Rozdział miał pojawić się dużo wcześniej, jednakże nie miałam czasu, by go zaktualizować. Nie jestem pewna kiedy pojawi się trzeci, pomimo iż jest

zbetowany. Mimo wszystko zapraszam do przeczytania, lecz ostrzegam was. Decyzja tiary jest co najmniej... dziwna.


Pierwszy września nadszedł jak grom z jasnego nieba. Jeszcze niedawno była zmuszana do różnych prac w domu dziecka, a teraz siedziała w pustym przedziale Expressu Hogwart. Oczywiście na jej twarzy nie mogło zabraknąć maski.

Oparła głowę o zimną szybę, spoglądając na dłonie. Wciąż były sine, jednakże nie bolały już tak mocno, jak dwa tygodnie temu. Cieszyła się, że pani Malkin nie zauważyła śladów, ponieważ zaczęłaby zadawać niewygodne pytania i wszystko mogłoby wyjść na jaw. A może jednak zauważyła, tylko wolała nie wtrącać się w nie swoje sprawy, tak jak niespełna pięć lat temu? Westchnęła. Wszystko może być możliwe.

Usłyszała głos konduktora, który oznajmił, że za pięć minut dojadą na stację, więc niechętnie wstała z miejsca i sięgnęła po swój kufer. Otworzyła go i wyjęła z niego długą, czarną szatę, którą następnie założyła. Kiedy była gotowa zamknęła bagaż i wolnym krokiem wyszła z kabiny, a gdy parowóz stanął opuściła również pociąg.

Na dworze panował chłód, jednak szczęście, które tkwiło w głębi jej serca ogrzewało ją od środka. Chociaż tego nie okazywała, cieszyła się, że będzie uczęszczała do Szkoły Czarodziejów. Nareszcie będzie wśród ludzi, którzy są tacy jak ona, a nie pośród mugoli, którzy nie liczą się z nikim, prócz siebie. Miała wrażenie, że to będzie najlepsza przygoda jej życia. Proszę cię, Granger, nie gorączkuj się tak, dobrze? Nawet nie przekroczyłaś progu szkoły, więc jak możesz tak mówić? Wiesz, że zawsze może się okazać, że Hogwart jest gorszy niż sierociniec? Co wtedy zrobisz, skoro zostałaś sama, bez dachu nad głową?

Odrzuciła od siebie niechciane myśli, kierując się w stronę głosu, który wołał pierwszorocznych. Nie przejmuj się, Granger, wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli szkoła nie będzie taka, jaką sobie wyobraziłaś, na pewno nie będzie gorsza od domu dziecka. Wszędzie będzie lepiej niż w tamtym miejscu!

-Jesteście wszyscy? - powiedział olbrzymi mężczyzna, którego twarz była prawie całkowicie ukryta pod długimi, zmierzwionymi włosami i brodą – Wspaniale, w takim razie chodźcie za mną!

Ruszyli za przewodnikiem, a kilka minut później stanęli nad brzegiem jeziora, przy którym stało kilkanaście łódek. Niepewnie spojrzeli na mężczyznę.

-Wsiadajcie czwórkami, są policzone, wszyscy się zmieścicie.

Spojrzała jak pierwszoroczniacy bojaźliwie wchodzą do łódek, więc prychnęła i weszła do najbliższej, rozsiadając się wygodnie. Chwilę później koło niej usiadł chłopiec o kruczoczarnych włosach i okularach, a wraz z nim na pokład weszli dwaj inni. Jeden miał rude włosy oraz piegi, a drugi był pyzatym chłopcem z czarnymi włosami.

Zignorowała ich rozmowy, tonąc we własnych myślach. Toczyły się oczywiście na temat jednego, a mianowicie jak będzie w szkole. Granger, do jasnej cholery przestań o tym myśleć! Za niedługo przekroczysz jej próg, więc się dowiesz! Nie zaprzątaj sobie tym głowy!

-Też się cieszysz, że rozpoczynasz naukę w Hogwarcie? - od myśli oderwał ją głos któregoś z pierwszoroczniaków. Nie miała ochoty odwrócić głowy, by spojrzeć, kto się do niej odezwał.

-Tak, jasne – odpowiedziała bez entuzjazmu, choć jej dusza podskakiwała jak szanona – Wprost nie mogę się doczekać.

Nic nie odpowiedział tylko prychnął, na co dziewczyna przewróciła oczyma. Spojrzała przed siebie i uśmiechnęła się w duchu. Za chwile wyjdą na ląd.

