Przed wami rozdział drugi jednak z poprzednią wersją opowiadania ma niewiele wspólnego. Przypominam, że z pierwotnej wersji rozdział pierwszy i drugi stały się całością. Ten który znajduje się w waszych łapkach, jest całkowicie nowy. Cóż, zapraszam.

][][][][

Rozdział 2

Mam wrażenie, że to sen

][][][][

- Do jakiego kraju chcesz mnie zabrać?

- Geiranger mieści się w Norwegii, Harry.

- Norwegii?! - to była ostatnia rzecz którą spodziewał się usłyszeć.

- To spokojne miejsce w którym będziesz miał czas na odzyskanie sił. Tam nie będziesz musiał obawiać się ani natarczywych reporterów ani tym bardziej śmierciożerców. O tym, że mam tam dom, wiedziało jedynie kilka osób. Wszystkie jednak dawno odeszły z tego świata. Będziesz tam bezpieczny. - przytaknął słysząc to, chociaż tak naprawdę dłuższą chwilę zajęło mu przeanalizowanie tego co usłyszał.

- Jak się tam dostaniemy? - spytał w końcu, gdy miał już pewność, że jest w stanie zapanować nad własnym głosem.

- Statkiem. Magiczna żegluga morska jest najszybszym, a zarazem najbardziej anonimowym środkiem transportu. Tam nikomu nie będziesz się musiał legitymować, a na miejsce dotrzemy w dwadzieścia cztery godziny. - wiedział co Snape ma na myśli. Uniknięcie rozpoznania było w tym momencie kluczowe. - Lepiej by nikt nie wiedział, że opuszczam kraj.

- Kiedy moglibyśmy wyruszyć? - zapytał cicho mając nadzieję, że podekscytowanie nie jest tak bardzo słyszalne w jego głosie, jak mu się to wydaje. Naprawdę spodobała mu się myśl o opuszczeniu Hogwartu i zyskaniu kilku tygodni wolności.

- Natychmiast.

- Natychmiast?

- Obawiam się Harry, że dyrektor nie zaaprobuje twojego wyjazdu. Jeśli rzeczywiście chcesz ze mną wyjechać, musisz wydostać się z zamku zanim Dumbledore zorientuje się, że nie ma cię w Skrzydle Szpitalnym. W tej chwili Albusa nie ma w Hogwarcie jednakże w ciągu godziny powinien wrócić. Jeśli nie opuścisz szkoły teraz, później możesz już nie mieć ku temu okazji. - słysząc to, nie mógł nie zgodzić się z profesorem. Sam dobrze wiedział, że Dumbledore go nie wypuści. Za nic.

- W porządku. Niech tak będzie. Mogę jechać w każdej chwili, chociaż... nie mam nic więcej poza piżamą. Jak do tej pory nie odzyskałem jeszcze mojego kufra ani różdżki... Dumbledore wciąż "zapominał" ją przynieść. - w ostatnich jego słowach pobrzmiewał sarkazm, nie zdołał jednak powiedzieć o tym beznamiętnie. Wiedział, że Dumbledore z jakiegoś powodu przetrzymuje jego różdżkę i coraz bardziej go to denerwowało.

- Poradzimy sobie z tym. W czasie treningów, przed Bitwą zostawiłeś u mnie kilka swoich rzeczy. Na razie będą musiały wystarczyć, a na miejscu uzupełnimy twoją garderobę. - przytaknął, starając się zbytnio nie zastanawiać dlaczego jego rzeczy zostały w prywatnych kwaterach Snape'a.

- A różdżka? Nie wydaje mi się bezpieczne wyruszenie bez niej.

- Niestety różdżki w tej chwili nie jestem w stanie ci oddać. Wciąż znajduje się ona w posiadaniu Dumbledore'a. Jednakże w Norwegii również można znaleźć dobrych producentów różdżek. Nic nie stoi na przeszkodzie żebyś kupił sobie nową.

