2. Drażnienie i Williamsowie
Ciche trzepotanie wdarło się w sen Harry'ego. Myśląc, że to Hedwiga próbuje zwrócić jego uwagę, obrócił się i próbował wrócić do ciepłego i wygodnego miejsca, z którego został wyrwany. Dźwięk nie ustawał, niezrażony jego brakiem reakcji i wiedział już, że nie da rady zasnąć, jeżeli sowa czegoś potrzebuje. Trzepotanie trwało. Doświadczenie mówiło mu, że Hedwiga nie lądowała nad jego głową, jeżeli coś było ważne, a jej pazury mogły ranić.
Zmusiwszy swoje oczy do otwarcia, zobaczył brązowe włosy, zasłaniające mu widok. Uniesienie ich zajęło mu chwilę, ale szybko zorientował się, że to nie Hedwiga go obudziła. Tylko wtulona w niego auror. Tonks zasnęła szybko i cichy, warkotliwy dźwięk powstawał, gdy oddychała. Harry nie mógł zrobić nic innego, jak tylko uśmiechnąć się, jak „nowa" jest dla niego ta sytuacja.
Lubię się z kimś budzić. Dobrze się z tym czuję. Harry rozejrzał się dookoła, tak dobrze jak potrafił bez okularów. Jedyny nierozmyty element otoczenia stanowiła Tonks. Patrzył jak jej oddech sprawia, że ramiona nieco się poruszają. Zauważył, że jest kompletnie w niego wtulona. Nie pamiętał, by robił coś takiego, ale musiało tak się stać w nocy. Wydawała się szczęśliwa z takiego obrotu spraw, a przynajmniej sposobu w jaki spała. Ku jego ekscytacji i zarazem poczuciu niezręczności, odkrył, że jej pośladki są mocno dociśnięte do jego przodu. Poczuł jak na to reaguje, ale zwalczył te myśli. Nie tak chcę ją obudzić. Nie miałbym szans zwalczyć takiego rumieńca. Nie wspominając o zażenowaniu.
Lekka wibracja spod poduszki przerwała jego myśli. Tonks drgnęła, sięgnęła tam dłonią i wibrowanie ustało. Jej ruch dobitnie mu uświadomił, gdzie spoczywa jego lewa ręka. Wyciągnęła się lekko, sięgając po różdżkę i jego dłoń została wgnieciona w jej pierś.
Cholera. Jeszcze gorzej. Harry czekał, aż się obudzi i trzaśnie go w głowę za jego wędrujące ręce. Sekundy mijały, Tonks chyba znalazła z powrotem wygodne miejsce i wydawało się, że ponownie odpłynęła. Starając się robić to tak ostrożnie, jak mógł, Harry ostrożnie oddalał swą dłoń z jej ciepłej, miękkiej piersi w bezpieczniejsze miejsce. W końcu spoczęła na jej biodrze, wówczas odprężył się, myśląc, że się z tego wydostał.
- Jak każdy facet, łapie i ucieka. Widzę, co robisz, Harry. - Tonks mówiła cicho i było oczywiste, że ledwie się obudziła, ale figlarność wciąż w niej była.
Harry nie wiedział, co robić, ale uznał, że na początek powinien przeprosić.
- Przepraszam, Tonks. Nie wiedziałem, gdzie ona była, dopóki się nie poruszyłaś. Naprawdę...
- Cicho. Zeszłej nocy zrobiłeś tak samo. Nie martw się. Czułam nawet lepiej tego ranka.
- To Ci się podoba, prawda? - Zasugerował Harry - Uwielbiasz być niewinna w tym wszystkim i sprawiać, że czuję się winny. Widzę, jaka jesteś.
- Co znaczy, że wiesz, jak ja czuję? Wina nie ma z tym nic wspólnego. Tutaj ja jestem dorosła, Harry. Jeśli ktoś miałby się czuć winny, to ja. Jednakże, będąc sobą, w ogóle nie czuję się winna. Uczciwie przyznaję, raczej to lubię. Możemy tak zrobić jeszcze raz, jeżeli chcesz.
W tym momencie, Tonks obróciła się i spojrzała Harry'emu w oczy. Widziała, jak toczy bitwę między zażenowaniem, a chęcią, by przyjąć jej propozycję.
- Droczę się, Harry. Nie mogę na to poradzić i nie zrobiłabym tego, gdybym mogła. Kiedy mnie poznasz lepiej, nauczysz się, kiedy żartuję, kiedy jestem poważna, a kiedy wszystko naraz. Próbujesz zgadnąć, jak jest teraz?
- Myślę, że zachowam tę resztkę godności, która mi pozostała i powstrzymam swój język, dziękuję.
- Jesteś pewien, że nie chcesz, bym ją odebrała? Przynajmniej, nie obudziłeś mnie dźgając w plecy.
Tonks wiedziała, że posuwa się nieco za daleko, ale nie mogła się powstrzymać. Za bardzo ją cieszyło i Harry był każdym rodzajem zabawy.
- Mniejsza o godność, myślę, że uciekasz od tego na hipogryfie.
Harry wziął głęboki oddech i zamarł na sekundę.
- Myślę, że wstanę, em, wyjdę z łóżka, zanim poniżysz mnie jeszcze bardziej, niż już zdążyłaś. Czy nie spotykasz się wkrótce z jakimś członkiem Zakonu?
- Tak, ale to tylko Dung i będzie późno, jak zwykle. Poza tym, tutaj jest znacznie bardziej zabawnie.
- Jestem uradowany, że mogłem dostarczyć Ci rozrywki, Tonks. Jeśli będziesz kontynuować, zacznę Ci postępować z Tobą tak samo. Co na to powiesz, hę?
- Niecierpliwie czekam na ten dzień, Harry Potterze. Może w końcu się zorientujesz, kiedy żartuję, jestem poważna...czy obie rzeczy naraz.
Tonks myślała, że wygrała tę bitwę, ale zauważyła błysk w oku Harry'ego, za bardzo przypominający jej pewnego Dyrektora.
- Bądź ostrożna z życzeniami, Nimfadoro. Możesz dostać to, o co pytałaś.
Tonks zawahała się sekundę, zanim łagodnie odparła.
- Dla Ciebie Tonks, Harry.
Och, Merlinie, posunęłam się za daleko. Mógł mnie rozszyfrować, a ten błysk powinien być zakazany. Trzymaj się mocno, pewnie próbuje Cię zdezorientować.
Harry widział jej wahanie. Teraz nie była tak pewna siebie, wiedział to. Nadarzała się sposobność, by zachować twarz. Przysunął się bliżej, starając się zachować możliwie najbardziej kamienny wyraz twarzy. Nastąpił krytyczny moment, nie chciał go stracić.
- Nie mówiłaś nic o ostatniej nocy. Skąd ta nagła zmiana?
Harry posłał jej figlarny uśmieszek i powoli zsunął się z łóżka. Zostaw je, by się zastanawiały. Tak powiedział Wood na drugim roku, kiedy na imprezie pocałował tę blondynkę. „Zostaw je, by miały nad czym rozmyślać i nie będą miały dość, Harry."
Harry chwycił parę ubrań z szafy i poszedł do łazienki, by się umyć. Nie odnotował, jak Tonks ciężko westchnęła i nerwowo przełknęła ślinę. Szybko wyciągnęła swoją różdżkę spod poduszki. Poprawiając ubranie i jeżdżąc po nim różdżką w celu usunięcia zagnieceń, aportowała się na spotkanie z Dungiem.
Tak, zauważył mój blef i znikłam. Teraz jedynie pozostaje poczekać, co z tym pocznie. Nienawidzę nie mieć nad czymś kontroli, ale co robić. Rozmyślania przerwał pijany niechluj, który pojawił się obok.
- Ukrywasz się niczym Hagrid. Jesteś pewien, że dasz sobie radę z tym zadaniem, Dung? Nawet gdy masz pelerynę, Twoja obecność jest oczywista dla każdego, kto ma puls.
- Majtki Ci się skręciły, Tonksy? Chłopak nie wy'ełnia obowiązków? Tyn czas w mi'ocu?
- Uważaj, palancie. Wiem, gdzie żyjesz: ulica, śmietnik i tak dalej. Teraz, jak wczoraj, miej baczenie na tego grubasa. Ostatniej nocy o mało nie mieliśmy zabójstwa. Nie sądzę, by się nauczył. Może cholesterol w tym przeszkadza.
- Dam z siebie wszystko, wiesz o t'm Tonksy.
- Będę z powrotem o szóstej lub wcześniej. Słyszałeś o zmianie?
- Taa, s'ysza'em. Dzięki za to. Nienawidzę dnia. Wyczekuję na noc.
- Później, Dung - zakończyła Tonks i deportowała się.
Harry wrócił do sypialni bez natknięcia się na Dursleyów. Odkrył, że Tonks już poszła, co nie było specjalną niespodzianką. Dzięki Merlinowi. Wątpię, czy zdołałbym robić dalej, to co poprzednio. Gdy Tonks poszła, nie pozostało mu wiele do roboty, widział, że Hedwiga śpi w klatce, z resztkami myszy na podłodze, czekającymi, by je sprzątnął.
Huh. Decyzje, decyzje. Posprzątać klatkę, czy coś zjeść? Harry podniósł obluzowaną deskę w podłodze i wyjął zachowaną paczkę chipsów. Śniadanie Mistrzów, no dobra, przynajmniej Ocalałego z Turnieju Trójmagicznego.
Harry rozejrzał się po pokoju i zdecydował, że może przećwiczyć to, co Tonks powiedziała mu zeszłej nocy. Uznał, że lewitacja książki będzie dobra na początek, więc chwycił swój egzemplarz „Quidditcha przez wieki" i położył na biurku.
Okej - siła woli plus cel. Potrafisz to. Robiłeś już tak. Po prostu to zrób. Dalej - dalej - w górę. Poważnie! Do góry!
Pół godziny później rozbolała go głowa, a książka wciąż leżała w tym samym miejscu, drwiąc z niego. Z tego, co powiedziała mu Tonks, wynikało, że ruchy i słowa, były tylko wyzwalaczami. I w jego przypadku, działała również złość.
Świetnie, muszę zezłościć się na tę cholerną rzecz, aby się poruszyła. Rzucił książce wściekłe spojrzenie, ale nic się nie stało. Skierował całą złość na Voldemorta i Bellatrix w stronę książki, ale musiał przestać, gdy zaczęła dymić. Wspaniale. Gdy będę chciał zapalić papierosa, muszę być na niego zły.
Harry nadął we frustracji policzki, teraz właśnie nadszedł czas na kreatywność. Przestał myśleć o słowach i ludziach, których nienawidził i zwyczajnie pomyślał o poruszeniu książki. Skoncentrował się bardziej na wyniku, niż procesie.
Po kilku minutach, Harry poczuł w sobie ruch. Nie wiedział, co to, ale bez wątpienia było ruchem. Czuł jak „coś" przemieszcza się od niego do książki i zszokowany ujrzał jak unosi się w powietrzu, aczkolwiek przechylała się w lewo.
- Ha, już mam. Więc to takie uczucie - powiedział głośno Harry i zerknął na Hedwigę, która jednak spała i zdecydowanie go ignorowała. Niezrażony, ale już cichy, kontynuował.
Chyba nigdy wcześniej tego nie czułem. Tak się zwyczajnie stało. Próbował powtórzyć proces, być podnieść książkę wyżej. Kiedy był usatysfakcjonowany unoszeniem, chciał, by książka wróciła niżej, na biurko. Nic się nie stało.
Dobra, spróbuję ponownie wytworzyć to uczucie i skierować na książkę. Może odwrotnie też zadziała. Tonks mówiła, że wszyscy są różni. Wytworzył ponownie wcześniejsze odczucie i skierował je na książkę. Ku jego zaskoczeniu, poskutkowało.
Osiągnąwszy ten mały sukces, Harry zaplanował resztę dnia. Chciał być szybszy i bardziej dokładny, oczywiście bez używania różdżki, w lewitacji i trzech innych zaklęciach, zanim Tonks powróci.
Przez następne cztery godziny, Harry nauczył się znacznie szybciej zmuszać książkę do lewitacji. Poruszał nią w górę i w dół oraz na boki po całym pokoju. Hedwiga raz głośno wyraziła niezadowolenie, gdy książka odleciała od niego i prawie w nią trafiła. W ramach przeprosin, przez następną godzinę, co dziesięć minut posyłał jej przysmaki.
Ćwiczył także przywoływanie przedmiotów. Wspomniał, jak w zgubił różdżkę w alejce i zainspirowany tym, chciał się upewnić, że nigdy już nie znajdzie się w podobnym położeniu. Zaliczając zaledwie kilka wpadek, szybko opanował znajome zaklęcie. Nauczył się również zaklęcia czyszczącego. Klatka Hedwigi nie zawierała już mysich kości i sowich wypluwek, stanowiąc dowód jego wysiłków i sukcesu.
Nie potrafił wymyślić innego łatwego zaklęcia, zarazem będącego ważnym, by pozostać przy życiu. Wiedział, że warto byłoby popracować nad zaklęciami ofensywnmi, ale nie był pewien, czy Ministerstwo nie wykryje tego rodzaju uroków, bezróżdżkowych, czy nie. Poza tym, niszczenie domu Dursleyów raczej nie uczyniłoby jego życia łatwiejszym. Odrzuciwszy kilka pomysłów, w końcu zdecydował się na zaklęcie wyciszające. Mogłoby być cholernie użyteczne, gdyby wędrował po Hogwarcie, starając się uniknąć nauczycieli (czy może kogoś jeszcze). Harry daremnie zastanawiał się, jakim rodzajem koszmaru będzie nauczyciel Obrony tego roku. Miał nadzieję, że ten kogo Dumbledore zatrudni, będzie chociaż na tyle uprzejmy, by nie próbować go zabić, zanim Gryffindor wygra Puchar Quidditcha.
Głód przerwał koncentrację Harry'ego, niedługo po tym, gdy nauczył się jak wyciszać swoje kroki. Zastanawiając się, jak ciotka Petunia zareaguje tym razem, Harry niechętnie zszedł do kuchni. Może rzuci we mnie nożem albo naczyniem z wrzątkiem.
Uchylił drzwi na korytarz i nasłuchiwał. Nic nie słysząc, zszedł po schodach i powoli otworzył drzwi kuchenne, zastając ciotkę i Dudleya siedzących przy stole. Dudley był cicho, bo jadł raczej dość grubą kanapkę, a ciotka Petunia czytała książkę o nim, gryząc jakiś owoc. Decydując, że trzeba działać teraz albo nigdy, Harry wszedł do kuchni, zmierzając prosto do jedzenia, które leżało na blacie.
