Roz.2.
Marzenia, cele i aromat gorzkiej kawy
Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne.
Szekspir
Moneypenny rozdystrybuowała kawę i sernik ze swobodą wprawionej w bojach kelnerki, po czym usiadła na przeciwko Q. Zdjęła czapkę. Poprawiła włosy.
"007 sprawiał nam pewne problemy, ale w końcu wydostaliśmy cię spod jego skrzydeł."
"W końcu macie mnie, gdzie chcecie." przetłumaczył sobie Q, wyciągając śpiącego kota z koszyka. Zaspany Schrodinger otworzył ślepia niezadowolony, ale nie protestował, gdy kwatermistrz położył go sobie na kolanach.
To nie do wiary, jak blisko ustawili na niego sidła. Bardzo misternie tkane zadania, napisane tak, aby wybrał niebezpieczną odpowiedź. A on zawsze wybierał niebezpieczne odpowiedzi, bo nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że ktoś może aż tak głęboko infiltrować MI6, że może manipulując faktami oskarżyć kwatermistrza o status podwójnego agenta.
Nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że Moneypenny może być częścią sideł. Jego Moneypenny, przyjaciółka, pilnująca, aby jadł lunch, grająca z nim w Halo, wysłuchująca jego gadaniny... Oddychaj, powiedział mu kiedyś Bond. No więc oddychał.
"Chcieliście, abym zaczął jawić się szefostwu MI6 jako osoba niestabilna i niewiarygodna. Japonia, Boliwia, serwer z Hiszpanii, wszystko to miało na celu ukazanie mnie w złym świetle. Jako podwójnego szpiega, zaszytego tak głęboko w systemie, że dowodzącego całym systemem." Q był z siebie dumny, głos nie zawiódł go ani razu. "A gdy już się to stało, bo to się stało - stąd ta moja ewakuacja, chcieliście złożyć mi propozycję nie do odrzucenia."
"Widzę, że w końcu zorientowałeś się o co chodzi, ale nie trzeba być od razu agresywnym. Zawsze możesz odrzucić propozycję, Q." głos Moneypenny był miękki i zwodniczo łagodny, ale dźwięczała w nim stal. "Odrzuć naszą ofertę i staw czoła MI6, zmierz się z podejrzeniami Mallory`ego i rządu brytyjskiego. Życia ci nie starczy na przekonanie ich o swojej wiarygodności. To szpiedzy, zaufanie to u nas towar deficytowy. Raz nawalisz i już zawsze będziesz z tym żył. A ty zawsze wybierałeś ryzykowną, ha ha, kreatywnądrogę, w Japonii, w Boliwii, nawet teraz."
"Na pewno szefowie wysłuchają mnie, gdy wyłożę im jaką misterną pułapkę na mnie ustawiono." zaoponował Q i ustawił obok swojego talerza z sernikiem laptopa, po czym podniósł jego pokrywę. "Pozwolę sobie otworzyć i tak uruchomiony sprzęt elektroniczny. Nie masz nic przeciwko?"
"Nie. Nie mam." uśmiech Eve był wprost jadowity. Jak to się stało, że nie zauważył w niej tego jadu wcześniej? "Możesz spokojnie pobawić się swoimi zabawkami. W sytuacji, w której się znalazłeś, niewiele już możesz zrobić."
"Czemu to robisz, Eve? Dla pieniędzy?... Od jak dawna?"
Cholera, nie wytrzymał. Musiał zapytać i tym swoim długim jęzorem zdradzić się, zdradzić, jak bardzo bolała go myśl, że jego w sumie jedyna przyjaciółka tylko czekała na odpowiednią chwilę, aby odkryć swoje prawdziwe oblicze.
Eve nie wyśmiała go. Eve jedynie założyła ręce na piersi, oparła się o stolik, wzruszyła lekko ramionami i wpatrzyła się w szybę wystawową za plecami Q.
"Dobry szpieg nie pracuje dla pieniędzy. Dla pieniędzy pracują tylko źli szpiedzy a tych Amerykanie mają kilka dywizji. Nie, nie chodzi mi o pieniądze."
"A więc dlaczego?"
"Kobieta musi mieć swoje tajemnice."
Wiedział, że nie wyciągnie z niej nic więcej, chociaż wciąż miał nadzieję, że być może ujawni mu rąbek tajemnicy, da znak, że ktoś ją zmusza, że szantażuje... Ale Moneypenny wyprostowała się, poprawiła sobie szalik i spojrzała na Q trzeźwym wzrokiem wytrawnej agentki. Nawet, gdyby ktoś ją szantażował, nie pisnęłaby ani słowem. Nie było sensu naciskać.
Q odchrząknął i zmierzył się z twardym spojrzeniem Eve.
"Nie zwolnią mnie tylko dlatego, że działam czasami na własną rękę."
"Mój mały, kochany, naiwny kwatermistrzu." Moneypenny wyciągnęła rękę i pogładziła dłonią policzek Q. Drgnął, ale nie wycofał się, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od swojej przyjaciółki-szpiega.
"W naszym fachu rzadko się kogoś zwalnia, Q. Jest na to cała procedura.. Najpierw cię zdegradują, nie od razu oczywiście. Powoli i subtelnie. Ograniczą ci dostęp do networku, potem podzielą między twoich współpracowników twoje obowiązki. W najgorszym wypadku znikniesz bez wieści, w najlepszym wylądujesz jako pomoc techniczna, w razie gdyby nawaliły drukarki."
Miała rację. Żeby ją cholera wzięła, miała rację i śmiała się mu w twarz. Już teraz wprowadzono Q ograniczenie dostępu do networku MI6, już teraz Mallory bez problemów daje mu wolne dni, ewakuuje go w bezpieczne miejsce i nie kontaktuje się nawet, cedując jego obowiązki na R. Proces erozji stanowiska kwatermistrza już się zaczął, zaczął się w zasadzie od jego porwania w sprawie niemożliwego kodu, a on zbyt zakręcony w swoim elektronicznym świecie nawet tego nie zauważył.
Nie był szpiegiem, był informatykiem. Pułapki bazujące na relacjach międzyludzkich i stosunkach międzynarodowych były dla niego dużo groźniejsze niż komputerowe zagrożenia.
Spojrzał na ekran netbooka. Adrastea wciąż działała, nawet szybciej niż normalnie. Costa musiała mieć dobre WiFi. Q pogłaskał nietypowo nieruchomego, naprężonego czujnie Schrodingera i zmierzył Moneypenny spokojnym wzrokiem.
"Ładnie to rozegraliście. Nie spodziewałem się, że mam szpiega aż tak blisko siebie."
"Dziękuję, starałam się jak mogłam." odpowiedziała z wystudiowaną skromnością Moneypenny, strzepując uwodzicielsko rzęsami. "Lubię cię, jesteś... miły. Dlatego mam nadzieję, że będziesz z nami współpracował, zamiast stawać okoniem i marnować sobie życie."
