Rozdział 2
Dach przeciekał.
Jae nie był do końca pewien, czy to dachówka się obluzowała, czy może mają jakiś poważniejszy problem, z którym należałoby sobie jak najszybciej poradzić. Kompletnie się na tym nie znał. Póki co zadowolił się przyciągnięciem na środek pokoju wielkiej balii, której używali do kąpieli. Musiało wystarczyć, przynajmniej dopóki siostra nie wróci z pracy. Nic więcej nie był w stanie zrobić.
Przysiadł na niskiej kanapie i zaczął rozmasowywać opuchnięte kolano przy jednostajnym akompaniamencie spadających kropel. Od kilku dni nie mógł go nawet zgiąć, ból przyprawiał go niemal o utratę przytomności. W ogóle wszystko ostatnio ciągle go bolało, pewnie przez tę koszmarną pogodę za oknem. Nadgarstki popuchły mu tak bardzo, że nie był w stanie unieść dzbanka z herbatą. Miał dopiero trzydzieści lat, a czuł się jak starzec o pół wieku starszy.
– Szlag by to wszystko trafił – mruknął zrezygnowany, opierając obolałą nogę na niskim zydelku. – Powinienem już dawno coś osiągnąć w życiu.
Z wiszącego naprzeciwko lustra spoglądała na niego pobladła twarz o szarych, wodnistych oczkach. Nie wiedział, co było w nich gorsze – wiecznie popękane naczynka, czy opuchnięte powieki. Wyglądał jak wrak człowieka. Nawet włosy zaczynały mu już powoli siwieć. Nie dalej jak przed miesiącem wypatrzył kilka siwych kosmyków na skroni. Odwrócił wzrok i skupił się na wiszącym kawałek na lewo widoczku, który siostra kupiła jakiś czas temu w Górnym Pierścieniu.
– Żebyś wiedział, jak miasto teraz wygląda, Jae – rzuciła wtedy z niedbałym uśmiechem. – Jeszcze zapomnisz i dopiero będzie wstyd, jak taki zadziwiony wyjdziesz do ludzi.
Oboje wiedzieli, że Jae raczej nigdzie się już nie wybierze. Utknął w ich wygodnym, jasnym mieszkaniu na poddaszu czteropiętrowej kamiennicy jak dziki ptak w klatce, która nie była może pozłacana, ale na pewno bardzo wygodna. Miał wszystkiego pod dostatkiem. Siostra wypruwała sobie żyły, żeby w domu zawsze wszystko było, zajmowała się nim i nadal nie znienawidziła go za to, że zmarnował jej życie. Uderzył pięścią o miękką poduszkę kanapy. Oczyma wyobraźni już widział, jak na jego dłoni formuje się wielki, czarny siniak. Pojawiały się z zadziwiającą łatwością.
Siostra Jae wróciła do domu po tysiącu ośmiuset sześćdziesięciu czterech kroplach, mniej więcej. Z nudów zaczął je liczyć, ale przecież mógł się po drodze pomylić. Woda spływała z jej ciasno splecionych włosów, kapelusza i długiej, workowatej szaty wprost na podłogę, formując nieregularną, ciemną kałużę na jasnym drewnie. Nie widział jej twarzy, tylko lekko opuszczone kąciki ust i nowy siniak na brodzie, którego rano na pewno tam nie było.
– Wyglądasz koszmarnie, Ok – oznajmił zamiast się przywitać. – Chyba nawet gorzej, niż ja się czuję.
Ok zdjęła kapelusz i otrząsnęła się z wody jak kozo-pies, rozsiewając tym samym dziesiątki mokrych punkcików na ścianie i podłodze.
– Nic nie mów! – warknęła. – Kolejny dzień z rzędu dostaję wycisk od kuternogi. To już nawet nie jest śmieszne. Mam nadzieję, że Liang szybko skończy ten durny urlop i wróci do pracy. Mam już dosyć trenowania z tym dupkiem.
Jae niedbale wzruszył ramionami i szczelniej owinął się połami puchatego szlafroka. Siostra przywlokła ze sobą nie tylko całe litry wody, ale i przejmujący do kości chłód, który bez wątpienia zaszkodzi jego obolałym stawom.
– Może powinnaś po prostu zrezygnować i zająć się czymś innym, póki jeszcze możesz? – zasugerował. – To przecież tylko kwestia czasu. W końcu wykryją, że nie jesteś mężczyzną i wtedy będziemy mieć kłopoty. Dai Li to nie Wojowniczki Kyoshi. Raczej zachwyceni nie będą.
Ok pokręciła głową i przykucnęła w drzwiach do pokoju. Zaczęła wykręcać szatę wprost na podłogę, nie patrząc w jego stronę z godną podziwu determinacją.
– Obiecałam ci, że zostanę agentem Dai Li – stwierdziła cierpko. – Nie każ mi się teraz z tego wycofywać.
– Miałaś wtedy pięć lat! Poza tym to moje marzenie z dzieciństwa, a nie twoje...
– No i co z tego? – spytała, podnosząc wzrok znad ciemnozielonego materiału. – Mogłeś mnie zwolnić z tego przyrzeczenia, kiedy szłam się zgłosić, a nie teraz, po prawie dziesięciu latach służby. Zresztą ja przecież niczego więcej nie potrafię. Tylko tkać ziemię i spuszczać łomot.
