A/N: Witam, jest to właściwie moje pierwsze publikowane fanfiction, ostrzegam!

Mam kilka rozdziałów w zapasie, więc postaram się dodawać je regularnie, co tydzień.

Jeśli czytasz tą historię to, czy Ci się podoba czy nie, proszę, skomentuj. Będę wiedziała, co mam poprawić w moim pisaniu i, cóż, komentarze naprawdę karmią wenę.

Wiem, że póki co jest bardzo krótko, ale następne rozdziały powinny być już dłuższe i ciekawsze.

Zapraszam do czytania, mam nadzieję, że się spodoba!

Mam siedem lat i dostaję swoją pierwszą miotłę. Matka patrzy na mnie karcącym wzrokiem, kiedy zaczynam podskakiwać z radości. Idę pod rękę z Syriuszem w stronę boiska. Jesteśmy już prawie na miejscu, gdy nachyla się nade mną.
-Nie bój się spaść, Reggie –szepcze mi do ucha. –Pamiętaj, że zawsze cię złapię.

Mam dziewięć lat, a na kolację przychodzą Narcyza i Bella. Obie mają na sobie krwistoczerwone sukienki, a Syriusz patrzy jak zauroczony na rumieniącą się Cyzię. Bella, gwałtownie gestykulując, opowiada o zdradzie Andromedy, spotykającej się z mugolem. Matka i ojciec wyglądają na szczerze przerażonych sytuacją, Narcyza dalej rumieni się wściekle z wypisanym na twarzy znudzeniem, Syriusz cicho prycha. Bella posyła mu za to piorunujące spojrzenie. Matka wstaje od stołu i podchodzi do wiszącego gobelinu z drzewem genealogicznym Black'ów. Chwilę mu się przygląda, po czym wyjmuje różdżkę i wypala z niego imię Andromedy. Syriusz patrzy na to z wystudiowaną obojętnością na twarzy, widzę jednak, jak zaciska pod stołem pięści.

Mam jedenaście lat i wysiadam z pociągu w towarzystwie Narcyzy i jej koleżanek. Przyglądam się z podziwem ogromnemu zamkowi, w którym będę się odtąd uczył. Słyszę jak gajowy, olbrzym Hagrid, woła „pirszorocznych" i zgodnie z poleceniem matki posyłam mu pogardliwe spojrzenie. Wsiadam do jednej łódki z Benedictem Yaxley'em i Jonathonem Goyle'm, arystokratycznym towarzystwem. Odpływając od brzegu zauważam roześmianego Syriusza odjeżdżającego powozem ze swoimi przyjaciółmi i przypominam sobie słowa matki, każącej mi trzymać się od nich z daleka. Odwracam wzrok.
Kiedy profesor McGonagall wyczytuje moje nazwisko, idę dumnie na środek Sali i zakładam starą Tiarę Przydziału na głowę.
Nie czekam długo i już po chwili zostaję przydzielony do Slytherinu. Uśmiecham się delikatnie, tak, jak uczył mnie ojciec, i widzę dumne spojrzenia Belli i Cyzi. Siadając przy stole Slytherinu spoglądam kątem oka na brata. Patrzy prosto na mnie, a w jego stalowych oczach widzę smutek i rozczarowanie.

Mam trzynaście lat i pierwszy raz padam ofiarą żartu Huncwotów. Leżę na ziemi, przewróciwszy się na śliskiej podłodze. Wokół mnie rozsypały się moje książki. James Potter śmieje się głośno, przezywając mnie od kalek. Peter Pettigrew chichota pod nosem, a Remus Lupin uśmiecha się rozbawiony. Kiedy znikają za rogiem ignoruję wyciągniętą rękę Syriusza i sam wstaję, zbierając przy okazji książki.
-Wybacz, Reggie –mówi, a w jego wielkich oczach widzę autentyczny smutek. –Myśleliśmy, że to Snape. Nie bierz tego do siebie, bracie.
Przyglądam mu się chwilę obojętnie i wypowiadam słowa, które na zawsze łamią mi serce.
-Ja nie mam brata.

Mam szesnaście lat i razem z Benedictem i rok starszym Severusem Snape'm klękamy przed Czarnym Panem. Rozpiera mnie radość, że wreszcie spełnią się moje marzenia o wysokiej pozycji i uznaniu. Te same emocje widzę u Snape'a, lecz na twarzy Yaxley'a można doszukać się także okrucieństwa.
Jako pierwszy wyciągam rękę i po moim ciele rozchodzi się przeraźliwy ból, gdy tylko Czarny Pan dotyka swoją różdżką mojej skóry. Dyszę ciężko, udaje mi się nie krzyknąć. Za bardzo tego pragnę.
Już po chwili przyglądam się Czarnemu Znakowi na moim lewym przedramieniu.
To już, myślę i przepełnia mnie to dumą. Patrzę na otaczające mnie twarze i widzę wśród nich Bellę. Na jej twarzy wypisana jest najprawdziwszy zachwyt nade mną, co szczególnie utwierdza mnie o słuszności tej decyzji. W przeciwieństwie do brata, od delikatnej Narcyzy zawsze ceniłem wyżej przebiegłą Bellatrix.
-Regulusie Arcturusie Blacku –mówi cicho Czarny Pan. –Cieszę się, mając cię w swoich szeregach.

Mam siedemnaście lat i blade, trupie ręce przyciągają mnie do siebie, a ja widzę tylko ciemność i tonę.