"Jestem miły, mówi szpieg, zaopatrujący mi lodówkę i okazjonalnie zjadający mi orzeszki w czekoladzie."
"Co mam ci rzec, Q?" Eve rozłożyła bezradnie ramiona i wydęła uroczo usta. "Jestem szpiegiem i nie jest mi z tego powodu przykro. A wierz mi, nie było łatwo zostać z tobą w bliskiej komitywie. Bond wciąż wchodził mi w paradę. Na szczęście podstarzały alkoholik erotoman nie zauważył gry ukrytej w grze. Powinnam go ustrzelić, kiedy mogłam. 007 jak zwykle ślepo słucha M, transportuje cię w sekretne miejsce, z dala od sieci, abyś nie mógł nic zrobić, gdy tymczasem oni zajmą się twoją sprawą."
Chciał powiedzieć, że kłamie, że łże, aby jeszcze bardziej zmieszać mu szyki. Ale nie mógł. Wszystko, co do tej pory się działo układało się w bardzo brzydką całość a wszelkie wydarzenia, gesty i osoby, dotychczas jawiące się w pozytywnym świetle, wyglądały na podwójnych agentów. Moneypenny, Bond, Mallory. Nie powinien nikomu ufać, nikomu poza swoimi kodami i swoimi programami.
Q odetchnął głęboko i wziął łyka kawy. Była gorzka i zdecydowanie zbyt mocna, ale nie osłodził jej. Gorycz pasowała mu do niewygodnej, obnażającej jego słabości sytuacji a on zawsze miał zacięcie filmowe i w momentach szczególnego napięcia odnosił wrażenie, że gra w filmie, a jego słowa to cytaty...
Skoro nosi się kostium kwatermistrza czasami trzeba odegrać jego rolę.
"Mógłbym cię zabić. Mam pistolet w kocu Schrodingera. " zauważył tonem lekkiej konwersacji Q i wbił łyżeczkę w sernik. Ciasto stanowiło idealny, słodki kontrast względem gorzkiej kawy.
Moneypenny roześmiała się dźwięcznie, odchylając głowę do tyłu i eksponując owiniętą wełnianym szalem szyję.
"Proszę bardzo. Pogrążysz się jeszcze bardziej." Moneypenny oparła twarz na dłoni, końcówka jej małego paznokcia wbiła się jej delikatnie w kącik ust. "Zaniepokojona aferą przyjaciółka podążyła za zdradzieckim kwatermistrzem a ten zabił ją z zimną krwią, pieczętując swój los! Dramat w trzech odsłonach, kupa plotek, zero konkretów. Już lepiej wysłuchaj naszej propozycji. Przynajmniej będziesz miał szansę zachować twarz."
"A więc jaka jest wasza propozycja?" chciał wiedzieć Q, nic sobie nie robiąc z kpin Eve i zjadając ze spokojem kolejny kawałek sernika. "I kim w zasadzie jesteście? Wolę usłyszeć to od ciebie, zanim sam was znajdę w sieci."
"Zawsze ufny w swoje siły, nawet w obliczu porażki." wymruczała Moneypenny, kiwając głową ze źle nieukrywanym politowaniem i dobrze ukrywanym podziwem. "Jesteśmy tym, co pozostało po organizacji Quantum, ale przeszliśmy pewną ewolucję. Nie ma agentury na świecie, która nie posiadałaby naszej czujki zaszytej głęboko w swoim systemie. Zajmujemy się koncernami... i rządami, które usiłują ograniczyć władzę koncernów. Przy czym mamy także inne zainteresowania, wojny o ropę na przykład."
"Ach tak. Zapewne macie dobrych informatyków."
"Dobrych, ale nie genialnych." Eve odsunęła swoją kawę i talerz z sernikiem, po czym pochyliła się nad stołem i położyła dłoń na ramieniu Q. "Pracuj dla nas. Zostań w MI6, rób to co zwykle, ale pracuj dla nas. Wygłuszymy szum dookoła twojej osoby. Mallory podda cię obserwacji, może stracisz stanowisko kwatermistrza i część uprawnień, ale jesteś na tyle naiwny i uroczy w swojej komputerowej obsesji, że prędzej czy później przestaną patrzeć ci na ręce. Zaaranżujemy parę akcji tak, abyś mógł udowodnić swoją wierność MI6. Co wybierasz, Nowy Jork, Madryt czy swojski Londyn? Jesteśmy bardzo elastyczni i zależy nam na współpracy z kimś tak zdolnym jak ty."
"Nie jestem szpiegiem, Eve." powiedział zdecydowanym tonem Q i ujął dłoń Moneypenny, zdejmując ją sobie z ramienia.
"To jest twoja największa wada!" sarknęła Eve, urażona najwyraźniej jego gestem. "Gdybyś był genialnym informatykiem i szpiegiem byłbyś niepokonany! A tak zagnaliśmy cię bez trudu w kozi róg! W niecałe sześć miesięcy! Niektóre organizacje infiltrujemy lata całe, aby dostać się aż tak głęboko!..."
"I właśnie dlatego zostanę tu, gdzie jestem." Q skubnął jeszcze kawałek sernika i popił kawą. Wzdrygnął się, gdy gorycz ponownie uderzyła mu po kubkach smakowych. "Moja największa wada to zarazem moja największa zaleta. Wcześniej tego nie widziałem. Teraz wiem, czemu stara M tak usilnie mnie windowała na to stanowisko..."
"...Ty..." Eve po raz pierwszy, od kiedy Q ją poznał, nie miała słów. Nie rozumiała, nie ogarniała. Trzeba jej było wyjaśnić.
To była piękna chwila. Cholera. Filmowa. Pusta kafejka, ustrojona świątecznymi ozdobami, nikłe światło paru przyciemnionych, bocznych lampek, mocny zapach świeżo zmielonej kawy. Kwatermistrz z kotem na kolanach i jego najlepsza przyjaciółka, pochyleni nad sernikiem, jakby był on planem kolejnej misji. Zaraz wszystko się objaśni, zaraz karty będą wyłożone na stół i nie będzie już odwrotu.
Gdyby Q miał cygaro to zapaliłby je teraz. Nawet, jeżeli w życiu nie palił a oczy zwykle drapały go okropnie od papierosowego dymu. Ta scena wymagała dymu z cygara, zaciągniętych rolet i muzyki.
"Pozwolisz, że włączę dźwięk, Eve?" Q uśmiechnął się na co Moneypenny zabębniła niecierpliwie palcami po blacie. Jej paznokcie pomalowane były na ciemno krwisty kolor.
"Proszę bardzo. Ale nie wykonuj gwałtownych ruchów. W sąsiednim budynku mam kilku snajperów."