– Umiesz zajmować się mną i prowadzić dom...
– Ale z tego raczej nas nie utrzymam, Jae. Powiedz lepiej, czy pomaga ci ta maść, którą dostałam od naszej znachorki?
– Nie bardzo – odpowiedział. – W zasadzie to wcale mi nie pomaga. A do tego strasznie cuchnie. Może ta znachorka mogłaby... no wiesz, wpaść tu do nas kiedyś? Użyć tej magii wody, o której mi mówiłaś?
– Nie ma mowy! – Ok podniosła się z podłogi i zrzuciła z siebie wierzchnią warstwę ubrania. W samych szarawarach i luźnej koszuli przeszła w głąb mieszkania, żeby się przebrać. – Jak ci ta maść nie pomaga, to ją zabieram. Miałam jej oddać, jak przestanę korzystać.
Po chwili dotarł do niego gryzący aromat ziół. Najwidoczniej maść była jeszcze w domu potrzebna, ale jego uparta jak osioł siostra uważała, że wszystko jest w porządku, dopóki o niczym mu nie mówi.
– Co cię boli? – krzyknął w jej kierunku. – To coś poważnego?
– Żebra! Trochę się potłukłam i tyle. Nie martw się o mnie, Jae.
Po kilku minutach, w czasie których doliczył się jakichś czterdziestu wpadających do balii kropel, Ok wróciła do niego w całkiem normalnym, kobiecym stroju. Pachniała tą nieszczęsną maścią, a włosy nadal miała przemoczone, ale poza tym naprawdę całkiem porządnie się odwaliła.
– Wychodzę – oznajmiła. – Muszę nam kupić jakieś żarcie.
Jae skrzywił się nieznacznie. Wyglądało na to, że obiad zjedzą dopiero na kolację. Znowu.
– Czemu nie chcesz poprosić tej waszej znachorki o pomoc? – spytał jeszcze. – Boisz się, że odmówi?
– Ona nie odmówi. Leczyłaby nawet Władcę Ognia, gdyby ją o to poprosił. – Odrobinę toporną twarz Ok na moment wykrzywił drwiący grymas. – Takie ma poczucie obowiązku!
– No to czemu jej nie poprosisz?
– Wytłumaczyłam ci to już raz półtora roku temu i nie mam zamiaru się powtarzać, braciszku.
– Że niby może tkać krew? No to chyba dobrze, może pomogłaby mi na stałe. Może nie krwawiłbym jak zarzynany łosio-dzik przy każdym najmniejszym skaleczeniu.
– Nie widziałeś, w jakim stanie trafiła do nas Hwa Mei po jednej takiej sesji – odburknęła mu. – Nie chcę jej nigdzie blisko ciebie.
– Skąd pewność, że to od tego całego... tkania krwi? Może to było co innego. No i to była chyba trochę inna sytuacja. Ja nikogo nie zabijam. No i dziewczyna już długo was leczy. Nie ufasz jej czy co?
– Nie o to chodzi. Nie zrozumiesz.
Ok uznała rozmowę za skończoną. Zwinnie wyminęła bałagan, który zostawiła przy wejściu, narzuciła na siebie płaszcz i wyszła, zostawiając Jae samego z irytującym kapaniem z sufitu.
– Cholera! – warknął, żeby przerwać monotonną, dzwoniącą w uszach ciszę pustego domu. – Zapomniałem jej powiedzieć, że dach przecieka, a sama pewnie nie zauważyła.
Zaczęło mu burczeć w brzuchu, ale zignorował uczucie głodu. Zapatrzył się znów na widoczek na ścianie i zaczął sobie wyobrażać, że przechadza się po przedstawionej na nim brukowanej ulicy. Przymknął oczy, żeby skupić się na tym obrazie i utrwalić go sobie w pamięci. Wkrótce dołączyła do niego i siostra, beztrosko uśmiechnięta i znacznie mniej cyniczna niż w rzeczywistości. Szła pod rękę z jakimś względnie porządnym chłopcem, a on bez problemu dotrzymywał im kroku. Nic go nie bolało. Czuł się fantastycznie. Słońce przyjemnie ogrzewało jego twarz i prawie fizycznie czuł, jak na nosie wyskakują mu drobne piegi...
Drzwi frontowe zamknęły się z głuchym łoskotem, który wyrwał go z drzemki. Sen urwał się nagle, jakby ktoś bezdusznie przeciął go nożyczkami. Jae przeciągnął się ostrożnie i przetarł wciąż ciężkie powieki.
– Dach przecieka. – Ok stała tuż obok balii i z niesmakiem obserwowała skapujące do niej powoli maleńkie krople deszczu. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś, Jae?
– Wyleciało mi z głowy. – Z trudem stłumił ziewnięcie. – Zresztą aż tak bardzo nie cieknie...
– Balia jest już pełna, ciamajdo. Jak zaraz czegoś z tym nie zrobię, to w nocy nas zaleje.
– Och.
– Dokładnie, och. Idę na dach. A ty się módl, żebym się nie poślizgnął... -ęła na dachówkach!