Wysiedli z łodzi, maszerując jeszcze przez kilka minut. Zatrzymali się dopiero przed wielką bramą, w którą mężczyzna zapukał trzy razy. Otworzyła się od razu, i stanęła w niej wysoka, czarnowłosa kobieta w szmaragdowej szacie. Brązowowłosa zmierzyła ją od stóp do głowy, mając cichą nadzieję, że nie będzie surowsza od pani White.

Profesor McGonagall, gdyż tak zwrócił się do niej olbrzym, otworzyła szerzej drzwi i wpuściła do środka podekscytowanych pierwszoklasistów. Prychnęła, choć w głębi duszy również nie mogła się doczekać zwiedzania zamku. Nauczycielka zaprowadziła ich do pustego pokoju i zaczęła omawiać szkolne zasady, jednakże Hermiona nie zaprzątała sobie nimi głowy.

-Zachowują się jak banda goryli, widzących banana – burknęła do siebie, spoglądając na rówieśników.

Nie wiedziała, czy było to tylko złudzenie, czy nie, lecz miała wrażenie, że profesor McGonagall zmierzyła ją wzrokiem.

-Ceremonia przydziału odbędzie się za chwilę w obecności całej szkoły. Zalecam wykorzystanie tego czasu na poprawienie swojego wyglądu – zakończyła i opuściła komnatę.

Dziewczyna oparła się o ścianę, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu. Nie była to duża komnata, jednak wszyscy zmieścili się, a nawet zostało jeszcze miejsca.

-Chyba stosują jakiś test. Fred mówił, że boli jak nie wiem, ale pewnie żartował – usłyszała głos rudowłosego chłopca, który siedział razem z nią w łódce. Od razu rozpoznała, że to on odezwał się do niej jak płynęli.

-Czasem nie rozumiem ludzi – powiedziała, a wszyscy zwrócili się w jej stronę – Skoro jesteś z rodziny czarodziejów to dlaczego nie wiesz jak wygląda ceremonia przydziału? Przecież każdy powinien wiedzieć takie sprawy.

-Wcale nie powiedziałem z jakiej jestem rodziny, więc skąd to możesz wiedzieć? Poza tym skoro jesteś taka mądra to powiedz jak ona wygląda, co?

Sarkastyczny uśmiech zagościł na jej ustach.

-Powiedziałeś „Fred mówił". Sądząc po twojej wypowiedzi, można dojść do wniosku, iż Fred jest twoim bratem, a skoro wie jak wygląda ceremonia przydziału, to również musi być czarodziejem. Rzadko się zdarza, by rodzeństwo mugolaków miało zdolności magiczne. Zazwyczaj tylko jedno je posiada – odpowiedziała, a prawie wszyscy zgromadzeni wytrzeszczyli na nią oczy – Ponadto usłyszałam jak w łodzi mówiłeś o kartach czarodziejów oraz o tym, że masz ich ponad pięćset. Dziecko mugoli nie uzbierało by tylu w tak krótkim czasie.

-Twoje przemówienie było bardzo udane, ale nie powiedziałaś jak wygląda ceremonia przydziału, Pani Mądralińska – na jego policzkach pojawiły się rumieńce, a profesor McGonagall wróciła do pomieszczenia.

-A co ja jestem, wróżka?

-Jesteś strasznie zarozumiała jak na mugolaka – wtrącił się jakiś młodzieniec.

Pokręciła głową, wznosząc oczy do nieba.

-Mugolaka? Nie wiem, czy jesteś głuchy, czy jesteś kompletnym idiotą, ale ja nic nie wspominałam o statusie swojej krwi. Może być czysta, mogę być półkrwi, a nawet szlamą. Moja czystość krwi pozostanie na razie moją słodką tajemnicą – rzuciła arogancko – Nawiasem mówiąc wiem, jak wygląda ceremonia przydziału i to nie jest żaden test, ale by się o tym przekonać, będziesz musiał zaczekać na swoją kolej. - odwróciła się do ów młodzieńca – Po drugie gówno mnie obchodzi, co sobie teraz o mnie myślisz, więc nie gap się tak na mnie.

-Proszę panować nad słowami! - warknęła nauczycielka, a dziewczyna spojrzała na nią niechętnie. Musiała przyznać, że nawet się przestraszyła, ale maska nie pozwalała jej okazać emocji – Za twoje słownictwo pani dom straci pięć punktów! - spojrzeli na nią złowrogo, lecz ona tylko wzruszyła ramionami – Ustawcie się gęsiego, ceremonia zaraz się rozpocznie.