"Czemu mnie to nie dziwi. Najpierw jednak, muzyka."
Kilka linijek kody, proste włamanie do sound systemu Costy i z głośników popłynęła muzyka z netbooka. The Fragrance of Dark Coffee zakołysał wnętrzem osnutej intymną ciemnością kafejki. Za oknami właśnie zaczął sypiać pierwszy w tym roku, rzadki, uparty śnieżek.
"A teraz słuchaj, Eve. Wyjaśnię ci coś bardzo istotnego. Nie jestem szpiegiem." powiedział cicho Q powoli, jakby tłumaczył coś komuś wyjątkowo opornemu. "Jestem informatykiem. Najlepszym informatykiem, jakiego miałaś okazję spotkać w swoim niezwykle ciekawym życiu zdrajcy."
"Wielkie słowa." prychnęła Eve, nie przestając mierząc Q sondującym, świdrującym wzrokiem grającego na dwie strony podwójnego agenta. "Tymczasem twój network MI6 jest infiltrowany, twój dom razem z całym sprzętem zniszczony a ty jesteś ewakuowany w "bezpieczne miejsce", aby koledzy z MI6 mogli wydać na ciebie wyrok. Albo pójdziesz z nami, albo twoja kariera legnie w gruzach. Nie masz wyjścia, musisz się do nas przyłączyć. Bądź realistą."
"Bycie realistą to najczęściej wybierana droga prowadząca ludzi do przeciętności." Q czuł, że jego uśmiech jest brzydki, sztuczny. Nie lubił tego uśmiechu, nie lubił siebie w tej roli, ale nie mógł przestać. "Nie osiągnąłem swoich sukcesów kultywując przeciętność, Eve."
Oczy Moneypenny zwęziły się groźnie.
"Słucham?"
"Zbliżyłaś się do mnie, ale nie dałaś rady mnie zrozumieć jak widać. Widziałaś, wciąż widzisz, we mnie kogoś napakowanego marzeniami. O czym może marzyć geniusz, zamknięty dnie całe w siedzibach MI6?" zapytał retorycznie Q, jedną ręką głaszcząc kota, drugą sprawdzając, jak działa Adrastea. "O przyjacielu? Kocie? O wielkiej karierze? O jego imieniu, grzmiącym po korytarzach wszystkich rządów świata?"
Netbook wydał z siebie podłużny, okrągły dźwięk podwodnej sondy. Adrastea wykonała siedemdziesiąt pięć procent pracy. W tym samym momencie odezwała się komórka Eve. Moneypenny odczytała smsa. Jej twarz pobladła pod makijażem, ale jej maska zawodowo uśmiechniętej podwójnej agentki pozostała twardo na miejscu. Q westchnął.
"Pomyliłaś się, Eve. Nie jestem szarą myszką, ja po prostu lubię kolor szary. I nie mam marzeń, posiadam za to dość wyraźnie zarysowane cele."
"Wielkie słowa, masz coś na ich poparcie? Właśnie dostałam wiadomość, że serwery MI6 się... zacięły..."
"Zacięły się serwery. Cha! Tak nazwać to może jedynie moja ukochana, najstarsza w wydziale pomocnica Daniel." Q pokiwał głową i poprawił okulary. Śnieg za oknami Costy gęstniał z minuty na minutę, a z głośników nadal sączyła się mechata, mroczna muzyka Godota. Jeszcze raz powtórzył sobie, że się nie boi i nawet, jeżeli Moneypenny zdecyduje się zlikwidować go, załączone programy i jego własny, prywatny ukryty serwer dokończą dzieła.
"Od kiedy uruchomiłem Adresteę, robię dokumentację networku MI6. Całego, włącznie z waszymi sekretnymi, szpiegowskimi ścieżkami. Widać, kiedy ktoś loguje się za mnie w sieci, widać co robi i co przegląda. Widać, kiedy Mallory ściąga filmy porno naszym rządowym łączem i kiedy Alec nieoficjalnie przegrzebuje akta rosyjskich baronów narkotykowych. Wszystko widać, zamrożone, jak na dłoni. Każdego pracownika, każdego szpiega, naszego i cudzego. Fajna zabawka, prawda? Małe a cieszy."
"Adrastea?" zapytała powoli Moneypenny, zerkając to na Q to na swoją komórkę. "Nie miałeś tego ani w domowym komputerze ani w MI6."
"Jestem pracoholikiem. Czy to takie dziwne, że pracuję nad projektami na boku? Tam, gdzie nawet moi przyjaciele szpiedzy nie widzą?" kurcze, a jednak zadrżał mu głos. Odkaszlnął i równym, monotonnym tonem zaczął objaśnienia. " Adrastea do lustrzane odbicie systemu MI6. Jak już wspomniałem, nie mam marzeń a cele. Obecnie moim celem jest wyeliminowanie wszystkich szpiegów z naszej sieci. Aby tego dokonać zamrożę i zdejmę na parę godzin całą sieć MI6. Dokumentacja Adrastei pokaże, w których miejscach posiadamy szpiegów i doprowadzi nas do nich. Udowodni też Mallory`emu, że jestem wiarygodnym kwatermistrzem, którego próbowano wmanewrować."
"Blefujesz. Nie mógłbyś sobie ot tak zniszczyć swojego własnego systemu..."
"Jeżeli jest to jedyny sposób na udowodnienie mojej niewinności oraz na wyłapanie moli, które nas zaatakowały, zrobię to z uśmiechem na ustach." wyszczerzył zęby Q i zaklikał pośpiesznie po klawiaturze netbooka, po czym odwrócił ekran tak, aby Moneypenny mogła zobaczyć.
"Patrz. Rozwalam system."
Adrastea ukończyła dokumentację w stu procentach a niemożliwy kod zaczął odcinanie serwerów MI6. Najpierw zamrożony został Londyn, potem wszystkie placówki współpracujące z MI6 w Anglii. Następnie poleciała Francja, Niemcy, Hiszpania, w końcu cała Europa. Bardzo możliwe, że w tym właśnie momencie wybuchnęło coś w Zakazanym Mieście w Pekinie a elektryka w Białym Domu w Waszyngtonie czknęła, przepalając parę bardziej wrażliwych płyt głównych.
Gdy niemożliwy kod zamrażał współpracowników MI6 w Azji, zaczynając od Singapuru i Tokio, Q wziął ostatniego łyka stygnącej już kawy.
"Nie ma sytuacji bez wyjścia, może być tylko chwilowy zanik wyobraźni. Zburzę i na nowo postawię cały system. Cokolwiek tam u nas w sieci pływało, jakiekolwiek agentury i wolne organizacje, teraz są zamrożone. Jedną po drugiej dostarczę je M. Na pewno się ucieszy."
"...Tyyy..."