Nowa różdżka? - prawdę mówiąc takie rozwiązanie nie przyszło mu wcześniej do głowy. - Mogę kupić nową różdżkę? - uśmiechnął się mimowolnie. - To nie taki głupi pomysł. - zamyślony dopiero po chwili zorientował się, że profesor gdzieś wyszedł. Rozejrzał się, zastanawiając dokąd ten mógł pójść, zaraz jednak Snape pojawił się ponownie. Widząc jak wchodzi przez jedne z bocznych drzwi, dostrzegł w jego ręku naręcze rzeczy.

- Drzwi na lewo prowadzą do łazienki. Przebierz się. Nie mamy zbyt wiele czasu.

][][][][

Piętnaście minut później powrócił do salonu, w pełni ubrany. Jeśli miał być sam z sobą szczery, nie kojarzył ani czarnych dżinsów, ani tym bardziej zielonej koszuli z krótkim rękawem, które miał teraz na sobie. Nawet jeśli rzeczywiście były to jego rzeczy, nie pamiętał ich. Czuł się tak jakby widział je po raz pierwszy w życiu.

- Tylko jak opuszczę szkołę niezauważony? Słyszałem, że przy Hogwarcie kręcą się reporterzy.

- Użyjemy sieci Fiuu. Przeniesiesz się do domu jednego z moich przyjaciół. Już rozmawiałem z Lucjuszem. Przechowa cię do czasu aż wszystko przygotuję. Poczekasz tam, ja dołączę do ciebie w przeciągu dwóch godzin. - sens tego co usłyszał dotarł do niego niemal natychmiast. Nie bardzo jednak chciał uwierzyć w to co słyszy.

- Lucjusza? Masz na myśli Lucjusza Malfoy'a? Nie pójdę do niego. Jeszcze mi życie miłe.

- Harry, Lucjusz jest po naszej stronie. W czasie Ostatniej Bitwy okazał nieocenioną pomoc dla Jasnej Strony. Zresztą wcześniej też wspierał cię w twoich treningach.

- Malfoy? Ale to... - ciężko mu było to zaakceptować. - Malfoy pomagał mi przygotowywać się do walki? To zbyt dziwne... - przymknął oczy. - Nienawidzę jak ktoś opowiada mi moje własne życie - szepnął zanim zdołał ugryźć się w język.

- Pewnego dnia wszystko sobie przypomnisz, Harry. Musisz w to wierzyć. - spojrzał na profesora. Coś w jego czarnych oczach sprawiło, że nie zaprotestował po raz kolejny.

- Chodź Harry. Czas nam się kończy.

][][][][

Wylądował, a właściwie wypadł z kominka w jasno oświetlonym salonie. Przed bolesnym spotkaniem z wypolerowaną podłogą uchronił go mocny uścisk na ramieniu. Odzyskując równowagę dopiero po kilku sekundach zorientował się, że jego wybawicielem okazał się sam przeklęty Lucjusz Malfoy.

- Witam panie Potter. Wiele się wydarzyło on naszego ostatniego spotkania. - Nie odpowiedział. Zupełnie nie wiedział co miałby odpowiedzieć. Czuł się zupełnie tak jakby ktoś podał go temu śmierciożercy na talerzu i przez bolesne ułamki sekund zastanawiał się, czy dobrze zrobił ufając Snape'owi.

- Severus prosił bym przechował cię u siebie przez kilka godzin. Nie sprecyzował o co chodzi, sądzę jednak, że ma to jakiś związek z kolejnymi pomysłami przeklętego Dumbledore'a. Nie mylę się?

- Kolejnymi? - spytał zanim zastanowił się nad tym co robi. - O jakich pomysłach mówisz?

- Wygląda na to, że rzeczywiście nie pamiętasz sporej części własnego życia Potter.

- Ty wiesz, że ja... - nie dokończył, ale nie musiał mówić nic więcej.