Wykonali polecenie czarownicy, a chwilę później maszerowali już w stronę swojego przeznaczenia. Wszyscy wyglądali na poddenerwowanych, może nie licząc jej. Gdy się zatrzymali, rozejrzała się dookoła. Znajdowali się w Wielkiej Sali, której sklepienie wyglądało jak niebo w nocy. Wiedziała, że jest zaczarowane, ponieważ przeczytała o tym w „Historii Hogwartu".

Spojrzała na nauczycielkę, która postawiła przed nimi stołek o czterech nogach, a na nim położyła starą, pozszywaną, okropnie brudną tiarę czarodziejską. Wiedziała, że to ona przydzieli ich do domów, jednak nie miała pojęcia co jest w niej takiego niezwykłego, gdyż wszyscy zebrani patrzyli na kapelusz. Chwilę później szewc w pobliżu krawędzi rozpruł się.

Może i nie jestem śliczna,

Może i łach ze mnie stary,

Lecz choćbyś świat przeszukał,

Tak mądrej nie znajdziesz tiary.

Możecie mieć meloniki,

Możecie nosić panamy,

Lecz jam jest Tiar Losu,

Co jeszcze nie jest zbadany.

Choćbyś swą głowę schował,

Pod pachę, albo w piasek,

I tak poznam kim jesteś,

Bo dla mnie nie ma masek.

Śmiało, dzielna młodzieży,

Na głowę mnie wkładajcie,

A ja wam zaraz powiem,

Gdzie odtąd zamieszkacie.

Może w Gryffindorze,

Gdzie króluje męstwa cnota,

Gdzie króluje odwaga

I do wyczynów ochota.

A może w Hufflepuffie,

Gdzie sami prawi mieszkają,

Gdzie wierni i sprawiedliwi,

Hogwarta szkoły są chwałą?

A może w Ravenclawie,

Zamieszkać wam wypadnie

Tam płonie lampka wiedzy,

Tam mędrcem będziesz snadnie.

A jeśli chcecie zdobyć

Druhów gotów na wiele,

To czeka was Slytherin

Tam cenią sobie fortele.

Więc bez lęku, do działa!

Na głowę mnie wkładajcie.

Jam jest Myśląca Tiara,

Los wam wyznaczę na starcie!

Cała sala rozbrzmiała oklaskami, kiedy tiara zakończyła swój śpiew. Skłoniła się przed każdym z czterech stołów, a następnie znieruchomiała.

Profesor McGonagall wystąpiła na środek, trzymając w dłoni długi zwój pergaminu. Rozwinęła go i powiedziała:

-Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Abbott, Hanna!

Z szeregu wystąpiła dziewczynka o różowej buzi i jasnych mysich ogonkach. Nałożyła na głowę tiarę, a ta po chwili krzyknęła na całą salę:

-HUFFLEPUFF!

Od stołu po prawej stronie rozległy się oklaski i okrzyki aplauzu. Hanna podeszła do niego i usiadła.

Następna była Bones, Susan, która została przydzielona do tego samego domu, co jej poprzedniczka i usiadła koło niej. Bott, Terry został przydzielony do Ravenclawu. Po nim było jeszcze kilkoro uczniów, aż wreszcie profesor McGonagall wyczytała:

-Granger, Hermiona!

Wystąpiła z szeregu i usiadła na stołu. Parę chwil później, tiara opadła jej na oczy.

-Proszę, proszę, proszę... Kogo mu tutaj mamy! - usłyszała w głowie cichy głosik – Trudne, naprawdę bardzo trudne. Masz w sobie mnóstwo cech Gryfona, lecz twój umysł to prawdziwa skarbnica wiedzy! Tak... jednakże to w Slytherinie powinnaś być z racji tego, kim byli twoi rodzice... Więc, gdzie by cię tu przydzielić...

-Nie muszę być w tym, w którym byli moi rodzice. Dla mnie to bez znaczenia. Jedyną rzeczą jaką pragnę jest akceptacja.

-Mądra odpowiedź, nadawałabyś się do Ravenclawu, lecz nie sądzę byś była w nim szczęśliwa. Gdzie dostałabyś więcej zrozumienia? W Slytherinie, czy Gryffindorze... Może w obu?