"Twoi szefowie są w Chinach, Australii i USA. Właśnie zacięły im się serwery, jak to malowniczo ujęłaś." Q pochylił się nad blatem stołu, odpychając od siebie netbooka i przysuwając twarz do twarzy Moneypenny. Była wściekła i jej złość dała mu satysfakcję.
"Jestem najmłodszym kwatermistrzem MI6 nie przez przypadek. Jestem unikatowy pod każdym względem. I nie da się mnie zastąpić jak byle szpiega... jak ciebie, Eve."
Krótki, ostry dźwięk i odgłos kruszącego się szkła. Przerażająco precyzyjny strzał snajpera zniszczył netbooka, roztrzaskując mu całą pokrywę. Schrodinger z sykiem uciekł z objęć swojego pana i skrył się gdzieś pod stołami, pomrukując gniewnie. Q odetchnął głęboko, usiłując uspokoić kołatające nerwowo serce. Szyba wystawowa Costy pękła dramatycznie, tworząc mu za plecami asymetryczną, szklaną pajęczynę.
Moneypenny wciąż patrzyła z bliska na Q, w jej oczach migotało coś zimnego, drapieżnego. Jej pytanie, nawet niewypowiedziane, zawisło między nimi jak pajęcza nić.
Co teraz, geniuszu?
"Chyba nie sądzisz, że wszedłbym w paszczę lwa z netbookiem, na którym miałbym Adrasteę." wycedził Q przez zaciśnięte zęby. "Adrastea jest bezpiecznie rozsiana na moich dwunastu serwerach w dwunastu krajach i dalej pracuje. Ten netbook nie był mi potrzebny, był potrzebny tobie. Abyś zobaczyła jak wprowadziłem maszynę w ruch i zrozumiała, ignorantko. Proces został zainicjowany. Nie spełniłaś swojego zadania Eve, twój rekonesans odnośnie mojej osoby był felerny. Zlikwidują cię. "
Moneypenny poruszyła dziwnie dłonią. Q skulił się odruchowo, zasłonił, ale kolejny strzał snajpera nie padł. Po chwili z drugiego piętra budynku na przeciwko Costy ktoś wyleciał z hukiem, wraz z oknem i czymś co wyglądało jak stolik. Nieszczęśnik wylądował na masce samochodu, który odezwał się od razu przenikliwym, rozgłośnym piskiem alarmu antywłamaniowego.
Q zaśmiał się bez tchu, rozcierając dłońmi piekące policzki.
"Bond dopadł twoich snajperów jak się zdaje. Zawsze w niego wierzyłem."
Moneypenny zerwała się z krzesła. Z okien budynku na przeciwko wyleciało kolejnych dwóch snajperów, którzy tym razem wylądowali na chodniku. Eve spojrzała mściwie na Q, jej twarz wykrzywiona strasznie. Nie wiadomo skąd w jej dłoni znalazł się nagle mały, poręczny rewolwer. Wersja kobieca. Q znał tą broń, sam ją zaprojektował na potrzeby agentek.
Na jedną, jedyną, przerażającą chwilę stanęło mu serce. Pożałował, że nie pożegnał się z nikim... że nie ma się w sumie z kim pożegnać...
Czwarty snajper, nieprzytomny, został wypchnięty z drzwi wejściowych budynku, a tuż za nim pojawił się bardzo zły, parujący wściekłością Bond, w rozchełstanej budrysówce i bez czapki. Eve strzeliła a Q zanurkował pod stół, chowając głowę w ramionach. Coś ukąsiło go boleśnie w łopatkę, ale na fali adrenaliny i ogólnego poczucia, że to tylko film, padł na czworaka i odpełzł tak szybko jak tylko mógł w kierunku baru. Eve strzeliła jeszcze raz, rozwalając szklane półki za barem, a następnie odwróciła się i bezceremonialnie rzuciła się ku tylnym wyjściom. Chwilę później dało się słyszeć oddalający się ryk silnika samochodowego. Mercedes. Eve zawsze lubiła mercedesy...
I zawsze wiedziała, kiedy się wycofać przed szarżującym, rozwścieczonym Bondem.
Q oklapnął bez siły na podłodze za barem. Przeżył. Nieprawdopodobne.
"Q!"
Bond wparował do Costy i przy dźwiękach łamiących się krzeseł i tłuczących się filiżanek dopadł kwatermistrza. Q wyszczerzył się do niego, pomimo bólu ramienia i kawałków szkła, zaplątanych mu we włosach.
"Oto co cenię w mężczyznach... Punktualny... i uzbrojony."
Bond przewrócił oczyma, po czym uklęknął przy Q i obmacał go pośpiesznie po głowie, szyi, klatce piersiowej.
"Wszystko w porządku z tobą?"
"Tak... jakby..."
Dla Bonda musiała to być wystarczająca odpowiedź, ponieważ natychmiast wyprostował się i popędził na tyły kafejki, z kamienna twarzą i bronią gotową do strzału. Szukał innych snajperów, albo Moneypenny. No cóż, nikogo nie znajdzie. Quantum nie było w stanie skorumpować kwatermistrza, Eve zawaliła swoją misję podwójnej agentki i salwowała się ucieczką, a serwery MI6 zamroziły wszystkie możliwe połączenia, w tym także te nieautoryzowane, szpiegowskie. Q zaśmiał się bez tchu, strzepnął z siebie szklane odłamki i spróbował usiąść. Nie dał rady.
Oczywiście, Moneypenny musiała go postrzelić w już wcześniej postrzelone ramię. Masz ci los.
Odpłynął na chwilę, ponieważ następną rzeczą jaką zobaczył, był Bond usiłujący wywabić Schrodingera z jego bezpiecznego miejsca pod stołem. Najwyraźniej kot nie chciał współpracować. Q jęknął protestująco, gdy Bond nie bawiąc się dłużej w uprzejmości chwycił Schrodingera za kark i pomimo ogłuszających wrzasków i pazurów, wyszarpnął go spod stołu.
"James... koc... kocem..."
Bond jednym płynnym ruchem złapał koc i zakrył nim panikujące, gryzące i drapiące w szale zwierzę.
Schrodinger został upakowany do kosza, następnie Bond pomógł Q wstać i zadzwonił po taksówkę. Q skulony oparł się o blat, na którym wciąż stał jego niedojedzony sernik. Nie wiedział co czuje, ani co myśli. Był skołowany, dyszał, nie mógł złapać tchu a wszystko dookoła niego wirowało i podrygiwało i chyba stracił przytomność, bo gdy otworzył oczy okazało się, że jest w taksówce i razem z Bondem prują imponującą prędkością przez uśpione Kyle of Lochalsh.
Taksówkarz bąkał coś o zakrwawionej tapicerce, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Bond, ponieważ właśnie coś mówił i niezwykle się w to wczuwał, a Q, ponieważ ciężko mu było oddychać i ogólnie zebrać myśli.