Przemilczał jej przejęzyczenie. Często jej się to zresztą zdarzało, w końcu przez całe dnie udawała mężczyznę. Udawała Jae. Ich sąsiedzi, w większości zamożni starsi ludzie, byli głęboko przeświadczeni, że na czwartym piętrze mieszka agent Dai Li i jego chorowita siostra. Wprowadzili się zaraz po tym, jak Ok wstąpiła do policji kulturalnej, więc łatwo im było utrzymać prawdę w tajemnicy. Wystarczyło, że poruszała się niezdarnie, kiedy wychodziła w kobiecym stroju i ludzie nie zauważali nawet, że tylko jedna osoba regularnie opuszcza mieszkanie. Mieli też ten komfort, że ludziom tutaj zbytnio nie przeszkadzała stała obecność Dai Li. Inni mieszkańcy kamienicy znali ich jeszcze z czasów, kiedy agentów darzono powszechnym szacunkiem i plotki o ich obecnym okrucieństwie nie wpływały zbytnio na opinię sąsiadów o rodzeństwie.
Westchnął cicho i nieudolnie podniósł się z kanapy, na której spędził większość dnia. Zacisnął zęby i przenosząc ciężar ciała na zdrowszą nogę, pokuśtykał w stronę kuchni. W obliczu potrzeby naprawienia dachu Ok porzuciła zakupy w bezładnej stercie, która zajmowała prawie cały stół. Dojrzałe figi i ananasy wytoczyły się z przewróconych toreb, a nieduży woreczek ryżu wyglądał, jakby cała jego zawartość lada moment miała się znaleźć na podłodze. Jae przesunął pakunki bliżej środka stołu i zmarszczył brwi. Nie miał pojęcia, ile mogły ważyć wszystkie te zakupy, ale paczek i woreczków było naprawdę bardzo dużo.
– Powinna sprawić sobie jakiś kosz, a nie tak to wszystko w rękach nosić – wymamrotał pod nosem.
– Nie mam stu lat, Jae. Nie potrzebuję kosza na zakupy.
Nie zauważył, kiedy wróciła, ale był za to niesamowicie wdzięczny. Wieczna cisza w mieszkaniu powoli zaczynała doprowadzać go do szaleństwa. Każda chwila spędzona przy akompaniamencie zrzędzenia siostry była jak skarb.
– Siadaj, nie możesz przemęczać kolan.
Posłusznie zajął miejsce przy stole i zaczął obserwować, jak Ok odkłada zakupy na przeznaczone im miejsca. Mięso z cichym pacnięciem wylądowało na desce do krojenia, ryż zniknął w malutkiej spiżarce.
– Zjedz figę. – Podetknęła mu pod nos owoc i talerzyk. – Tylko mi wszystkiego sokiem nie poklej.
Posłusznie wbił zęby w mdły, galaretowaty miąższ. Widać ulewy nie były łaskawe dla ostatnich zbiorów.
– Możesz mi wytłumaczyć, czemu nie chcesz do mnie ściągnąć tej znachorki? – spytał.
Ok mocniej zacisnęła dłoń na trzonku noża. Ostrze zgrzytnęło przenikliwie po powierzchni deski.
– Bo jej nie trawię – odpowiedziała. Jae wyraźnie słyszał jej urywany oddech. – Przez dziesięć lat udaję faceta, żeby móc pracować w Dai Li. A ona nie musi. Słyszałam, że ją wręcz na siłę przyprowadzili. Do tej pory niektórzy chodzą wokół niej na palcach, bo jest najlepszym medykiem, jakiego ma to cholerne miasto. Są nawet jakieś plany, żeby ją zatrzymać na stałe. Wiesz, jakoś przywiązać do nas i do Ba Sing Se, żeby nie wyjechała. A ja jestem jednym z lepszych agentów i gówno bym mogła powiedzieć, gdyby się wydało, że jestem kobietą.
– Rozumiem – przytaknął w zamyśleniu. – I pewnie jeszcze jest jakąś wredną, zadufaną w sobie królewną albo kimś w tym rodzaju.
– No właśnie nie! To jest w tym wszystkim najgorsze, Jae. Nie jest. Jest dość sztywna i formalna, i w ogóle, ale to chyba jest normalne w Plemionach Wody. Robi swoje jak trzeba i generalnie jest dość w porządku. Troszczy się o nas jak o bandę zagubionych chłopców, chociaż połowa agentów jest pewnie w wieku jej ojca.
– Hm. I to jest pewnie w tej całej sytuacji najgorsze?
– Dokładnie!
Wzruszył ramionami i dyskretnie zlizał ściekający mu po dłoni sok. Zupełnie zapomniał, że trzyma nadgryzioną figę.
– Cholera. Pokleiłem się.
Ok westchnęła ciężko i rzuciła mu przez ramię czystą ściereczkę, nawet się nie odwracając.
– Z tobą to naprawdę gorzej niż z dzieckiem, Jae. – W jej głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia. – Idź się umyć. W salonie mamy fantastyczny zbiornik z deszczówką. Szkoda by było, żeby się zmarnował.
– Się robi! – zawołał z szelmowskim uśmiechem, którego nie mogła zobaczyć. – Daj mi tylko pół godziny i zaraz do ciebie wrócę.
Na chwilę zapomniał o opuchniętym kolanie i stanął na lewej nodze. Stłumił stęknięcie i pokuśtykał z powrotem do pokoju. Dopiero co odrobinę poprawił siostrze nastrój. Nie miał zamiaru popsuć tego tak szybko.
