W tej części obrabiamy przeszłość naszych bohaterów. W następnym odcinku podróż do Hueco Mundo, jeśli dobrze pójdzie. Czuję się w obowiązku ostrzec, że członkowie Oddziału Dwunastego nie wysławiają się tutaj zbyt grzecznie.

Bleach dalej nie należy do mnie.


Mały, czterdziestoletni Akon nie miał jeszcze rogów. Nie miał też poszarzałej skóry ani kilku uzależnień, które mogłyby mu zaszkodzić, gdyby nie był, praktycznie rzecz ujmując, martwy od wieków.

Cierpiał też na przypadłość rzadko spotykaną wśród członków Dwunastego Oddziału. Wierzył w odruch niesienia innym pomocy.

– Posłuchaj mnie uważnie, gnojku – burknął Mayuri złowrogo, a szczur laboratoryjny zapiszczał w jego dłoni, zarzucił nerwowo ogonem i oklapł, przyduszony, gdy Akon pierwszy raz wyskoczył ze swoim pomysłem. – Próbuję wyprodukować coś, co jest przydatne. Skuteczne, o to chodzi. Dlatego zrób nam wszystkim przysługę, schowaj głowę do tyłka i nie wyciągaj jej stamtąd tak długo, dopóki podobne sentymentalne śmieci nie wyparują ci z niej wraz z przybyciem wczorajszego obiadu.

Akon podejrzewał, że gdyby leżało to w jego interesie, kapitan mógłby zawstydzić nawet Zarakiego Kenpachiego głębiami swojej czarującej osobowości. Możliwe, że więzienie robiło to z ludźmi.

Tej konkretnej myśli nie pozwolił sobie wygłosić nawet w zdałoby się bezpiecznej odległości od uszu serdecznych kolegów i przełożonego. Podejrzewał, że Mayuri podsłuchuje wszystkich. Każdy prezent, nawet najniewinniej prezentujące się pierożki, kończył w rzece.

Akon nazywał to przezornością. Rin wiele lat później, paranoją. Gdy dostawali radioaktywne lizaki, Yachiru skakała za nimi prosto w rwący nurt, podczas gdy jego młodszy kolega obserwował jej szarpaninę z rozpaczą. Byli trochę za niscy i za mało pomysłowi, by móc mu je odebrać siłą tam, na moście.

– Ratuję ci życie – mruczał Akon, rozdzierając zielony papier ozdobny i wrzucając zawartość wprost w paszczę potwora walczącego dzielnie w odmętach pod nimi.

Ciche:

– Nie fair. Nie fair. – I ledwo powstrzymywane łzy w wielkich oczach. Oto co otrzymywał w ramach podzięki za swoją troskę.

Kiedy jednak Akon był wciąż młodym laborantem, wierzył w iskierkę dobrej woli, która miała pełgać gdzieś w odmętach kapitańskiej duszy. Na nią liczył, gdy po raz drugi wspomniał o pomyśle.

Stali wtedy nad wyjątkowo posłusznym quincy, który bez słowa skargi dał się zabić i pokroić i Akon miał nadzieję, że z tej okazji jego przełożony będzie choć trochę bardziej przychylny wobec cudzych, innowacyjnych rozwiązań.

– Jeśli jeszcze raz o tym wspomnisz, skończysz tak jak ten tutaj – warknął w odpowiedzi, wbijając skalpel i wycinając w sinawej, miękkiej skórze bardzo eleganckiego igreka.

– Ale dlaczego pan tego nie przemyśli? – zaryzykował po raz trzeci, wkrótce po tym, jak Mayuri porzucił resztki człowieczeństwa i zaczął eksperymentować na sobie i na podwładnych, co przyprawiło Akona o rogi i umieściło pod pełnymi troski rękami Oddziału Czwartego na niemal dwa tygodnie.