"Czekałeś na mnie, nawet gdy wiedziałeś, że nie mamy ze sobą łączności? To szalone! Nie mogłeś wiedzieć, że przybędę na czas, wariacie!"
Bond mówił, gderał, gadał, wypowiadał wielkie, nabrzmiałe sensem, bardzo ważne słowa. Q, wsparty na ramieniu 007 przyciskał szalik do dziwnie znieczulonego, pustego miejsca pod obojczykiem i patrzył na agenta z obolałym, zmęczonym uśmiechem.
"Pracuję z tobą już dość długo... James... Wiem, jaki masz timing... No, a poza tym... byłem dobrej myśli."
Bond spojrzał na Q jak na wariata.
"Czemu?"
"Zawsze jestem dobrej myśli, James." Q uśmiechnął się zeschniętymi wargami. "Bo po co być złej?"
Bond otworzył usta, najwyraźniej w celu wyprodukowania kolejnych wielkich słów, ale Q skulił się i jęknął. Znieczulone, postrzelone miejsce pod obojczykiem odezwało się ostro i nagle przestało być znieczulone. Coś obrzydliwie przesunęło się w ramieniu Q, a potem... rozerwało się z okropnym dźwiękiem pękającej chrząstki. Miał wrażenie, że krew leje mu się z rany na ramieniu ciurkiem, i nie jest to zwykła, wodnista ciecz, a ciało, jego własne ciało wylewało się ze środka na zewnątrz mocną, gęstą, czerwoną strugą. Bond mówił coś dalej, ale już nie do Q, a jego głos brzmiał... dziwnie.
Rzeczywistość odsunęła się, niepostrzeżenie i znienacka, pozostawiając za sobą fioletowo granatowe niebo nad Kyle of Lochalsh, upstrzone wirującymi płatkami śniegu.
/
Obudził się w szpitalu i długą chwilę wpatrywał się w sufit. Nic go nie bolało, a gęsta, mulista wata, wypełniająca mu szczelnie głowę wskazywała na to, że tak, naładowany był po nozdrza lekami przeciwbólowymi. Czuł się jak dziecko w dzień bożego narodzenia, jakby czekał na niego ogromny prezent i za chwile, już za moment, będzie mógł go rozpakować.
Nie pamiętał czemu miałby się tak czuć.
Za oknami był wciąż ciemno, wciąż także padał drobny, mały śnieżek.
"Obudziłeś się wreszcie."
Na krześle, obok łóżka Q siedział Bond i trzymał w rękach całe naręcze cienkich, wydrukowanych niechlujnie kartek. Wyglądał, jakby nie spał miesiąc. Wciąż był ubrany w budrysówkę.
"Niezłego stracha nam napędziłeś. Arteria ci strzeliła w drodze do szpitala, straciłeś dużo krwi." Bond odłożył dziwaczne kartki na parapet i przysunął się do Q bliżej na plastikowym, tanim krześle. Jego błękitne oczy były zmęczone, zaczerwienione na powiekach i łagodne. "Jak tam, kwatermistrzu? Wzywać medyków?"
Q łypnął na Bonda złym wzrokiem, ale gdy otworzył usta wydobył się z nich jedynie suchy charkot. Bond wstał, podszedł pośpiesznie do stolika przy drzwiach. Gdy wrócił podsunął Q pod nos filiżankę pełną wody.
"Nawet nie usiłuj protestować. Po prostu pij jak dają."
Q nie protestował. Nie miał siły. Woda smakowała jak ciepła, stojąca już jakiś czas w temperaturze pokojowej kranówka i była najwspanialszym napojem, jaki Q kiedykolwiek pił. Bond odsuwał co chwila filiżankę, nic sobie nie robiąc z niezadowolonych fuknięć kwatermistrza.
"Powoli. Nie po to holowałem cię przez całą Szkocję, żebyś mi się teraz utopił we filiżance. Poza tym ktoś musi uprzątnąć ten bałagan."
"Jak?..." wycharczał Q, opadając na poduszki i mierząc Bonda skołowanym wzrokiem. "Kiedy?... status?"
"Zamroziłeś wszystkie komputery, serwery, wszystkie networki, z którymi związana jest MI6."
To by wyjaśniało poczucie, że czeka na niego wspaniały, bożonarodzeniowy prezent. Q zawsze skrycie marzył, żeby raz na zawsze rozwalić połatany system MI6 i zobaczyć, co się stanie. Nigdy nie miał okazji tego zrobić. Aż do teraz.
Ha.
"Mallory dostał białej gorączki i to samo w sobie jest niezłym wyznacznikiem twojego sukcesu. Obecnie M spaceruje po korytarzu i za pomocą czterech telefonów usiłuje wytłumaczyć się przed grubymi rybami. Zepsułeś system, Q, chyba ci to potrącą z dniówki."
"Mallory jest tutaj?"
Bond uśmiechnął się zjadliwie, po czym odstawił pustą już filiżankę na papierach, zalegających na parapecie.
"Pewnie, że M tu jest. Zrobiłeś niezłą popelinę. Mallory przyleciał tutaj swoim prywatnym samolotem z całą eskortą i paradą informatyków-idiotów, nie potrafiących sobie poradzić z twoim małym sekretnym projektem. Uziemiłeś MI6 i osiem największych agentur na świecie. Khe khe. W Coście, w Kyle of Lochalsh. Khe khe."
Tak. Q dokładnie tego właśnie dokonał. Wyswobodził się z pułapki Quantum, wymknął się przyjacielsko podstawionej podwójnej agentce, zamroził szpiegów przemykających mu po networku i raz na zawsze pokazał światu, co to znaczy zadrzeć z kwatermistrzem MI6.
Zaśmiałby się, gdyby miał na to siłę.
"Obiecałeś... że nie będziesz krytykował... moich rozwiązań taktycznych, Bond."
"Już zacząłeś mówić mi James, nie zaprzepaszczajmy tego." niebieskie oczy Bonda śmiały się, zmęczone i łagodne." Poza tym niczego nie obiecywałem."
"Więc co to... twoje... khe khe... oznacza?"
"Ogromną cierpliwość z mojej strony." Bond wsparł się ramieniem o poduszki Q i popatrzył na niego z bliska. Pachniał środkami antyseptycznymi, kawą i świeżym śniegiem, i można było poczuć się przy nim tak bezpiecznie i spokojnie...
"Hej, Q, nie śpij. Jak już mówiłem, z ogromną cierpliwością powstrzymywałem Mallory`ego od wybudzenia cię i zaciągnięcia za frak do Londynu, abyś przywrócił system. Ale nie dam rady dłużej. Musisz z nim porozmawiać."
