I rozdział
"Słodko gorzkie wspomnienia"
Lotnisko w Londynie było przepełnione w szerz i wzdłuż. Ludzie przepychali się między sobą, jedni w stronę bramek by udać się na odprawę, drudzy właśnie wylądowali i przechodzili przez terminal.
A pośród nich stałem ja, Alec Lightwood, dwudziestopięcioletni mężczyzna, absolwent Cambridge, nauczyciel historii; czekając na lot nr 428, prosto do Nowego Jorku. Prosto do mojego dawnego życia.
Opuściłem Nowy Jork siedem lat temu, choć dla mnie to było jak mgnienie oka. Tamtego pamiętnego dnia, kiedy byłem jeszcze w liceum, wszystko się zmieniło. W dniu tamtego meczu, właśnie wtedy zostawiłem miłość mojego życia.
- Bilet poproszę – rudowłosa kobieta, około trzydziestki spojrzała na mnie spod wachlarza czarnych rzęs, zalotnie się uśmiechając. Odwzajemniłem uśmiech, wręczając jej bilet – Wyjście numer trzy. Miłego lotu.
- Dziękuję.
Kiedy byłem już w samolocie, otworzyłem swój stary pamiętnik, który znalazłem tuż przed odlotem. Okay, może nie pamiętnik, a raczej dziennik. Tak zdecydowanie dziennik brzmi lepiej, niż babski pamiętnik. Kiedy tylko przewróciłem pierwszą stronę, a spomiędzy kartek wypadło stare zdjęcie.
Zamknąwszy dziennik, przyjrzałem się dokładniej fotografii.
Była na nim nie tylko moja rodzina, ale również on. On, Magnus Bane - gwiazda koszykówki w liceum, a zarazem najprzystojniejszy i najbardziej seksowny chłopak na całym świecie. A w dodatku miłość mego życia.
I choć brzmi to niemal irracjonalnie, to tak Magnusa Bane'a, ewidentnie można nazwać miłością mego życia. Może się wydawać, że była to tylko szczenięca miłość, zwykłe zauroczenie, ale dla mnie... dla mnie to było coś więcej. To zawsze było coś więcej. Odkąd pierwszy raz zobaczyłem go na jego własnej imprezie z okazji rozpoczęcia roku szkolnego, na którą nawiasem mówiąc zaciągnęła mnie moja kochana siostra Isabelle, wiedziałem że to coś więcej. Jego seksowne, dobrze zbudowane, ciało, hipnotyzujące oczy, a nawet ten mocny makijaż i wszechobecny brokat. To wszystko mnie do niego przyciągało.
Do dziś pamiętam, jak pierwszy raz na mnie spojrzał. Do dziś na samą myśl, przebiegają mnie ciarki. I tak to się właściwie zaczęło. Pierwsze spojrzenie, pierwszy taniec, kilka drinków, uśmiechy, czułe słówka, flirt. I bam! Nagle staję się jego chłopakiem.
Byliśmy ze sobą rok. Całe 365 dni, które były najlepszymi dniami w moim życiu. Niestety. Niestety tylko w moim. Przynajmniej takie miałem przeczucie. Miałem wrażenie, iż cały ten nasz związek, jeśli można go tak nazwać jest całym utrapieniem dla Magnusa. Czułem, że go ograniczam. Że sprawiam mu ból, kiedy proszę go, żeby został, kiedy ma trening. Czułem, że podcinam mu skrzydła. Skoro sport był dla niego taki ważny, postanowiłem się nie mieszać. I to był mój największy błąd. Bodajże, największy błąd w życiu jak kiedykolwiek popełniłem, i jak kiedykolwiek uda mi się popełnić. To właśnie przez to, że się nie mieszałem. Przez to, że w odpowiednim momencie nie powiedziałem stop. To właśnie przez to go straciłem. Utraciłem swojego kochającego chłopaka, a zyskałem pełno etatowego maniaka sportu, a dokładniej koszykówki. Można nawet go porównać do ćpuna, który bez swojego "lekarstwa", bez swojego "tlenu", po prostu się dusi. Powoli stacza się na dno. Sport stał się dla Magnusa w tamtym momencie wszystkim. Ja, nasza miłość, my, zeszliśmy na drugi plan. Myślałem wtedy, że może jeszcze się opamięta. Może zobaczy, że rani mnie swoim podejściem. Modliłem się w duchu, żeby w końcu wrócił. Żeby w końcu to był ten sam Magnus, którego poznałem. Pełny życia, uroku i czułości. Ten sam Magnus, którego kochałem. I którego kocham nadal.
