Zapraszam osoby wystarczająco cierpliwe na kilka linijek autorskiego ględzenia:
Co do częstotliwości ukazywania się rozdziałów: piszę raczej dosyć nieregularnie - to znaczy zdarzają mi się tygodniowe przerwy w twórczości, jak również weekendy,w które powstaje 5 stron tekstu w wordzie. Myślę jednak, że będzie mi się udawało dodawanie rozdziału co półtorej tygodnia, przynajmniej mniej więcej.
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod pierwszym rozdziałem i ponawiam prośbę o nie. O wiele raźniej się pisze, kiedy widać, że ktoś czyta ;)
ROZDZIAŁ II
Drzwi do pokoju Harry`ego - zamknięte na klucz! - otworzyły się, ukazując najdziwniejszą postać, jaką chłopiec kiedykolwiek widział. Mężczyzna miał rude włosy i nosił długi płaszcz - co za idiota, przecież było lato!
- Witaj, jeśli się bardzo nie mylę, nazywasz się Harry Potter? - zapytał
- Kim jesteś?
- Nazywam się Albus Dumbledore.
- Dużo mi to mówi - parsknął Harry. Nieznajomy zignorował złośliwość.
- Harry, chciałbym porozmawiać z tobą na bardzo ważny temat. Chcę zaproponować ci miejsce w pewnej specjalnej szkole. Ale najpierw chciałbym cię zapytać, czy ostatnio wydarzyło się coś niezwykłego? Może potrafisz coś, czego inne dzieci nie potrafią?
- Oczywiście, że tak! - zawołał natychmiast Harry.
- Opowiedz mi o tym.
Nie zamierzał nikomu mówić, co potrafi. Jeszcze trafiłby do wariatkowa albo do więzienia... A po za tym wtedy Cole wiedziałaby, kto robi różne rzeczy, które musiały pozostać w ukryciu.
- Jestem bardzo dobry z angielskiego - skłamał.
- To godne pochwały, jednak czy jesteś pewien, że to wszystko? - zapytał Dumbledore. Spojrzenie jego przenikliwych oczu zatrzymało się na Harrym i chłopiec poczuł lekki niepokój.
- Dobrze, jest jeszcze coś… - powiedział powoli, obserwując rosnące zainteresowanie rozmówcy - Nauki ścisłe też świetnie mi idą
Z przyjemnością zauważył starannie ukrytą irytację gościa. I bardzo dobrze! Oznaczało to, że to on kontroluje rozmowę, ma informacje, na których zależy drugiej stronie, a sam nic od niej nie oczekuje. A poza tym, nieznajomy powinien od razu powiedzieć, czego chce.
- Naprawdę nie zauważyłeś u siebie, żadnego dziwnego talentu?.
- Nie - odpowiedział wyzywająco. Dlaczego miałby nie kłamać, skoro zakładano, że jest kłamcą?
- W porządku, Harry, opowiem ci najpierw o Hogwarcie, szkole, w której miejsce ci proponuję.
- Nie zapisywałem się do żadnej szkoły!
- Zostałeś tam zapisany automatycznie, a do uczęszczania do niej kwalifikują cię tylko twoje talenty. Twój jeden bardzo szczególny talent: magia.
- Wiedziałem! - zawołał Harry. Natychmiast ugryzł się w język. To wyglądało jak jakiś głupi żart, albo ktoś chciał go podpuścić. Nie istniał żaden Hogwart, żadna szkoła magii, po prostu to on był dziwny… wyjątkowy. - Ale to są jakieś bzdury. Magia nie może istnieć.
- Istnieje.
- Udowodnij to.
- Harry, skoro postanowiłeś zostać uczniem Hogwartu, powinieneś nazywać mnie profesorem.
A niby dlaczego? Co on takiego zrobił, żeby zasłużyć na jego szacunek? Może od razu: ,,mój panie"? Ale Harry niestety nie mógł pozwolić sobie na obrażanie kogoś, kto miał zabrać go do miejsca dla dzieci tak niezwykłych jak on.
- Dobrze, panie profesorze - powiedział. Lewą rękę schował za plecami i skrzyżował palce. - Wiec… chciałem zobaczyć dowód. - tym razem ton jego głosu przy dużej ilości dobrej woli można było zakwalifikować jako uprzejmy.
Dumbledore wyciągnął różdżkę i szafa stanęła w płomieniach. Harry zerwał się na równe nogi, z wściekłością i strachem odmalowanym na twarzy. Ale płomienie zgasły tak szybko jak się pojawiły, nie pozostawiając po sobie żadnych szkód. W przeciwieństwie do kolejnych słów wicedyrektora:
- Chyba coś chce się wydostać z twojej szafy.