"Nieeee chceeeee..." zaczął marudnym głosem Q, ale Bond położył mu dłoń na policzku i pogłaskał ostrożnie. Jego ręka była mocna, żylasta i wyjątkowo ciepła.
"Zmuś się. Od ośmiu godzin cały ten internetowy majdan stoi w miejscu. Jeszcze trochę i jakaś żyłka Mallory`emu pójdzie i będziemy musieli szukać nowego M."
Mallory, jak się okazało, miał w sobie na tyle kurtuazji, że ze swoim wielkim wejściem poczekał, aż Q wypije kolejną filiżankę wody i odwiedzi łazienkę.
"Cholera, M! To już nawet nie pukasz jak komuś do izolatki wchodzisz?" chciał wiedzieć Bond, pomagając Q na powrót położyć się na łóżku. "Daj młodemu złapać oddech."
"Nie mamy czasu na kolejne oddechy." skwitował chłodno Mallory i zmierzył Bonda nieruchomym spojrzeniem. Przez długą chwilę obaj mężczyźni patrzyli na siebie i Q odniósł szczególne wrażenie, że za chwilę złapią się za łby. Nic takiego oczywiście się nie stało. Mallory odwrócił wzrok pierwszy, podsunął sobie krzesło i usiadł obok łóżka kwatermistrza.
"Opowiadaj, co się stało. Swoimi słowami, bez terminologii komputerowych. Krótko i węzłowato."
I Q opowiedział. Wszystko. O zawsze wesołej, pomocnej, skłonnej do żartów Moneypenny, która okazała się szpiegiem, o organizacji Quantum, która chociaż przeszła transformację wciąż istniała i całkiem sprawnie infiltrowała wiele agentur euroamerykańskich. Opowiedział o planie, mającym na celu uczynić kwatermistrza MI6, osobę z najwyższymi kompetencjami i uprawnieniami, szpiegiem, i o tym, jak w desperacji kwatermistrz ów zamroził cały system, aby udowodnić, że jest wiarygodny a network MI6 jest jak sito i siedzi w nimi całkiem spora ilość ukrytych, osadzonych głęboko moli.
Opowiadał, tłumaczył i mówił, aż się zmęczył, aż krople potu pojawiły mu się na czole a zabandażowane tym razem od łokcia po pierś ramię zaczęło tętnić palącym, obrzydliwym bólem rozprutego ciała. Ale nie mógł przestać, mówił, musiał wytłumaczyć...
"Zdrada nigdy nie jest jedną chwilą. To szereg sekwencji, szereg wyborów, ukazujących brak... dziurę, w której lojalność przestaje działać. Ustawili przede mną wybory a ja wybierałem nie zastanawiając się, jak to wygląda z boku."
Mallory słuchał Q z nieczytelną miną dyplomaty. Bond nie słuchał, tylko znowu poszedł i przyniósł kwatermistrzowi kolejną filiżankę wody. Q wyjął mu ją ostrożnie z dłoni i owinął wokół niej palce. Drżały mu ręce.
"Wszystko było zaplanowane tak, aby skierować na mnie podejrzenie o bycie szpiegiem. Od momentu, w którym porwano mnie dla zdobycia kodu, przez wyprawę do Tokio, gdzie przypadkiem spotkaliśmy pięciu innych szpiegów. Wszystkie te przypadki były ustawione tak, żebym wykonywał jak najwięcej podejrzanych, nieautoryzowanych ruchów." Q zaśmiał się zdławionym głosem, czując, jak zaczyna mu się kręcić w głowie. "I ja je wykonałem, bo taką mam pracę. Nie mogę zawsze czekać na twoje decyzje, Mallory. Tylko zwykle nie podejmuję ich w tak skomasowany sposób. Cholera, ja naprawdę nie nadaję się na szpiega! Najpierw udowodniono, że mój niemożliwy kod jest tak samo niebezpieczny jak przydatny dla MI6. Potem w Tokio zainscenizowano wszystko tak, jakbym czterech szpiegów współpracowało ze mną, a piąty usiłował mnie zabić. Zawiadomiłem cię za późno, M. Następnie zostawiono hiszpański serwer, abym w nieoficjalny sposób zaczął swoje własne śledztwo i ja to zrobiłem. Ale popełnili błąd. Nie sądzili, że wykryję ich w naszym systemie... że mam lustrzaną kopię systemu, Adrasteę..."
"Wiemy, że nie jesteś szpiegiem, Q." powiedział powoli Mallory, w jego oczach współczucie, w jego dłoniach mały, kompaktowy laptop. Nagrywał. Całą tą konwersacje nagrywał i nawet się z tym nie krył.
Q wykrzywił brzydko twarz.
"Och naprawdę? Bo ja, gdybym nie był sobą, wdziałbym siebie jako jednostkę dość niestabilną. To było jak sprawdzian. Test. Stawiano mnie przed wieloma wyborami a ja zawsze wybierałem opcję podejrzaną. Przekopiowałem wszystkie dane z mojego laptopa w Tokio... aby Bond nie mógł się do nich włamać... Minister i sekretarka... z powiązaniami z Quantum... nieoficjalnie przeczytałem twoje maile, M. Nie wiesz nic o moim dostępie do twojej skrzynki, o hiszpańskim serwerze... o naszej małej boliwijskiej przygodzie... moim domu, wyjętym spod nadzoru MI6..."
Q umilkł, zamknął oczy. Poczuł, jak Bond ostrożnie wyjmuje mu z rąk filiżankę i dotyka mu policzka, czoła. Lekko. Szybko. Q uchylił niemrawo powieki, nagle odkrywając, że ważą tonę a on chyba za chwilę zaśnie. Albo zwymiotuje. Albo oba na raz.
Mallory odchrząknął niewygodnie.
"I to wszystko po to, żeby ukazać, że jesteś niewiarygodny?" zapytał ostrożnie, ze współczującą miną i bardzo niewspółczującym, nerwowo podrygującym kolanem. Q spojrzał najpierw na kompaktowy laptop Mallory`ego a potem na samego M. Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. Miał wrażenie, że wciąż czuje smak gorzkiej kawy z Costy.
"Niewiarygodność kwatermistrza MI6... to dość istotna... rzecz. Ten sprawdzian lojalności musiał być prowadzony przez kogoś... komu na rękę jest osłabienie MI6... Nie mów, że tego nie widzisz... MI6 jest osłabione, gdy jego kwatermistrz... jest ewakuowany... podejrzany... odsunięty od wszystkiego..."
"Niezwykle misterny i pracochłonny plan." słowa Mallory`ego były ciche i płaskie, i coś w nich sprawiło, że Q podniosły się włosy na karku. Nie zaprzeczył. M nie zaprzeczył, że ewakuowali kwatermistrza, ponieważ podejrzewali go o zdradę. No tak... w sumie, czego można się było spodziewać...