Otworzył oczy. Okazało się to znacznie bardziej męczące, niż pamiętał. Powieki miał tak ciężkie, jakby ktoś odlał je z ołowiu, a siły akurat tyle, żeby stęknąć z wysiłku i stopniowo rosnącej frustracji. Spróbował sięgnąć w głąb siebie, uchwycić wewnętrzny ogień, który tlił się w nim odkąd pamiętał, ale odnalazł tylko pustkę. Przejmujący chłód wżarł mu się w kości jak zgnilizna.
Materac, na którym leżał, był jednocześnie bardziej miękki i znacznie twardszy niż te, które wydawało mu się, że znał. Nad sobą zobaczył tylko nudny sufit z litej skały. Mdłe światło pełgało po jego nierównej, wilgotnej powierzchni. Czyjaś silna, szczupła dłoń lekko uniosła jego głowę, a po chwili do ust przysunięto mu brzeg jakiegoś naczynia.
– Napij się – poprosił niski kobiecy głos. – Tylko powoli, żebyś się nie zakrztusił.
Naprawdę miał zamiar posłuchać głosu, ale kiedy tylko pierwsze krople chłodnej zupy dotknęły jego spierzchniętych warg, dobra rada zupełnie wyleciała mu z głowy. Zaczął pić łapczywie i szybko, dużymi łykami, jakby zaraz całe jedzenie świata miało rozpłynąć się w nicość.
Kobieta natychmiast odsunęła naczynie.
– Wystarczy ci już. – W jej głosie wyczuwał nutę frustracji. Chciał się odwrócić, żeby zobaczyć, kto się nim opiekuje, ale nie miał na to siły. – Chyba nie chcesz się znowu rozchorować, hmm?
Wydał z siebie zduszony jęk, który mógł równie dobrze być zaprzeczeniem, jak i potwierdzeniem. Ciężko mu się było zdecydować. Przecież już i tak był bardzo chory, więc w sumie co to za różnica.
Nie pamiętał, żeby znowu zasnął, ale przecież musiał. Kiedy znów otworzył oczy pochylały się nad nim dwie zupełnie obce twarze.
– No! Wreszcie się obudziłeś, Huo! – Pierwsza twarz miała głos jak skóra węża, obślizgły i nieprzyjemny. – Nie masz nawet pojęcia, jakiego nam stracha napędziłeś.
Huo. To wcale nie brzmiało jak jego imię. Ale za nic nie mógł sobie przypomnieć, jak to imię powinno brzmieć. Uznał, że przynajmniej na razie dobrze będzie mieć jakiekolwiek. Poza tym mężczyzna mówił tak, jakby znali się od dawna, więc może faktycznie...
– Jak się czujesz, bracie? – spytał ten drugi i wyszczerzył w uśmiechu nierówne, żółte zęby. – Masz już może dosyć tego spania, co?
Huo spróbował przytaknąć. Ten Drugi wydawał się znacznie sympatyczniejszy niż Ten Pierwszy. Zasługiwał choćby na cień odpowiedzi. Niestety nie udało mu się. Głowa wydawała się ważyć więcej niż dorosły komodorożec i wcale nie chciała go słuchać.
– Chyba jednak powinieneś jeszcze trochę pokimać! – Ten Drugi roześmiał się serdecznie, zachęcając Huo do uniesienia kącików ust. – Ale jak tylko poczujesz się lepiej, musisz wrócić do roboty. Strasznie się nudzę w kuchni, jak mam dyżur sam. No i ty lepiej gotujesz!
Ten Pierwszy wydał z siebie niejednoznaczny pomruk i wbił w Huo spojrzenie swoich wielkich zielonych oczu. Spojrzenie było zimne i analityczne, jakby w myślach właśnie rozwiązywał bardzo skomplikowaną zagadkę. Albo robił sekcję jakiegoś egzotycznego zwierzęcia. Huo wzdrygnął się mimowolnie i odwrócił wzrok. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to właśnie on jest tym zwierzęciem. Kątem oka zobaczył, że Ten Pierwszy też zaczyna się uśmiechać.
– Chodźmy już, Li Yuan! – zaproponował, uderzając otwartą dłonią o udo. – Nie męczmy go już, niech sobie biedak pośpi.
Nie pamiętał, kiedy wyszli. Powieki znów mu opadły. Tuż przed zaśnięciem spróbował znowu odnaleźć w sobie choćby jedną iskierkę tego ognia, który nigdy go nie opuszczał. Po raz kolejny natrafił tylko na zimną, przerażającą pustkę. Wstrząsnął nim dreszcz, a chłód omotał go swoimi mackami jak wielka kałamarnica.
Budził się jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem coraz silniejszy i bardziej zdezorientowany. Najczęściej witały go wtedy puste łóżka lecznicy, ale raz czy dwa siedzieli przy nim ci sami dwaj mężczyźni, Huang i Li Yuan. Informacja, że żadnego z nich nie pamięta, wstrząsnęła nimi do głębi. Zwłaszcza ten pierwszy zasypywał go wciąż i wciąż drobnymi faktami i anegdotami, jakby liczył, że niekończące się opowieści rozruszają rozleniwioną gorączką pamięć Huo. Dopiero znachorka wygoniła obu mężczyzn, pozwalając mu odetchnąć choć przez chwilę. Był jej za to niewypowiedzianie wdzięczny.
