II
List Shani był ostrożny i uprzejmy, jak zawsze. Pisała o wszystkich sierotkach, które właśnie przebywały w szpitalu Nastki, i także o tych wszystkich dorastających dzieciach, o których pisywała mu od lat. A on w swoich listach zawsze o wszystkie te dzieci pytał. Bo był to jedyny sposób, w jaki mogła w liście zawrzeć jakiekolwiek wieści o małym – jakim małym, chłopakowi szło już na osiemnastą wiosnę... O tym dziecku, o którym Zygfryd myślał jak o synu, którego nigdy nie miał.
Wszystkie listy od Shani Zygfryd zawsze czytał w ten sam sposób. Pierwszą część, tę traktującą o życiu uniwersyteckim i o sierotkach, czytał nie wychodząc z roli Wielkiego Mistrza, i od razu odpisywał. A później, wieczorem, przy świecy, czytał drugą część, i wyobrażał sobie, jak Shani mogłaby to napisać, gdyby nie musieli bawić się w takie podchody. A czasem zastanawiał się też, jak mogłaby mu to powiedzieć, gdyby rozmawiali o tym w cztery oczy.
Na tę drugą część listu Zygfryd nigdy nie odpisywał od razu, zawsze czekał dzień lub dwa, żeby móc ułożyć taką odpowiedź, jaką Wielkiemu Mistrzowi Zakonu Płonącej Róży wypadało wysłać do zaprzyjaźnionej profesor Oxenfurtu. Ale podpisywał się zawsze bez żadnego tytułu, samym tylko imieniem, bo chociaż na to mógł sobie pozwolić. Wiedział, że Shani zrozumie.
Zresztą po tamtych paru dniach w Jasnej Wodzie ich listy, chociaż podobne w formie, były jakieś inne. Cieplejsze, jakby. Pisali nawet czasem o przyjaźni, bo to także było dozwolone. A Shani, ilekroć wyjeżdżała na wieś, zawsze w kilku słowach opisywała mu te znajome – o czym nikt poza nimi nie wiedział – pola i lasy, i to opisywała tak, że czytając jej listy niemal czuł zapach zboża i żywicy.
Wtedy, koniec końców, nie został jednak dłużej, obowiązek zwyciężył. W drodze powrotnej, na szczęście, natknął się na Talara, do Wyzimy obaj wrócili razem, co przerwało pytania, zanim na dobre się zaczęły, bo wszyscy ci, którzy mieli prawo pytać i których ciekawość mogłaby mieć dla Zygfryda jakieś niemiłe konsekwencje, wiedzieli, kim tak naprawdę jest Talar. I na wszelki wypadek o nic nie pytali.
Zygfryd bywał później jeszcze parę razy w okolicy, w odwiedziny u matki, i kiedy tylko mógł, zajeżdżał też do Jasnej, ale nigdy nie udało mu się zastać tam Shani – a w Oxenfurcie, ze względu na tę jej znajomą od dziecięcego szpitala, Nastkę, wolał jej nie odwiedzać, powodowany jakąś niesprecyzowaną obawą. Udało mu się natomiast ze dwa razy zastać babcię, która zawsze zapraszała go na posiłek. Później starowinka zmarła, o czym dowiedział się z listu Shani, więc przy następnej bytności w Jasnej odwiedził cmentarz, a przed wyjazdem wręczył jeszcze Dziadkowi flaszkę prawdziwego, mahakamskiego spirytusu, z przykazaniem, by utopiec regularnie nosił na babciny grób świeże kwiaty.
Shani, rzecz jasna, nie wspomniała o tym w żadnym liście. Jak się jednak okazało później, wspomniała o tym kiedyś jego matce.
. . .
- Ta twoja medyczka prosiła mnie, żebym ci przekazała, że dziękuje. Podobno wiesz, za co. – Pani matka uniosła brwi, spojrzała wyczekująco, ale wyjaśnienia się nie doczekała.
Zygfryd uznał, że lepiej może za dużo nie wyjaśniać. Zwłaszcza tej części o Dziadku. Sam natomiast chętnie usłyszałby jakieś wyjaśnienia co do tego, że Shani i jego matka spotkały się i rozmawiały ze sobą, ba, jedna drugą poprosiła o przysługę, a druga się zgodziła.