- Wiem. Severus od razu poinformował mnie o wszystkim. Nie martw się Potter, twoja tajemnica jest u mnie bezpieczna. Co zaś tyczy się twojego poprzedniego pytania, to myślę, że odpowiedzi na nie, musisz poszukać u Severusa. On się w tym wszystkim lepiej orientuje.

- A czy... - zaczął, jednak Malfoy przerwał mu w pół słowa.

- Nie. Na razie koniec z pytaniami. Lepiej żeby Severus ci to wszystko wyjaśnił. Teraz choć, pewien Mistrz Eliksirów najpewniej mnie zabije jeśli pozwolę ci spędzić następne godziny stojąc po środku salonu. Już się trzęsiesz. Powinieneś odpocząć. - schwycony ponownie za ramię, pozwolił wyprowadzić się z salonu.

- Dokąd idziemy?

- Do biblioteki. W tej chwili Draco nie ma w posiadłości, nie jestem ci więc w stanie zapewnić lepszych rozrywek. Sądzę, że w bibliotece będziesz się najmniej nudził.

][][][][

Pozostawiony sam sobie, kilka kolejnych godzin spędził w olbrzymiej bibliotece pochłonięty jedną z książek dotyczących Obrony Przed Czarną Magią. Prawdę mówiąc gdy wszedł do tego pomieszczenia poczuł się nieco oszołomiony ilością znajdujących się w posiadaniu Malfoy'a książek. Gdy został sam, początkowo nie wiedział co ma robić, ostatecznie jednak przeszukał najbliższe półki i ściągnął sobie kilka książek dotyczących obrony oraz zaklęć. Kiedy tak obładowany zanurzył się w stojącym przy oknie fotelu, na stoliku przed nim pojawiła się taca z ciastkami oraz gorący kubek czekolady. Przyjął poczęstunek z wdzięcznością, gdy zapach czekolady uzmysłowił mu, jak bardzo jest głodny.

Tak upływał mu czas. Czas który poświęcił nie tylko na czytanie ale także na przemyślenie tego co w ciągu tego dnia wydarzyło się w jego życiu. Wciąż był tym wszystkim nieco przytłoczony, jednak gdzieś wewnątrz siebie czuł, że wcale nie żałuje podjętej przez siebie decyzji. Ani trochę. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że gdy wróci we wrześniu czekało go będzie wiele pytań i tłumaczeń, jednak na razie nie zamierzał się tym przejmować. Od powrotu do szkoły dzieliło go jeszcze półtora miesiąca i planował wykorzystać te dni najlepiej jak to tylko możliwe.

To będą moje pierwsze prawdziwe wakacje. - nie zdając sobie sprawy, że ktoś od jakiegoś czasu go obserwuje, uśmiechnął się do własnych myśli. - Chociaż raz nikt nie będzie mi stale mówił co mam robić, kim jestem i jakie spoczywają na mnie obowiązki. Chociaż raz...

- Odpocząłeś? - ciche pytanie, wyrwało go z rozmyślań, przypominając mu gdzie właściwie jest. Jeszcze zanim podniósł głowę, wiedział kim jest jego rozmówca. Odłożył wciąż trzymaną w ręku książkę na stolik i odwracając się w stronę drzwi, przytaknął.

- Tak, panie profesorze.

- To dobrze. Zeszło mi trochę dłużej niż przypuszczałem. Wyruszamy za piętnaście minut. Błędny Rycerz zabierze nas do portu gdzie dziś cumuje statek. Odpływamy za cztery godziny. - przytaknął i przypominając sobie jedno z nurtujących go w momencie przybycia pytań, odezwał się:

- Kiedy tutaj wylądowałem, Mal... Lucjusz Malfoy powiedział, że to pewnie przez kolejny przeklęty pomysł dyrektora. Co miał na myśli? - jego spojrzenie spotkało się z czarnymi tęczówkami profesora gdy ten mu odpowiadał:

- Później Harry. Obiecuję, że ci to wyjaśnię, ale daj mi jeszcze trochę czasu, dobrze? - gdy niechętnie się zgodził, profesor dodał: - Mam coś dla ciebie. Załóż. Lepiej żeby jak najmniej osób wiedziało dokąd podróżujesz. - Dopiero teraz zauważył w ręku profesora jasnozieloną pelerynę. Wstał i przyjął ją, narzucając sobie na ramiona. Nim jednak miał szansę zapiąć klamrę pod szyją, profesor odsunął jego rękę i wyręczył go w tym.

