Witajcie:) Dzisiaj pierwsza baardzo ryzykowny rozdział. Zdaję sobie sprawę, że część z Was może odejść i już nie wrócić ;) Jednak ta i następna notka są też bardzo potrzebne. Ostrzegam że ta będzie dosyć okrutna. Brutalne opisy nie mają na celu zniesmaczenia czytelników, tylko uzmysłowienia tragizmu postaci. Chcę też abyście byli świadomi, że takie rzeczy niestety zdarzają się nie tylko w fanfickach. Jak przetrwacie teraz, to wkrótce czeka was druga część, choć nieco w odmiennym stylu. Enjoy!

PS. Zapraszam również na epickiego bloga . . Dobra zabawa gwarantowana! :)

- Co my z wami mamy zrobić?- powtórzył Aro, a na jego idealnej wampirzej twarzy malowało się rozbawienie.

W rzeczywistości jednak nikomu z Szóstki nie było do śmiechu. Po minie dziewczynek również było się pewnym, że można spodziewać się raczej wybuchu płaczu niż radości z tej śmiesznej pomyłki. No i Demetri z jego nieco luzackim podejściem do życia też mówiąc kolokwialnie był nie w sosie.

- Jestem Lilianka, a to Amelka- starsza z dziewczynek odezwała się niepytana. Po tych słowach obie poczuły się jakby pewniej. Tym razem one wpatrywały się w Volturi wielkimi, zielonymi oczami.

Te oczy dziwiły, zwłaszcza damską część Szóstki. Czy naprawdę KAŻDE dziecko tak ma? Wielkie, zlęknione, czyste ślepka?

- I najzwyczajniej w świecie przyszłyście do naszego zamku?- odezwał się Marek.

- Zgubiłyśmy się- wyjaśniła Amelka.

- Taaaaaa. To wiele tłumaczy- mruknął Kajusz, tak cicho, że tylko wampiry usłyszały.

Ponowne spojrzenie na dziewczynki. Nic. Tylko te czworo niewinnych ocząt, jakby hipnotyzujących. Okropność. Ból, nieszczęście, dziecięcy pot i zielone oczki. Czy może być coś gorszego? Dziwniejszego. Bardziej beznadziejnego, nietypowego. Niewinnego?

Szóstka spojrzała po sobie znacząco. Z zasady nigdy nie zabijali małych dzieci. Raz, że rodziny z zupełnie małymi latoroślami raczej nie wybierały zwiedzania starego zamku. Dwa- nawet jeśli jakieś dziecko przypadkowo ujrzało kogoś ze służby, nikt nie uwierzy pięciolatkowi, gdy zachwycony będzie gadał, iż oto widział wampira, osobę świecącą się w słońcu, czerwone oczy, czy coś w tym stylu. Dzieci przecież mają swój świat. Pod tym względem mogą czuć się bezpieczni. Trzeci powód jest nieco dziwny i, prawdę mówiąc, trochę wstyd, by wyszedł na światło dzienne (cóż, skoro mowa o Volturi, pasowałoby bardziej powiedzieć „mrok nocny", że niby arystokratyczniej). Nawet najgorsi zwyrodnialcy siedzący nawet w najgorszych zakładach karnych mają swój niepisany kodeks. Wszyscy więźniowie zgodnie nie tolerują jednej rzeczy- robienia krzywdy dziecku. Jeśli siedzisz właśnie za to- zginiesz. Kara od sędziego okaże się być dziecięcym „nu-nu-nu" w porównaniu z tym, co cię czeka dalej. Poniżany, bity i zmieszany z błotem. Będziesz błagał o śmierć. Twoje marzenie pewnie się spełni- po długich katuszach. I nikt nie będzie wiedział kto i kiedy. Albo nikt nie będzie chciał wiedzieć. Bo każdy- więzień czy strażnik- będzie słusznie przekonany, że się należało. Takie są realia.*

Volturi naturalnie mieli więcej klasy niż więźniowie. Ale stanowili prawo. Byli związani z wymiarem sprawiedliwości. Więc również u nich panowała zasada: przy polowaniu korzystamy ze swoich darów. Rozkoszujemy się krwią ludzką, bo zwierzęca jest ohydna. W końcu stoimy wyżej w hierarchii od ludzi. Ale od dzieci wara. Ludzkie dzieci, to ludzkie dzieci. Koniec, kropka.

Zważywszy na dwa pierwsze powody, ta trzecia była w zasadzie nieprzydatna. Ale reguła to reguła. Teraz był ten 1% przypadków, kiedy trzeba było ją zastosować. Volturi byli bardzo honorowi- nie wchodziło w grę żadne odstępstwo- mimo że w chwili obecnej byłoby najwygodniejsze i najrozsądniejsze.

Aro Volturi podszedł do dziewczynek i złapał je za ręce. Jednocześnie. Coś mu się wydawało, że oba obrazy nie będą się zbytnio od siebie różnić.

Ból. Krzyk i łzy. Wymioty. Wrzask. Czworo facetów. Jedna kobieta. Przerażona dziewczynka. Wszyscy mężczyźni od pasa w dół nadzy. Jeden z nich się zbliża. Rozrywający ból między nóżkami. Krzyk. Niespełna pięć minut potem słychać jego jęki, wrzaski pozostałych dorosłych, a dziewczynka oprócz fallusa ma w ustach obrzydliwą, kleistą, białą ciecz. ..i łzy. Wymioty. Przerażona...Wielkie, zielone oczęta. Dziewczynka kuli się na ziemi od uderzeń wściekłego ojca. A pozostaje jeszcze trzech przyjaciół. I tak jest codziennie.

Wrzask. Żelazko, którym prasowano stare szmaty ląduje specjalnie na rączkach . Pisk i bezwiedna, powiększająca się mokra plama na spodenkach pidżamki. Tego już za wiele. Przekleństwa, wyzwiska. Żelazko użyte niby w celu usunięcia mokrej plamy. Jest już nowa, większa. Pętla się zatacza. Niebieska pidżamka. Przerażone oczęta. Krew na oczętach. Ojciec czeka. I jego narzędzie tortur. Trzeba się nim zająć. Tak jak tatuś uczył. Najpierw językiem. Potem.. Bo wtedy może...Na oczętach.

Trzask rozbijanego szkła. Krew na oczętach. Krew jest wszędzie. Siniaki są wszędzie. A ona jest sama. Wyzwiska. Jeden talerz, drugi, trzeci. Nie ma. Jedna filiżanka, druga,trzecia. Nie ma. Nie ma już serwisu. Ślicznego, z porcelany w niebieskie kwiatuszki. Nie ma. Nic. Są za to krople dziecięcej krwi. Wciąż nowe i nowe. … Na oczętach.

Czemu? Dlaczego? Po co? Zielone oczęta, pełne smutku i żalu. Ból między nóżkami. Dzisiaj dwóch. Plus matka. Przeciw niej. Maleńkiej. Ciemno, głucho, strasznie. Kiedyś był Ciapek. Ale już go nie ma. Jest tylko dziewczynka, jej zielone oczęta. I ta wielka, ciemna szafka. Krew między nóżkami. Krew i samotność. Bo Ciapka już nie ma. Łzy i cierpienie. Na oczętach.
*****************************************

* Bardzo dobrze oddaje to film pt : „Nie sąd cię skarze, pedofilu", który możecie znaleźć na youtube.