W skupieniu czekała na werdykt tiary, a pozostałe osoby patrzyły na nią z coraz większym zainteresowaniem. Siedziała na stołku już pięć minut, prowadząc z kapeluszem cichą rozmowę.

-Uważam, że odpowiednim domem może być:

-SLYTHER...! - zawołała, lecz umilkła nie dokończywszy zdania.

W Wielkiej Sali zapanował głośny gwar. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, by tiara zamilkła w trakcje werdyktu. Pomimo nagłego hałasu w pomieszczeniu, dziewczyna wciąż siedziała skupiona za taborecie.

-Dlaczego przerwałaś?

-Nie pasujesz tam, przynajmniej nie w pełni – zawahała się na chwilę – Choć twoja dusza należy do Slytherinu, serce nie jest przepełnione złem. To nie czarna magia sprawiła, że jesteś taka jak teraz.

-Nie mam ochoty na takie rozmowy. Powinnaś mnie gdzieś przydzielić, inni też czekają na swoją kolej.

-W jakim domu wolałabyś być?

-Dla mnie to bez różnicy, tam gdzie będę pasowała.

-Dobrze, w takim razie:

-SLYTHERIN...

-Tak więc, dlaczego przerwałaś za pierwszym razem? - pomyślała w momencie, w którym tiara wykrzyknęła nazwę domu.

-GRYFFINDOR!

W Wielkiej Sali zapanował chaos. Uczniowie powstawali z miejsc krzycząc jeden przez drugiego, natomiast nauczyciele popatrzyli na siebie w szoku. Nikt nie mógł pojąć tego, co przed chwilą usłyszeli.

-Mam rozumieć, że przydzieliłaś mnie do dwóch domów?

-Oczywiście.

-Tylko... Co ja mam teraz zrobić? W jakim domu mam nocować, przy którym stole jadać posiłki. Jakie szaty mam nosić?

-Musisz nauczyć się żyć w obu domach. Szaty nie będą problemem, posiłki jadaj tam gdzie chcesz. To już zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Natomiast co do nocowania... Dyrektor na pewno coś wymyśli.

Westchnęła w duchu i zdjęła z głowy tiarę. Dlaczego zawsze jej muszą zdarzać się takie sytuacje? Dlaczego wszystko co złe towarzyszy tylko jej? Nie wiedziała. Spójrz na to z dobrej strony, Granger. Nie miałaś domu, teraz masz dwa. To chyba dobrze, prawda? Uśmiechnęła się w duchu. Z dwojga złego lepiej być w dwóch domach niż w żadnym.

Podeszła do profesor McGonagall i oddała kapelusz. Nawet nie spojrzała na czarownicę, a jedynie odwróciła się i ruszyła w stronę stołu Gryfonów. Usiadła naprzeciwko rudowłosych bliźniaków.

-Cześć, jestem George Weasley, a to mój brat, Fred – powiedział jeden z chłopców, uśmiechając się przyjaźnie.

-Jestem Hermiona Granger – odpowiedziała w miarę uprzejmie. Nie miała ochoty, by rozmawiać z kimkolwiek.

-Jesteś pierwszą osobą, która została przydzielona do dwóch różnych domów. Czyż to nie jest ekscytujące? - odpowiedział radośnie drugi bliźniak. Prychnęła w duchu.

-Bardzo, skaczę z radości z tego powodu.

-Właśnie się zastanawiałem, dlaczego odbijasz się jak piłka. Teraz już znam odpowiedź.

-Skoro już wiecie, to czy łaskawie dalibyście mi spokój? - oznajmiła chłodno. Bracia przestali się śmiać i spojrzeli na dziewczynę – Nie mam nastroju do rozmowy.

-Jak sobie życzysz – odpowiedzieli wspólnie, a ona spojrzała w stronę stołu nauczycielskiego. Ujrzała dyrektora, który rozmawiał z mężczyzną w czarnych szatach. Nie wyglądał na zadowolonego.

Gratulacje, Granger. Pierwszy dzień, a już narozrabiałaś.

-Potter, Harry! - zawołała profesor McGonagall, a z szeregu wystąpił czarnowłosy chłopiec w okularach, z którym płynęła w łodzi. Od razu usłyszała szepty podniecenia, które opanowały całe pomieszczenie. Usiadł na stołku, a chwilę później został przydzielony do Gryffindoru. Ruszył w stronę stołu i usiadł obok Hermiony.

-Hej, jestem Harry Potter – przywitał się z wszystkimi – Nie sądziłem, że można być przydzielonym do dwóch domów.