- Musimy ruszać. Chodź, pomogę ci. - nim miał szansę cokolwiek zrobić czy odezwać się, Snape delikatnie schwycił go za ramię.

- Dziękuję. - szepnął. Czuł się skrępowany tym, że najpierw Malfoy a teraz Snape musieli mu pomagać w tak przyziemnej czynności jak chodzenie. Tak w tym momencie przeklinał się za własną słabość, a jeszcze bardziej przeklinał Voldemorta za to, że ten doprowadził go do takiego stanu. Snape nie odpowiedział, pociągnął go jednak do przodu, wyprowadzając z biblioteki. W kilka minut dotarli do głównych drzwi, a przynajmniej Harry podejrzewał, że prowadzą na zewnątrz na podstawie ich wyglądu. Jak się wkrótce okazało, nie pomylił się.

][][][][

Zalewające ich jasne promienie słońca, ponownie wywołały na jego twarzy uśmiech. Uwielbiał taką pogodę. Wspierając się na profesorze, zszedł po kamiennych stopniach i odwrócił się, aby spojrzeć na dom w którym spędził kilka ostatnich godzin. Wątpił żeby jeszcze kiedykolwiek w życiu miał okazję zobaczyć jak mieszka Malfoy, zamierzał więc zapamiętać ten widok. - Zawsze to kolejny niezły argument do kłótni z Draco. - przebiegło mu przez myśl, gdy znalazł się na jednej z ogrodowych ścieżek.

- Chodźmy Harry. Musimy oddalić się od posiadłości zanim wezwiemy Błędnego Rycerza. Bariery ochronne nie dopuszczą go tak blisko terenów mieszkalnych. - Wcale się temu nie dziwiąc, Harry pozwolił poprowadzić się przez ocienioną drzewami alejkę.

Szli w milczeniu. Każdy pogrążony we własnych myślach. Wkrótce drzewa przerzedziły się i znaleźli się na niedużej polanie. W ręku Snape'a pojawiła się różdżka, zanim jednak przywołał autobus, odwrócił się w jego stronę i naciągnął mu kaptur na głowę. Zaraz po tym machnął ręką. Błędny Rycerz zjawił się niemal natychmiast.

- Witam w imieniu załogi Błędnego Rycerza, nadzwyczajnego środka transportu dla czarownic i czarodziejów zagubionych w świecie. Wystarczy machnąć ręką która ma moc i wejść do środka, a zawieziemy cię dokąd sobie zażyczysz. Nazywam się Stan Shupkie i dziś będę waszym przewodnikiem. Dokąd chcecie się udać? - Stan zakończył swoją przemowę mierząc go uważnym spojrzeniem. Harry był pewien, że musi wyglądać dziwnie w pelerynie w tak upalny dzień. Na szczęście Stan szybko przeniósł spojrzenie i zaraz się zreflektował, najwyraźniej rozpoznając profesora.

- Profesor Snape. Nieczęsto korzysta pan z naszego autobusu. Czym mogę służyć?

- Musimy dostać się do Mgielnego Portu.

- Już się robi. Dla pana to będzie szesnaście sykli od osoby.

- Otrzymasz dwa galeony jeśli wysadzisz nas najpierw. - Harry nawet przez cień kaptura mógł dojrzeć jak oczy Stana świecą na samą myśl o takiej kwocie.