Dudley chwilowo przestał przeżuwać i wpatrywał się Harry'ego. Harry zauważył to, ale postanowił zignorować. Chciał wejść i wyjść, tak szybko jak to możliwe, nie chciał żadnych przeszkód. Jedna trzecia dnia przeminęła spokojnie i wolał, by z resztą było tak samo.
Mając dwa kawałki chleba, które leżały na wierzchu, ukroił sobie sera i indyka, kompletując swoją kanapkę. Po drodze chwycił jabłko z „Koszyka Dietetycznego" Dudleya, po czym skierował się do drzwi, stwierdzając, że kuzyn cały czas się na niego gapi. Harry odpowiedział tym samym przez parę sekund, nie przerywając drogi ku drzwiom i bezpieczniejszym pokojom.
- Co Ty sobie myślisz? - zapytał Dudley - Mamo, on bierze jedzenie. Nie może, prawda?
- Zostaw go, Dudziaczku. - odparła Petunia, tak miło, jak mogła.
-Chcesz może więcej, Harry?
Pokręcił głową, nie chcąc mówić głośno, w obawie, że mógłby wyzwolić „prawdziwą" Petunię, która niechybnie była niedaleko, czekając na sygnał do ataku.
Dudley prawie spadł z miejsca, gdy jego matka spytała Harry'ego, czy chce więcej jedzenia. Nigdy nie słyszał, by tak do niego mówiła.
- Mamo, co Ty u diabła robisz? Uderzyłaś się w głowę? On...on...Nie rzucił na Ciebie zaklęcia?
- Wystarczy, Pyszczku - zbeształa go łagodnie - Jesteś pewien, Harry?
- Tak, całkiem pewien, ciociu.
- Mogę spytać - zaczęła, kompletnie ignorując bełkoty swojego syna, ale wyraźnie nie wiedząc, jak skończyć - Czy naprawdę? - przerwała, nie wiedząc jak kontynuwać.
- Co? - zapytał z wahaniem Harry.
- Naprawdę pojedynkowałeś się z mężczyzną, który zabił Lily?
- Tak. Prawie zginąłem podczas tego. Jeśli kiedykolwiek go zobaczysz, uciekaj. Nie masz przeciwko niemu szans i zabije Cię bez chwili wahania.
- Jak z nim walczyłeś? Jak go pokonałeś?
- Nie pokonałem.
Harry nie mógł uwierzyć, że prowadzi tę rozmowę.
- Uciekłem, zanim zdążył mnie zabić.
- Ha, tchórz. - rzucił Dudley.
Harry zwrócił się ku nadętemu kuzynowi.
- Jeśli kiedykolwiek go zobaczysz, Dud, potkniesz się o siebie, próbując uciec lub jedynie zgubisz spodnie. Gdy chodzi o Voldemorta, nie ma miejsca na bycie tchórzem. Jesteś żywy albo, jak większość ludzi martwy. Tylko to się liczy.
- Jak wielu walczyło z nim i przeżyło? - zapytała Petunia drżącym głosem.
- Wiem o dwojgu - odparł Harry - Dumbledore jest jedynym, który walczył z nim twarzą w twarz i przeżył.
- I Ty jesteś drugą osobą?
- Tak, Ciociu, jestem jedyną osobą, która przeżyła, po tym, gdy Voldemort zdecydował się ją zabić. Więc, jak zgaduję, bohaterem.
- Mamo, o czym do diabła on mówi? - zapytał Dudley, ale zobaczył, że matka siedzi cicho.
- Mamo?
- Jak wiele razy się z nim zmierzyłeś?
- Żąda ciocia listy?
Ledwie zauważalnie skinęła głową, więc zaczął wymieniać.
- Kiedy miałem rok, mama i tata zginęli, ja przeżyłem. Pierwszy rok: dwa razy, ale miał własnego ciała. Czwarty rok: raz na cmentarzu, tym razem był w postaci ludzkiej. Piaty rok: w atrium Ministerstwa. Więc, sześć razy spotkałem się z nim twarzą w twarz i przeżyłem. Chce ciocia wiedzieć coś jeszcze?
- Umm...
Petunia myślała, o co jeszcze mogłaby szybko zapytać, skoro jego podniecenie wzrosło podczas tej rozmowy.
- Masz książkę, opisującą Quidditcha? Tutaj nie ma żadnych szczegółów. Jedynie wspomina się Twoje mecze.
Harry skinął głową i przyzwał swój egzemplarz „Quidditcha przez wieki". Szybko przyleciał i Harry złapał go bez problemu, gdy uderzył w blokujące drogę drzwi. Petunia cicho jęknęła, kiedy je otworzył, ukazując książkę, a wzrok Dudleya stał się radosny, a nie skołowany, jak zazwyczaj.
- Ha, używałeś magii! - wykrzyknął Dudley - Teraz zostaniesz wywalony.
- Nie, Dud, nie zostanę. To magia bezróżdżkowa i nie są w stanie jej wyśledzić. Wciąż jestem w niej nowy, ale dobrze mi idzie. Chcesz, by Cię polewitować dookoła pokoju? Myślę, że to akurat jestem stanie zrobić dość łatwo.
Dudley obserwował twarz Harry'ego. Wydawał się pewien swego i Dudleyowi zdecydowanie się to nie podobało.
- Nie, tak jest w porządku. Wolę zostać na ziemi, dzięki. Zachowaj swoją dziwaczność dla siebie, dziwolągu.
- Twój wybór.
Harry był rad, że Dudley nie zmusił swojej ręki do zaangażowania w tej sprawie. Nie był pewien, czy potrafiłby kontrolować Dudleya, jeżeli powaliłby go na ziemię, a dziwne zachowanie ciotki Petunii na pewno nie przetrwałoby Dudleya obijanego się o ściany. Harry podał jej książkę. O dziwo, wydawała się naprawdę zainteresowana, gdy oglądała okładkę. Wciąż jej nie ufając, Harry zapisał swoje wrażenia w jednej, prostej myśli. Tabloidy musiały się zrobić naprawdę nudne. To chyba najbliższa jej rzecz.
Harry jeszcze raz rozejrzał się po pokoju, po czym odszedł z kanapką w ręce i dryfującym za nim jabłkiem. Po jego odejściu, w kuchni zapanowała cisza. Dudley nie wiedział, co myśleć.
- Mamo, co się dzieje? - zapytał.
- Przeczytałam parę rzeczy o Harry'm, ciężkich do uwierzenia. Jeśli są prawdą, nasze poprzednie traktowanie jego osoby może być dla nas bardzo niebezpieczne. Właśnie skończyłam książkę o nim i próbuję dojść do tego, co jest prawdą, a co fikcją.
- Książkę - o nim? Dlaczego ktokolwiek napisał o nim książkę?
- Tutaj.
Petunia podała Dudleyowi książkę.
- Przeczytaj ją i wtedy zobaczysz, dlaczego o nim napisali. Swoją drogą, nie muszę chyba przypominać, że masz ją trzymać z dala od ojca?
- A jak wspomnę coś o tym tacie? Tak jak zabawnie byłoby widzieć go wściekłego, chociaż Harry i jego suka mogliby zranić tatę, jeżeli czegokolwiek by spróbował.
- Nie mów tak o niej. Również jej nie lubię, ale Harry owszem, a po tym, jak to przeczytasz, nie będziesz chciał, by był na Ciebie wściekły. Trzymaj ją dobrze ukrytą, w porządku, Dudziaczku?
- Tak, mamo.
Dudley chwycił książkę i zobaczył twarz Harry'ego uśmiechającą się do niego z okładki. Zdjęcie poruszyło się lekko i Dudley prawie ją upuścił.
- Mamo, to się rusza.
- Wiem, Dudziaczku. Ich zdjęcia są ruchome. Jeszcze tylko jedna rzecz, która różni ich od nas. Spróbuj się tym nie przejmować, Pysiaczku. Część ze zdjęć nie może być prawdziwa, ale tam są. Smok ścigający go na miotle - jak dla mnie raczej naciągana fikcja. Jednak, książka traktuje to „normalnie". Dziwni ludzie - jak Ci z Hare Krishna na lotnisku.
- Smok? Nie są prawdziwe. Widzielibyśmy je, gdyby były. Prawda?
- Możesz tak myśleć, ale nikt nic nie wie o... nich i ich metodach. - powiedziała Petunia, wyraźnie przestraszona, lustrowała nie tak ciemne rejony kuchni, jakby w poszukiwaniu podglądaczy.
- Wiem, Dudziaczku, nie lubisz czytać, ale to może nam pomóc poradzić sobie ze nieprzyjemnymi wydarzeniami, które mogą mieć miejsce tego lata. Nie bez powodu mam złe przeczucia.
Co tu się do diabła wyrabia i co Tonks jej zrobiła? Harry nie mógł uwierzyć, co się dzieje pod numerem czwartym. Nieraz w życiu zdarzało się coś podobnego. Harry próbował przekonać samego siebie, by to zostawić, powtarzając sobie raz po raz, że nie uzyska odpowiedzi, póki Tonks nie powróci.
Gdy tylko wyciszył swoją ciekawość, zabrał się do konsumpcji swojego łupu i skupił na ćwiczeniach. Było zabawnie przerazić ich i podręczyć zwykłym zaklęciem przywołującym.
Skończył posiłek i powtórzył zaklęcia, nad którymi pracował wcześniej. Udowodniwszy sobie, że się z nimi uporał, wybrał kolejne cztery do nauczenia. Skoro osiągnął już swój cel na dzień, wszystko ponad będzie pożądanym dodatkiem.
Praktykował zaklęcie zapalające na niewielkiej świeczce, którą przywiózł z Hogwartu i ledwie uniknął podpalenia pokoju po kilku błyskach i dymach. Przetrwawszy zniszczenie koca, paru starych książek Dudleya i plamę na biurku, Harry zdecydował, że jeżeli ma coś podpalać, to lepiej poćwiczy także czar zamrażający płomienie. Przetestował efekt zaklęcia, przesuwając dłoń nad otwartym ogniem, który właśnie wytworzył, ku głośniej dezaprobacie Hedwigi.
Po godzinie ćwiczeń, ostatecznie opanował zaklęcie zmieniające McGonagall. Chociaż nie był pewien, czemu się tym przejmuje, w przeciwieństwie do całej reszty, tego, co mówiła, pamiętał jej słowa: „Nauka w przyszłości bazuje na nauce w przeszłości". Po prostu jej uwierzył.
Zaklęcie mrożące przyniosło Harry'emu nieco trudności, ale nie w zamrażaniu przedmiotów - co działało poprawnie - musiał popracować nad celnością.
Skrzywił się i wymamrotał już trzeci raz:
- Przepraszam, Hedwigo.
Gdy zaklęcie ledwie minęło zdenerwowaną sowę.
Po kilku szorstkich plamach na ścianach, powstałych w wyniku ćwiczeń, Harry usłyszał hałas z dołu. Było za wcześnie na powrót Tonks. Otworzył drzwi i nasłuchiwał. Słyszał głosy, ale były zbyt ciche, by zrozumieć ich treść. Ciekawość przeważyła, podszedł na szczyt schodów, rzuciwszy wcześniej zaklęcie wyciszające na swoje kroki.
Teraz chciałby mieć pod ręką parę Uszu Dalekiego Zasięgu, jeden z głosów brzmiał znajomo, ale nie potrafił go rozpoznać. Rozważywszy kilka opcji, Harry wziął głęboki oddech i pokonał kilka stopni. Ktoś stał w salonie. Lekko kucając, Harry był w stanie zobaczyć znoszoną pelerynę, naprawianą więcej, niż parę razy. Rozpoznawszy płaszcz, Harry przeżył moment zwątpienia, czy naprawdę chce rozmawiać z jego właścicielem, czy też nie.
Podjął decyzję i zwiesiwszy głowę na znak klęski, zszedł po pozostałych schodach do salonu. Stanął dokładnie za Remusem, słuchając rozmowy jego i ciotki Petunii. Nikt nie usłyszał, jak wchodzi i pozostali nieświadomi jego obecności.
- Nie chcę „Pana" tutaj nie bardziej, niż kogokolwiek innego - zadeklarowała Petunia, zezując na jego zniszczone okrycie, które ewidentnie rozpraszało jej uwagę.
- Teraz, Pani Dursley, chcę tylko odwiedzić Harry'ego - wyjaśnił Remus - Zapewniam, pójdę, zanim pojawi się Pan Dursley.
Wewnętrzna walka pojawiła się na jej twarzy.
- Dobrze! Dwójka z was, to o dwoje za dużo! Ostatnią rzeczą, której tutaj chcę lub potrzebuje jest większa ilość ludzi waszego pokroju.
- Dziękuję za gościnność, Pani Dursley. - Remus zmusił się do bycia tak grzecznym, jak mógł.
- Pójdę teraz na górę i z nim porozmawiam.
- Jestem tutaj, Profesorze - powiedział Harry.
Remus lekko podskoczył na dźwięk jego głosu i obrócił się, obdarzając go niewielkim, smutnym uśmiechem.
- Przepraszam, ale nie usłyszałem Cię, Harry - a moje uszy są lepsze, niż większości ludzi. Założę się, że nie słyszeliśmy połowy hałasu, który robiłeś wstając w szkole.
Harry nie odwzajemnił uśmiechu.
- Pana uszy są lepsze, niż pewnego nietoperza, czy starca? Nie chcę być niegrzeczny, ale dlaczego Pan tu jest, Profesorze?
- Dla Ciebie Remus, Harry - odpowiedział łagodnie Lupin - Nie byłem Twoim nauczycielem parę lat i widzę Cię jako równego sobie, więc proszę, mów mi Remus.
- Dobrze, w takim razie, Remusie, dlaczego tutaj jesteś?
- W porządku, w takim razie powinniśmy iść gdzieś, gdzie porozmawiamy bardziej prywatnie. Będziesz wolał zapewne rozważyć, to co powiem i tak dalej.
- Powiesz o czym? - zapytał Harry, czując jak jego cierpliwość zaczyna zanikać.
- Syriusz - odparł Remus jednym słowem, czekając na wybuchową reakcję.
- Ach, okej, rozumiem Twój problem. W takim razie mój pokój? - odparł Harry, nie czekając na odpowiedź. Obrócił się na pięcie i poszedł do swojego pokoju, gdy już dyskretnie usunął zaklęcie wyciszające ze swoich stóp. Nie chcę jeszcze niczego rozgłaszać. Wszyscy domyślą się na swój własny, trudniejszy sposób.
