Takiego Dumbledore'a jeszcze nie znali. Przewidział wszystko. Nie mogli się pokazać w Scotland Yardzie przebrani w swe normalne ubiory. Tradycja czarodziejska wydałaby się funkcjonariuszom zbyt wyszukana albo i nawet podejrzana.
Świstoklik wysadził ich w opustoszałym miejscu. Niestety, ale znowu musieli przebywać razem w ciasnym i dość niehigienicznym miejscu. Nad głowami profesorów znajdował się urwany most, zaś pod ich stopami morze brudnego piachu. Porozrzucane były tam butelki po alkoholu i stare, porwane ubrania. Była to swego rodzaju dolina, pośrodku której nie płynęła rzeka, lecz biegły tory kolejowe.
Wspięli się po jednym z dwóch wniesień, zbliżając się do dolnej powierzchni mostu. Albus sprawnym ruchem ramion wydobył z chaszczy tam rosnących pięć plastikowych worków. Wyjął z tych worków, których hermetyczność sprawdził, jakiś czas temu, wszelkimi znanymi mu zaklęciami, pięć garniturów.
– Od teraz ograniczamy magię – skierował się do ekipy niemalże groźnie. – Będziemy performować jako agenci FBI, przepraszam, ale nic lepszego nie wymyśliłem. Jeden z moich starych znajomych podrzucił mi kilka magicznych karteluszków i odznak. Te karteluszki pokażą na swej powierzchni to o czym pomyślicie, gdy ich dotykacie. I tu apel do was. Za każdym razem jak będziecie się legitymować, skupcie się. Skupcie się, agenci Severusie Snape, Remusie Lupin, Filiusie Flitwick i zwłaszcza ty, agencie Horacy Slughorn. Odznaki kradzione. Accio.
– No tak – rzekł Horacy, zapinając do końca koszulę. – Zawsze masz jakieś sapy do mnie, Albusie.
Wymienili spojrzenia, nie nieprzyjazne, lecz wcale nie nienasiąknięte przyjaźnią. Teraz łączył ich tylko i li tylko biznes. Spoiwo większości znajomości na tym świecie, jeśli nie wszystkich.
Kiedy wszyscy prezentowali się już w czystych, nie spowitych wonią podmostowych realiów, garniturach, przywódca, dyrektor, najpotężniejszy czarodziej na ziemi – Albus Dumbledore, wydał komendę do marszu.
Przeszli kawałek przez miasto. Lupin dziwował się, że siedziba główna Scotland Yardu umiejscowiona jest tak niedaleko od skrytki z garniturami i cały czas mamrotał ciche, mroczne słowa pod nosem. Snape czuł się wyobcowany i wiedział, że ludzie gapią się na jego nietypowy ubiór – garnitur. Widział jak patrzą i pokazują go sobie palcem… że jest taki nienietoperzy, a już bardziej cywilizowany. Flitwick zabawiał się karteluszkiem. Wymyślał jakiś kawał, a jego treść pojawiała się na białym papierze. Wtedy Filius czytał go, a gdy skończył, śmiał się. Horacy Slughorn szedł i chichotał. Akurat teraz wzięła go głupawka… jakby wypił kilka głębszych Pod Trzema Miotłami. Ale nie mógł nic na to poradzić. Znajdował widok Albusa Dumbledore'a w garniturze bardzo chichotogennym.
Albus Dumbledore zaś…
Aaa…
Albus Dumbledore był przywódcą. Lubił to.