"Misterny plan, owszem, pracochłonny nie tak bardzo... Mają dostęp do sieci MI6, z takimi danymi można było łatwo zaaranżować zjazd szpiegów w Tokio, ich eliminację, pogoń w La Paz, wybuch mojego mieszkania..." głos Q drgnął, załamując się. Odchrząknął, poszukał wzrokiem Bonda. 007 stał przy oknie, z wystudiowanym spokojem przyglądając się rozmowie.
"Masz moją torbę, James?... Tą co miałem w Coście?"
"Mam nawet twój przestrzelony netbook." uśmiechnął się Bond. "I kota. Ale kot został w szatni."
Nastąpił krótki moment zawahania, w którym Bond pomógł Q usiąść na łóżku, podał mu jego torbę ze sprzętem elektronicznym i jak jastrząb, wypatrujący królika, śledził spowolnione ruchy kwatermistrza. Q był słaby jak pisklę i nie miał nawet energii zdenerwować się na takie pokazy nadopiekuńczości. Mozoląc się pootwierał kieszenie i zamki w torbie. Wszystko było na miejscu, nic nie zginęło. Q wyjął dwa kable, pendrive`a i jeden dysk zewnętrzny, po czym podłączył je do kompaktowego laptopa M.
"Nikt nie wiedział o Adrastei. Dzięki niej wykryłem szpiega i dzięki niej mogę odtworzyć i postawić na nowo cały system MI6. To znaczy, nie cały. Miejsca zainfekowane przez szpiegów z innych agentur zostawiam zamrożone, chcę ich... dorwać... chcę..." Q zamilknął, oblizał spierzchnięte usta i zmarszczył nos. "Zainicjuję proces, pokażę wam tabelę postępu a potem... zemdleję, ok? Mam... mroczki przed... oczyma... Uch..."
"Adrastea to twój kolejny nieoficjalny projekt?" zapytał Mallory, ignorując subtelnie słowa Q. Delikatnie odebrał od kwatermistrza swojego kompaktowego laptopa, uważnie obserwując to, co działo się na ekranie.
"Tak... Muszę... mieć nieoficjalne projekty... chociażby na taką okazję... R będzie wiedziała, co dalej zrobić z Adrasteą... to, co zostanie zamrożone zostawcie... sam się tym muszę zająć..."
Zakręciło mu się w głowie i przez chwilę nie było do końca jasne, gdzie jest góra a gdzie dół. Zacisnął powieki i ponownie otworzył oczy, tylko po to, aby zobaczyć szaroczerwony wir migoczących mroczków. Bond powiedział coś ostrym głosem, Mallory coś ostrym głosem odpowiedział, a potem ktoś złapał Q za ramiona i położył na poduszkach, przykrywając po brodę sztywnym jak blacha plisowana, wykrochmalonym prześcieradłem.
Ktoś zaklął, ktoś trzasnął drzwiami z odpowiednią siłą, a potem w szpitalnym pokoiku zapadła błoga cisza.
"Wszystko będzie dobrze. Możesz teraz spać. Albo stracić przytomność. Wybór należy do ciebie." odezwał się gdzieś bardzo, bardzo blisko niski, chropowaty głos Bonda a ciężka, ciepła dłoń spoczęła na czole Q upewniająco. "Powiedz tylko, co z Moneypenny..."
"James... Jesteś jedyną osobą... przyjazną w tym całym burdelu... Nie psujmy tego..." wychrypiał Q, po czym westchnął i przestał walczyć z opadającymi sennie powiekami.
Może mu się wydawało, ale zanim odpłynął w pokręcone od leków przeciwbólowych sny usłyszał jeszcze krótki, mrukliwy śmiech Bonda.
/
Nie nadawał się do dalszych podróży. Miał rozwalone ramię, kula przeszła mu równo pod łopatką i obojczykiem, ale niestety, zawadziła o płuco. Był napakowany lekami przeciwbólowymi, czekał na kolejną transfuzję krwi i być może, chociaż nie na pewno, na operację... Mallory nie był zachwycony, ale w drodze wyjątku nie zawlekł kwatermistrza, kopiącego i krzyczącego z powrotem do Londynu, tylko zezwolił mu na pozostanie w szpitalu Kyle of Lochalsh. Q wątpił, czy miałby siły na kopanie i krzyki. Był wyczerpany, wyzuty z sił i wymięty bardziej, niż wtedy, gdy na trzecim roku włamał się dla zabawy do amerykańskiej bazy danych pewnego handlującego bronią koncernu. Zacierał za sobą ślady całe dwadzieścia trzy godziny bez przerwy dłuższej niż pięć minut. Później nauczył się, że jest zbyt dobry, aby ktokolwiek go odnalazł, a tym bardziej namierzył. Jeszcze później nauczył się mimo wszystko nie zostawiać za sobą śladów, nieważne, czy ktoś był w stanie go wytropić czy nie.
Około południa Q zaczął odczuwać dość przykry ból w okolicach obojczyka więc podano mu morfinę i dopiero wtedy pozwolono mu poprowadzić telekonferencję z R.
"Jak zaczniesz widzieć różowe słonie daj znać. Rozłączymy cię, żebyś się nie kompromitował. " dogryzał Bond, ale pomimo szorstkich słów jego dłonie były łagodne, gdy pomagał Q usiąść na łóżku i przygotować się do rozmowy z jego wydziałem.
"Pracuję w MI6, James... Widuję różowe słonie na co dzień... Czasami jeździ na nich królowa angielska..."
Podczas krótkiej, ale intensywnej telekonferencji R została poinstruowana, jak zastąpić system MI6 Adrasteą. Kilka znajomych twarzy z wydziału Q przemykało za plecami R, życząc kwatermistrzowi powrotu do zdrowia i wyrażając zawód, że M tak męczy ich szefa.
Mallory nie mówił nic, tylko od czasu do czasu wysyłał smsy i zerkał na Bonda. James odpowiadał mu pogodnym, jasnym spojrzeniem skrytobójcy. Q powinien się tym zmartwić, albo co najmniej się nad tym zatrzymać, ale nie mógł. Był w kompletnej, morfinowej zgodzie z wszechświatem. Nic go nie bolało, był w stanie wykonać głęboki wdech bez kaszlu, było cudownie.
Kiwając się lekko na poduszkach i zapominając czasem, o czym mówi Q wyjaśnił R, że z zamrożonymi w networku MI6 szpiegami chce rozprawić się sam. Sam i tylko sam skopie im ich cybernetyczne tyłki, że nie będą wiedzieli jak włączyć maszynę komplikacyjną. I nie musi do tego wracać do Londynu, wystarczy mu do tego jeden, przyzwoity laptop i stałe łącze.
