O. Czyli to nie będzie ten fik, którego nikt mi nie skomentuje.
Dziękuję za wpadnięcie i zostawienie śladu, drogi gościu (Pani, założyłabym, ale to w sieci bywa zdradliwe).
home for the holidays
Oswoić się z drogą
Święto. Ludzie cieszyli się rzadkim odpoczynkiem od pracy, wylegali przed domy, kolorowo ubrani, nucący najradośniejsze pieśni. Rano pełne świątynie, wieczorem gospody i placyki, nocami burdele.
Wędrowny zielarz mógł wówczas liczyć na niezły zarobek. Wszędzie ludzie chętnie kupowali kosmetyki, leki na potencję czy inne cudowne wywary. Amatorów „obrazków" też nie brakowało, nigdzie.
Wszędzie to samo. Budynki, twarze, melodie, to się zmieniało, nieznacznie; kolor tu, kształt czy wielkość tam, indziej rytm. Powierzchownie, bo w istocie były tym samym. Budynkiem, twarzą, melodią.
Wszędzienigdziewszędzienigdz iewszędzienigdzie.
Gdyby nawet „wszędzienigdzie" zabłąkało się w konkretne miejsce, w jego pamięci, w życiu, po cóż miałby tam iść lub zostawać?
feast
Przeddzień
Festyn demonów, przygotowania do uczty, kończące się powolutku. Jeszcze nie podano do stołu, z kuchni dolatują tylko aromaty, usługujący nalewają napoje, pora przerwać pogawędki i siadać. Przynajmniej tak myśli wędrowny zielarz, o tym, co widzi.
Tak jest łatwiej, przyznaje. Łatwiej. Sam jest zdziwiony tym, że po tylu wiekach potrzebuje jeszcze pomocy metafory, ucieczki od rzeczywistości. Może to już jego forma.
Prawda? Naród szykuje wojnę, wielką wojnę, po której pozostaną miliony zabitych, miliony skatowanych, miliony nieskończoności zwanych cierpieniem, miliony niesprawiedliwości. Z nich wyklują się mononoke, syte, tłuste, łaknące najokrutniejszej zemsty mononoke. A i inne demony się pożywią.
Może to jego żal.
I couldn't sleep at night 'cause I try to forget you
Praktycznie
Zielarz sypiał snem kamiennym. Co nie znaczy, że spokojnym, znaczy tylko, że zasypiał, ledwo przyłożył głowę do tego, co robiło danej nocy za poduszkę, i nie budził się aż do brzasku lub pierwszych podejrzanych hałasów.
Spał więc, fizycznie patrząc, dobrze. Ból znikał, mięśnie się rozluźniały. Organizm odzyskiwał siły. Umysł najwyraźniej też, aczkolwiek znachora dziwiło, że ludzki – inteligentnych istot – mózg znajduje ukojenie w tych plamach złota, kręgach ognia oraz magicznych symbolach, tak potężnych, że od samego wyobrażenia ciarki przebiegały po krzyżu, wirujących pod powiekami.
Z drugiej strony, pomyślał cierpko, opadając na posłanie w podrzędnej gospodzie, na pewno wolał to niż wspomnienia.
Mieczom źle
Mononoke ściągały go zwykle do miast. Niekiedy jednak zdarzało się, że demon tkwił na pustkowiu, w małym miasteczku, latarni morskiej, był legendą w środku lasu. Czasami więc zielarz po wypędzeniu wędrował tydzień do następnej osady, z nudów rozmawiając ze swoim... alter ego.
— Czy znasz moje myśli? sny? — spytał kiedyś.
Kiedy indziej:
— Gdzie jesteś, kiedy nie jesteś mną i gdzie jestem ja, kiedy jesteś?
— Czy istniejesz niezależnie?
— O czym śnisz, marzysz, myślisz, kiedy ci się nudzi, bo akurat nie ma mononoke pod ręką?