Lady Adalina w dalszym ciągu nie była zachwycona znajomością swojego jedynaka z medyczką, to było pewne. Ale Zygfrydowi wydawało się, że mimo tego z jakiegoś powodu polubiła Shani. Zastanawiał się tylko, jak i kiedy obie panie zdążyły się zaprzyjaźnić. Zanim jednak spytał, matka sama wyjaśniła, w czym rzecz.
- Wiecznie żyła nie będę – stwierdziła z właściwym sobie zdrowym rozsądkiem. – To uznałam, że najlepiej, jak uniwersytetowi majątek oddam. No bo przecież nie tej kanalii Ryszardowi, bratu mojemu, tfu, a pies by mu buty ogryzł. – Złowiła spojrzenie syna. – No, nie patrz tak, sam do Płonącej Róży poszedłeś, to teraz nic nie dostaniesz.
- Sprawiedliwie – przyznał Zygfryd, bo swoją część majątku Zakon już dostał, zresztą po tym, jak udobruchali Foltesta, źle im się nie żyło.
- Ośrodek naukowy niech tu założą. Alchemiczny. Miejsce dobre, bo na uboczu, będą mogli sobie wysadzać do woli – dodała żartobliwie pani matka, ale szybko spoważniała. – Wiesz, parę razy tu z synem była, ta twoja Shani. Nie wiem, jakim cudem, może bogowie sobie zażartowali, ale podobny jest do ciebie. – Uśmiechnęła się smutno. – Może chociaż badania by tu przyjechał robić, Shani by go czasem odwiedzała, to bym trochę mniej samotna była.
A Zygfryd, po raz pierwszy od dawna, po raz pierwszy od tamtego, od Wyzimy, poczuł palące wyrzuty sumienia. Odwiedzał matkę tak często, jak mógł, pisywał regularnie, ale teraz, patrząc na jej zrezygnowane spojrzenie i smutny uśmiech, zrozumiał, że to nigdy, nigdy nie będzie dość, że nigdy nie wystarczy, że cokolwiek by w tej kwestii nie robił, już nigdy nie będzie dobrze.
. . .
Tym razem Shani, jak zwykle ostatnio, napisała parę słów o naukach swojego syna u Kalksteina i o kolejnych odkryciach, zanosiło się na to, że przełomowych – no, ale u Kalksteina co drugie odkrycie się na takie zanosiło, więc ta akurat informacja była raczej żartem. Shani wspomniała też, mimochodem jakby, że doskonale chłopak radzi sobie z mieczem. Oraz o tym, że jej przybrany syn, zainspirowany przez swego znamienitego imiennika, zapragnął zostać rycerzem zakonnym. Zygfryd domyślał się, że Shani nie była zachwycona tym pomysłem. Rozumiał chłopaka, bo rzeczywiście, innej drogi do rycerstwa dla niego nie było… Ale wiedział też doskonale, że czasem, choć wydaje się inaczej, lepiej z decyzją poczekać, aby podjąć ją świadomie.
Jedni decydowali się za szybko, a potem był z tego pospieszny ślub albo samotna panna z dzieckiem, a inni decydowali się za szybko i była z tego samotność bez panien i bez dzieci. Każdemu jego błędy młodości, pomyślał Zygfryd.
Zresztą, trudno mu było powiedzieć, czy to był błąd. Wyrzeczenia, podobno, miały kształtować charakter i wzmacniać ducha. A ostatecznie, dumał, cóż to za wyrzeczenie, jeśli wyrzekać się czegoś, na czym człowiekowi nie zależy?
. . .
Nie było do końca prawdą, że Zygfryd nigdy żadnych doświadczeń z niewiastami nie miał. Niewykluczone natomiast, że doświadczenia te pomogły mu w takim a nie innym wyborze życiowej kariery.
Kiedy był jeszcze dzieciakiem, jak wszyscy pozostali chłopcy w podobnym wieku, których znał, najpierw dokuczał dziewczętom, a później zaczął się za nimi oglądać. A wcześniej jeszcze przestał dokuczać, bo rycerzowi przecież nie wypadało, a dziesięcioletni Zygfryd niczego tak nie pragnął, jak zostać rycerzem, i mieć taką błyszczącą zbroję i tak pięknej roboty miecz jak ojciec.