Nie miał pojęcia, ile kobieta mogła mieć lat. Wyglądała na dwadzieścia, może dwadzieścia dwa, ale oczy miała jakby starsze, pełne zadawnionego bólu. Gdzieś już takie widział, osadzone w twarzy jakiejś innej nieszczęśliwej kobiety. U tamtej – był tego absolutnie pewien – cierpienie było znacznie świeższe, teraźniejsze. I tamta miała oczy w zdecydowanie innym kolorze. Brązowe. A może bursztynowe? Z mgły zapomnienia udało mu się dopasować do tych oczu imię i rozradowany tą nową informacją zwrócił się ku kobiecie w nadziei, że może źle zapamiętał ich kolor.
– Ursa? – zapytał niepewnie.
Ze smutkiem pokręciła głową i przysiadła na brzegu jego wąskiego łóżka.
– Obawiam się, że nie znam nikogo o tym imieniu – odpowiedziała. – Jestem Nini.
Huo – imię nadal brzmiało dla niego obco, nosił je jak źle dobraną rękawiczkę – westchnął cicho i utkwił wzrok w pęknięciu na ścianie.
– Przez moment wydawało mi się... miałem nadzieję, że coś pamiętam – wyznał. – Ale nie jestem nawet pewien swojego imienia.
Kobieta przykryła jego dłoń swoją chłodną, kościstą ręką.
– Ale coś jednak sobie przypomniałeś – zauważyła. – Może spróbuj skupić się na tej kobiecie. Na Ursie.
Przymknął oczy i wziął głęboki wdech. Powietrze osiadło nisko w jego brzuchu, gdzie wciąż próbował znaleźć tę iskrę czegoś, co na pewno było jego nierozerwalną częścią.
– Pamiętam, że była smutna – zaczął, marszcząc brwi. – I na pewno ode mnie starsza. Może to była jakaś moja krewna? Nie wiem, nie jestem pewien. I jeszcze...
– Tak?
– Ona miała dzieci, takie małe. Ale nie pamiętam ich imion.
Kciuk Nini zaczął zataczać maleńkie kręgi na powierzchni jego dłoni. Kobieta próbowała go uspokoić, może zakotwiczyć w rzeczywistości, ale nic nie było w stanie przeciwdziałać frustracji, budującej się w nim z każdą kolejną sekundą.
– Coś jeszcze?
Pamiętał ogień szumiący mu w głowie i rozgrzewający krew w żyłach. I dziką radość towarzyszącą każdemu wschodowi słońca. Tkanie pełgających płomieni i upajający zapach herbaty jaśminowej.
– Nic – odpowiedział.
Nie zmartwił się zbytnio widząc, jak jej ramiona opadają nieznacznie i jak zrezygnowana znika za drzwiami kantorku. Pamiętał jeszcze jedną rzecz. Że magowie ognia są najpotężniejsi na świecie, a każdy inny mag jest z nimi w stanie wojny. Nie wiedział, jak się nazywa, ale magii ognia nic, absolutnie nic nie mogło z niego wyplenić. Zacisnął pięści i spróbował znów odnaleźć w sobie płomień. Tym razem wreszcie mu się udało. Dokopał się do jednej mizernej iskierki.
Podsycił ją wspomnieniem kobiety o imieniu Ursa i zapachem jaśminowej herbaty. Powoli, powoli iskra zaczęła pęcznieć i rosnąć, rozgrzewając jego przemarznięte kości.
Po prawie tygodniu nieustannych deszczy wiatr wreszcie odegnał chmury znad Ba Sing Se i księżyc w pełni przeglądał się w jeziorze Laogai jak w lustrze. Nini utkwiła wzrok w jego srebrnej, upstrzonej kraterami tarczy. Nie chciała patrzeć na stojącego tuż obok niej Sang Ji, widzieć jego zawziętej miny i płonących ciekawością oczu. Tui i La i tak mówili jej wszystko. Czuła w koniuszkach palców jego przyspieszony puls, krew krążącą w żyłach odrobinę szybciej niż normalnie. Wiedziała, co go tak ożywiło. U jej stóp jezioro pulsowało energią tak wielką, że aż kręciło się jej od tego w głowie. Za dużo, pomyślała z przerażeniem. To stanowczo za dużo mocy.
– Nadal uważam, że to zły pomysł – poinformowała z głową wciąż zadartą ku księżycowi. Nie wiedziała już, czy mówi do Sang Ji, czy może do Tui wysoko na niebie. – Za duże ryzyko. Przecież wiesz, że nie mam wprawy. No i księżyc jest w pełni...
– Dokładnie! – Chwycił ją za rękę i podprowadził bliżej brzegu. – Jeżeli kiedykolwiek uda ci się poczynić postępy, to chyba właśnie w czasie pełni. Już tyle miesięcy próbujemy to jakoś rozgryźć, ale nie udaje ci się nic poza zmianą stanów skupienia i kontrolowaniem małych fragmentów lodu. Przydałoby się wreszcie zrobić coś z cieczą. Przecież ja ci wcale nie każę tkać krwi. Tylko wodę, Nini.
– Krew to woda – mruknęła z niesmakiem, ale mimo to przybrała podstawową postawę, którą widziała kiedyś u brata.