- Oczywiście. Będziemy na miejscu w ciągu dwudziestu minut. - Snape przytaknął i narzucając sobie na głowę kaptur od własnej szaty, wprowadził go do środka. Stan dał im miejsca na samym przodzie. mieli więc szansę nie zostać zauważeni przez zbyt wielu pasażerów. Zresztą o tej porze autobus ział pustkami i poza jakąś staruszką i matką z dwójka płaczących dzieci, nie było innych klientów. Stan pochylił się nad kierowcą i szepnął mu coś do ucha, zaraz po tym drzwi autobusu zatrzasnęły się.

Ruszyli.

][][][][

W czasie tej krótkiej podróży Harry nie odezwał się ani razu. Tym razem wolał milczeć. Siedzieli dość blisko Stana i bał się, że ten zdoła rozpoznać go po głosie. Oczywiście wiedział, że minęły już prawie cztery lata od tamtej podróży, ale i tak obawiał się zdemaskowania. Zbyt ważne było to, żeby pozostał anonimowy, dlatego uznał, że lepiej nie ryzykować.

Jestem pewien że wystarczy jeden nieodpowiedni ruch i będę miał na głowie zastęp przeklętych reporterów albo co gorsza samego dyrektora. Tak, a on, gdy dowie się co planuję, nie pozwoli mi wyjechać. Za nic. Już wiele razy udowodnił, że woli mnie mieć pod ręką. - Na szczęście w czasie drogi ani kierowca, ani Stan nie zainteresowali się nimi ponownie i nim się obejrzał, autobus zatrzymał się.

- Mgielny Port. - znów wspierając się na profesorze, opuścił duszny autobus. Tak naprawdę dopiero gdy owiało go chłodne powietrze, rozejrzał się po miejscu, w którym wylądowali.

- To jest... zaczął i urwał, nie wiedząc co powiedzieć. - Snape pochylił się nad nim i szepnął mu do ucha.

- Witaj w Mgielnym Porcie, Harry.

- Mgielny Port? - powtórzył, spoglądając na statki zacumowane przy brzegu. - Nigdy nie słyszałem o tym miejscu. - wyswobodził się z uścisku i nieco chwiejnie postąpił kilka kroków do przodu. Przyglądając się jak olbrzymie skrzynie za pomocą różdżki są kierowane na pokład jednego z najbliższych statków, dopiero pojął sens tego, gdzie tak naprawdę teraz są.

- To magiczny port. - odwrócił się, aby spojrzeć profesorowi w twarz.

- Zgadza się. Można z niego dotrzeć praktycznie we wszystkie rejony świata. Oczywiście jeśli wiesz gdzie szukać. Nie każdy statek bierze pasażerów. Czasem jednak można się zabrać statkiem towarowym, jeśli masz odpowiednie kontakty i pieniądze.

- A ten którym my mamy płynąć? Czy zabiera pasażerów, profesorze?

- Nie. To nie jest statek pasażerski. Niestety aby płynąć do Norwegii pasażerskim musielibyśmy czekać ponad tydzień. Nie mamy tyle czasu. Popłyniemy statkiem który mija Norwegię po drodze. Kapitan zgodził się przewieźć nas na miejsce.

- Zapłacił mu pan profesorze?

- Tak. Chociaż i bez tego najpewniej zabrałby nas. To stary przyjaciel. Ach i bardzo cię proszę Harry, w czasie tych wakacji nie nazywaj mnie profesorem. To przyciąga zbyt wiele uwagi. Mów mi po imieniu, Severus.

- Dobrze prof... Severusie... - szepnął i zanim pomyślał, dodał ledwie dosłyszalnie. - Dziwnie to brzmi.

- Przyzwyczaisz się Harry. Ja także mówię ci po imieniu.

- Spróbuję.

- Cieszy mnie to. Mamy jeszcze trochę czasu nim statek będzie odpływał. Zdążymy jeszcze coś zjeść. Znam tu bardzo dobry lokal.