W wieku lat trzynastu wykazywał już wiele przymiotów rycerskich. Dlatego gdy córka sąsiada, Izabela, przez wszystkich w okolicy zgodnie uznawana za prześliczną dziewczynkę, poprosiła, by zdjął z drzewa jej ukochanego kotka, Zygfryd nie wahał się ani chwili. Wlazł na drzewo, co przypłacił podartym wamsem, złapał kotka, co przypłacił podrapanymi rękami i niemal utratą oka, bo uchylił się przed łapą cholernego futrzaka dosłownie w ostatniej chwili, a potem zlazł. Panienka Izabela, gdy tylko kotka zobaczyła, uśmiechnęła się promiennie, a gdy Zygfryd zobaczył ten uśmiech, podrapane ręce od razu przestały boleć. Śliczna Iza z wdzięczności ucałowała swego wybawcę – czy też raczej wybawcę swego kota – w policzek, rumieniąc się przy tym przepięknie, i ofiarowała mu kolorową wstążkę. Zygfryd, ośmielony łaskami, jakimi obsypała go dama, zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy z jego kolegów, i spróbował damę pocałować. Na co rzeczona dama strzeliła go w twarz i rozdarła się tak, że usłyszała ją chyba cała okolica.
A na pewno usłyszał jej starszy brat, który przyleciał bronić honoru siostry. Na nic zdały się tłumaczenia, że do niczego przecież nie doszło, że dama przecież jasno dała do zrozumienia, że chce – ten ostatni argument okazał się poważnym błędem, bo brat Izabeli stwierdził, że tak oczywistych kłamstw wysłuchiwał nie będzie, i wyzwał Zygfryda.
Co z kolei okazało się jego poważnym błędem, bo Zygfryd, mimo że prawie dwa lata młodszy, bez problemu poradził sobie z bratem. Na co Izabela rozdarła się tak głośno, że przybiegli rodzice.
Zygfryd, wbrew obawom, lania nie dostał. Matka biadoliła tylko trochę, że co ludzie powiedzą, ale wreszcie machnęła ręką, ostrzegając tylko syna, by w przyszłości z niewiastami był ostrożniejszy. Ojciec natomiast, w tajemnicy przed matką, nawet pochwalił syna za rycerską postawę i za obronę honoru. Co odrobinę Zygfryda pocieszyło, ale tylko odrobinę, bo do końca wizyty Izabela już nawet spojrzeć na niego nie chciała.
A wstążka, jak się okazało później, wcale nie z loków damy, lecz z obróżki kota była.
Drugi raz, dwa lata później, było ze służącą. Koledzy Zygfryda prześcigali się w przechwałkach, czego tam który nie robił z pokojówkami czy dziewkami służebnymi, Zygfryd stwierdził więc drogą dedukcji, że skoro wszyscy tak robią, to dlaczego by nie spróbować.
Ale za dużo nie popróbował. Wprawdzie dziewczę – smukłe, ciemnowłose, wielkookie, prześliczne, każdy chłopak w okolicy by zazdrościł – komplement przyjęło radośnie, a zainteresowanie panicza przyjęło z gorącym entuzjazmem, to ledwie Zygfryd zdążył wziąć dziewczynę za rękę i pocałować w policzek, nakryła ich lady Adalina.
Pani matka nie krzyczała. Nawet niewiele mówiła, to ojciec wtedy wygłosił długą przemowę o naturalnym porządku świata, który dzielił się na szlachtę i lud, i o tym, że nie im, śmiertelnym, było ten porządek kwestionować. Matka jedynie patrzyła z dezaprobatą i żalem, a to było o wiele gorsze.
A później, kiedy Zygfryd już na dobre odkrył świat potworów i walczących z nimi dzielnych rycerzy, niosących pomoc i wybawienie ludziom, szybko zrezygnował z dalszych eksperymentów. Na rzecz ideałów, wiary i wybawiania ludzi.
Co w ostatecznym rozrachunku, stwierdził Zygfryd z Denesle, Wielki Mistrz Zakonu Płonącej Róży, też nie do końca mu wyszło.