Przymknęła oczy i przez chwilę stała bez ruchu, wsłuchując się w rytmiczną pieśń jeziora. Powolnym, płynnym ruchem uniosła ręce, próbując sobie przypomnieć te absolutne podstawy, których nie dało się nie słyszeć, kiedy jeszcze mieszkała z rodzicami.
Nie zmuszaj wody do niczego. Podążaj za jej ruchem. Dostosuj się. Pamiętaj o pływach.
Zwłaszcza ta ostatnia rada miała szansę wybrzmieć szczególnie wyraźnie w czasie pełni, kiedy Tui zyskiwała przewagę w swoim odwiecznym tańcu z La, Duchem Oceanu. Po raz pierwszy w życiu Nini czuła, że faktycznie ma szansę zrobić coś z sensem.
Bicz wodny nie był duży, ani też szczególnie wymagający, ale dotąd, w świetle dnia, nigdy nie udało jej się odtworzyć ruchu, który widziała niemal codziennie przez większość życia. Teraz było inaczej. Z niedowierzaniem patrzyła na wąski sierp wody, który mienił się srebrzyście z każdym poruszeniem jej ramion.
– Udało się – wyszeptała, zachwycona i onieśmielona zarazem. – Naprawdę mi się udało.
– Spróbuj szybciej – przynaglił ją niecierpliwie Sang Ji.
Nie przejęła się tym tak bardzo, jak by się tego po sobie spodziewała. Mimo swoich wcześniejszych wątpliwości, czuła się fantastycznie. Ten drobny sukces wprawił ją w doskonały nastrój. Poza tym, jak to przy pełni, rozsadzała ją energia.
– Szybciej, sifu Sang Ji? – spytała, starając się za bardzo nie uśmiechać i brzmieć w miarę neutralnie.
Nie czekając na odpowiedź, wykorzystała bicz wodny dokładnie do tego, do czego go stworzono. Rozkołysała swój konstrukt, dodając mu pędu i w kluczowym momencie pozwoliła wodzie po prostu uciec, podążyć prostą, jasno wyznaczoną drogą. Bicz uderzył o szatę Sang Ji mniej więcej na wysokości żołądka, rozchlapując się z satysfakcjonującym pluskiem.
– Czyś ty zwariowała? – wycedził przez zęby, bardziej zaskoczony niż zły. – Jestem cały mokry.
Faktycznie, agent był mokry niemal od stóp do głów. Próbował wyglądać na niezadowolonego, ale widziała wyraźnie, że bardzo stara się nie unieść kącików ust w lekkim uśmiechu.
– Przepraszam – rzuciła, osuszając jednocześnie jego ubranie. – Nie mogłam się powstrzymać.
– Na szczęście jest w miarę ciepło – mruknął, strzepując z rękawa jakiś nieistniejący pyłek. – Może teraz powtórz to, co zrobiłaś wcześniej. Jakoś inaczej tę wodę poprowadź... Improwizuj.
Spróbowała sobie przypomnieć pokazy, które widywała w domu przy okazji każdego większego święta i popisy wracających z treningu chłopców. Doświadczeni magowie potrafili utkać z wody niesamowite kształty i figury, a ich płynne ruchy przypomniały subtelny, pełen ukrytej siły taniec. Nie potrafiła się tak ruszać. Mimo to wzięła głęboki oddech, odtworzyła swój wodny bicz i spróbowała opleść go wokół siebie ciasną spiralą, wmawiając sobie półgłosem, że to wcale nie może być takie skomplikowane. Odcięła się od wszystkiego, koncentrując uwagę wyłącznie na ruchach swoich rąk i odpowiadającym im poruszeniom wody. Przygryzła wewnętrzną stronę policzka, jak to miała w zwyczaju podczas dużego wysiłku, i poczuła, jak chłodna powierzchnia bicza delikatnie muska jej lewy nadgarstek. Nie miała odwagi spojrzeć w dół, żeby sprawdzić, jak jej idzie.
Była tak skupiona na tkaniu, że w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na przeciągłe, basowe brzęczenie, które rozległo się nagle nad jeziorem. Dotarło do niej dopiero pełne niepokoju wołanie Sang Ji.
– Nini! Obudź się, dziewczyno!
Straciła koncentrację i wodna spirala rozlała się wokół jej stóp w regularną kałużę. Zerknęła na swojego towarzysza. Agent toczył nierówną walkę z wielkim, rozwścieczonym osołowem. Mimo swojego niekwestionowanego talentu nie był w stanie odgonić zwierzęcia, które z coraz większą furią unikało wszystkich jego ataków. Nie miała pojęcia, co robić. Drapieżny insekt wciąż parł do przodu, niezrażony deszczem mniejszych i większych skał, które leciały na niego ze wszystkich stron. Sang Ji umykał przed żądłem osołowa, powoli cofając się w stronę Nini.
– Pomóż mi jakoś! – rzucił, nie odwracając się do niej.
Nini spojrzała niepewnie na gładką taflę jeziora i głośno przełknęła ślinę. Nie potrafiła praktycznie nic, co mogłoby mu pomóc. Tarcza księżyca zdawała się puszczać do niej oczko, uśmiechając się przy tym szyderczo. Przecież coś jednak umiesz, szeptało srebrne światło.