W czasie długich, wycieńczających sesji pytań, uparcie twierdził, że wszystko to stało się z jego winy. Inna odpowiedź wysłałaby jego kapitana z powrotem do Siedliska Larw i być może zmiotła Oddział Dwunasty w jego obecnej formie z powierzchni Seireitei. Takie wtedy panowały nastroje. Za swoją lojalność oczekiwał tylko odrobiny dobrej woli, to wszystko.

Ale poważnie. Dlaczego jego kapitan nie chciał tego nawet rozważyć? Akon opracował całkiem przyzwoity model jakiś czas temu i złożył do oceny tylko po to, by kurz pokrywał go latami. A opierał się na bardzo prostym pomyśle.

Nowy, nieoficjalny projekt Sekcji, sztuczna dusza, mógłby jego zdaniem za pomocą kilku sprytnych rozwiązać zostać wyposażony w rodzaj odruchu bezwarunkowego, mechanicznego instynktu, by ratować towarzyszy. Z jej zwiększoną wytrzymałością, siłą i wszystkimi sztuczkami, które kapitan bez wątpienia miał zamiar wmontować w konstrukcję, byłaby w stanie z powodzeniem wyciągnąć członków zespołu z najgorszej kabały i dokończyć zadanie. Był o tym przekonany.

Wszystko to wyłożył już kapitanowi, jak najlepiej umiał. Dotychczas bez rezultatu.

Mayuri żachnął się i przez moment milczał, rozważając w głowie, jak wtedy Akon przypuszczał, sposoby na najskuteczniejsze zmiażdżenie jego uporu. W końcu wybrał szczerość, bardzo możliwe, że zaskakując tym ich obu.

– Mój nowy projekt ma służyć wyłącznie mnie – odparł. – Jako cenne narzędzie, niestrudzona pomoc i broń. Nie mam ochoty, by maszyneria ucierpiała z powodu przekonań ludzkich na temat ich samych. Ja nie mam i nie zaobserwowałem wśród innych odruchu niesienia pomocy. Jestem nazywany socjopatą i być może słusznie. Ale podczas wielu lat kariery spotkałem się wyłącznie z małostkowością, zazdrością i pychą, nigdy jednak z bezinteresowną serdecznością, z której tak słyną ludzie w żałosnych, romantycznych rojeniach egoistycznych ścierwojadów: pisarzy i poetów. Dlatego nie wbuduję najlepszemu z moich dotychczasowych projektów zgubnego odruchu ratowania towarzyszy, a już zwłaszcza ze szkodą dla wykonywanego zadania. Takie działanie nie dałoby nic. Nawet nie upodobniłoby jej do człowieka. Jest bezcelowe, zgubne, obrzydliwe! Sam myślisz o tym, jako o słusznej decyzji. Pomyśl jeszcze raz. Pomyśl, jaki może być mój cel. Co ja tu chcę stworzyć, do cholery!

– Nie rozumiem, kapitanie – odparł szczerze Akon w kompletnym zdumieniu nad nieoczekiwaną otwartością swojego przełożonego.

– Ideały, ideały! Po nas, naukowcach, spodziewano by się ułożenia. Myśli praktycznej, chłodnej nawet. A ty, ty! Najlepszy z moich podwładnych! Ty tak samo jak wszyscy jesteś zakażony od stóp po sam czubek głowy zgubnymi, romantycznymi mrzonkami! W brzuchu mi się od tego wszystkiego przewraca. Gdzie znaleźć myśl praktyczną? Jak wygrzebać ją z odmętów, w których przewraca się, przygnieciona toną bezużytecznych legend? Pomyśl nad tym, pomyśl naprawdę uważnie. Nie będę ci wszystkiego, gnoju, podawał na tacy.

Akon był zagubiony. Zdumiony, zszokowany nawet! Został obrażony, tak, ale... Pochwalony jednocześnie. Pochwalony w dziwacznym, zwichniętym świecie kapitana. Nie wiedział czy to dobrze. Nie wiedział, co o tym myśleć. Dalej też nie rozumiał oporów Mayuriego. I pierwszy raz pomyślał, że może w sposób głębszy nie pojmować celów jego przełożonego, niż do tej pory sądził. Czym miała być myśl praktyczna? Czym miała być sztuczna dusza, nad którą Mayuri ślęczał dniami i nocami, nad którą myślał podczas nudnych spotkań, robienia sobie kawy i wywijania rękami nad każdym z pozostałych, składanych właśnie urządzeń?