Co z jego zwyczajną szafą zrobiła ta magia?
- Zdejmij pudełko z górnej półki i otwórz je.
Harry bardzo poważnie rozważał opór, ale w końcu posłuchał. Światło dzienne ujrzały stare zabawki, portfel pielęgniarki, poklejone taśmą zdjęcie matki Andy`ego Marshalla.
- Czy w tym pudełku jest coś, czego nie powinieneś mieć?
Nie. To wszystko mu się należało.
- Oddam je - wycedził powoli.
Dumbledore uśmiechnął się.
- Bardzo się cieszę, że to powiedziałeś.
Harry też się bardzo cieszył. To było całkiem dobre kłamstwo.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Dziurawy Kocioł nie był miejscem, które Harry uznałby za przejście do Świata Czarodziejów. Było tam jeszcze brudniej niż w sierocińcu, ponadto ciemno i tłoczno.
Ciemność nie przeszkodziła jednak tłumowi w zauważeniu jego obecności. Usłyszał szepty:
- Patrzcie, kto tam idzie, to ten dzieciak Potterów!
- Merlinie, taki jest do niego podobny…
- Nic z matki… oby też w charakterze…
Wspomnienie o rodzicach stało się jeszcze cięższe do zniesienia niż normalnie. Dlaczego czarodzieje też o nich wiedzieli? Przecież to był nowy świat, i powinien być lepszy od starego.
Poczuł, że ktoś lekko go popycha i wzdrygnął się.
- Harry, chodź, idziemy, mamy niewiele czasu - powiedział profesor Dumbledore, a Harry wyczuł, że to miała być jakaś głupia próba odwrócenia jego uwagi. Zupełnie jakby był małym dzieckiem! Wyszarpał się z uścisku i sam ruszył w stronę tylnego wyjścia. Spodziewał się, że będzie tam jakaś zaczarowana brama, ale nie, tylko jakieś nędznie wyglądające podwórko. Dumbledore dogonił go po chwili.
- Harry, rozumiem, że wstrząsnęło tobą, to co usłyszałeś, ale pamiętaj, że nie warto przejmować się plotkami.
- Wcale się nie przejmuję!
Zobaczył, że czarodziej mu nie uwierzył. Trudno.
- Skąd czarodzieje wiedzą o.. o moich rodzicach? - zapytał. - Oni też byli magiczni?
- Owszem - Dumbledore skinął poważnie głową. - Twoi rodzice uczęszczali do Hogwartu i ukończyli szkołę z najwyższymi wynikami w nauce. Twój ojciec był znakomitym graczem w Quidditcha; to najważniejszy czarodziejski sport, a on grał w reprezentacji narodowej. Nie byli idealni, nikt nie jest, ale wszystko co o nich możesz usłyszeć jest mocno podkoloryzowane i dalekie od prawdy. Obiecaj mi, że będziesz o tym pamiętał.
Harry zacisnął usta i nie odpowiedział nic.
Dumbledore po chwili rozpaczliwie niezręcznej ciszy wyciągnął różdżkę i stukając nią w mur, otworzył przejście. Do tego stopnia zafascynowało to Harry`ego, że wypchnął z głowy wszystkie głupie i sentymentalne myśli. A więc był na ulicy Pokątnej! Nie wiedział, gdzie zwrócić wzrok, wszędzie wabiły go jakieś witryny, nowe, magiczne przedmioty.
- Sowy! - zawołał po chwili - Więc to prawda, że czarodzieje używają - my używamy - ich do przesyłania listów? Mogę kupić jedną?
- Niestety - odpowiedział wicedyrektor - Obawiam się, że szkolny fundusz pozwoli ci tylko na zakup wyprawki.
Oczy Harry`ego zalśniły gniewem.
- Mam magię… mogę ich zmusić!
Dyrektor zatrzymał się nagle i kładąc dłoń na ramieniu Harry`ego, wymógł na nim to samo.
- Możliwość zyskania czegoś nie oznacza, że należy ją wykorzystać.
- Głupie! - uznał Harry - Możliwość oznacza, że można to zrobić.
- A co byś chciał zrobić, Harry? Wpaść do sklepu nie znając ani jednego zaklęcia i wymierzyć różdżką w sprzedawcę? - Dumbledore zachichotał, ale jego oczy pozostały poważne.
Harry przez moment walczył sam ze sobą.
- Ma pan rację. - powiedział w końcu. Istniały z pewnością skuteczniejsze sposoby na zdobycie tego, czego pragnął.