-Można, jestem tego niezbitym dowodem – powiedziała sarkastycznie – Teraz wybaczcie nie mam ochoty do rozmowy.

-Jak sobie chcesz – odparł zdezorientowany okularnik – Ale na przyszłość radzę ci panować nad sobą. Już straciliśmy przez to pięć punktów.

Prychnęła, a bliźniacy spojrzeli na nią zaskoczeniu.

-Jak to straciliśmy pięć punktów?

-Przecież jeszcze nie rozpoczęliśmy lekcji!

-Kiedy byliśmy w pustej komnacie, a McGonagall wyszła, wymieniła kilka zdań z Ronem, które zakończyły się drobnym przekleństwem ze strony Hermiony. Oczywiście nauczycielka wróciła i to usłyszała, więc odjęła punkty jej domowi.

Chłopcy spojrzeli zszokowani na dziewczynę, na co ona tylko wzruszyła ramionami.

-Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, więc nie płaczcie nad tymi punktami jak nad rozlanym mlekiem. Stracimy jeszcze wiele punktów, jak i wiele zyskamy. Takie jest życie. Nie można użalać się nad tym co było, tylko myśleć o tym, co będzie.

-Jesteś dziwna!

-Przyzwyczaj się.

Nikt nic nie odpowiedział, co było jej nawet na rękę. Przynajmniej nikt nie zawracał jej głowy głupimi pytaniami. Położyła głowę na dłoniach, zamykając oczy. Chwilę później usłyszała jak koło Harry'ego siada kolejna osoba. Nie musiała nawet zgadywać, by wiedzieć, że był to rudowłosy chłopak.

Siedziała w skupieniu, ignorując przemówienie dyrektora, a także posiłek. Chociaż była głodna jak wilk, nie tknęła niczego. W sierocińcu były takie chwilę, w których nie jadła nawet przez tydzień. Przyzwyczaiła się do głodu.

-Nie jesteś głodna? - zapytał jeden z bliźniaków. Nie odpowiedziała – Obraziłaś się na nas? Nie chcieliśmy cię urazić...

Milczała, cały czas mając zamknięte oczy. Musiała się wyciszyć, by nie dać ponieść się emocjom. Nie mogła pozwolić, by wyszło na jaw, jak bardzo zależy jej na tej szkole.

-Nie, nie obraziłam się – powiedziała po pewnym czasie – Jestem po prostu... Nie wiem jakby to określić... Jestem w nowym miejscu, inna strefa czasowa. Trudno się przyzwyczaić.

-W takim razie skąd ty jesteś? - zapytał zaciekawiony Harry.

-Z Ameryki, dokładniej to z Las Vegas, więc kawałek miałam do Londynu, by dostać się na Pokątną.

-W Ameryce nie ma magicznych szkół?

-Może i są, ale urodziłam się w Wielkiej Brytanii, więc jestem zapisana tutaj. Jeśli komuś to nie pasuje to już nie mój problem.

Gratulację, Granger! Znów rozpoczynasz serię beznadziejnych kłamstw! Przestałabyś w końcu kłamać, dobrze?

Pokręciła zirytowana głową. Będzie kłamać tak długo jak będzie to konieczne. Nie może się teraz wycofać, musi ciągnąc tą grę dalej.

Zauważyła jak uczniowie wstają z miejsc i opuszczają Wielką Salę. Jednak ona została. Wiedziała, że nauczyciele będą chcieli omówić sprawę przydziału. Nie pomyliła się, gdyż chwilę później profesor McGonagall zmierzała w jej stronę.

-Proszę za mną – niechętnie wstała z miejsca i skierowała się za kobietą.

Szły do bocznego wyjścia, a dalej korytarzami. Niepewnie rozglądała się dookoła, nie chcą by przyłapała ją nauczycielka. Po chwili cichego marszu stanęły przed dziwną rzeźbą, która po wypowiedzeniu hasła, otworzyła przejście. Spojrzała na kobietę, która wskazała ręką schody.

Weszła na nie, a czarownica stanęła obok. Pięć sekund później schody zaczęły się ruszać. Zatrzymały się przed wielkimi drzwiami z mosiężną kołatką, której nauczycielka użyła dwa razy. Usłyszały zaproszenie i weszły do wielkiego, okrągłego gabinetu.