Ten drugi nie odpowiadał, ale tak lepiej – dzięki temu zielarz mógł wymyślać własne teorie, co doskonale rozpraszało samotność.
64_themes, reciprocity
Buchalteria
I
Sprytne. Intrygami wywoływać w innych żal dość wielki, by ginąc, wytwarzali mononoke. Skierowane w stronę wrogów intryganta, którym była postawna, niebrzydka kobieta koło czterdziestki. A właściwie: wyglądając na taką czarownica – mogła być o wiele starsza i mścić stuletnie urazy.
Uśmiechnęła się, kiedy mijał ją w drzwiach nawiedzonego domu.
— Pański miecz zabija tylko demony — stwierdziła. — Zabroniono panu tknąć człowieka.
— Ale nie nakazano mi go chronić — zauważył. — Widziałem duchy rozrywające ludzi na strzępy.
Rozbawiony chichot.
— Żadne mononoke nie ściga mnie. Zadbałam o to.
— To musiało kosztować wiele trudu, wiele lat przygotowań, wiele determinacji i staranności — przyznał, odchodząc. — Nie, nic pani nie ściga.
II
— To legalizm czy indyferencja? — spytała go następnym razem.
Znowu zainspirowała tworzącą mononoke sytuację. Ponieważ teraz uważał na to miasto, przybył szybko, nim demon narobił większych szkód. Dziedzic rodu martwy, jego matka oszalała, nienarodzone dziecko prawdopodobnie kalekie. Drobiazgi.
Minął ją. Wypędzenia, nawet młodych duchów, zawsze były wyczerpujące, zostawiały wędrownego zielarza z poczuciem, że oto światło stało się za ciężkie, by dźwigać je we włosach, na skórze, w źrenicach – zwłaszcza w źrenicach. Przez te zdradzieckie otwory dostawało się do wnętrza, do ciała, ciężkie, palące jak ogień.
Wypalony od środka. Gliniana figura. Skorupa. Ile to już razy...
Wyciągnęła do niego rękę.
— Pada pan ze zmęczenia. Chodźmy do mnie, to niedaleko, odpocznie pan.
Błoto jest niczym, bezkształtną masą, glina jest niczym, nieżyzną glebą. Póki nie przejdą przez ogień. Wtedy stają się budulcem. Materiałem. Naczyniem. Pamiętał.
Odrzucił propozycję niedbałym ruchem głowy. W odpowiedzi usłyszał śmiech.
— Jak pan chce. Ale mój dom, sprzedawco leków, zawsze pozostaje dla pana otwarty.
III
Nie udawał moralnego oburzenia. Nie zamierzał prawić kazań. Wolałby tylko, by to lokalne źródło demonów wyschło. Pojawiały się tu zbyt często, poważnie naruszając granicę świata. Ale nawet to oznaczało jedynie tyle, że musiał szybciej je zabić, by zmniejszyć siłę transgresji. Jedna duża, stuletnia, kilka drobnych, miesięcznych. Każdy sprzedawca musi być równocześnie księgowym, prawda?
Czekała na niego, znowu, pod kolejnym nawiedzonym domem. Zaczął się zastanawiać, czy to przypadkiem nie rodzaj gry, pułapki, w którą ktoś wabi jego i – tego drugiego. W końcu Miecz miałby niemałą wartość tak na demonicznym, jak ludzkim rynku. Plany aż tak skomplikowane wymagają wszakże wielu lat przygotowań, studiowania zasad zaświatów, magii, ludzkiej duszy. Czarownica poznała go zaś stosunkowo niedawno, trochę ponad dekadę temu.
— Mówią — zaczęła tonem, o dziwo, zamyślonym, nie figlarnym — że przywiązanie jest dla was... niewskazane. Że nie powinniście wracać do jednego miejsca, trzymać tej samej rzeczy, poza waszymi artefaktami, spotykać na swojej drodze tej samej osoby – że to zły omen, jeśli się zdarzy. Czy nie przeszkadzają panu więc moje wykroczenia?