Uniosła ręce i szarpnęła, koncentrując się na wodzie wewnątrz osołowa. Nie było tam tego zbyt wiele, ale to wystarczyło, by zwierzę zamarło w locie i zadrgało w paroksyzmie bólu. Nini przez ułamek sekundy spodziewała się usłyszeć skowyt, ale wokół niej zapadła głucha cisza. Osołów nie wrzeszczał. Po prostu jego skrzydła umilkły nagle, a ogromny owad upadł na porośnięty trawą brzeg jeziora. Zdecydowanym ruchem obróciła dłoń i prymitywny organ, który stanowił serce rozwścieczonego insekta, pękł z cichym trzaskiem. Dopiero po fakcie dotarło do niej, co dokładnie zrobiła.
Miała wrażenie, że tonie. Jej widzenie zawęziło się do nieruchomego cielska, które przed chwilą pozbawiła życia. Zaczęła powoli wciągać powietrze ustami, starannie odmierzając długość każdego świszczącego oddechu. Szumiało jej w uszach.
– Dzięki, Nini. – Sang Ji położył jej dłoń na ramieniu. Pod tym ciężarem o mało nie ugięły jej się kolana. – Nini? Wszystko w porządku?
Jakaś jej cząstka, która nie krzyczała z przerażenia i odrazy, wciąż analizowała, badała, czuła się w obowiązku diagnozować. Przelewała się przez ręce. Serce łomotało jej w piersi jak kowalski młot, a z każdym jego uderzeniem krew dudniła w skroniach.
Sang Ji próbował ją z tego wybudzić. Potrząsnął nią gwałtownie, ale zachwiała się tylko miękko w przód i w tył jak szmaciana lalka.
– Idziemy – mruknął. – Na dzisiaj starczy tych emocji.
Wciąż zbyt przejęta widokiem martwego osołowa, Nini nie zareagowała. Agent westchnął ciężko i, oplatając jedną ręką tułów znachorki, a drugą umieszczając pod jej kolanami, wziął ją na ręce i jak małe dziecko poniósł do najbliższego włazu. Nie zareagowała. Musiał ją poprosić, żeby złapała go za szyję. Miała tak zimne dłonie, że aż dostał gęsiej skórki.
– Nie uważasz, że trochę za bardzo dramatyzujesz? – spytał. – W końcu to tylko osołów. Głupie bydlę i tak by zdechło, gdyby użądliło któreś z nas. A tak przynajmniej jesteśmy cali i zdrowi. Przecież wiesz, że jad osołowa jest śmiertelnie trujący...
Nini słyszała jego głos jak coś bardzo odległego i bełkotliwego, ale mimo wszystko postarała się odpowiedzieć.
– N-nie w-wolno – wybełkotała. Oczy zaczynały ją piec. Zastanawiała się, czy może zaraz zacznie płakać. Wolałaby nie. – N-nie wolno tkać krwi. Takie są zasady. Z-za to mnie...
Urwała nagle i spuściła wzrok. Nie chciała o tym teraz mówić.
Sang Ji przycisnął ją do siebie trochę mocniej, jakby chciał wycisnąć z niej całą tę historię. Odważyła się na niego spojrzeć. W jego ciepłych, szaro-zielonych oczach nie widziała ani obrzydzenia, ani strachu, tylko szczerą ciekawość. Przełknęła ślinę i spróbowała zacząć od początku.
– Właśnie za tkanie krwi zostałam wygnana z plemienia. Nigdy już nie będę mogła wrócić do domu, bo zbezcześciłam dar magii wody. Tak przynajmniej określił to wódz, kiedy mnie skazywał.
Właz prowadzący pod jezioro zamknął się za nimi z cichym chrzęstem i zalało ich światło zielonych kryształów. Sang Ji wybrał wejście najbliższe infirmerii, więc po kilku minutach dotarli pod jej drzwi. Kiedy stało się jasne, że agent nie ma najmniejszego zamiaru postawić jej na ziemi, Nini zdjęła z szyi rzemyk, na którym nosiła swój klucz. Musiała się wychylić, żeby otworzyć drzwi, ale stanie o własnych siłach nawet nie przeszło jej przez myśl.
Sang Ji pchnął drzwi stopą i po ciemku posadził ją na krawędzi łóżka.
– Gdzie masz świece? – spytał.
– Skończyły mi się. W górnej szufladzie jest kawałek tej świecącej skały.
Agent otworzył szufladę i wydobył z niej jej rezerwowe źródło światła. Dopiero wtedy zamknął drzwi. Potem usadowił się na krześle i przybrał wyczekującą minę, na której widok Nini prawie zapomniała o całym cyrku z osołowem, taka była komiczna.
– Nic więcej nie powiesz? – spytał wreszcie. – Za co dokładnie wygnali cię z bieguna?
– Mówiłam ci, za tkanie krwi – odpowiedziała półgłosem. Podkurczyła nogi pod siebie i przykryła się kocem. – Przypadkiem zaatakowałam jednego chłopaka w czasie pełni. Nic poważnego mu się nie stało, ale narobił takiego szumu, że nie dało się już tego... jak to się mówi? Zamieść pod łóżko?
– Pod dywan.
– No tak, pod dywan. – Oparła plecy o ścianę i szczelniej otuliła się kocem. - Nie minęły dwa dni, a zostałam wygnana, wydziedziczona i władowana na pierwszy statek handlowy płynący w stronę Królestwa Ziemi. Zamierzałam przedostać się do Południowego Plemienia Wody, ale dotarły do mnie plotki, że Naród Ognia co jakiś czas robi tam rajdy, więc zmieniłam zdanie.