Niezależnie od siebie, Harry zastanawiał się, jaką to straszną rzecz musiał mu powiedzieć Remus, że nie mógł tego przekazać pocztą lub przez Tonks. Ledwie drzwi zamknęły się za nimi, wlepił w niego spojrzenie, czekając, aż zacznie.
Remus rozejrzał się po pokoju i zauważył duże łóżko, które przyciągnęło jego zainteresowanie. Gdy Harry zakaszlał znacząco, spojrzał mu w oczy.
- Harry, wyglądasz dobrze. Czy sypiasz i jadasz poprawnie? - zaczął nerwowo.
- Dlaczego tu jesteś?
Harry nie chciał dać się wciągnąć w żadne gierki. Chciał wiedzieć, co się dzieje i to szybko.
- Okej, dobrze, jestem tutaj, by porozmawiać o Syriuszu. Wiem, Ty raczej nie chcesz, ale parę spraw wymaga dyskusji. Tęsknię za nim tak samo, jak Ty, Harry, może nawet trochę bardziej, ale to nie jest głównym powodem, który mnie tu sprowadził. W ciągu następnych paru dni, powinieneś otrzymać wiadomość z Gringotta, dotyczącą jego testamentu. Nie chciałem, by zastała Cię nieprzygotowanego, więc pospieszyłem powiedzieć Ci osobiście.
- Harry, wiem, że jesteś w jego testamencie. Jak znam Łapę, otrzymasz większość z jego rzeczy. Chciałem Ci powiedzieć, że życie idzie naprzód. Syriusz chciałby, byś używał jego własności, aby siać tak wiele zniszczenia, jak to możliwe. Przynajmniej, taki był jego plan, gdy zmarła mu matka. Chciałem Ci także powiedzieć, że nie jesteś przyczyną jego śmierci. Nie masz powodu, by czuć się winnym.
Harry gapił się tępo na przyjaciela swojego ojca. To była ostatnia rzecz, z jaką chciał sobie teraz radzić. Nie chciał niczego z rzeczy Syriusza, a myśleć o tym jeszcze mniej. Westchnął, wiedział, że nie ma wielkiego wyboru w tej materii, od kiedy Gringott przyniesie wskazówki, które Syriusz im zostawił.
- Dobrze - powiedział w końcu, walcząc ze swoją złością i smutkiem - Coś jeszcze?
Remus nie był zaskoczony jego podejściem. Rozumiał emocje, z którymi Harry musiał sobie poradzić. Były takie same, jak jego własne, z którymi musiał się uporać lata temu, kiedy ich życia zostały zniszczone w tę okropną noc Helloween.
- Jeśli chcesz o tym porozmawiać, Harry, jestem do Twojej dyspozycji.
- Ha, masz na myśli, że jesteś kimś dla mnie. Tutaj jestem sam. Jest też Hedwiga, ale dużo nie mówi, jest w końcu sową i tak dalej.
- Harry, wiem, że to rani, ale sprawy rozwiążą się...
- Stój.
Harry nie chciał tego słyszeć.
- Nie chcę Twojej sympatii i porad. Przejdę przez to, jak przez wszystko inne, po swojemu.
Harry nie zwerbalizował tego, co naprawdę myślał. Dorwę tę sukę, tak, czy inaczej. To moja droga, przynajmniej jeśli chodzi tę kwestię.
Remus wyglądał na jednocześnie zmartwionego i ucieszonego. Nie był pewien, jak potraktować, to co powiedział Harry. Jego stwierdzenie mogło mieć wiele znaczeń.
- Mam nadzieję, że wszystko z Tobą w porządku, Harry. Staraj się za bardzo w tym nie zagłębiać. Kiedy mówię, że nic dobrego z tego nie wynika, opieram się na własnym doświadczeniu.
- Tak, ale kiedy Ty tego doświadczałeś, wszyscy byli martwi albo w więzieniu. Więc tak naprawdę nigdy nie musiałeś czegoś z tym robić. Nie mam tego problemu. Wszyscy, z którymi muszę sobie poradzić, wciąż żyją.
Harry powstrzymał się od powiedzenia czegoś więcej. Wiedział, że musi myśleć jasno i nie pozwolić swoim emocjom, by brały nad nim górę. Zorientował się, że teraz mógłby łatwo zmusić książkę do lewitacji, ale zdecydował się tego nie robić.
- Remusie, jeżeli nie ma czegoś jeszcze, naprawdę wolałbym być teraz sam. Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. Będę wypatrywać sowy.
Remus widział, jak młody człowiek walczy ze swoimi uczuciami. Wiedział, że Harry ma długą drogę do przebycia, zanim przejdzie do porządku dziennego nad tym, co się stało.
- Rozumiem, Harry. Spróbuj pomyśleć o dobrych rzeczach, okej? Syriusz umarł, stojąc o własnych siłach. Zawsze chciał odejść w ten sposób. Albo leżąc pod dobrą kobietą, ale nie jestem pewien, czy chcesz o tym słyszeć. Wiem, nie powinienem, ale Syriusz opisywał wszystko w najmniejszych detalach, gdy mu się nudziło.
Remus uśmiechnął się smutno, wspominając jak wiele razy Syriusz opowiadał mu te historie.
- Dziękuję za ten obraz, Remusie. Wątpię, bym mógł przez to zasnąć. A teraz, skoro skończyłeś deprawować mój umysł...
Harry uśmiechnął się krzywo, w wymuszony sposób.
- Tak, myślę, że skończyłem. Dziękuję za wysłuchanie, Harry. Pamiętaj o dobrych czasach, okej? Już mnie nie ma.
Remus obrócił się i opuścił pokój. Zszedł po schodach i przez drzwi frontowe, kompletnie ignorując głowę wystającą zza framugi drzwi od kuchni, śledzącą każdy jego ruch.
Harry usłyszał trzask, będący znakiem deportacji i zwolnił ciasną kontrolę emocji, którą sobie wcześniej narzucił. Jego nastrój stał się jeszcze bardziej ponury. Czuł płynącą przez niego złość i potrzebował ją gdzieś skierować. Wiedział, że teraz nie może posługiwać się magią, bo wpędzi się w kłopoty. Gdy nic innego nie przyszło mu do głowy, zdecydował się skierować do parku, myśląc, że spacer może oczyści jego myśli, a przynajmniej pozwoli na parę minut oddalić się od Privet Drive. Duszny nastrój tego domu, zaczynał go przytłaczać, tak jak podczas wszystkich poprzednich wakacji. Tylko tym razem, działo się to dużo szybciej.
Łatwo opuścił dom i szybko trafił do parku. Huśtawki zostały naprawione w czasie, gdy on był w Hogwarcie, więc usiadł na jednej i energicznie odepchnął się stopą od ziemi. Zrobił to raz, starając się uwolnić tak wiele swojej złości, jak mógł, bez angażowania magii. Obserwował jak widok parku przechyla się i patrzył na chmury nad głową. Huśtawka wychyliła się w drugą stronę i obraz parku powrócił, by po chwili ponownie schować się niżej. Złość powoli mijała wraz z każdym wahnięciem huśtawki, pozwalając mu wrócić z powrotem do rzeczywistości.
Ruch spod małego krzaka przyciągnął jego uwagę, gdy tylko jego ruch ustabilizował się w postaci łagodnych wahnięć. Zobaczył włochaty ogon, który szybko jednak zniknął w pogłębiających się cieniach.
- Jakby jeden opiekun nie wystarczył, mam drugiego. Ciekawe, czy zajmujesz się mną, czy opiekujesz moim strażnikiem? -
Owłosiony pysk wyjrzał zza krzaka i miauknął do niego. Harry uznał, że to oznacza oba zadania naraz, zwłaszcza, że o ile wiedział, odpowiedzialność Mundungusa była w najlepszym razie wątpliwa. Na kolejne dwadzieścia minut zapadła cisza, dopóki do parku nie wpadła dwójka dzieci. Musieli być w okolicy nowi, ponieważ znaleźli w parku mniej więcej w porze, kiedy mogli przyjść Dudley i jego banda i robić problemy innym dzieciakom. Niszczenie własności publicznej odbywało się po zmroku, tak samo jak większość nękania.
Chłopiec i dziewczynka musieli być bratem i siostrą, wnioskując po sposobie w jaki jej dokuczał. Nie musiał dużo mówić, czy robić, by zaczęła okładać go piąstką. Na przemian zjeżdżali ze zjeżdżalni i kręcili się na karuzeli. Harry zastanawiał się, jakby było mieć brata, czy siostrę. Ciekawiło go, czy jego rodzice myśleli o posiadaniu większej ilości dzieci, zanim Voldemort ich nie zabił.
Wiedząc, że tego rodzaju rozmyślania nie są najlepszym wyborem, Harry skupił się na obserwowaniu dzieci. Mieli około ośmiu i sześciu lat, może dziewięciu i siedmiu. Dziewczynka podążała za bratem i robiła, to co on, dopóki jej nie zdenerwował. Jego dokuczanie bardzo przypominało to, któremu bliźniacy poddawali Rona i Ginny, oczywiście z wyłączeniem eksplozji. Oboje wydawali się razem szczęśliwi i dla Harry'ego było to coś obcego. Nigdy nie miał rodzeństwa, które mógłby kochać, czy być na nie zły. Miał jedynie Dudleya i nigdy nie było między nimi niczego więcej, niż złość, nienawiść i odraza.
Harry zastanowił się, jak to działało między nim, a przyjaciółmi. Pomyślał, że Hermionie było najbliżej do jego siostry. Musiał przyznać, iż przez większość czasu, była niczym jego starsza siostra. Zmuszała go do robienia zadań domowych. Dręczyła, by starał się być lepszy i przestrzegać reguł. Na swój sposób starała mu się pomóc najlepiej jak potrafiła. Wierzyła dorosłym i zawsze im ufała. Jej zawsze pomagali. Jej rodzice byli dobrymi ludźmi. Kochali ją i troszczyli się. Wierzyli jej i w nią. Nigdy nie musiała radzić sobie sama.
Zdał sobie sprawę, że czasem była także jego młodszą siostrą. Kiedy tylko książki i jej wiedza zawodziły ją, była bezradna. Gdy tak się działo, zwracała się do Harry'ego, by pomógł, podjął decyzje i naprawił, co trzeba. Kiedy wszystko stawało się trudne, szła się do niego, by wszystko naprostował. Wiedział, że w większości sytuacji, nie miał pojęcia, co robi. Po prostu robił coś i sprawy zazwyczaj się rozwiązywały. Kiedy mierzyli się z kłopotami, a on wybierał jedną z dróg, podążała za nim bez pytania. Jeśli był to prawdziwy problem, szła za nim, po drodze pomagając, jak tylko potrafiła.
Pomyślał o tych wszystkich razach, gdy coś spadło na ich barki. Za każdym razem poradzili sobie, bo pracowali razem. Harry przewodził, bo był gotów podejmować decyzje i zobaczyć, co dalej. Hermiona wolała usiąść z tyłu i gruntownie przemyśleć problem. Jeśli brakło na to czasu, czekała, aż Harry przejmie prowadzenie. Była siostrą, której nigdy nie miał, gdy dorastał. Doprowadzała go do szaleństwa próbując uczynić go lepszym, ale kiedy tylko pozostawiała to w spokoju, szła za nim.
Gdy obserwował rodzeństwo, dziewczynka poślizgnęła się i upadła niedaleko huśtawki. Próbowała nie płakać, ale nie szło jej zbyt dobrze. Bolało ją, ostrożnie trzymała się za ramię. Jej brat przerwał swoje zajęcie i podbiegł do niej. Harry widział na jego twarzy zmartwienie, ale widać nie miał pojęcia, co robić. Niepewność brata, spowodowała, że zaczęła płakać jeszcze bardziej. Była przerażona, bo jej brat był przerażony, wzajemnie się napędzali, a spokój i radość panujące wcześniej szybko znikły.
Harry powstał i zaczął iść w ich stronę. Gdy zastanowił się nad tym poważnie, stwierdził, że zawsze robił coś, co trzeba było zrobić. Dobrze lub źle, zawsze wybierał. Hermiona zazwyczaj upewniała się, czy za bardzo nie spaprał.
- W porządku? - zapytał dziewczynki.
Walczyła ze łzami, ale przegrywała. Brat jedynie patrzył, nie wiedząc, co dalej.
- Upadłam i ramię mnie boli. - odparła.
- Czy Twoi rodzice są niedaleko? - zapytał Harry.
- Są w domu - udzielił odpowiedzi brat - W dole tamtej ulicy.
Pokazał na Magnolia Road.
- Pokaż mi swoje ramię. Będę tak ostrożny, jak tylko można, okej?
Dziewczynka skinęła dłonią i zabrała swoją lewą rękę, którą trzymała za uszkodzoną prawą. Harry na jej przedramieniu zobaczył guz, szybko się się powiększający. Pomyślał, że ramię może być złamane, ale pewności nie miał. Nie za dobrze pamiętał swoje pierwsze złamane ramię, a za drugim jego kości, dzięki pewnemu profesorowi, szybko tam nie było.
- Jesteś w stanie iść? - zapytał powoli.
Powoli pokręciła głową.
- Okej, w takim razie zanieść Cię do domu? - zapytał. Potaknęła, przedtem spojrzawszy na brata, który jedynie wzruszył ramionami.
Harry podniósł ją ostrożnie i umieścił w ramionach, przez cały czas pociągała nosem. Powiedział chłopcu, by prowadził. Podążył za nim przez park i dalej, wzdłuż Magnolia Road. Widział w oczach chłopca lęk. Zastanawiał się, czemu kogoś tak bardzo może przerażać złamane ramię. Gdy tylko o tym pomyślał, uświadomił sobie, że dla normalnych ludzi, pęknięta kończyna to faktycznie wielka sprawa. Harry prawie się roześmiał, gdy porównał złamaną rękę do całej listy swoich obrażeń. Byłaby gdzieś na samym dole.
Gdy szli, pomyślał o Ronie. Mógłby być jego bratem, którego nigdy nie miał, podobnie jak Hermiona siostrą. Wystarczająco łatwo potrafił go rozśmieszyć. Jak również zdenerwować i doprowadzić do wściekłości. Ron miał problem z zazdrością i pieniędzmi. Bycie najmłodszym chłopcem w rodzinie złożonej przede wszystkim z mężczyzn, wyjaśniało zazdrość. We wszystkim był ostatni i potem został przyjacielem Harry'ego Dziwaka Pottera. Dobry wybór, Ron.