Tak w końcu to powiedziałem. Kocham go. Nadal go cholera kocham! Po tych wszystkich siedmiu latach ja nadal go kocham! I to nie tak, że nie chciałem o nim zapomnieć. Ja po prostu nie potrafiłem!
Po wyjeździe, próbowałem zacząć wszystko od nowa. Zacząć na nowo żyć i cieszyć się życiem. Próbowałem nawet umawiać się z innymi, lecz moje dotychczasowe związki nie trwały dłużej niż miesiąc, może dwa. A kiedy to nie skutkowało, rzucałem się w wir uczelni,dorywczej pracy. Ciągle siedziałem z nosem w książkach, albo ciężko pracowałem, aby zapłacić czesne. Ale to wszystko na nic. Po prostu nie potrafię. Po tych wszystkich siedmiu latach zapominania, tłumaczenia sobie, że on nic dla niego nie znaczyłem, że go nie kocham - to wszystko na nic. Nie potrafię, a teraz nawet i nie chcę.
Nie chcę więcej od tego uciekać. Czas zmierzyć się z rzeczywistością Alec, uświadomiłem sobie pewnego dnia. Czas zmierzyć się z tym wszystkim i dzielnie stawić temu wszystkiemu czoła. Kocham go i nic tego nie zmieni. Mogę nadal to w sobie ukrywać, albo...
Albo co?
Albo stanąć przed nim twarzą w twarz, i powiedzieć co czuję? Nie to się nie uda. A jeżeli już ułożył sobie życie i o mnie zapomniał? Nie ot się na pewno nie uda.
-Och, to będzie długa podróż - westchnąłem zapadając się głębiej w fotel, czując jak samolot startuje. - A jeszcze dłuższy pobyt.
Stałem właśnie przed białymi drzwiami, obsypanymi brokatem, wpatrując się w zawieszoną na nich, niczym nie wyróżniającą, się od innych, białą tabliczkę. No może nie całkiem nie wyróżniająca się. W końcu widniał tam napis "Magnus Bane - projektant". Ale czy właśnie to czyni ją niezwykłą? Wcześniej tak właśnie myślałem. Ale teraz nie byłem już tego taki pewny.
Z cichym westchnieniem, szarpnąłem za klamkę i wszedłem do swojego gabinetu.
Moim oczom natychmiast ukazało się czyste, przestronne wnętrze z widokiem na centrum miasta i pobliski parking, gdzie w centralnym punkcie mogłem dostrzec swoje czerwone ferrari. Białe ściany, pokrywała masa projektów i szkiców, a także zdjęć z pokazów. Półki z przeróżnymi materiałami, sprowadzanymi specjalnie na moje zamówienie między innymi ze stolicy mody w Mediolanie. Czystej "krwi" bawełna, najlepszej klasy jedwab, czy kaszmir. To wszystko towarzyszyło mi każdego dnia. Miałem wszystko czego pragnąłem, a jednak czegoś mi brakowało...
I nie chodzi tu o sport. Po ukończeniu liceum, moje plany zostania sławnym koszykarzem, diametralnie się zmieniły. Od tamtego czasu, kiedy to rozgrywał się mecz o mistrzostwo, coś we mnie pękło.
Od tamtego czasu wręcz znienawidziłem koszykówkę. Kiedy tylko próbowałem grać, czy choćby wziąć piłkę do ręki, od razu przed oczami stawał mi Alexander. Moja pierwsza, licealna, ale prawdziwa miłość. I jeżeli coś takiego istnieje, mogę śmiało powiedzieć, że była to miłość od pierwszego spojrzenia. Taka miłość na zawsze, co zdarza się tylko raz. Taka miłość co podobno występuje tylko w bajkach, a jednak mi zdarzyła się na prawdę. Niestety to nie wystarczyło. Utraciłem ją.
Utraciłem ją tylko dlatego, że wolałem grać, niż chociaż raz przystanąć i wysłuchać ukochanego. Straciłem go bo byłem idiotą. Przesz wszystkie te lata, przez wszystkie siedem lat, odkąd niebieskooki zniknął z mojego życia, nie mogę sobie wybaczyć, że zaprzepaściłem szansę, być może nawet tą jedyną, na szczęście, na wielką miłość. Taką dopóki śmierć nas nie rozłączy. To właśnie dlatego postanowiłem odejść w końcu z drużyny. Wspomnienia, które odżywały z każdym treningiem, były nie do zniesienia. Myślałem, że kiedy odejdę, wspomnienia znikną i będę mógł zacząć wszystko od nowa. Lecz jak bardzo się myliłem.