Sang Ji oparł dłonie na kolanach i pochylił się do przodu.
– Jak mogłaś przypadkiem kogoś zaatakować? W dodatku w nocy?
– On zaatakował mnie pierwszy! – wykrzyknęła z przejęciem i natychmiast poczuła, jak gorąco wypływa na jej policzki. – A ja przypadkiem zaczęłam tkać... Wcześniej nawet nie wiedziałam, że tak się da.
– Czyli jakiś obcy chłopak cię napadł i w dodatku zrujnował ci życie – podsumował spokojnie Sang Ji, ale Nini wyraźnie widziała, że mięśnie jego twarzy drgają nerwowo z tłumionej wściekłości. – Po prostu fantastycznie.
– Nie do końca zmarnował – zauważyła nieśmiało, starając się go odrobinę uspokoić. – W końcu do tej pory siedziałabym w domu, gdyby nie to wygnanie. A tak przynajmniej macie znachora.
– No tak. Zawsze coś.
Milczeli przez dłuższą chwilę. Nini uważnie obserwowała agenta, studiując ustępujące z jego twarzy i postawy ślady gniewu. Sang Ji wyraźnie się uspokajał, ale jej za nic się to nie udawało. Ostatni, w gruncie rzeczy najmniej istotny fragment historii nie dawał jej spokoju i po prostu musiała się nim podzielić.
– On nie był obcy – rzuciła nieco głośniej, niż zamierzała.
Sang Ji, który wcześniej zajęty był oglądaniem swoich paznokci, podniósł na nią wzrok.
– Słucham? – zapytał.
– On nie był obcy – powtórzyła już znacznie ciszej. – Aklaq był moim narzeczonym, nosiłam naszyjnik zaręczynowy od niego. Moja mama szyła już nawet sukienkę.
Zaśmiała się nerwowo, zupełnie ignorując cień, który błyskawicznie przemknął po twarzy Sang Ji. Teraz, kiedy już zaczęła mówić, nie mogła przestać, jakby słowa zerwały jakąś niewidzialną tamę.
– Kiedy przyszedł prosić ojca o moją rękę, myślałam, że jestem największą szczęściarą w stolicy. Taki facet, taki wojownik! W dodatku uśmiechał się tak, że Władcy Ognia pękłoby serce. A potem okazało się, że wielki Aklaq to zwyczajna gnidoflądra, która nie potrafi trzymać łap przy sobie. I wszyscy uważali, że to przy nim jest słuszność, bo kto to słyszał, żeby baba podniosła rękę na wojownika!
Jej gniew stopniał tak szybko, jak się pojawił i w mgnieniu oka Nini znów zapadła się w sobie. Zakopała się głębiej w pościeli i znów wzięła kilka głębokich wdechów. Sang Ji przesiadł się obok niej i luźno objął ją ramieniem.
– Skoro mylili się w tej sprawie – zaczął nieśmiało – to może i z tkaniem krwi nie mają racji. Lepiej chyba od czasu do czasu wykorzystać taki talent, jeżeli alternatywą jest, dajmy na to, czyjaś śmierć.
– Może i racja. – Westchnęła cicho. – Zwłaszcza, że najwyraźniej nic innego mi się nie udaje. Ale wolałabym jednak uczyć się tkać normalnie. Jesteś absolutnie pewien, że w Bibliotece Uniwersyteckiej nie ma żadnych zwojów magii wody?
– Absolutnie – odpowiedział niemal natychmiast. – Poprosiłem znajomego agenta, żeby sprawdził. Jeżeli on ich nie znalazł, to nikt nie będzie w stanie. Jest tam stałym bywalcem.
– Szkoda – mruknęła. – Zwłaszcza, że oboje w ogóle się na tym nie znamy. Czuję się czasem, jakbyśmy błądzili we mgle...
Sang Ji poklepał ją po ramieniu i posłał jej przelotny uśmiech.
– Jakoś sobie poradzimy – zapewnił, podnosząc się z miejsca. – Zresztą nikt cię na front nie wysyła. To, co uda nam się wykombinować, na pewno wystarczy. Ale do magii krwi będziemy wracać, więc lepiej się na to przygotuj. Nie będę cię za każdym razem nosił na rękach.
Odrobinę zapiekły ją policzki, ale Sang Ji na szczęście niczego nie zauważył. Był już praktycznie przy drzwiach.
– Dobranoc, Nini – rzucił, nie odwracając się. – Jutro powtórka z treningu. Trzeba korzystać z pełni, póki trwa. Mam nadzieję, że żadne dzikie bestie nam już nie przeszkodzą.
– Dobranoc, Sang Ji.
Niedługo po jego wyjściu zapadła w niespokojną drzemkę. Dopiero po zachodzie księżyca udało jej się porządnie zasnąć. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie śniła o białych połaciach bieguna.
Krótka nota ,,lingwistyczna":
Ok (옥, wymowa gdzieś między Ołk i Ouk) to imię (lub fragment imienia) koreańskie, nadawane zarówno chłopcom, jak i dziewczętom. Oznacza - według dwóch różnych źródeł, które znalazłam - albo jadeit, albo po prostu coś cennego.