Ron był nadmiernie wrażliwy w kwestii swojej sytuacji finansowej. Harry, dorastając nigdy nie miał pieniędzy. Dowiedział się, że ma skrytkę pełną złota, kiedy miał jedenaście lat, ale to nie czyniło mu wielkiej różnicy. Ot, jedno zmartwienie mniej z całej ich listy. Ron mógł być zły na Harry'ego za najgorsze drobnostki i to było w porządku. Mógł go rozśmieszyć robiąc coś głupiego, bądź zwyczajnie będąc Ronem.
Dorastając samotnie, Harry jakoś zdobył brata i siostrę „po drodze". Nie wiedział w zasadzie jak, ale jakoś to zrobił. Patrząc na dziewczynkę w jego ramionach, zastanawiał się, czy jego ojciec zrobiłby dla niego to samo. Mama pewnie nakrzyczałaby na niego, bo pozwolił mi się poranić i w sekundę uleczyła mnie jednym machnięciem różdżki.
Chamski komentarz wyrwał Harry'ego z rozmyślań.
- Oj, Potter. Najpierw podskakiwałeś do starszych, a teraz obrabowałeś kołyskę. Nie masz dosyć?
Harry zwolnił i zobaczył, że Dudley, Dennis, Piers, Gordon i Malcolm stoją mu na drodze. Dudley go zaczepił, ale wyglądało jakby zrobił tak przymuszony przez pozostałych. Banda była cicho, szturchali go, by powiedział coś jeszcze.
- Dud, musiałeś się pochorować, by wymyślić coś takiego. Chociaż, strzelam, że naprawdę był to Piers. Brzmi jak coś, co mógłby powiedzieć, wnioskując po tym, jak lubi młodszych. A teraz, wybaczcie, ale muszę odstawić zranionego dzieciaka do rodziców.
- Uważaj, Potter - odparł Piers - Wytnę Ci serce, za to co powiedziałeś.
Po czym, wyciągnął z kieszeni nóż składany nóż i otworzył go.
Dudley zerknął na nóż i Harry'ego. Wydawał się niezbyt pewny, tego, co ma zrobić. Jego „przyjaciele" oczekiwali pobicia Harry'ego, za każdym razem, gdy przyłapią go poza domem, ale wiedział też, że jego mama powiedziała, by zostawić Pottera w spokoju. Pamiętał też, co Harry zrobił jego ojcu i magię, którą praktykował wcześniej. Książka, którą dała mu matka, wciąż leżała nieotwarta pod materacem, razem z resztą jego „książek do czytania".
Harry nie chciał, by dzieci znalazły się między bandą Dudleya, a nim. Zdecydował się odwlec konfrontację, o ile był w stanie.
- Jeśli dasz mi parę minut, Piers, będę z powrotem i wówczas możesz próbować. Chociaż, wątpię, byś dał radę. Bardziej niebezpieczni od Ciebie próbowali tego samego i dotąd im się nie udało. Więc, daj mi zatroszczyć się o sprawy teraźniejsze i odłóżmy dzielące nas różnice na później.
Harry zaczął z powrotem iść normalnie i podążył na chłopcem dookoła grupki. Dziewczynka schowała jej głowę jak tylko mogła, gdy banda zaczęła grozić i teraz dalej trzymała ją w dole. Harry miał nadzieję, że uda mu się odejść, nie będąc zmuszanym do walki.
Malcolm wybrał ten moment, by się dołączyć.
- Myślisz, że możesz się z nami mierzyć, Potter? Piers, dla mnie to brzmiało jak wyzwanie. Co z tym zrobimy?
Harry westchnął, nie przerywając marszu. Jeżeli dom był niedaleko, może będzie mógł odejść, a przy tym nikt więcej nie zostanie zraniony lub on sam nie znajdzie się w tarapatach.
- Zamierzam Cię zabić, Potter - oznajmił zimno Piers.
Harry przystanął i powoli się obrócił, przybierając najbardziej zastraszający wyraz twarzy, jaki był w stanie.
- Jesteś pewien, że chcesz próbować, Piers? - zapytał powoli, z naciskiem.
- Wielu mówiło tak samo. Wciąż tu jestem, jak myślisz, co się z nimi stało?
Harry spojrzał w oczy każdemu z nich. Szczególnie długo Dudleyowi i Piersowi. Wreszcie rzucił im ostatnie, zamaszyste spojrzenie i ponownie zwrócił się ku chłopcu.
Nie odwrócił się, by zobaczyć jak banda zareagowała na jego ostatnie słowa i pokonał resztę drogi do Wisteria Walk, zanim cokolwiek powiedzieli. Dziewczynka popatrzyła na niego ze spokojem.
- Potrafisz być straszny, gdy trzeba. Chociaż, czuję się z Tobą bezpieczna. Nie boję się.
- Dziękuję, jak sądzę.
Harry nie był pewien jak przyjąć jej komentarz. Wydawał się zarówno dobry, jak i zły. Przeszli jeszcze obok kilku domów, zanim chłopiec podbiegł do jednego z czerwonymi drzwiami. Otworzył drzwi i zawołał swoją mamę i tatę. Harry szedł ścieżką, wypatrując rodziców rodzeństwa i bandy Dudleya, nie wspominając o śmierciożercach, którzy mogli zanim podążać. Przebywanie tak daleko od Privet Drive zapewne nie zostałoby dobrze przyjęte przez Dumbledore'a. Do licha z nim.
Z domu wybiegła kobieta, chłopiec zaraz za nią. Harry uśmiechnął się do niej i ostrożnie postawił dziewczynkę na jej własnych nogach. Poczekał, co zrobi mama, nie mając za wiele doświadczenia w tego rodzaju sprawach.
Kobieta klękła przed dziewczynką, pytając, co się stało. Mała szybko wyjaśniła i ostrożnie wskazała na swoje obrażenia. Harry zobaczył miłość na twarzy kobiety i zamarzył, by zobaczyć to samo u własnej matki. Kobieta sprawdziła najgorsze zranienie i westchnęła ciężko. Powiedziała chłopcu, by przekazał tacie, że muszą natychmiast jechać do szpitala. Ten pobiegł szybko do środka, wykrzykując, co mu nakazano. Dziewczynkę obdarzyła delikatnym uściskiem.
Harry obrócił się i zaczął wracać na Privet Drive, do „więzienia", które tam na niego czekało. Poczuł za sobą jakieś poruszenie i szybko się obrócił, by zobaczyć, jak matka dziewczynki idzie ku niemu. Wyglądała na wdzięczną, ale zarazem zatroskaną. Harry nie był pewien, co może się stać, ale był gotowy.
- Dziękuję, że odprowadziłeś Emmę do domu. Nie wiem, jak się odwdzięczyć, ach...
- Harry. Nie ma sprawy.
- Jacyś chłopcy grozili, że go zabiją, mamo. Przestraszyli mnie.
Dziewczynka stała za matką, kurczowo trzymając się za ramię.
- Nie martw się nimi, Emmo. Radziłem sobie z gorszymi.
Uśmiechnął się do małej i jej mamy, po czym z powrotem zwrócił się ku domowi.
- Naprawdę Ci grozili, czy to tylko słowa? - zapytała kobieta.
- Mówili poważnie, ale jak mówiłem, nie ma czym się martwić. Żaden wielki problem. Przynajmniej w porównaniu z tymi, z którymi jestem przyzwyczajony sobie radzić.
Harry skinął matce i córce i odszedł. Dotarł do Privet Drive bez żadnych problemów, do czasu, aż ogarnęło go dziwne uczucie, jakby coś było nie w porządku. Obrócił się na pięcie i wyciągnął różdżkę z ukrytego miejsca, gdzie trzymał ją cały czas gotową do użycia. Rozglądał się po ulicy w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby stanowić zagrożenie. Czekał, aż usłyszał jak coś porusza po jego lewej.
Zwrócił różdżkę w tę stronę i dźgnął, trafiając kogoś prosto w klatkę piersiową. Znajomy dotyk peleryny-niewidki i dziewczęce „uff", gdy ten ktoś upadł na ziemię, powiedziały mu wszystko, co musiał wiedzieć.
- Hej, Tonks. - powiedział Harry, odzyskując równowagę.
- Lepiej unikaj śledzenia mnie następnym razem. Możesz się uszkodzić.
- Och, to na pewno zostawiło ślady, Harry. Wiesz, że jesteś agresywny? Wejdźmy do środka, bym mogła zdjąć te głupie ciuchy i sprawdzić obrażenia.
- Tędy, Nimfadoro. - odparł Harry i przyspieszył kroku, by uniknąć wszelkich ataków, które mogła przypuścić. Otworzył drzwi i poczekał na odgłos kroków na schodach, zanim powoli je zamknął. Szybko podążył za dźwiękiem wspominającej się Tonks. Nie szła tak sprężyście jak zwykle, ale przynajmniej znowu nie spadła.
Drzwi do jego pokoju otworzyły się i usłyszał jak tkanina delikatnie po czymś sunie, a potem opada na podłogę. Wszedł do pokoju i zamknął drzwi, odkrywając, że Tonks ściągnęła zewnętrzne okrycie. Odrzuciła swoją szarą szatę na pelerynę-niewidkę, która leżała skłębiona obok nogi łóżka. Chciał skomentować jej rozbieranie się, ale nie skończyła. Wyciągnęła koszulę ze spodni i rozpięła guziki. Trzymając koszulę w górze i eksponując przy tym płaski brzuch, opuściła tylną część spodni, ukazując górną część kształtnych pośladków. Nieco się obróciła, by zobaczyć swoje odbicie w lustrze wewnątrz otwartej szafy Harry'ego. Lekko się skrzywiła, ale Harry nie mógł oderwać wzroku od jej obnażonego ciała.
- Widzisz, mówiłam, że pozostanie ślad! - wykrzyknęła.
- Jak mogłeś mnie zaatakować w ten sposób? Zamierzałam Cię tylko połaskotać!
Obróciła się, ukazując Harry'emu czerwoną plamę na dolnej części pleców i górnej pośladków.
- Wylądowałam na kamieniu, jestem pewna. Boli.
Dopiero teraz Tonks zwróciła uwagę jak Harry wytrzeszcza oczy. Zdała sobie sprawę, że może wykorzystać okazję i zawstydzić go ponownie, skoro ostatnio za bardzo nie podziałało.
- Podoba Ci się, co widzisz, Harry? Może chciałbyś dotknąć? Albo pocałować i wówczas będzie lepiej.
Odnotowała, jak się zaczerwienił, zanim rumieniec zniknął.
Uwielbia każdą minutę tego. Tym razem nie dam się zagiąć. Pokażę jej, by się ze mną nie drażniła. Harry uniósł brwi i spojrzał prosto na nią. Zaczekał parę sekund, by zobaczyć, jak zareaguje na jego spojrzenie.
- Jeśli nalegasz, nie mam nic przeciwko przyjrzeniu się bliżej.
Zmarszczył brwi, gdy skończył. Utrzymaj to. Widziałeś, jak bliźniacy i Seamus robili tak samo z innymi dziewczynami. Wszystko opiera się na pewności siebie i wytrwałości. Obserwował jak jej usta lekko się otwierają i zastygają w kształcie „o". Mam Cię.
- Dobrze, więc chcesz mi dać się temu przyjrzeć, czy wolisz dalej paradować po moim pokoju ukazując swoje niebieskie majtki?
Harry zrobił, co mógł, by utrzymać możliwie neutralny wyraz twarzy, gdy to powiedział. Chociaż, nie spodziewał się jej reakcji.
Tonks zamknęła usta i chyba podjęła decyzję. Zrobiła krok naprzód i obróciła się, dając mu dobry widok na obrażenie. Przez chwilę patrzyła mu w oczy, zanim spojrzała na zadrapanie i westchnęła.
- Wciąż boli i mogę potrzebować Twojej pomocy w zaleczeniu tego. Moje zaklęcia z zakresu pierwszej pomocy są w najlepszym razie na poziomie podstawowym i nie przywykłam stosować ich na sobie.
Harry spojrzał na zadrapanie i stwierdził, że skóra jest lekko rozdarta, a siniak wciąż się powiększa. Nie mógł nic poradzić, że zauważył, jak gładka jest jej skóra na biodrze i plecach oraz pięknego tyłka. Przełknął ślinę, zanim był w stanie cokolwiek powiedzieć.
- Jak mam pomóc, Tonks?
Tonks uśmiechnęła się z zaskoczeniem, widząc jak dobrze poradził sobie w tej sytuacji.
- Potrzebuję, byś pokierował moją różdżką, okrężnymi ruchami w uszkodzonym rejonie. Ruchy muszą być płynne, inaczej nie zadziała. Rzucę zaklęcie, ale ciężko tam dosięgnąć, utrzymując poprawną kontrolę nad różdżką.
- Zrobię, co mogę. Tylko pokaż mi jak.
- Chętnie, Harry.
Została nagrodzona lekkim grymasem Harry'ego, dowodzącym, że czyta między wierszami, jak zamierzała. Podwinęła koszulę i przytrzymała, by nie przeszkadzała. Potem jeszcze bardziej opuściła spodnie, ukazując jeszcze więcej niebieskiej bielizny. Widziała jak Harry po raz drugi przełyka ślinę i stara się utrzymać wzrok z dala od pewnych rejonów.
Och, aż za wiele zabawy. Mogę z nim przegrać wojnę na słowa, ale na widoki wygrywam bezsprzecznie.
- Harry, potrzebuję, byś trzymał moją różdżkę i powoli zataczał nią gładkie kręgi dookoła rany. Nie martw się o magię, to moja różdżka i wiem, co robię.
Czekała, aż Harry weźmie różdżkę i zacznie nią poruszać. Miał jednak problem z utrzymaniem jej w określonym rejonie.
- Tonks, wiercisz się za każdym razem, gdy ruszasz różdżką. Jak mam ją utrzymać nad raną?
- Zorientuj się, Harry. Ja muszę koncentrować się na zaklęciu.
Harry'emu zostało zaledwie kilka opcji rozwiązania problemu, więc w końcu położył dłoń na jej biodrze, utrzymując ją w ustalonej pozycji i kontynuował okrężne ruchy różdżką.