Kiedy odzyskuję przytomność , przyglądają mi się trzy pary oczu. Siedzący najbliżej chłopak ze swoimi rozczochranymi czarnymi włosami i okrągłymi okularami wygląda jak idealna kopia Jamesa Pottera, za wyjątkiem oczu koloru morderczego zaklęcia, co przypomina mi kolejne docinki, których nasłuchałem się w Hogwarcie. Obok niego siedzi dziewczyna, której gęste, brązowe włosy opadają na twarz. Za nimi stoi wysoki rudzielec, który przypomina o stojącej w moich drzwiach Molly, więc mrugam i rozglądam się po pokoju. Zauważam ją śpiącą w fotelu w rogu salonu, z wyschniętymi łzami na policzkach. Ignorując pulsujący ból w głowie podnoszę się do pozycji siedzącej. Mój wzrok pada na gobelin z drzewem genealogicznym i widzę wypaloną dziurę w miejscu, gdzie kiedyś znajdowało się imię Andromedy. Nie wiem, dlaczego przypomniał mi się właśnie ten moment, ale mam wrażenie, że miał jakieś większe znaczenie. Przeczesuję szybko wzrokiem znajome imiona: Bellatrix, Narcyza, Syriusz, Regulus… Czuję, że coś jest nie tak, więc wracam szybko do Syriusza. Oczy rozszerzają mi się w zdumieniu.

Jego imię jest wypalone.

-A więc nareszcie się obudziłeś –odzywa się dziewczyna. Przekręcam głowę w jej stronę i czuję, jak za długie włosy uderzają mnie w policzek, co nie spodobałoby się matce. Dotykam ich dłonią –są idealnie gładkie. Kiedy byłem nieprzytomny ktoś musiał je rozczesać.

-Czesałaś mnie? –pytam, bo mimo świadomości, że to niesamowicie głupie, jest to pierwszą rzeczą, która przychodzi mi do głowy.

Rudowłosy parska śmiechem, więc przeszywam go lodowatym spojrzeniem, po którym milknie. Czarnowłosy wciąż przygląda mi się badawczo.

-Właściwie zrobił to Stworek –odpowiada brązowowłosa, przygryzając wargę. Wygląda na zagubioną.

Otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi towarzysz Molly. Właściwie po chwili nie wydaje się już aż tak podobny do ojca –poza wspomnianymi oczami jest zdecydowanie chudszy, a na jego twarzy widać ból i zmartwienie. Przypominam sobie, że mówił o dwunastu latach spędzonych w Azkabanie i wszystko staje się jasne –i tak łagodnie podziałała na niego obecność dementorów.

Świadomość ta ani trochę mnie nie pociesza, wręcz przeciwnie –skąd mam wiedzieć, czy nie mam do czynienia z psychopatycznym mordercą? Czuję w środku lodowaciejący strach, jednak zachowuję na twarzy obojętny wyraz.

-Możesz pozbyć się tej maski, Reggie –mężczyzna mówi lekko. Jego głos wciąż wydaje mi się znajomy. –Znam cię zbyt dobrze, żebyś mógł coś przede mną ukryć.

Te słowa zaskakują mnie całkowicie. Owszem, człowiek nie może być mi obcy, sądząc po wyglądzie może być Black'iem, jednak gdybyśmy byli ze sobą blisko pamiętałbym chyba chociaż jak się nazywa, prawda?

Biorę głęboki wdech i próbuję myśleć racjonalnie. Skoro nie znam tych ludzi, a oni znajdują się w moim domu, nie są raczej życzliwie nastawieni.

Postanawiam wybadać nieco sytuację.

-Kim jesteście? –pytam, patrząc na wszystkich po kolei. –Co robicie w moim domu?

Trójka nastolatków przesyła między sobą porozumiewawcze spojrzenia, napawając mnie podejrzeniami.

-Uspokój się, Reggie –mówi mężczyzna. –Na pewno znajdziemy na to jakieś logiczne wytłumaczenie.

-Stworek! –wołam, ale skrzat nie pojawia się. Denerwuję się coraz bardziej.

-Zabroniłem mu na razie z tobą rozmawiać… -zaczyna mężczyzna, ale nie pozwalam mu skończyć.

Podnoszę się z kanapy z prędkością, o jaką sam bym siebie nie podejrzewał i już przyciskam różdżkę do jego gardła. Widocznie nie spodziewał się tego ruchu, bo, chociaż z pewnością wiele ode mnie silniejszy, dał się przyszpilić do ściany.

-Jakim prawem zmusiłeś do czegoś mojego skrzata? –syczę. Na końcu języka mam kilka bolesnych klątw, choć nawet nie pamiętam, skąd je znam. –Gdzie matka i ojciec? Co tu się dzieje? Co im zrobiłeś?

-Co ja im zrobiłem? –mężczyzna widocznie traci cierpliwość. Wyrywa mi się z łatwością i przyciska mi moją różdżkę do gardła. Czuję za plecami gobelin i dotykam palcami wypaloną plamę na miejscu wujka Alpharda. Jakim cudem nie pamiętam, kiedy to się stało? –Co ja im zrobiłem?! Mnie tu nawet nie było! To po twoim zniknięciu zabił się ojciec! To po twoim zniknięciu matka zwariowała! A teraz śmiesz się tu zjawiać, akurat teraz, po zaginięciu Ginny, mimo że od dobrych dziewiętnastu lat powinieneś nie żyć!

Te słowa szokują mnie tak bardzo, że aż brakuje mi słów. Mogę tylko patrzeć na niego z otwartymi ustami. Wzdycha i zabiera różdżkę z mojego gardła.

-Ach, Reggie, a ty mnie nawet nie poznajesz –po wybuchu nie pozostaje ani śladu, mężczyzna uśmiecha się szeroko. Zastanawiam się, czy znam bardziej rozchwianą emocjonalnie osobę. –To ja, Syriusz.