„Dla was" dziwnie uderzyło znachora. Wiedział, oczywiście, iż byli inni. Przecież on sam istniał w jakimś punkcie czasu, tak po prostu, jako człowiek, chociaż nie wiedział na pewno, czy mógłby sobie przypomnieć – toteż nie próbował – a duchy jakoś wypędzano. Ale nie przywykł do myślenia w kategoriach „my", społeczności.
— To tylko plotki — kontynuowała niezrażona jego milczeniem kobieta. — Czyli mogą się mylić, mogą mówić symbolami – może chodzi o przywiązanie? Czy dlatego mi pan nie odpowiada?
Pokręcił głową, znużony, chciał iść dalej, ale zaszła mu drogę.
— Mówią też, że miecz nie zabije mononoke, które byłoby nasłane na was. Że żaden z wędrownych zielarzy nie może obronić się przed własnym demonem, jeśli stanie się przyczyną jego powstania. Czy to dlatego, żeby było uczciwiej? Czy to dlatego nie wolno wam zabijać ludzi, że sprowokowalibyście powstanie ducha, przed którym nie zdołalibyście uciec? I tak dziwne, że was nie dopadają, tylu ludzi ginie przy wypędzeniach...
— Muszę ruszać w drogę. Jestem pewien, że tak uczona dama jest w stanie znaleźć inne, lepsze źródła informacji niż prosty znachor — przerwał jej tonem przypominającym powoli opadający mokry śnieg.
— Czy może ich gniew kieruje się na mononoke? Albo na sprawcę? Albo może zbyt rzadko ktokolwiek przeżywa i zachowuje przytomny umysł? A wówczas jest tylko wdzięczny, jak ofiara, gdy znani w okolicy zbrodniarze jedynie ją pobiją, zamiast odebrać życie? — ostatnie zdanie wypowiedziała najniewinniejszym głosem, słodkim głosem malutkiej dziewczynki.
I nadal stała mężczyźnie na drodze. Westchnął ciężko. Plotki, gusła, wymysły. Normalnie nie przejmował się nimi, pozwalając legendom rosnąć, dojrzewać, potem usychać – ale ta kobieta była niebezpieczna. Z pewnością coś knuła. Lepiej rzucić jej kilka prawd, półprawd, kilka zdań, niewiele to zmieni, większość dalej będzie wierzyła w pogłoski albo mity. Kupiłby sobie spokój, przynajmniej na najbliższe kilka lat.
— Mógłbym zabić nasłane na mnie mononoke. Formalnie patrząc. Choć miałbym trudności z odkryciem formy, prawdy i żalu, znacznie większe niż zazwyczaj. Może dlatego tak „mówią". A teraz muszę iść.
— Dlaczego? Mówią – nie muszą mówić, sama widzę – że każdy egzorcyzm wyczerpuje niemal śmiertelnie. Skoro to wszystko plotki, czemu pan nie zostanie? Nie boi się pan chyba? — wyzwanie.
Nie, trzeba było znacznie więcej niż jednej śmiertelniczki, by go skrzywdzić. To wiedział na pewno. Po prostu nie ufał. Po prostu nie chciał. Po prostu nie należało zatrzymywać się nigdzie. Po prostu nie zależało mu na tym dość, by się zatrzymać. Po prostu...
(Byt mononoke to cierpienie. Szrama. Uśmierzał ten ból. Właśnie to, uśmierzał ból – chociaż „mówili", że przywraca równowagę. Koił. Usypiał. Dostając jedynie czasem możliwość zobaczenia strzępka uśmiechu, czegoś ciepłego, ogarniającego rysy wyganianych duchów, kiedy wracały do siebie. Tyle nagrody. Cena była wyższa, wysoka. Czy ta, która tworzyła demony w imię prywaty, może w ogóle udawać, iż ją zna?)
— Nie lubię pani.