Tonks straciła koncentrację, gdy poczuła jak wraca poczucie bezpieczeństwa. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale czuła się z nim bezpiecznie. Gdy jego ręka dotknęła jej biodra, poczuła na nim falę ciepła. Może wygrałam wojnę na obrazy, ale skopał mi tyłek, gdy przyszło do dotykania. Och, te ręce. Tonks w myślach pokręciła nad sobą głową, zanim skupiła się z powrotem na zadaniu. Musisz się skoncentrować albo to zajmie cały dzień. Ale, czy byłoby tak źle?
Użyła Oklumencji, by się wyciszyć i ponownie wróciła do zadania. Z pomocą Harry'ego uleczyła ranę w kilka minut. Powstrzymała swoją różdżkę i odrzuciła na łóżko. Zerknęła tam, gdzie wcześniej miała obrażenie, by zobaczyć nieskażoną skórę, połyskującą przy świetle zachodzącego słońca. Podniosła wzrok i odkryła, że Harry wciąż patrzy na jej ciało.
- Podoba Ci się, Harry? Może, jeżeli będziesz miły, później dam Ci popatrzeć więcej.
Harry przestał i spojrzał prosto na nią. Nie wiedziała dlaczego, ale jego wzrok był bardzo przenikliwy.
- Żarty na bok, dziękuje za pomoc. Wracając do żartów, to Twoja wina, że się zraniłam.
- Chciałaś mnie zaatakować. Czego oczekiwałaś?
- Na pewno nie przyłapania! Pojawiłam się mniej więcej wtedy, gdy ta dziewczynka się uszkodziła. Swoją drogą, dobra robota. Zawsze bohater, czyż nie?
- Zrobiłem, co uznałem wtedy za najbardziej właściwe. Mam jedynie nadzieję, że nie złamała ręki. Mugole muszą czekać miesiąc, czy dłużej, zanim kości się wyleczą. Wiem, bo musiałem czekać z sześć tygodni, by moje ramię się zaleczyło, po tym jak je złamali.
- Kto to był?
- Lekarz je złamał, gdy zaczęło się źle zrastać.
- Po pierwsze, jak mogło się zacząć źle leczyć?
Tonks nie rozumiała, o czym Harry mówi.
- Przez jakiś tydzień po tym jak je złamałem, nie poszedłem do lekarza.
Harry nieco zwiesił głowę, unikając kontaktu wzrokowego.
- Cholerni Dursleyowie, prawda? - warknęła Tonks - Co zrobili, zignorowali guza na Twoim ramieniu?
- Nie, tak naprawdę go nie zauważyli. Zamknęli mnie w komórce na tydzień, po tym jak to się stało. Jakiś rodzaj kary, jak sądzę. Ciotka Petunia musiała zabrać mnie do lekarza, bo moje ramię wyglądało okropnie i nie chciała, by ludzie gadali. Kość zaczęła się zrastać, ale krzywo. Musiałem wtedy użyć trochę magii. Mogłem się wyleczyć szybciej, gdyby Dudley nie próbował mnie tam trafić za każdym razem, kiedy mógł.
Tonks chciała zabić tych mugoli jeszcze bardziej, niż poprzednio.
- Jak do diabła mogli Ci to zrobić? Jak mogli komukolwiek?
- Daj spokój, Tonks. Dawno skończone i poradziłem sobie z tym. A teraz, podążałaś za mną od parku?
- Taa, czekałam, aż ten idiota Cię zaatakuje, by ocalić zbawcę.
Zaśmiała się z własnego żartu, ale Harry skrzywił się.
- Jeśli tam byłaś, dlaczego Cię nie wyczułem, jak wtedy, gdy wróciłem tutaj?
- Nie wiem. Może myślałeś o innej „kobiecie" i nie zauważyłeś mnie.
Tonks wydęła wargi, jak tylko mogła, walcząc z poszerzającym się uśmiechem.
- Nie całkiem, Tonks. Wiedziałem, że ktoś jest niedaleko mnie, gdy tylko tutaj wróciłem. Mówisz, że chciałaś mnie zaatakować?
- Tak, chciałam Cię połaskotać. Zrobiłam to, ale zdecydowałeś się mnie przewrócić i poranić mój tyłek, więc załapałeś się na darmowy pokaz.
- Więc zamierzałaś się za mnie zabrać. Planowałaś atak.
- Dlaczego robisz z tego tak wielką sprawę, Harry? Ludzie ciągle mają przeczucia. Nazywamy to szóstym zmysłem.
- Ponieważ, już miewałem takie wrażenia. Kiedy ktoś chce mnie zaatakować, zdaję się o tym wiedzieć. Większość ludzi określiłaby to jako odruchy, ale ja wiem, kiedy coś złego ma się stać przy mnie. Zawsze wiem o takich sprawach.
- Kolejna rzecz wymagająca treningu - powiedziała Tonks do siebie, tylko głośno.
- Co, Tonks?
- Nic, Harry. Teraz, chciałabym usłyszeć, jak dzisiaj pracowałeś. Powiedziałam Ci, byś poćwiczył nieco magii bezróżdżkowej, więc pokaż mi, czego się nauczyłeś.
Rzucając jej twarde spojrzenie za tak nagłe zbycie jego ciekawości, Harry odesłał książkę na drugi koniec pokoju, a następnie przyzwał ją z powrotem. Tonks jęknęła i popatrzyła na niego z zaskoczeniem.
- Co? - powiedział Harry - Powiedziałaś, bym poćwiczył, więc tak zrobiłem. Coś nie tak?
- Nie używałeś słów ani ruchów dłoni. Użyłeś dwóch różnych zaklęć.
- Masz na myśli to, że powinienem używać słów podczas używania magii bezróżdżkowej? Myślałem, że chcesz bym zrobił to cicho i bez żadnego ruchu.
- Pozostawiłam Cię samemu sobie, byś nauczył się magii bezróżdżkowej. Sądziłam, że łatwym sposobem, robiąc wszystko jak zwykle, tylko bez różdżki. Nie spodziewałam się magii niewerbalnej i bez żadnych ruchów. Harry, nigdy o tym nie czytałeś?
- Oczywiście, że nie, od tego mam Hermionę. Ona czyta, Ron się martwi, a ja...po prostu robię.
- Przynajmniej dowiodłeś w ten sposób, że masz siłę woli i magiczną zdolność. Okej, więc opanowałeś lewitację i przyzywanie przedmiotów. Jestem pod wrażeniem, dobra robota jak na jeden dzień.
- Dzisiaj nauczyłem się ośmiu zaklęć - wymienił je wszystkie - Chociaż nie jestem pewien, czy działa zaklęcie mrożące, mogłem ćwiczyć jedynie na przedmiotach nieożywionych.
Tonks tylko potrząsnęła głową.
- Jak na Merlina mogłeś... Nieważne. Twoja metoda, Harry. Poszło Ci lepiej, niż komukolwiek innemu, kogo znam.
Pomyślała o pytaniu, które chciała zadać.
- Harry, czy znasz jakieś ograniczenia swojej magii?
Harry pomyślał i próbował sobie przypomnieć.
- Z tego, co wiem, nie wolno się aportować w Hogwarcie z powodu osłon. Nie ma żadnej osłony przeciwko Zabójczej Klątwie, ale jestem dowodem, że to nie zawsze prawda.
Harry myślał dłużej i Tonks wydawała się zaniepokojona.
- To wszystko co wiem, Tonks. Hermiona pewnie dałaby Ci kilka stron, jeżeli faktycznie chciałabyś wiedzieć.
- Chyba rozumiem Cię lepiej. Wiesz jedynie to, co ktoś Ci powiedział, a ludzie nie mówili Ci zbyt wiele. Prawdopodobnie większość przypuszczała, że wszystko wiesz, w końcu jesteś Harrym Potterem.
- Tak, jak z tym byciem wężoustym na drugim roku. Jak mogłem wiedzieć, że jedynie czarnoksiężnicy mogli rozmawiać z wężami? Dobra, wiedziałem, że ja mogę. Jedynie raz widziałem jednego w zoo i można zapomnieć o czymś takim jak gadający wąż, po tym co zdarzyło się później.
- Bazując na tym, co mówili inni, nie wiesz, co możemy, a co nie. Wiesz tylko, co możesz i czego nie. Jeśli przy tym jesteśmy, czego nie potrafisz?
- Na początek, pokonać Rona w szachach. Przeczytać więcej, niż Hermiona, wiedzieć więcej od niej, nieważne. Em, aportować się wewnątrz Hogwartu. Nie potrafię wymyślić czegoś więcej.
Tonks parsknęła śmiechem.
- Nie masz pojęcia o powszechnie akceptowanych zasadach magii. Zwyczajnie, idziesz i robisz. Mogę Ci powiedzieć, że ludzie zazwyczaj zaczynają praktykować magię bezróżdżkową z udawaną różdżką i potem idą dalej. Rzadko kto robi to niewerbalnie i bez ruchu. Ty dałeś radę pierwszego dnia, co jest nieco przerażające. Fakt, że nauczyłeś się tak ośmiu zaklęć, nie pomaga.
- Całe życie mówiono mi, że jestem bezwartościowy i nic nie umiem. Magia jest jedyną rzeczą, którą umiem, a oni nie. Nie chcę im niczego dowodzić. Nie chcę również zawieść mojego taty i mamy.
Tonks pokręciła głową, pokazując, że rozumie jego przekonania. Wiedziała, że jej życie bardzo różniło się od Harry'ego. Zawsze miała wsparcie rodziców. Nigdy nie musiała udowadniać im swojej wartości. Zawsze ją kochali. Harry nie miał tego wszystkiego. Była w nim ciągła walka. Magia była tym, co miał i był w niej lepszy, niż każdy kogo znała, wyjąwszy Dyrektora i Sami-Wiecie-Kogo.
Tonks czuła, jak Harry uspokaja się i oczyszcza umysł. Mogła wyczuć jego emocje prawie pod powierzchnią. Czuła jak walczy, by kontrolować swój umysł i wygrywa. Wiedziała, że użyła trochę Legilimencji, by go odczytać, ale to było konieczne, by wiedzieć, co czuje. Czuła jak jego ciała ciało sztywnieje i zastanawiała się, co to spowodowało.
Harry zdał sobie sprawę, że wciąż trzyma dłoń na biodrze Tonks, a jej spodnie są opuszczone aż do ud. Widział drgający, niebieski materiał, zakrywający jej kluczowe miejsca i zastanawiał się, jak czuje się tam, na dole. Wiedząc, że Tonks przed chwilą używała na nim Legilimencji, natychmiast powstrzymał takie myśli.
Odkaszlnąwszy, powiedział:
- Tonks, może mogłabyś już podciągnąć spodnie? Wątpię, by ktoś z Dursleyów by docenił, gdyby wszedł i zobaczył nas w takiej sytuacji. Dobra, Dudley mógłby, ale wolałbym tego nie rozważać.
Tonks spojrzała i zobaczyła, że jej spodnie rzeczywiście są dalej na dole, a majtki w pełni widoczne. Obserwując jego twarz, powoli je podciągnęła, próbując zobaczyć, czy mu się podoba.
- Jesteś pewien, że nie wolisz, by były na dole, Harry? Jestem pewna, że zorientowalibyśmy się na czas.
- Dziękuję za propozycję, Tonks, ale wątpię, byś naprawdę chciała się zaangażować z takim gościem, jak ja. Wiesz, te wszystkie „przeznaczony na śmierć" i dalej, przerażają większość ludzi.
Pokręciła głową.
- Naprawdę nie wiesz, co ludzie czują, prawda?
Tonks zmieniła plany na wieczór.
- Chciałabym Ci pomóc z Twoją Oklumencją, Harry. Potrzebujesz ją dobrze opanować, jeżeli moje plany na lato mają się powieść. Muszą pozostać sekretem dla wszystkich. Zainteresowany?
- Na pewno muszę nauczyć się Oklumencji, ale nie wiem, co planujesz na lato, dopóki mi nie powiesz. Więc, o co chodzi?
- Nie teraz, Harry. Dowiesz się jutro, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Tak, czy inaczej, czegoś powinieneś się nauczyć już tego wieczoru. Więc, poćwiczmy Oklumencję. Wiesz coś o oczyszczaniu swojego umysłu, ale nic o całej reszcie. Musisz być w stanie wyczuć wtargnięcie i zwalczyć je, czy też skierować w bezpieczne miejsce. Naprawdę zdolny oklumenta, jest w stanie pokazać legilimencie, co tylko zechce, bez wykrycia. Trochę ludzi potrafi osłonić swój umysł i zapobiec wejściu, ale celem powinno być skierowanie intruza na fałszywe lub bezpieczne wspomnienia. Nadążasz?
- Tak, rozumiem założenia, ale nie wiem, jak je osiągnąć.
- Siła woli jest kluczowa, Harry, jeżeli masz jej dość. Teraz, rzucę zaklęcie i spróbuj mnie skierować ku bezpiecznym wspomnieniom. Wyrzuć mnie jedynie, gdy nie będziesz w stanie zrobić niczego innego.
Tonks rzuciła czar i zaczęła przedzierać się przez wspomnienia Harry'ego. Zaczęła od bezpiecznego miejsca w jego umyśle, koncentrując się na tym, co robił podczas pierwszego roku. Widziała Zwierciadło i czuła jego szczęście, gdy ujrzał rodzinę. Poczuła jak łzy spływają po jej własnej twarzy, w reakcji na to wspomnienie. Przeszła do meczów Quidditcha i poczuła jego wszechogarniającą ekscytację, gdy dosiadał miotły. Następnie były rozmowy z Ronem i Hermioną przez cały rok. Nic nie miało sensu, bo były kompletnie bez żadnego porządku, ale słyszała słowa.
Przerwała ćwiczenie i obserwowała, jak Harry siedzi naprzeciwko niej, z wyrazem skupienia na twarzy. Zanurkowała z powrotem w morzu myśli i natrafiła na jedną, dość przerażającą. Był to Zakazany Las i kształt przemieszczający się w stronę Harry'ego. Wspomnienie zmieniło się na bardzo wysokie figury szachowe, sunące po szachownicy. Kolejna zmiana. Zobaczyła jak troll macha maczugą, celując w Hermionę. Czuła jak jest wypychana i po chwili siedziała z powrotem w pokoju Harry'ego. On sam siedział na łóżku, ciężko dysząc.
- Bardzo dobrze, Harry. Rozważając wszystko, zrobiłeś kawał dobrej roboty.
- Nie potrafiłem zatrzymać Cię na jednym wspomnieniu albo powstrzymać przed pójściem, gdzie tylko byś chciała. Specjalnie trzymałaś się z dala od nieprzyjemnych wspomnień?
