafił, by dać znać o swojej obecności. Płacz na chwilę ucichł, może ta osoba się przestraszyła. Raczej kobieta, przynajmniej na ile potrafił to ocenić. Zaraz jednak zaczęło wołać w jakimś języku (angielskim?). Gakupo akurat z tego był słaby, ale mógł się domyślić, że chodzi coś w rodzaju ,,tutaj", ,,pomocy!".
Zanim tam jednak dojdzie, musi przejść przez ruiny. Z tego co pamiętał, w tym miejscu mieścił się czterogwiazdkowy hotel. W dodatku duży, a krzyki dochodziły z wewnątrz.
Oboje muszą mieć mocne głosy, skoro potrafili się usłyszeć.
Zaczął odsuwać kolejne kawałki ścian, przeskakiwać nad nimi, czy jakoś umiejętnie między nimi przechodzić. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz zaliczył taką aktywność fizyczną. Nie było porównania do siłowni czy, na przykład, ściany wspinaczkowej.
Dziewczynę zobaczył przy leżącym, zielonym napisie ,,Recepcja". Całe szczęście, nie musiał wchodzić w głąb hotelu i martwić się o powrót. Przynajmniej tak bardzo.
- Hej, nic ci nie jest? - krzyknął. Drgnęła, jakby tak głośny dźwięk wytrącił ją z... zamyślenia? Odwracała się bardzo powoli, trzymając w rękach duży kawałek szkła, pewnie do obrony. Ściskała go tak, aż ciekła krew. Widząc to, postanowił nie podchodzić bliżej. - Wszystko w porządku? - spytał jeszcze raz, stojąc w odpowiedniej odległości.
Siedziała na kolanach. Długie włosy wyglądały jakby w połowie przestała je czesać. Jedna połowa była upięta w kucyk, druga robiła co chciała. Dziewczyna była też cała brudna od gruzu, kamieni i krwi. Nie widział jej twarzy, zapewne specjalnie ją chowana, tak by tylko ona mogła widzieć dokładnie drugiego człowieka.
- To ty krzyczałeś...? - zapytała cicho, schrypniętym i drżącym głosem. Gakupo wpadł na myśl, że to raczej on powinien o to pytać.
- Tak - odpowiedział jednak. - Usłyszałem jakieś błaganie o pomoc. - Dopiero teraz zauważył, że oboje posługiwali się japońskim. - Dlatego przybiegłem jak najszybciej.
Kiwnęła głową, przyjmując to wytłumaczenie. Nie był pewien, ale chyba pociągnęła oczami po ruinach.
- Tutaj - wskazała ręką kawałek ściany obok ,,Recepcji". - Tutaj leżała dziewczynka. Pomóż mi. - Gakupo nie potrafił zinterpretować czy to bardziej prośba czy rozkaz. To był obojętny głos, taki...dziwny.
Podszedł do niej, zakasając rękawy.
Po paru próbach stało się jasne, że nie dadzą rady. Oddzielnie i razem. Do tego potrzebny jest jakiś dźwig, uznał mężczyzna, ale nie mówił nic na głos.
- To na nic, tak? - spytała po chwili dziewczyna, dalej chowając głowe. - Nie damy rady jej uratować, tak? - mówiła zrozpaczonym głosem, ale jednak nie płacząc. - Dlaczego...? - zakończyła cicho, a po chwili zemdlała.
- Hej! - wrzasnął Gakupo, próbując ją złapać.
Gakupo nie dostał takiego ochrzanu jak się spodziewał za przyjście z nieznaną panną. Jednak, Lily tylko się na nią spojrzała i kiwnęła głową. Nic więcej.
Mężczyzna nawet nie pomyślał, że jego narzeczona ma tak rozwiniętą empatię. O zdolnościach przywódczych już wiedział, dlatego nie był aż tak zaskoczony jak na główny placu miasta zobaczył ludzi i dyrygującą nimi Lily. Nie widział żadnych starych czy nawet dzieci, wszyscy byli w wieku młodzieńczym, od jakiś piętnastu do trzydziestu lat. On sam miał dwadzieścia osiem.