Kimkolwiek były te mole nie mogły zatrzeć za sobą śladów, nie mogły się też wycofać. Q postanowił wyłapać je grupami, grupa azjatycka, amerykańska, grupa wschodnio europejska. Quantum i zdradziecka, podstępna, oby jej kij w oko Moneypenny byli osobną grupą. Dlaczego? Bo tak. Należało wyłapać grupy moli, ale mole Quantum były najniebezpieczniejsze... jak się już wszystkie brudy zlokalizuje należałoby jak najszybciej wdrożyć odpowiednie procedury jako odpowiedź na pogwałcenie elektronicznych zasad międzynarodowego koegzystowania ze sobą agentur na całym świecie.
"Ale do tego kwatermistrz nie musi wracać do Londynu." zauważył uprzejmie Bond. M spojrzał na niego z zaciśniętymi wąsko ustami.
"Będzie lepiej, jak Q zostanie na tydzień, dwa w Skye. Ze mną. Po takim pokazie siły wszystkie kraje pierwszego i drugiego świata będą chciały go wypróbować. Zanim cały glob ziemski zdecyduje się ponownie zaatakować naszego kwatermistrza dajmy mu najpierw odpocząć."
"Jestem zdrowy... mogę jechać do Londynu... nie mam już co prawda domu i majtek, i muszę wykombinować sobie nowy dom, no i majtki, ale... ale... I nie mówcie o mnie przy mnie!... Jakby mnie tu nie było!" wybuchnął Q, po czym rozkaszlał się i opadł bezsilnie na poduszki, sapiąc nieprzystojnie i pocąc się jak mysz. "Morfiny! Dajcie mi morfiny i nie przestawajcie mi jej dawać, dopóki nie zakrzyknę earl greya!"
Bond spojrzał znacząco na Mallory`ego a Mallory westchnął z rezygnacją.
"Zabierz go do Skye. Macie tydzień."
"Dziękuję, M."
Q miauknął rozpaczliwie, gdy Bond zabrał mu laptopa. James, nieporuszony jego płaczliwymi prośbami o oddanie urządzeń komunikacji mobilnej, pożegnał się zdawkow wyłączył komputer, skutecznie kończąc niefortunną telekonferencję.
"Zabrałeś mi laptopa... i ramię mnie boli... i mówię bez sensu..." pożalił się Q Bondowi, czując jak wzbierają mu łzy w oczach. "Bez laptopa i bez sensu... jestem do niczego..."
"Nie jesteś do niczego." obwieścił z mocą Bond, po czym odrobinę zbyt mocno odłożył komputer na parapecie i wezwał pielęgniarkę.
/
Po południu lekarze orzekli, że Q nie wymaga operacji, ale gdy tylko pojawią się jakiekolwiek objawy infekcji górnych dróg oddechowych, ma wracać do szpitala. Nie za bardzo chcieli Q wypisać, ale naburmuszony Mallory, zanim wrócił do Londynu, wymógł to na nich.
"Tydzień, 007. Nie więcej. Do widzenia."
"Pewnie, pewnie, Mallory, do widzenia."
Q nie słuchał już docinków Bonda i M. Całą drogę na wyspę Isle of Skye, aż do posiadłości Skyfall przespał, ułożony wygodnie na tylnych siedzeniach wynajętego przez Bonda samochodu. Schrodinger w swoim koszyku zajmował miejsce na przodzie auta, obok 007, i mrukotał od czasu do czasu trwożnie.
Skyfall było dużą, starą posiadłością, wyglądającą na opuszczone, zapadłe zamczysko jakiś dzikich szkockich górali, którzy co prawda wybudowali sobie z boku posiadłości kapliczkę, ale i tak o północy czcili pogańskie bóstwa gór i rzek. Kiedyś to musiał być ładny dom, ciekawy, ale teraz był jedynie mglistym, niewyraźnym wspomnieniem swojej dawnej świetności.
Bond nie powinien posiadać Skyfall, nie było tego w jego aktach, w żadnych papierach... Rozkojarzony, znieczulony Q dał się poprowadzić do bocznego wejścia posiadłości, senny, nieważki i okropnie zmarznięty w swojej budrysówce. Nawet gryzący sweter mu nie przeszkadzał. Widoki w Skyfall były piękne, rozległe wzgórza, fioletowe wrzosowiska, poszarpane skalne klify morskie, ale wiało tutaj jak cholera...
"Potem obejrzysz sobie posiadłość. Teraz chodźmy się rozgrzać." powiedział przyciszonym głosem Bond i objuczony dwoma walizkami, torbą z laptopem i koszykiem Schrodingera poprowadził Q do wejścia. Duże, ciężkie, kute odrzwia otworzyły się niechętnie, wpuszczając ich do pachnącego kurzem i naftaliną domostwa.
Korytarze wionęły kamiennym chłodem starych piwnic, pamiętających osiemnasty wiek. Gdy Bond włączył światło płaskie, zgrzebne, proste żarówki oświetliły prowizorycznie wiekową przestrzeń. Jedynie dwa korytarze posiadały podłogę wyłożoną dywanami. Wysokie, strome schody na piętro wydawały się nieużywane, a wszystkie kable, elektryka i bezpieczniki centrowały się przy masywnych, dębowych drzwiach, przy których stały dwie drewniane, grubo ciosane ławy. Kuchnia, pomyślał ze zdziwieniem Q. Nigdy nie sądził, że Bond, bywalec najdroższych restauracji, smakosz i esteta, urządzi sobie swoją własną kuchnię w stylu wiejskim.
"Wyremontowałem jedynie tą część, której używam. Czasami używam, bo oficjalnie nie jestem już właścicielem tego miejsca. Nieoficjalnie wciąż jest moje, taka mała samotnia. Salon, sypialnia, łazienka, kuchnia, tyle urządziłem. Reszta po prostu stoi i pilnuję, żeby się nie zapadła... Daruj kurze i baboki. Rzadko tu bywam. Nikogo tutaj nigdy nie przywoziłem. Poza starą M. Jeżeli chcesz obejrzeć inne wnętrza..."
"Chcę herbaty." gładko przerwał plątaninę słów Bonda Q i chwiejnie ruszył w stronę kuchni. "Czy jest tutaj internet?"
end
by Homoviator 12/2013
Chwila fluffu I ładnych widoków w Skyfall na pewno przyda się nam wszystkim w te zimowe dni :) zacznie się też długo wyczekiwany element slashowy, ale jak to zwykle bywa nie wszystko będzie szło gładko...
Jeszcze jeden, dwa rozdziały przed nami. Update za tydzień,w czwartek, 12.12 o północy, hehe :) czyta kto to jeszcze? Dajcie znać, bo właśnie dla tego momentu w akcji pisałem całego tego fika :)
ps. The Fragrance of Dark Coffee by Godot, jest tu... /xixTiB6tJTM bez niego nie udałoby mi się napisać ani literki tego fika.