- Chciałam zacząć od czegoś łatwego i potem podwyższać poprzeczkę. Jeżeli zaczęłabym od tych złych wspomnień, nie nauczyłbyś się niczego. Niech zgadnę, ten dupek wpychał się w najgorsze i zatrzymywał w nich?
- A co innego mógł robić? Widziałem jak Cedrik umiera, więcej razy, niż mogę zliczyć. Atak na Pana Weasleya i powracający Voldemort również były jego ulubionymi.
- Nie potrafię o tym powiedzieć czegokolwiek choćby odrobinę miłego, czy neutralnego, więc nie powiem nic. Wspaniale, że nauczyłeś się czegokolwiek z tego rodzaju instrukcjami. Jak trochę odpoczniesz, spróbujemy ponownie. Będzie lekko, póki tego nie opanujesz. Później postaram się, by było ciemniej i wymagało do Ciebie więcej siły. Obawiam się, że nie ma innej opcji.
- Po prostu to zróbmy, Tonks. Jestem w tym lepszy, niż w mówieniu.
Kontakt wzrokowy został nawiązany ponownie, Tonks wypowiedziała słowo i znowu zobaczyła myśli Harry'ego. Tym razem, był to jego drugi rok i obserwowała drogę do Hogwartu. Latający samochód był czymś, czego nie zdołała zwyczajnie przyjąć i wybuchła śmiechem. Och, te kłopoty w które wpadł z powodu niewłaściwego użycia produktu mugoli. Byliby z Syriuszem najlepszymi przyjaciółmi, jeśliby dać im czas. Kontynuowała oglądanie większej ilości meczów Quidditcha. Umiejętności Harry'ego były zachwycające. Była przekonana, że po szkole mógłby grać profesjonalnie, gdyby tylko chciał.
Wspomnienia wróciły na pierwszy rok, do Zwierciadła Ein Eingarp. Nie na długo jednak, wkrótce obserwowała jak Harry pojedynkuje się z Draco i cieszyła się z każdej minuty widowiska. Zobaczyła jak siedzą w Łazience Marty, pracując na eliksirem wielosokowym. Och, Harry, trudny eliksir. Po co był wam potrzebny? Potem, Gilderoy Lockhart w bladoniebieskich szatach, brykał wokół niego jak alfons.
Obrazy zmieniły się ponownie na scenę ze Zwierciadłem i zatrzymały na parę minut, nim Tonks postanowiła kontynuować. Czuła opór Harry'ego. Dobrze, Harry. Tak trzymaj. Szybko się uczysz. Włożyła w swoje wysiłki więcej siły woli, wizje zmieniły się, ale wszystko było zamazane i na niczym nie dało się skupić. Próbowała zmienić obraz, ale jej widok jakby zamroził się w jakiejś chmurze. Cofnąwszy zaklęcie, zobaczyła, że Harry patrzy na nią z niewyraźnym uśmiechem.
- Dobra robota, Harry. Zatrzymałeś mnie, tam, gdzie byłam. Nie potrafiłam niczego zmienić, ale wciąż tam byłam. W ogóle próbowałeś mnie wyrzucić?
- Nie. Próbowałem Cię nakierować gdzie indziej, ale skoro nie działało, zatrzymałem, gdzie byłaś. Wydaje mi się, że mam tylko jedną szansę, by zmienić obraz, w przeciwnym wypadku, wszystko się sypie.
- Szybko robisz postępy, Harry. Popracujmy jeszcze trochę, a potem chodźmy gdzieś na obiad. Nawet Ci go kupię, w końcu jesteś biednym uczniem i tak dalej.
Zaczęli ponownie. Sceny z trzeciego roku pojawiały się dookoła, ale coś było inaczej. Każdy obraz był nieco zniekształcony, jakby widziany oczyma kogoś innego. Gdy tylko Harry nadmuchał swoją ciotkę trzeci raz z rzędu, ponownie stały się ostre i wyraźne. Tonks próbowała zmienić wspomnienia na Quidditcha, ale zorientowała się, że patrzy na jego pierwszą wycieczkę na Pokątną z Hagridem. Wysiliła się jak mogła, by zobaczyć pierwszy list z Hogwartu, ale jedynym, co ujrzała było ponownie Zwierciadło.
Gdy zwolniła zaklęcie, zobaczyła, jak Harry bierze kilka głębokich oddechów.
- Doskonale, Harry. Myślę, że już pojąłeś o co w tym chodzi. Spróbujmy jeszcze raz, będę tak brutalna jak mogę.
Gdy niechętnie skinął głową, rzuciła czar i ponownie zagłębiła się w jego wspomnienia.
Obserwowała spotkanie ze Strażą Przednią z zeszłego roku. Widziała jak bije Malfoya po twarzy. Próbowała wywołać wspomnienie z ataku węża na Artura, ale wówczas stwierdziła, że leży na łóżku, gapiąc się w sufit i zaczyna czuć jak boli ją głowa. Cicho jęknęła i usiadła. Harry patrzył na nią z góry i nie uśmiechał się.
- Próbowałam to nieco zmienić, Harry. Chciałam zobaczyć jak sobie z tym poradzisz i szybko mnie wywaliłeś. Kiedykolwiek zrobiłeś tak samo temu wielkiemu dupkowi?
- Tak, wyrzuciłem go wcześniej. Naprawdę chciałaś zobaczyć to wspomnienie?
- Nie, Harry, nie chciałam, ale wydawało się, że całkiem dobrze radzisz sobie z przyjaznymi wspomnieniami. Chciałam Cię trochę przetestować. Wiem, nigdy Ci tego nie mówiono, ale kiedy się tego uczy, zaczyna się od przyjemnych wspomnień, w miarę postępu, przechodząc do coraz gorszych. Nauczyłeś się jak zatrzymać mnie na jednym wspomnieniu i jak nakierować na inne. Mogę Ci powiedzieć, że mnie nakierowywałeś, ale wiedziałam jakie to wspomnienia i co się w nich działo. Prawdziwą sztuką byłoby, gdybym patrzyła na coś, czego wcześniej nie widziałam i wtedy wykreowanie fałszywego wspomnienia, by pokazać mi, co zechcesz.
- Próbowałem, ale wszystko, co mogłem to pokazać Ci coś innego.
- Harry, naprawdę jesteś w tym dobry. Nie obniżaj swojej samooceny, tylko dlatego, że nie opanowałeś najtrudniejszej części. Popracujemy nad tym później. Teraz, jestem głodna i potrzebuję jedzenia. Jak z Tobą?
- Mógłbym coś zjeść. Masz na myśli jakieś konkretne miejsce?
- Nie ma czegoś w pobliżu? Mugole też muszą coś jeść.
- Tak, jest parę miejsc po drugiej stronie parku i parę ulic dalej. Myślę, że możemy tam zjeść. Masz ochotę na coś szczególnego?
- Jak długo dobrze smakuje i wypełnia mi żołądek, będę szczęśliwa.
Kiedy opuszczali pokój, Harry nasłuchiwał znaków obecności wuja Vernona i Dudleya, ale wymknęli się przez drzwi frontowe bez problemu. Harry prowadził, wypatrując wszystkiego, o co Tonks mogłaby się potknąć. Ku jego zaskoczeniu i rozbawieniu, potknęła się kilka razy absolutnie o nic. Śmiali się z jej niezdolności do poprawnego chodzenia, gdy szli na północ Magnolia Road, zmierzając do restauracji.
Gdy dotarli na miejsce, Harry zatoczył ręką łuk, ukazując jej różne opcje.
- Co chcesz, Tonks? Mamy do wyboru kuchnię włoską, chińską, fast food i pub.
- Myślę, że pizza brzmi dobrze. Chodźmy tam.
Harry przytrzymał dla niej drzwi i razem wkroczyli do przyzwoitych rozmiarów restauracji. Kelner posadził ich w rogu, pomiędzy rodziną z jednej, a parą z drugiej strony. Harry otworzył menu i pomyślał o wszystkich okazjach, kiedy zamawiał dla siebie jedzenie. Poza Hogwartem i magicznym światem, było to zaledwie kilka razy. Wówczas Dursleyowie zawsze mówili mu, co ma wziąć i była to najtańsza pozycja w całym menu.
Teraz mógł wziąć co chciał, a była to pizza pepperoni na grubym cieście, z dodatkowym serem. Dokonawszy wyboru, spojrzał na Tonks i jej twarz skrzywioną w namyśle. Miała język między zębami, a końcówka nieco wystawała z ust. Obserwował ją parę sekund, ciesząc się widokiem, zanim wpadł na nieco diabelski pomysł.
- Uważaj Tonks, nie chcę byś się uszkodziła za ciężko myśląc. Jeśli potrzebujesz pomocy, zwyczajnie daj znać i pomogę.
Harry wyszczerzył się do niej, gdy spojrzała niego nieprzytomnie.
- Co to było, Harry? Byłam zajęta, starając się nie kopnąć Cię pod stołem tak mocno, jak potrafię. Mógłbyś powtórzyć?
- Nie, dzięki Tonks. Myślę, że siądę sobie cicho, gdy Ty się namyślasz. Nie chcę byś się przewróciła, gdy będziesz próbowała mnie kopnąć.
Harry poruszył się szybko, ledwie skończył zdanie, unikając małej stopy, celującej prosto w jego goleń. Tonks wyglądała na rozczarowaną, kiedy jej nodze nie udało się połączyć z żadną częścią jego ciała.
- Proszę uważać, drogi panie. Nie zapominam i nie wybaczam łatwo. Inna sprawa, że zaczynasz się odprężać, przebywając ze mną. Powinieneś czuć się na tyle komfortowo, by rozmawiać ze mną, jak ze swoimi przyjaciółmi. W sercu jestem dużym dzieckiem i nie daj się oszukać twardej powierzchowności.
Widziała jak złośliwy uśmieszek pojawia się na jego twarzy.
- Tym niemniej, myślę, że możesz zachować ten komentarz dla siebie, młody człowieku.
Przerwał im kelner, przynosząc wodę i pytając o zamówienia. Harry potaknął i zobaczył, że Tonks daje mu znać, by zamówił pierwszy.
- Poprosiłbym małą pepperoni, na grubym cieście, z dodatkowym serem i colę.
Tonks uśmiechnęła się i powiedziała kelnerowi, by zmienił pizzę na średnią.
Żartowali z siebie nawzajem, czekając na pizzę. Harry zlustrował pomieszczenie, szukając czegokolwiek, co nie byłoby w porządku, ale wszystko było takie, jak powinno. Ich zamówienie przybyło i zaczęli jeść. Przez większość posiłku, rozmawiali przyjaźnie, w przerwach między docinkami. Gdy został ostatni kawałek, Harry odstąpił go Tonks.
- Zjedz go, Harry. I tak muszę mieć baczenie na swoją figurę. - powiedziała Tonks przybierając pozę, na której widok Harry parsknął.
- Hej, wiem, że jestem paskudna, ale śmianie się ze mnie jest zwyczajnie chamskie. Będę płakać.
Tonks dramatycznie starła urojone łzy z kącików oczu.
- Dobra, możemy podzielić ten kawałek. Okej?
Gdy kiwnęła na zgodę, podzielił go na pół i podsunął jej jedną część.
- Tak lepiej.
Skończyli pizzę i Harry poczuł się przyjemnie pełny. Tonks westchnęła i przez sekundę trzymała żołądek.
- Powinnam Ci zostawić cały ostatni kawałek. Teraz jestem naprawdę pełna.
- Pytałaś i masz. Nie żałuję. - odparł Harry, umieściwszy się wygodniej na krześle.
Tonks zapłaciła, jak obiecała. Dyskretnie dyskutowali o jego technikach nauki magii bezróżdżkowej, kiedy jakaś głowa wyjrzała zza pleców Harry'ego. Tonks pomachała i uśmiechnęła się, więc obrócił się, by ujrzeć znajomą twarz. Emma uśmiechnęła się i zachichotała. Po czym zniknęła, by powiedzieć jej rodzicom, kto za nimi siedzi.
- Miło Cię widzieć, młody człowieku - odezwał się jej ojciec, gdy tylko pokonał krótki dystans do ich stolika.
- Chciałbym Ci podziękować za okazaną dzisiaj pomoc. Doceniam to.
- Jak mówiłem wcześniej, nie ma sprawy. Jak się masz, Emmo? - zapytał Harry.
- Lepiej - odparła cicho - Lekarz dał mi leki i ból minął. Dał mi też fioletowy gips na ramię, zobacz.
Podniosła ramię i pokazała wspomniany gips. Wyglądała na zmęczoną, ale walczyła ze wszystkim, co ją spotkało.
- Wow, fioletowy - powiedział Harry - Kiedy ja złamałem rękę, dostałem gładki i biały.
Harry zwrócił się ku jej bratu i wspomniał, że on też sobie świetnie dzisiaj poradził, zarabiając uśmiechy od obojga rodziców.
- Dziękuję ponownie, Harry - powiedziała kobieta - Nie przedstawiliśmy się właściwie. Nazywam się Cathy Williams, a mój mąż to Charles, Jonathana spotkałeś wcześniej. Emma nie przestanie o Tobie gadać całą noc.
Ignorując ostatni komentarz, Harry starał się kontynuować rozmowę.
- Harry, Harry Potter
Potrząsnął ręką Charlesa.
- Jedliście dzisiaj poza domem?
- Po całym tym czasie spędzonym w szpitalu, stwierdziliśmy, że to najlepsze rozwiązanie. Widzę, że podjęliście taką samą decyzję. To Twoja dziewczyna, Harry?
Cathy uśmiechała się, ale rzuciła Tonks ostre spojrzenie.
- No, Tonks jest przyjaciółką... - zaczął słabo Harry.
- Tak, jestem jego dziewczyną - wtrąciła się Tonks bez żadnego wahania - Jest wspaniałą osobą, co dzisiaj sami widzieliście, jak słyszę.
- Wspaniały, prawda Tonks? - Cathy wydawała się ostrożnie dobierać słowa - Wyobrażam sobie jak wam wszystko komplikuje fakt, że Harry nadal jest w szkole, a Ty pracujesz.
- Och, to nie takie trudne - odparła Tonks, kompletnie nie przejmując się jej komentarzem.
- Harry jest starszy, niż wygląda. Przynajmniej zachowuje się dużo dojrzalej, niż powinien w swoim wieku. Z drugiej strony, ja zachowuje się zachowuje się, jakbym była dużo młodsza, więc wszystko razem działa, mam nadzieję, że pani rozumie.