][][][][

Dwie godziny później powoli wspinał się po trapie mając profesora u boku. Czuł jak mocno wali jego własne serce. Wkrótce mieli odpłynąć w nieznane. Świadomość tego, że znajdzie się daleko od miejsc które zna, ściskała go lękiem i zarazem napawała nadzieją. Po raz pierwszy w życiu które prowadził od chwili gdy dowiedział się, że jest czarodziejem, miał stać się naprawdę anonimowy. Prawdę mówiąc, w ogóle po raz pierwszy miał być anonimowy. Nigdy wcześniej nie był. Nawet przed Hogwartem był dziwakiem w za dużych ubraniach. Zawsze wszyscy wiedzieli kim jest. Teraz miało być inaczej. Miał stać się jedną z osób w tłumie.

Po raz pierwszy będę mógł być sobą... - odetchnął, biorąc uspokajający oddech. Dotarli na pokład. Rozejrzał się. Zdawało się, że ich wejście nie zostało zauważone. Żaden z marynarzy obecnych na pokładzie nie zaszczycił ich nawet jednym spojrzeniem. Sprawiali wrażenie całkowicie pochłoniętych pracą. Harry nie wiedział czemu, ale miał wrażenie, że to tylko pozory.

Obserwują nas. Na pewno. - przywrócony do rzeczywistości przez lekkie popchnięcie, ruszył do przodu. Przeszli przez pokład i po kilku schodkach dostali się na rufę. Tam Snape puścił go i w kilku krokach zbliżył się do wpatrującego się w nich mężczyzny. Pozostawiony sam sobie Harry, miał czas na przyjrzenie się mu. Mężczyzna nie miał na sobie tradycyjnej szaty czarodziejskiej ani nawet mugolskich ubrań jakie Harry widywał na co dzień. Ubrany był w długi skórzany płaszcz, białą koszulę i ciemne spodnie, również wyglądające jak wykonane ze skóry. Długie, brązowe włosy związał w kitkę. Harry nie powiedziałby tego głośno, ale jego wygląd kojarzył mu się z bajkami o piratach jakie kiedyś oglądał Dudley.

- Witaj na moim statku, panie Potter. To zaszczyt spotkać wreszcie tak znamienitą osobę jak ty.

- Dzień dobry. - odpowiedział, nie wiedząc jak się powinien zachować. Mężczyzna zbliżył się i wyciągnął w jego stronę prawą dłoń.

- Adrian Carsey. Mam nadzieję, że podróż na moim statku sprosta twoim oczekiwaniom. Jestem pewien, że mój statek stanie się...

- Skończ już z tą komedią Carsey. - Snape zbliżył się, momentalnie ucinając wypowiedź Carseya w połowie. - Dobrze wiesz, że jesteśmy ci wdzięczni za to, że mogliśmy się z tobą zabrać. Nie musisz wciąż tego podkreślać.

- Nic nie podkreślam. Dobrze wiem, że po raz kolejny uratowałem ci tyłek. Chyba powinienem zacząć prowadzić listę, nie uważasz?

- Carsey, ty lepiej uważaj, bo zapomnę o następnym zamówieniu które mi ostatnio przesłałeś.

- Czy to szantaż?

- Tylko ostrzeżenie. - Snape i Carsey jeszcze przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, w końcu jednak marynarz skłonił się przed nimi teatralnie i odszedł zostawiając ich samych. Harry, gdy miał już pewność, że ten nie zdoła go dosłyszeć, zapytał cicho:

- Od dawna go znasz?

- Tak. Poznaliśmy się jeszcze jako nastolatkowie. To stara historia, jeśli będziesz chciał, gdy dotrzemy na miejsce, mogę ci ją opowiedzieć.

- Jakiego rodzaju interesy miałeś na myśli? Co u ciebie zamówił?