Dotąd myślał, że bronią. Sprytnym, zapasowym planem, zapasowego planu, zapasowego planu, jakie musiał dla siebie przechowywać było nie było morderca niemal całej rasy quincy, właśnie z powodu tego drobnego „niemal" i z wielu innych przyczyn, jak Akon przypuszczał. W końcu żadne z nich nigdy się nie dowiedziało, dlaczego w ogóle wylądował w Siedlisku Larw, ale nie jest w zwyczaju, by ludzie trafiali tam na wszelki wypadek, za dziwaczność, wrogość i złe intencje.

Pomoc? Także bardzo prawdopodobne, jeśli tylko uda się przelać do ostatecznego produktu skrupulatność, pęd do wiedzy i mocarny chłód kapitański. Materiał genetyczny był słabością, nieuchronną grą niewiadomych w tym projekcie. Akon został poinformowany przez przełożonego lata temu, że ma zamiar użyć własnego. Nie wiedział natomiast i raczej nie chciał wiedzieć, czyjego jeszcze. Podejrzewał, że wiązało się to z jakąś wątpliwą moralnie machinacją, w której nie miał zamiaru uczestniczyć, nawet tym tylko, że zachowa milczenie. Wiedział natomiast, że jeśli się za pierwszym razem nie uda, kapitan mógł próbować i próbować, dopóki nie uzyska wreszcie efektu dorównującego jego wymaganiom. Akon wiedział, że potrafił tak długo.

Nie czekał entuzjastycznie na proces pozbywania się porażek i wypaczeń. Zmierzali nieuchronnie do ostatecznego etapu. Właściwie tkwili w nim już po pachy. Skończyły się zabawy ze szczurami.

Forma humanoidalna czekała na splecenie z wijących się, tętniących, gorących wici reiatsu, wyselekcjonowanych starannie pod czujnym okiem kapitańskim.

Cenne narzędzie, bez wątpienia. Jeśli mu się tylko na to pozwoli. Miesiące później, Akon dalej nie pojmował, dlaczego w wielkim planie kapitańskim nie znalazło się dość miejsca dla prostego triku jego autorstwa. Był przekonany, że chęć pomocy towarzyszom była, wbrew teoriom kapitańskim, naturalna i wrodzona. Nawet jeśli nie, była wyuczalna. Nie widział powodu, by nie umieścić jej w projekcie, innego niż paranoiczny strach jego przełożonego.

Wiedział o wielu lękach Mayuriego. Były tajemnicą, która połyskiwała w jego żółtych, wytrzeszczonych oczach. W każdym kroku i każdej odbytej walce.

Nie wierzył w większe dobro. Ale w coś wierzył, Akon zdążył to dostrzec. W chłodną kalkulację opartą na obserwacjach i wyciągniętych z nich wnioskach, nieraz jednak na czystych, teoretycznych przypuszczeniach. Mayuri, skrupulatny, przewidujący i czujny uczestnik życia wojskowego, liczył się ze wszystkim. Wreszcie, liczył się z buntem.

A może niekoniecznie z buntem. W każdym razie z czymś, co sprawi, że staną kiedyś naprzeciwko niego, być może wszyscy, być może dlatego, że w oczach Seireitei stanie się przestępcą (w końcu raz mu się to już zdarzyło). I na taką okoliczność musiał mieć coś, na czym mógł polegać.

Cenne narzędzie, ni mniej ni więcej.

Mayuri był zdolny do poświęcenia wszystkiego. Z wyjątkiem samego siebie. Bo nie wierzył w nic, poza sobą. To kolejna rzecz, co do której Akon nie miał najmniejszych złudzeń. Ale to kazało mu zacząć myśleć.