- Myślę, że rozumiem - Cathy złagodziła głos - Był takim gentlemanem wcześniej. Cieszę się, że dobrze trafił.
- Jest pani wśród rosnącej liczby osób, które mówią tak samo. - odparła Tonks z powagą.
- Tonks, przestań - wyszeptał Harry, ale i tak wszyscy go usłyszeli.
- Cicho, Harry, wiesz, że to prawda.
- Nic o tym nie wiem.
- Och, mordęga z Tobą - fuknęła żartobliwie i mrugnęła do Emmy, zarabiając na uśmiech od zmęczonej dziewczynki.
Cathy widziała jak Harry próbuje zlekceważyć, to co wcześniej dla nich zrobił i powstrzymać Tonks od opowiadania o jego pozostałych dobrych uczynkach. Nie wiedziała, co jeszcze zrobił ten młody człowiek, ale najwyraźniej pomoc dziewczynce była z nich czymś łatwym.
- Dziękujemy ponownie, Harry - odezwał się Charles - Powinniśmy dostarczyć nasze śpiące dzieci do domu, zanim będziemy musieli nieść je całą drogę.
Tonks podeszła do drzwi i przytrzymała je kilka minut, by mogli wyjść. Harry pomógł rodzinie dojść do drzwi i razem poszli w dół Magnolia Road. Przy wejściu do parku, niedaleko bramy, Harry ponownie poczuł, że grozi mu niebezpieczeństwo. Zatrzymał się i rozejrzał, przez co Tonks również wytężyła uwagę. Położyła dłoń na ukrytej różdżce i czekała na uzasadnienie, by wydobyć ją przy mugolach.
Cathy i Charles zauważyli zmianę w nastroju Harry'ego i opiekuńczo objęli dzieci. Harry obserwował park i zobaczył grupkę ludzi, wynurzających się z cieni pod drzewami. Na przodzie był Piers.
- Oj, Potter, przyszedłeś skończyć, co zaczęliśmy, czy znowu zamierzasz uciec?
- Mamusiu, to ten chłopiec groził Harry'emu. - wtrąciła cicho Emma - Powiedział, że go zabije.
Harry spoglądał prosto na Piersa, starając się wyglądać groźnie. Gdy Charles i Cathy patrzyli, zrozumieli, co ich córka miała na myśli, twierdząc, że potrafi być przerażający, gdy zechce. Cathy zerknęła na Tonks, wydawała się odprężona, ale rękę trzymała w kieszeni.
Będąc troskliwym ojcem, Charles wystąpił naprzód i kazał napastnikom się wynosić.
- Potrafię sobie z nimi poradzić, Charles - powiedział stanowczo Harry - Dlaczego nie zabierzesz rodziny do domu, by cieszyć się z reszty wieczoru?
Charles nigdy nie widział, by ktoś tak młody jak Harry, mówił tak jasno i mocno, mając w perspektywie zmierzenie się z co najmniej czterema, groźnie wyglądającymi drabami. Zdał sobie sprawę, że odprowadza swoją rodzinę dalej, zanim sprawy przybiorą bardziej brutalny obrót.
- Piers, powinieneś zapytać Dudleya, co się stało z jego ojcem innej nocy, zanim zdecydujesz się mnie zaatakować.
- Pieprz się, Potter! - wrzasnął Piers - Postępuje po swojemu!
- Uważaj na język, Piers. Są tu dzieci i wolałbym nie musieć osobiście zamknąć Ci ust.
Sprawdził, gdzie są Williamsowie i stwierdził, że Charles ponownie jest bliżej, podczas gdy pozostali się oddalają.
- Panie Williams, proszę iść do swojej rodziny. Nie potrzebuję pomocy, by dać sobie z nimi radę. Może się Pan jedynie uszkodzić i nie chce Pan chyba ponownie utknąć w szpitalu tego dnia.
- Tak, Panie Williams, proszę zostawić to Harry'emu - Tonks poparła go stanowczo. Potrafi całkiem dobrze o siebie zadbać. Kiedy inni próbują pomóc, wszystko idzie na opak.
Charles obserwował, jak Tonks przysuwa się do Harry'ego. Harry ustawił ją za sobą, kompletnie ignorując jej obrażone spojrzenie.
- W porządku, Tonks. Nie chcesz się znaleźć się w środku tego wszystkiego.
Piers postąpił naprzód, próbując przerazić Harry'ego. Wyciągnął nóż i wywijał nim dookoła.
- Chronisz swoją dziwkę, Potter?
Ledwie te słowa opuściły jego usta, stracił kontakt z podłożem, a ciało poleciało do tyłu, od uderzenia pięścią Harry'ego, która trafiła go prosto w szczękę. Piers uderzył o ziemię, gdzie zwinął się w bezkształtną kulę, podczas gdy pozostali patrzyli na to z przerażeniem. Nóż wyleciał mu z dłoni, przeleciał nad nim i prawie trafił Malcolma w ramię. Dudley jakby widział powtórkę, jak jego ojciec opada na podłogę w domu, gdy zaatakował Harry'ego. Przypomniał sobie jak Harry groził jego ojcu, co będzie jeżeli obrazi Tonks. Chciał wracać do domu. Pomyślał nawet o przeczytaniu tej książki dla dziwolągów.
- Uważaj, kogo obrażasz, Piers. To samo tyczy się reszty z was. Nie będę tolerował takich rzeczy, mówionych o mojej przyjaciółce.
Harry obrzucił spojrzeniem resztę, stali dookoła, obserwując chybioną próbę upokorzenia go.
- Zabierzcie go stąd, zanim któryś ze wścibskich sąsiadów zwróci uwagę i zadzwoni po policję - dorzucił.
Obrócił się i odciągnął Tonks z dala od bandy. Mogła się jedynie roześmiać, widząc, jak Harry sobie z nimi poradził.
- Harry, nie możesz się powstrzymać, by nie stawać w obronie innych, prawda?
- Nie, nie mogę. A teraz, odprowadźmy państwo Williams do domu, zanim Dudley i kompania zechcą wziąć odwet za rozłożenie Piersa. Dalej, Panie Williams, proszę odprowadzić rodzinę.
Charles pospieszył za swoją żoną i dziećmi, ale rzucał Harry'emu okazjonalne spojrzenia. Dotarli do swoich drzwi bez żadnych dodatkowych problemów i ponownie podziękowali Harry'emu za wszystko. Charles mocno potrząsnął jego dłonią i podziękował za pomoc córce i rodzinie. Harry wzruszył ramionami i życzył mu dobrej nocy.
Gdy Harry i Tonks obrócili się, chcąc wracać na Privet Drive, chwyciła go za rękę i mocno ścisnęła. Podskoczył lekko, ale nie wyrwał się z uścisku.
- Spokojnie, Harry, to z ich powodu. Pamiętaj, według nich jesteś moim chłopakiem, a ja Twoją dziewczyną. Musimy odegrać dobre przedstawienie.
Harry nie wiedział, co zrobić, więc jej wysłuchał. Trzymał jej małą, ciepłą rękę w swojej, gdy szli w dół ulicy i potem skręcili w stronę numeru cztery. Zaczął myśleć, jak dobrze jej dłoń pasuje do jego, ale przerwał mu odgłos szeleszczącego plastiku.
Obrócił głowę i zobaczył, że Tonks próbuje wydobyć z opakowania miętówkę, używając zębów i wolnej ręki. Prawie parsknął śmiechem, gdy ostatecznie odsłoniła miętówkę i wpakowała ją sobie do ust. Podała mu kolejną. Powtórzył proces i zjadł ją. Szli na Privet Drive w ciszy, Tonks myślała, co Harry zrobił koledze Dudleya, a on o jej dłoni, wciąż spoczywającej w jego. Pierwsza przerwała ciszę, gdy byli parę drzwi od Numeru Cztery.
- Harry, dlaczego stanąłeś między tymi drabami, a resztą z nas?
- Przyszli po mnie, nie kogoś innego. Nie chciałem, by ktoś znalazł się w niebezpieczeństwie, bo chcieli mnie dorwać. Ciężko mi przyszło przyswojenie tej lekcji.
Harry zamilkł, aż dotarli przed drzwi frontowe domu Dursleyów. Westchnął i Tonks widziała, jak się martwi.
- Harry, sprawy mają się tu lepiej. Nie dostrzegasz tego?
- Nie, wszystko jest po prostu inne. Nie jestem pewien, co zrobiłaś mojej ciotce, ale wiem, że to nie przetrwa. Wuj Vernon zmieni ją ponownie w taką, jaką była zawsze. Naprawdę, to tylko kwestia czasu.
Zamilkł na sekundę.
- Nie zaczarowałaś jej, prawda?
- Pewnie, że nie, Harry. Zwyczajnie powiedziałam jej prawdę, chociaż może nieco ją przestraszyłam, by mnie wysłuchała, ale zmieniła się sama. Teraz może naprawdę się Tobą przejmuje. W najgorszym razie, wie jakie jest Twoje życie poza tym domem i to powinno starczyć.
- Dzięki za wszystko, ale nie zamierzam skakać z radości, zanim się nie przekonam, że to prawda. Mam wrażenie, że tak się nigdy nie stanie, więc nie rób sobie zbyt wielkich nadziei, okej?
- Nie ma problemu, Harry. Myślę, że zrozumiałam coś, gdy tu szliśmy.
Obserwowała, jak Harry próbuje zebrać siły, by otworzyć drzwi i zmierzyć z wujem, który już dawno był w domu. Widziała jak jego twarz smutnieje ponownie i pojawia się na niej wyraz rezygnacji. Nie wiedząc, co jeszcze może zrobić, pociągnęła go za rękę, tak, by się obrócił i spojrzał jej w oczy. Pochyliła się w jego stronę, na palcach i pocałowała go w usta. Mocno i uspokajająco.
Harry zamarł na sekundę, zanim nie odwzajemnił pocałunku. To nie miało nic wspólnego z nieśmiałymi pocałunkami z Cho jeszcze w roku szkolnym. Mógł jedynie myśleć, że jest mu ciepło i czuję się dobrze. Instynktownie położył wolną rękę na plecach Tonks, przytrzymując ją w miejscu. Nie był pewien, czy ucieknie, odepchnie go, czy spoliczkuje. Był gotów na wszystko, ale chciał z tego mieć chociaż dobry pocałunek.
Tonks po chwili przerwała pocałunek i odetchnęła z satysfakcją. Uśmiechnęła się do Harry'ego, kiedy otworzyła oczy, a on zamrugał. Uznając, że spodziewał się policzka, pomyślała, co mogłaby powiedzieć, by rozjaśnić nastrój.
- Mięta - powiedziała, przysuwając się bliżej i przyciskając swoje ciało do niego.
- Może powinniśmy tego spróbować jeszcze raz. Dobrze całujesz, Harry. Zastanawiam się, w czym jeszcze możesz być dobry.
Znacząco poruszyła brwiami i wydłużyła rzęsy, by nimi zatrzepotać.
Harry odzyskał równowagę, ale nie wiedział, co powiedzieć. Nerwowa, ale napięta sytuacja została nagle przerwana, kiedy otworzyły się drzwi frontowe, ukazując czerwonego na twarzy wuja Vernona, który wpatrywał się w parę.
- Durny chłopaku! - wrzasnął - Do środka, bo sąsiedzi Cię zobaczą!
Złapał go za ramię i wepchnął do przedpokoju, kompletnie zapominając o Tonks.
- Nie będziesz się włóczył na podjeździe i robił tego. Oberwiesz za robienie tego przed moim domem.
Tonks przestraszyła się liczby konsekwencji, które mogą wyniknąć z tej konfrontacji. Harry mógł uwolnić nieco swojej magii, kontrolowanej lub nie, albo ona sama mogła zakończyć starcie. Czas mijał, Vernon nie występował przeciw Harry'emu, ale nadal wyglądał na gotowego by to zrobić.
Harry zatrzymał się szybko i spojrzał w twarz wujowi.
- Będę robił, co mi się podoba, wuju. Nie chwycisz mnie tak ponownie.
Głos Harry'ego był cichy, ale krył w sobie groźbę.
- Powiedziałem Ci wcześniej, byś mnie zostawił. Ostrzegłem, że nie będziesz mnie traktował tak samo, jak wcześniej. Obiecałem, iż sprawy ulegną zmianom, takim, czy innym. Mogę ich dokonać już teraz. Czy jesteś gotowy na te zmiany?
Tonks poczuła jak przechodzi ją zimny dreszcz, gdy oczy Harry'ego jakby ożyły. Hałas na szczycie schodów powiadomił ją o obecności Dudleya. Sapanie z salonu, dowodziło, że Petunia także jest w domu. Ta chwila mogła być punktem zwrotnym dla Harry'ego i Dursleyów.
- Grozisz mi, chłopcze? Myślisz, że możesz się ze mną mierzyć?
- Owszem, wuju Vernonie, grożę - oznajmił spokojnie Harry - I tak, mogę się z Tobą zmierzyć. Radziłem sobie z gorszymi od Ciebie.
- O tak, zapewne musiałeś się przejmować większymi ode mnie w tej szkole dla dziwolągów. Dalej, próbuj chłopcze. Jeśli jesteś taki twardy - zmierz się ze mną. Rozwiążemy ten problem raz na zawsze. Jeśli się poranisz, czy gorzej, niech będzie.
Vernon nigdy wprost nie rzucił Harry'emu wyzwania, od kiedy ten poszedł do szkoły. Pomyślał, że Harry zapewne się wycofa, jak za każdym poprzednim razem, gdy chłopiec dorastał. Jego pewność siebie zaczęła gwałtownie maleć, gdy Harry pozostał na swojej pozycji i patrzył mu prosto w oczy.
- Twój ruch, wuju - Harry wypluł ostatnie słowo niczym paskudną fasolkę Berti'ego Botta. Nie miał pojęcia, czy może się mierzyć z wujem w prawdziwej walce, ale nigdy nie unikał starcia. Z tyłu dostrzegał Tonks, z różdżką wycelowaną prosto w plecy wuja Vernona.
- Vernon! - krzyknęła na męża Petunia, po raz pierwszy w jego życiu.
- Tutaj tak nie będzie. Nigdzie tak nie będzie. Nie będzie ze sobą walczyć. Tak się nie stanie.
Petunia, wysoka i imponująca, stała w drzwiach salonu.
- Vernon, mówiłam Ci, byś tego nie ciągnął! Zacznijmy od tego, że ona ma różdżkę, wymierzoną w Ciebie. Naprawdę myślisz, że Cię nie zrani? Poza tym, wiesz przecież, Harry zrobi wszystko, by przeżyć.