Przez te siedem lat, praktycznie wszystko się zmieniło. Wszystko, oprócz jednej rzeczy. Mojej miłość do Alexandra. Ona jako jedyna się nie zmieniła. A nawet z każdym dniem przybierała w potęgę. Po tych wszystkich latach, nadal nie mogłem o nim zapomnieć. To było jak narkotyk. Nie myślenie o nim, powodowało, to że nie byłem sobą. Nie mogłem się na niczym skupić. Dopiero wspomnienie jego niebieskich, jak ocean oczu przynosiło ukojenie. I nijak nie mogłem się od tego uwolnić.
Z zamyślenia wyrwał mnie denerwujący dzwonek telefonu. Otrząsnąwszy się, uświadomiłem sobie, że od dobrych kilku minut stoję jak debil i wpatruję się w horyzont. Wywróciwszy oczyma, podszedłem do biurka i nacisnąłem guzik, aby połączyć się ze swoją sekretarką.
-Kate, słońce ty moje. Nie łącz mnie z nikim. Nie ma mnie dla nikogo. Przynajmniej nie teraz.
-Oczywiście panie Bane - odezwał się uprzejmy głos po drugiej stronie słuchawki.
Zadowolony, że choć przez chwilę będę miał święty spokój, opadłem na swój skórzany fotel.
Na nieszczęście mój błogi spokój nie trwał długo. Kiedy tylko przymknąłem powieki, w głowie niemal natychmiast pojawiła mi się wizja dzisiejszego snu. Boisko, mecz, ostatnie sekundy, Alexander, jego smutne niebieskie oczy, wygrana, Alec znika. Obrazy przemieszczały się w moim umyśle niczym rakieta. Wszystko było takie realne. Takie prawdziwe. Nagle wszystkie wspomnienia wróciły z podwojoną siłą. Wszystkie uczucia, które na darmo próbowałem w sobie stłumić, ponownie zaatakowały moje serce.
-Cholera jasna! - wykrzyknąłem zrywając się z krzesła i uderzając pięścią w ścianę. - A niech cię szlag Alec! Czemu nie mogę o tobie zapomnieć? Co jest z tobą, mną nie tak? Przecież, tyle czasu już minęło. Tyle się już nie widziałem. Zniknąłeś. Nawet nie wiem, gdzie teraz jesteś. Cholera nawet nie wiem, czy jeszcze żyjesz?!
Jakby na potwierdzenie moich słów, rozległ się ponownie sygnał telefonu. Zdenerwowany natychmiast podniosłem słuchawkę i nie zwracając uwagi na to, co dziewczyna mówi, przerwałem jej w pół zdania zdenerwowany.
-Przecież mówiłem ci Kate, że nie ma mnie dla nikogo! Dla nikogo! Rozumiesz?
-T..Tak panie Bane ale.. - oznajmiła przepraszającym tonem, uh, chyba trochę przesadziłem.
-Ale? - dodałem już nieco opanowanym tonem.
-Ale przyszła tutaj panna Isabelle Lightwood z młodym mężczyzną i stanowczo nalega na spotkanie z panem.
Isabelle co?, pomyślałem zirytowany. Jeszcze jej tu tylko brakowało. Już sam jej wygląd napawa mnie na nowo najboleśniejszymi ze wspomnień. Ale z drugiej strony, to właśnie dlatego zgodziłem się na zaprojektowanie jej sukni ślubnej. Zrobiłem to, tylko I wyłącznie dlatego, że tak bardzo przypomina mi Alexandra. Mogę nawet powiedzieć, że gdyby nie jej ciemnoczekoladowy kolor oczu I długie włosy, mogłaby być jego istną kopią. Westchnąłem.
-No dobrze. Wpuść ją - oznajmiłem i odkładając słuchawkę skierowałem się do drzwi.
Wdech i wydech Magnus, powtarzałem sobie zanim uchyliłem drzwi.
-Och Isabelle, jak miło cię znowu widzieć! Co cię... - urwałem w pół zdania, otwierając drzwi i widząc kto stoi przede mną. Mógłbym przysiądź, że moja szczeka sięgała podłogi kiedy moje oczy napotkały te jakże hipnotyzujące, tak niezapomniane niebieskie oczy, które co noc pojawiały się w moich snach. - A... Aleksander?!
A/N: Dziękuję za wszystkie komentarze oraz Intoxic, która pomogła przy pierwszym "akapicie" oraz za tytuł ^^ (?)
Następny rozdział pojawi się pod koniec następnego tygodnia (czyt. piątek/sobota/niedziela)!
A tym czasem
Pozdrowionka
Ola :*