Godzinami siedział nad tą Nemu, tą istotą nowego typu, najwspanialszą symfonią splotów magii demonicznej, reiatsu i odłamków duchowych. Ślęczał nad nią niemal tyle, co kapitan we własnej osobie.

Z pewnością miał trochę praw do tego projektu, choćby ułamek. I własne przekonania, którym powinien być wierny.

Skrzętne ukrycie odpowiedniego mechanizmu nie nastręczałoby wielu trudności. Mógłby nawet wpleść je tak zręcznie, w ciemnych, zapomnianych głębinach, że Mayuri nie odnalazłby go nigdy. A jeśli nawet, nie odkryłby, czemu miało służyć. Prymitywna wersja leżała gdzieś w górach papierów, być może w koszu. Wersja ostateczna, wersja, nad którą mniej lub bardziej celowo pracował odkąd pierwszy raz położył ręce na energii, która wedle planu miała stanąć wśród nich i udawać człowieka, ta wersja była subtelna.

Mógł jej po prostu nigdy nie zauważyć. Zignorować. Byłaby taka niewielka. Jak plamka, nadprogramowy węzełek, gra cieni.

To byłoby w gruncie rzeczy całkiem proste.

Kapitanowi nigdy nie przyszłoby do głowy, że się odważył. Dobrze widział jego rozpaczliwą szarpaninę między strachem i uwielbieniem. Znał go i dlatego relatywnie mu ufał. Nigdy nie potrafił docenić siły idei. Nienawidził wiary i był jej wrogiem, ale także gardził nią, a to zawsze prowadziło do niedoceniania.

On, który nienawidził pychy, padał jej ofiarą, gdy rzeczy wyższe zaczynały liczyć się w rozgrywce. Nie umiał traktować ich poważnie.

A Akon ograniczanie strat w ludziach traktował ze śmiertelną powagą.

Chciał wierzyć w to, że robią coś dobrego. Że walczą w słusznej sprawie. Że mordowanie hollowów, quincy, to wszystko było po coś. Chciał wierzyć w króla gdzieś ponad ich głowami, w innym wymiarze, śpiącego snem spokojnym, ale gotowego, by zbudzić się i przynieść sprawiedliwość. W Centralę i w to, że generalnie wie, co robi. W kapitana wszechdowodzącego. W to, że wszyscy zebrali się tu po to, by chronić wielowymiarową równowagę.

Wierzył w kolektywizm. I wierzył w hierarchię.

Mayuri nie był centralnym punktem kosmosu. Nie stał na jej czele. Czy niewielka zdrada wobec niego koniecznie równała się zdradzie całego Seireitei? Zdradzie króla?

Jeśli zostawi wszystko własnemu losowi, jeśli zachowa posłuszeństwo, twór Mayuriego na wieki pozostanie tylko śmiertelnie niebezpiecznym narzędziem w jego rękach, z hierarchią zachwianą w tym sensie, że z jego stwórcą o spaczonym umyśle umieszczonym na samym jej szczycie.

Czy to rozsądne, by maszyna pozbawiona wolnej woli pozostała wierna jednej tylko osobie?

Zawisł nad składanym właśnie ramieniem. Wymacał ostrożnie ciemną, wilgotną przestrzeń pod czymś, co swoim wyglądem i mechaniką miało wkrótce zacząć przypominać mięsień. Wykorzystane w tym miejscu witki reiatsu nie należały do żywej istoty być może od stuleci.

I teraz też nie będą należały, oczywiście...

Sztuczna dusza była kpiną z życia. Czy złe byłoby nakierowanie jej na lepszą drogę...?

Coś spłynęło mu z włosów ku skroni. Potarł wilgotne czoło gestem pełnym zniecierpliwienia. Przeklęte rogi!

Niemal rozdarł sobie rękaw.

Powoli, powolutku oczy znów zbłądziły mu ku nitkom.

Lekko drżącymi rękami zanurzył się w głąb, w głąb, wprost w gorącą ciemność...