W holu zaległa cisza, wszyscy myśleli nad tym, co powiedziała Petunia.
- Harry, Ty i Tonks na noc powinniście udać się na górę. To najlepsze, co możecie zrobić, rozumiesz jak sądzę?
- Tak, ciociu Petunio. I tak mieliśmy tam iść. Tonks?
Tonks, za pomocą różdżki, mocno ukłuła w plecy wuja Vernona i ten odskoczył jej z drogi, z oczkami wlepionymi w kawałek drewna. Zaczęła wchodzić po schodach, czekając, aż Harry do niej dołączy. Harry zatrzymał się za nią i jeszcze raz przemówił do wuja.
- Następnym razem, gdy mnie zaatakujesz, wuju, mocno Cię uszkodzę. Nikt mnie nie powstrzyma. To ostatnie ostrzeżenie. Lepiej je zapamiętaj.
Harry obserwował wuja, czekając, aż Tonks wejdzie na górę. Lekko popchnął ją w plecy, by skłonić do dalszej wspinaczki.
Minęli Dudleya, który z szeroko otwartymi ustami, obserwował niedawne przedstawienie. Cofnął się tak szybko, jak mógł, ale to i tak nie zostawiło im wiele miejsca na przejście. Już w bezpiecznej sypialni, Tonks mocno przytuliła Harry'ego.
- Harry, martwiłam się. Bałam się, czy Cię nie zrani albo go nie zabijesz. Nie zrozum mnie źle, zabicie go byłoby łatwe do uzasadnienia, ale byłby to proces dość skomplikowany.
Ponownie próbując rozjaśnić nastrój, dodała:
- Wiesz jak wiele papierkowej roboty musiałabym odwalić? Skończenie zajęłoby mi resztę lata.
Harry wykrzywił wargi w uśmiechu.
- Eh, oddelegowałbym Hermionę, by Ci pomogła. Załatwiłaby to najwyżej w tydzień. Nawiasem mówiąc, Dumbledore nie może sobie pozwolić na utratę Ciebie. Zresztą, jestem pewien, że bycie aurorem upraszcza papierkową robotę.
- Owszem, ale wtedy, gdybym zabiła go ja, nie Ty. W każdym razie, myślę, że mamy dość zabawy jak na tę noc. Przebyłeś trzy starcia, dwa razy uratowałeś dziewczynkę, raz jej rodzinę. Sądzę, że zasłużyłeś na nieco odpoczynku.
- Przestań. Zrobiłem, co akurat trzeba było zrobić. Jak zawsze.
Harry zebrał rzeczy i poszedł do łazienki.
Tonks rozejrzała się po pokoju i zastanowiła, czy Harry kiedykolwiek zda sobie sprawę, ile dla innych znaczy. Czekała, aż wróci, by mogła sama udać się do łazienki.
Harry ułożył się w łóżku. Zaczynał lubić spać z kimś. Wydawało się, że przynajmniej sypia lepiej. Dotąd nie miał żadnego koszmaru i to była najmilsza zmiana. Czekał i nasłuchiwał wszystkiego z zewnątrz i środka. Słyszał bulgotanie wody w rurach. Dudleya, który robił coś w swoim pokoju. Sowę, siedzącą na drzewie obok domu. Zdał sobie sprawę, że to musi być Hedwiga, była jedyną sową w okolicy, o której wiedział. Z dołu dochodził cichy pomruk i Harry miał nadzieję, że to nie wuj Vernon wrzeszczący na jego ciotkę, za własne ocalenie.
Tonks otworzyła drzwi i wkroczyła do środka, tak cicho, jak mogła. Wyglądała tak samo, jak przedtem, ale coś się jednak zmieniło. Powiedziała coś do swojej różdżki, a ta nieznacznie wibrowała, gdy przestała, umieściła ją pod poduszką. Uśmiechnęła się do leżącego Harry'ego i zaczęła ściągać koszulę.
Zamarł, ponownie tego dnia, ale po chwili zobaczył, że na szczęście ma pod spodem t-shirt. Mrugnęła i rozpięła spodnie. Oczekiwał czegoś podobnego, jak na górze, szortów, czy czegoś jeszcze innego. Dlatego otworzył szeroko usta, gdy zobaczył tę samą parę niebieskich majtek, którą widział wcześniej. Wygięła się, by ściągnąć spodnie i widział, jak niebieska tkanina napina się na jej pośladkach, a koszulka podjeżdża do góry, ukazując plecy.
Przez sekundę, usta Harry'ego zdążyły całkiem wyschnąć i nie wiedział, co z tym zrobić. Zmusił się, by spojrzeć jej w oczy, teraz ciemnobrązowe. Tonks była w prawdziwej postaci, od razu zauważył tę różnicę. Udało mu się rzucić ukradkowe spojrzenie na jej klatkę piersiową i dostrzegł jak większe piersi mocno napinają jej koszulkę.
- Um, Tonks? Co robisz...
- Cicho, Harry - wyszeptała. Weszła do łóżka i gładko wślizgnęła się pod kołdrę. Powoli przysunęła się do Harry'ego, nie spuszczając z niego wzroku. Położyła lewą rękę na jego prawym boku, sięgając aż do szyi. Lewą umieściła pod głową i na plecach, przemieszczając go ku sobie. Uśmiechnęła się do Harry'ego, w sposób, uśmiechem, który mógł opisać tylko jako uśmiech nimfy.
Harry wstrzymał oddech, gdy Tonks przyciągnęła go do siebie. Nawał myśli przytłaczał go tak, że jego ograniczony trening Oklumencji w niczym nie pomagał. Tonks przysunęła jego głowę do swojej i pocałowała. Było podobnie, jak podczas pocałunku, który wymienili przed drzwiami frontowymi, ale tym razem posunęła się dalej. Mocniej przyciskała usta, a językiem popchnęła jego wargi.
Harry nieco rozchylił usta, więc jej język wślizgnął się do środka, delikatnie masując jego. Niepewnie polizał jej język i odpowiedziała, wsuwając swój nieco głębiej. Pomyślał, że całowanie jest niczym walka języków. Zawsze go pokonywała, trzymając swój język bardziej w jego ustach, niż on swój w jej. Pocałunki ustabilizowały się na chwilę, wkładała w nie więcej ciepła, niż poprzednio.
Umysł Harry'ego wirował. Nie miał pojęcia, co robi, ale kochał z tego każdą minutę. Tonks położyła na nim lewą nogę, tak, że większość jej ciała spoczywała na nim. Pocałunki stały się lżejsze, więc miał szansę, by odetchnąć.
- Oddychaj nosem, Harry - powiedziała Tonks, gdy sama wzięła parę głębokich oddechów. Lekko poruszyła biodrami, pocierając nimi dolną połowę ciała Harry'ego, czym spowodowała jego szybką reakcję. Odsunęła nieco głowę, by spojrzeć w jego rozszerzone oczy. Zagryzła nabrzmiałe, czerwone wargi, zanim poruszyła biodrami ponownie, otrzymując tę samą reakcję. Odetchnęła głęboko i ponownie go pocałowała.
Harry zupełnie utonął w powodzi młodzieńczych hormonów i myśli. Nie był pewien, co zrobić powinien, ale czuł wszechogarniającą chęć, by zrobić cokolwiek. Otoczył ramionami ciało Tonks i całkowicie przesunął ją na siebie. Wierciła się trochę, by znaleźć się w bardziej komfortowej pozycji, nadal pochylając się nad nim. Przytulił ją mocno i pocałował, tak namiętnie jak tylko potrafił.
Parę minut później, otworzył oczy, gdy nieco uniosła głowę. Spojrzał w ciemne oczy, nieco zamglone w przyćmionym świetle zza okna. Chciał wiedzieć, co myśli. Jak również, co zrobić dalej, czy w ogóle chciała, by coś robił. Nagle miał dziwne wrażenie przemieszczania się i mógł zobaczyć siebie. Jak również z całą mocą poczuć jakby „jego" krocze płonęło. Odczucie przypominało głód, czy coś bardzo podobnego.
Nadal nie będąc pewnym, co się stało, Harry zobaczył jak porusza się naprzód i całuje „siebie". Fala bodźców zalała jego zmysły. Wiedział, że nie całuje sam siebie, ale właśnie to widział, dopóki nie zamknął oczu. Wrażenia się spotęgowały, ale teraz dostrzegał siebie i Tonks. Słyszał jak woła do niego, jakby z pewnego dystansu, że chce więcej. Jak również poważny głos, który mówił mu, że jest dla niego za stara.
Harry otworzył oczy, chcąc, by to, czymkolwiek było, ustało. Ponownie miał wrażenie ruchu i zobaczył, jak Tonks patrzy na niego spod półprzymkniętych powiek i słabym uśmiechem. Ciężko oddychała i powoli poruszała biodrami. Nie mógł się powstrzymać, by nie odpowiedzieć tak samo, delikatnie dopasowując się do jej rytmu. Obniżył jej głowę, by móc pocałować, w czym chętnie mu pomogła.
Przytulanie trwało jeszcze kilka minut, po czym Tonks lekko go popchnęła i uniosła głowę. Patrzyła na Harry'ego, ciężko oddychając. Parę razy mrugnęła, zanim powiedziała cokolwiek.
- Harry, nie mam pojęcia, co zrobiłeś, ale mam nadzieję, że zrobisz tak ponownie.
Zaczekała kolejnych parę minut, by kontynuować spokojniej.
- Chciałam Cię tylko trochę pocałować i nieco się podrażnić. Jak możesz stwierdzić, zupełnie nie wyszło. Wygrałeś wojnę na dotyk, Harry. Poddałam się, bo zostałam całkowicie zdeklasowana. Wiele osób całowałeś wcześniej?
- Jedną dziewczynę.
- Merlinie, już jesteś w tym dobry - odparła, wzdychając.
- Zapewne możemy nad tym kiedyś popracować. Teraz, jak bardzo byś nie chciał tego ciągnąć, musimy przestać. Mam nadzieję, że nie będziesz nieprzytomny rano, jeżeli jednak tak, z góry przepraszam.
Pochyliła się, by złożyć na jego wargach ciepły, delikatny pocałunek. Przemieściła się, wracając na materac i przewróciła. Przycisnęła swoje plecy i pośladki do jego brzucha i miednicy, zanim opadła na poduszki. Cicho westchnęła, gdy Harry dostosował się do niej, przyciskając pewną część ciała do jej tyłu. Starając się zachować spokój, z wahaniem otoczył ją ramieniem, pod piersiami. Delikatnie uścisnął, zanim powoli się rozluźnił.
Wzdychając do siebie, oboje zaczęli zasypiać. Harry zamknął oczy na jakąś minutę, kiedy nagle srebrny błysk przebił mu się przez powieki. Poczuł jak Tonks lekko się szarpnęła, więc otworzył oczy i spytał, co się stało.
- W porządku, Harry. Pewni ludzie wysłali mi wiadomość, na którą wyczekiwałam. Co Ty na to, by jutro wyjść na dłużej? Jest parę osób, które chciałoby Cię poznać i poza tym musimy znaleźć Ci nieco ciuchów. Chyba nie muszę dodawać, że Dyrektor o niczym nie powinien się dowiedzieć.
- Ufam Ci, Tonks. Jeśli uważasz, że powinienem kogoś spotkać, chodźmy na to spotkanie. Jestem bardziej, niż tylko skłonny, by chronić pewne rzeczy przed Dyrektorem. Trzymał mnie pod kloszem przez lata.
- Robił, co uważał za najlepsze. Proszę, nie sądź go zbyt surowo. Wiem, że jego „najlepsze rozwiązania" w stosunku do Ciebie okazywały się kompletnymi porażkami i zgadzam się, masz prawo być na niego zły, ale nie rób sobie wroga z kogoś, kto może Ci pomóc. Pamiętaj, manipulacja działa w obie strony, a teraz masz po swojej przewagę. Musimy iść spać, jeżeli mamy być gotowi na siódmą.
Tonks sięgnęła pod poduszkę i wymamrotała kilka słów, zanim otarła się o Harry'ego. Nie widział uśmiechu, ale usłyszał chichot.
- Drażnisz się ze mną w ten sposób, prawda?
- Tak, ale lubisz to bardziej, niż kiedykolwiek przyznasz. Wiem, jak działa umysł faceta.
- Naprawdę? - odparł Harry, starając się nadać głosowi jak najgłębsze brzmienie. Przytknął usta do jej ucha.
- Myślę, że podoba Ci się tak jak mi, Nimfadoro.
Poczuł, jak przeszedł ją dreszcz i przysunęła się bliżej.
- Proszę, nie nazywaj mnie Nimfadorą, Harry. Wymyśl coś innego - powiedziała cicho, prawie prosząc.
- Lubię Twoje imię, ale jeżeli nalegasz, co sądzisz o Nimfie?
- Brzmi jakbym była przyjaciółką od seksu albo seksualną zabawką. Wystarczająco trudno zyskać szacunek od facetów, którzy cały czas gapią się na Twoje cycki, z takim imieniem byłoby to niemożliwe.
- Myślisz, że tak Cię postrzegam?
- Nie, Harry. Po prostu...Mam... Całe życie musiałam walczyć, by zasłużyć na szacunek od innych, szczególnie od tych, z którymi musiałam pracować. Kazałam im, by nazywali mnie Tonks, miałam wówczas mniej pracy. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić. Kiedy mówisz tak Ty, robisz to z respektem. Lubię tego słuchać, ale nie sądzę, bym powinna Ci pozwolać. Jeśli się zgodzę, kto będzie następny?
- W takim razie, powiedz, jak byś wolała, bym się do Ciebie zwracał. Na razie zostanę przy Tonks.
- Dziękuję, Harry, to wiele dla mnie znaczy. Teraz, chodźmy spać. Jutro długi dzień.
Harry zasnął, myśląc o Tonks i jej seksownym tyłeczku, przyciśniętym do niego, nie wspominając o mnóstwie domysłów odnośnie jutrzejszego dnia.
Tonks, zasypiając, także myślała o jutrze i jak się rozwinie. Wspomniała, jak Harry przytłaczał ją zarówno mentalnie i emocjonalnie. Wniknął do jej umysłu i poznał jej pragnienia. Ona poczuła jego i prawie przekroczyła przez to pewną granicę. Zanim całkiem zasnęła, pomyślała, jak bezpiecznie czuje się w jego ramionach.