- Eliksiry. Jest jedną z kilku osób która wysyła mi stałe zamówienia. Praca na morzu nie jest łatwa i zapas dobrych eliksirów niejednokrotnie może człowiekowi uratować życie. - przytaknął, zastanawiając się czemu sam na to nie wpadł. - Co innego mogliby zamawiać u Mistrza Eliksirów jeśli nie eliksiry? - chybotanie pokładu niespodziewanie wyrwało go z rozmyślań. Schwycił się mocniej barierki o którą od jakiegoś czasu się opierał.

- Odbijamy. - Sam to czując, wychylił się, aby spojrzeć w taflę wzburzonej wody. Zaskoczony dostrzegł, że statek otacza blado niebieskie światło.

- Dlaczego statek świeci się? - Słysząc jego pytanie, Snape posłał mu dziwne spojrzenie. Nie był również pewny czy mu się tylko nie zdawało, ale miał wrażenie że czyjś wzrok również wwierca mu się w plecy.

- Nie sądziłem, że będziesz w stanie to dostrzec. Magię na tym poziomie są w stanie zobaczyć jedynie nieliczni.

- To dzięki magii świeci?

- Nie Harry, on wcale nie świeci. Przynajmniej nie dla postronnych obserwatorów. Światło które dostrzegasz to łuna magii dzięki której statek jest w stanie poruszać się znacznie szybciej niż byłoby to w normalnej sytuacji możliwe. Na drewno rzucone jest wiele czarów. Spójrz wyżej, widzisz coś? - podążając za gestem profesora wychylił się ponownie aby spojrzeć na kadłub. W pierwszej chwili nic nie widział, zaraz jednak zauważył, że błyszczy on zielonkawym blaskiem.

- Błyszczy na zielono.

- To zaklęcia które chronią go przed zniszczeniem. - Starał się zanalizować słowa profesora, jednak to wszystko wciąż było dla niego niezrozumiałe.

- Ale jak to możliwe? Dlaczego widzę tą magię? Przecież nigdy dotąd nie posiadałem takich zdolności. Czemu teraz? - Snape dotąd stojący dwa kroki za nim, teraz również oparł się o barierkę.

- Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Mogę tylko zgadywać. Myślę, że to, że widzisz tę magię może być związane z ilością zaklęć jaka została tu rzucona. Wiele czarów zostało tu skumulowane na niewielkiej powierzchni, więc może ich siła ma na to wpływ. Albo... - widać było, że profesor chce coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkł.

- Albo? - powtórzył chcąc dowiedzieć się, jaka była jego druga myśl. - Albo co pro... Severusie?

- Być może to dopiero początek. Możliwe że to twoja zdolność która dopiero się budzi.

- Budzi się? Czy to możliwe? A nawet jeśli, to dlaczego ujawniła się dopiero w tym momencie?

- Wpływ na rozwój mocy może mieć twój wiek. Możliwe też, że ma to coś wspólnego z tym, że Czarnego Pana już nie ma.

- Może mieć to coś wspólnego z Voldemortem?

- Nie wykluczone. Przez wiele lat byłeś połączony z Czarnym Panem. Teraz to połączenie przestało istnieć. To całkiem możliwe, że pewne twoje zdolności były dotąd uśpione, a teraz w końcu mają szansę wyjść na światło dzienne.

- Czyli to mogłaby nie być jedyna zdolność?

- Tak Harry.

- Nie jestem pewien, czy chcę jakieś specjalne zdolności. Mam już serdecznie dość bycia dziwakiem na którego wszyscy zwracają uwagę.

- Wiem o tym. Wiem Harry.

][][][][

Więcej nie poruszyli już tego tematu. Jeszcze przez jakiś czas stali tak, każdy z nich pogrążony we własnym świecie. W końcu jednak Snape zostawił go samego i dołączył do kapitana. Wkrótce obaj mężczyźni pogrążyli się w cichej rozmowie. Harry wygodniej oparł się o barierkę i zapatrzył w ciemną taflę jeziora. Nie przeszkadzało mu to, że znów został pozostawiony sam sobie. Myśli które wciąż kołatały mu się w głowie, nie dawały mu czasu na nudę. Wręcz przeciwnie wystarczył jeden dzień by miał dwa razy więcej pytań niż odpowiedzi. Czuł się oszołomiony.