Bardzo szybko podeszła do niego kobieta z różowymi włosami. Wyglądała na tak zmęczoną jak wszyscy, ale rozkazała mu położyć dziewczynę z hotelu na ziemie.
Dopiero wtedy zauważył, że miała turkusową czuprynę. Po chwili uzyskał potwierdzenie, że uratował gwiazdę, Hatsune Miku.
- Jest tylko wyczerpana i w szoku - powiedziała badająca. - Nic nie zagraża jej życiu. Tak poza tym, nazywam się Megurine Luka i jestem na pierwszym roku medycyny.
- Miło mi - odparł Gakupo. Czuł się co najmniej niezręcznie, jeszcze Lily świdrowała go wzrokiem... - Gakupo Kamui. Wszyscy tutaj to studenci?
- Nie - pokręciła głową Luka. - Z tego co wiem, ja i Kaito jesteśmy studentami. Prócz mojego brata, który jest licealistą, nie znam tu nikogo. Kaito - wskazała ręką na niebieskowłosego mężczyznę - to ten tam. Mój brat nazywa się Yuuma i rozmawia z tą blondynką - pokazała na wysokiego nastolatka również z różowymi włosami, rozmawiającego z Lily. Gakupo miał wrażenie, że ją podrywa, ale postanowił się nie wtrącać.
- Która klasa?
- Druga. Został mu jeszcze rok, nie chodzi do technikum. A co z tobą? - spytała, nie patrząc na niego. Zaczęła znowu zajmować się Miku i teraz chyba sprawdzała jej puls.
Mężczyzna zagryzł wargę. To nie tak, że wstydzi się swojej pracy. Po prostu... Nigdy nie lubił być pytany o życie osobiste. O rodzinę. O cokolwiek. O wiele bardziej wolał słuchać w takich sytuacjach, niż mówić.
- Ja... - zaczął, ale się zaciął. Jak zwykle.
Mógł policzyć na palcach jednej ręki ile razy odpowiedział na podobne pytanie. Nie miał tragicznej przeszłości czy czegokolwiek podobnego. To po prostu było w nim od urodzenia, a mało kto potrafił to zrozumieć. Według niego, jeśli ktokolwiek chciał informacji o jego zajęciu, to powinien po prostu obserwować.
Na całe szczęście, nie odniósł wrażenie, żeby Luce bardzo zależało na tych informacjach. Siedziała cicho, zajmując się swoją pacjentką na tyle, ile była w stanie.
- Budzi się - oznajmiła nagle beznamiętnie różowołosa. - Pójdę pomóc innym. Jeśli będzie sprawiała problemy, to zawołaj mnie.
Gakupo nie miał pojęcia jak to określiła. Miku dalej nie otwierała oczu, może wydawała się bardziej rozluźniona. Nie zatrzymywał nowej znajomej, wiedząc, że mogą być bardziej potrzebujący. Że też nie pomyślał o tym wcześniej...
- Hę...? - usłyszał na początku jęk, a później dźwięk, jakby komuś brakowało wody. Spojrzał na gwiazdę. Wydawała się mało przytomna, jakby w dalszym ciągu spała. Leżała na ziemi, cały czas mrugając i czegoś szukając. Nagle gwałtownie usiadła, zwalając go z klęczek.
Gdy próbował usadowić się w poprzedniej pozycji, dziewczyna wyglądała jak posąg.
- Uratowałeś ją? - spytała bardzo cicho, nie mogąc za bardzo mówić. - Gdzie ona jest?
- Przykro mi - pokręcił smutno głową. Tak mocno nie chciał tego mówić, tak cholernie mocno... Ale nie potrafił też kłamać.
Miał wrażenie, że jej w oczach coś roztrzaskało się na zawsze.