Wisiało tutaj mnóstwo portretów, były przeróżne instrumenty na pojedynczych stolikach, kominek, biurko za którym siedział dyrektor, a także trzy krzesła postawione przed nim. Jedno było zajęte przez mężczyznę w czarnych szatach.

Właściciel wskazał kobietą miejsca, więc niepewnie ruszyła w stronę biurka. Zanim usiadła poczuła ciężar na ramieniu. Spojrzała i ujrzała pięknego czerwono – złotego feniksa. Uśmiechnęła się nieznacznie, głaszcząc zwierzę.

-Witaj, moje dziecko. Pewnie jesteś zdziwiona tą sytuacją, tak samo ja my. Po twoich obu stronach siedzą Opiekunowie twoich domów. Minerva – Gryffindoru, Severus – Slytherinu – za każdym razem wskazał na osoby będące w pomieszczeniu. Kobieta przyjrzała się jej uważnie, a mężczyzna wyglądał na naburmuszonego.

-Właściwie to nie jestem aż tak zdziwiona jej decyzją. Podejrzewałam coś, kiedyś napomknęła, że pasowałabym do obu domów.

-Nie mogłaś jej powiedzieć, że chcesz być w jednym? - burknął czarnowłosy – Zaoszczędziło by to kłopotów.

-Bardzo przepraszam, ale nie jestem jasnowidzem, by wiedzieć, co się wydarzy.

-Uważam, że powinniśmy się zastanowić, co z robić w tej sprawie – wtrącił się Dumbledore, gdy Severus chciał coś odpowiedzieć – Czy tiara coś mówiła?

-Stwierdziła, że z szatami nie będzie problemów. Posiłki mam jadać tam, gdzie akurat uważam za stosowne. Natomiast sprawę noclegów mam zostawić panu – odpowiedziała siląc się na obojętny ton.

Starzec westchnął, kładąc głowę na rękach. W gabinecie zapanowała chwilowa cisza. Jedynym źródłem dźwięku był feniks, domagający się głaskania.

-Możemy dać ci osobne dormitorium w każdym domu. Gryffindor ma lekcję ze Slytherinem, więc to nie jest żaden problem... Natomiast z punktami – zawahał się na chwilę – Ucierpią oba domy jeśli ci je odejmą, dlatego radzę się zachowywać. Wtedy oba zyskają.

-I tak już straciły – burknęła, wciąż głaszcząc ptaka.

-Co?

-Normalnie, nie wiem, dlaczego wszyscy robią z tego wielkie halo. Punkty to punkty, przecież nie zawsze będą w takiej samej ilości.

-Jak można stracić punkty, nie rozpoczynając nawet zajęć? - zapytał cicho Opiekun Slytherinu. Mimo wszystko wyczuła w jego tonie złość – Za co odjęli ci punkty?

-Nie widzę w tym nic niezwykłego. Poza tym bardzo łatwo. Niech pan spyta profesor McGonagall – kiwnęła głową na kobietę.

-Punkty zostały jej odjęte za niekulturalny język – powiedziała kobieta, a dziewczyna tylko prychnęła. Dorośli spojrzeli na uczennicę.

-Mówię to co myślę. Jeśli ktoś ma trudności z zaakceptowaniem tego, to już nie mój problem. Nie będę się zmieniała tylko dlatego, że komuś to nie pasuje. Jestem sobą i nie będę udawała kogoś kim nie jestem.

-Nie tolerujemy w Hogwarcie takiego zachowania – odparł dyrektor, na co wzruszyła ramionami.

-Równie dobrze mogę zrobić wiele gorszych rzeczy, nie tylko niewłaściwie się odezwać.

Starzec westchnął, kręcąc głową. Jeszcze nigdy nie spotkał tak pyskatego dziecka.

-Uważam, że powinnaś iść już spać, pewnie jesteś zmęczona – kiwnęła głową i wstała z miejsca – Fawkes wskaże ci drogę.

-Dziękuję dyrektorze, do widzenia – odpowiedziała jak gdyby nigdy nic i opuściła pomieszczenie.

Zeszła po schodach, udając się za feniksem, który leciał kilka kroków przed nią. Dziesięć minut później znalazła się przed obrazem jakieś Damy. Ukłoniła się, a malowidło wpuściło ją do środka bez podania hasła.

Znalazła się w pomieszczeniu pełnego czerwieni. Ogień jeszcze tlił się w kominku, a cisza wydawała się przytulna. Rzuciła się na kanapę nieopodal kominka i nie wiedzą kiedy znalazła się w objęciach Morfeusza.