Czy Snape może mieć rację? Co jeśli naprawdę budzi się we mnie jakaś moc o jakiej do tej pory nie miałem pojęcia? Czy znów znajdę się na językach wszystkich wokół? Czy nie wystarczy tego, że gdy mnie widzą nazywają mnie przeklętym Chłopcem - Który – Przeżył? Czy naprawdę nigdy nie będzie mi dane zaznać chwili spokoju? - westchnął zrezygnowany. - Mam nadzieję, że się mylisz Snape. Musisz się mylić. Proszę... - nawet nie zauważył, że coraz mocniej zaciska palce na drewnie.

Tymczasem robiło się coraz później. Dzień w końcu zaczął chylić się ku zachodowi. Gdy na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, nie zdołał powstrzymać ziewnięcia. Powoli do jego organizmu zaczęło docierać jak bardzo jest zmęczony. Zachwiał się, mając problemy z utrzymaniem równowagi. Zamrugał, gdy świat niespodziewanie zaczął rozmywać mu się przed oczami. Chciał zawołać Snape'a, ale nie zdołał. Wszystko spowiła ciemność. Nie poczuł, że zamiast na twardych deskach wylądował w czyichś silnych ramionach.

][][][][

- To o nim mi pisałeś.

- Tak. - odpowiedział, chociaż tak naprawdę to nie było pytanie.

- Nic nie pamięta?

- Nie. Przynajmniej nic co dotyczy jego i mnie. Zaklęcie którym dostał całkowicie wymazało mnie z jego pamięci.

- Naprawdę wierzysz, że to robota Czarnego Pana?

- Nie wiem w co mam wierzyć, ale jest w tym zbyt wiele nieścisłości. Po co Czarny Pan miałby usunąć mnie z jego myśli? - odgarnął ręką wpadające w oczy kosmyki i wydał z siebie dźwięk, ni to płacz ni to śmiech. - On nawet nie wiedział o tym co mnie łączy z tym chłopcem...

- Ale jeśli nie on, to kto? Czy myślisz, że to mógł być... - Adrian nie dokończył, ale tak naprawdę nie musiał. Obaj myśleli o tym samym.

- Tak. Niestety właśnie tego się obawiam. - Odwrócił się aby spojrzeć na wciąż opartego o barierkę Harry'ego. Zrobił to w samą porę by zobaczyć jak ten cofa się dziwnie chwiejąc na nogach. Podbiegł do niego, w ostatniej sekundzie chroniąc go przed upadkiem. Ostrożnie poprawiając go w ramionach, jęknął czując jak przeraźliwie chłopiec jest lekki.

- Zabierz go do mojej kajuty. Tam nikt wam nie będzie przeszkadzał. - podziękował skinieniem głowy i pospiesznie zszedł ze stopni, uważając na ciężar spoczywający we własnych ramionach.

][][][][

Stan Shupkie - przemowa Stana pewnie wyda się wielu z was znajoma i słusznie, przyznaję, z minimalnymi zmianami, zaczerpnęłam ją z tomu Harry Potter i Więzień Azkabanu.

Mgielny Port - zarówno nazwa jak i miejsce są w całości efektem mojej pokrętnej wyobraźni.

Adrian Carsey - Imię Adrian - jest pochodzenia łacińskiego i oznaczało ono osobę z miasta Adria (Hadria) w Piccenum w Italii. W przeszłości imię Adrian nosiło kilku sławnych cesarzy rzymskich. Co do nazwiska, jest to rzeczywiście występujące nazwisko w wielu krajach, choć przyznaję że było to pierwsze które przyszło mi do głowy gdy pomyślałam o piratach.

][][][][

Koniec rozdziału 2