AN: Ten rozdział pisałam rok, albo może nawet 2 lata temu, więc technicznie jest gorszy niż te, które piszę na bieżąco. Niemniej, da się przeżyć.
Zoey Holt miała w sobie coś specjalnego. Ginny słyszała wprawdzie tak infantylne określenia jak "dobra sztuka", kiedy Ślizgonka przechadzając się po korytarzu i kusząco kołysząc biodrami zwracała na siebie uwagę męskiej części Hogwartu, jednak tu liczyła się charyzma, zarówno Zoey jak i Tony'ego. Jej długie, czarne fale luźno spływały po plecach, a ciemne niczym węgiel brwi i rzęsy mocno kontrastowały z mleczną cerą.
Jej brat bliźniak również mógł pochwalić się nienagannymi genami. Kiedy figlarnie wykrzywiał swoje blade, dobrze skrojone usta i odgarniał z czoła niesforne czarne kosmyki skradał serce niejednej dziewczynie.
Dla Ginny sam ich wygląd był kwintesencją domu Salazara. Dumni, ambitni, zimni...
Pokój Wspólny natomiast niczym jej nie zaskoczył – oziębły, zalatujący stęchlizną, nijak nie przypominał pomieszczenia, w którym czas spędzali Gryfoni.
Nie było tu kominka, nie czuć było też rodzinnej atmosfery. Ściany były niemalże gołe, kamienne. Cała salka przyprawiała Ginny o dreszcze i tęsknotę za Gryffindorem. I kiedy tylko o tym pomyślała miała ochotę sama siebie uderzyć. Przecież nie minęły nawet dwie godziny od kiedy opuściła Gryfonów!
- Chyba jeszcze nie wrócili ze śniadania – mruknął Tony, rozglądając się po pustym pomieszczeniu. Ginny odetchnęła z ulgą na wiadomość, że nie będzie musiała od samego początku znosić kpiących uwag jej nowych "przyjaciół".
Jednak zaledwie Tony wypowiedział te słowa drzwi uchyliły się ponownie, a w progu stanęły dwie Ślizgonki. Jedną z nich Ginny rozpoznała od razu – była to wyjątkowo nieuprzejma Pansy Parkinson.
Obie dziewczyny, na widok nowej mieszkanki domu, wyszczerzyły zęby i podeszły bliżej, robiąc to powoli, jakby grały hieny atakujące zwierzynę.
- Salazar Slytherin w grobie się przewraca, widząc kto hańbi jego ziemię – wycedziła Pansy.
- Cóż... - zaczęła powoli Ginny z zaskakującym spokojem. – Widząc ciebie na swojej ziemi też bym nie była zadowolona.
Ta, choć mało błyskotliwa riposta, rozzłościła Pansy na tyle, że dziewczyna w mgnieniu oka sięgnęła po swoją różdżkę, co natychmiast powtórzyła jej koleżanka. Tak więc i Ginny wyciągnęła swoją, wymierzając ją w Ślizgonki. Rodzieństwo Holt stało jednak niewzruszone, jakby do ich obowiązków Prefektów nie należało zażegnywanie sporów.
- Jakieś show beze mnie?
Cała piątka odwróciła głowę. Delikatny, acz przesycony złośliwą ironią głos dochodził z przejścia, jak domniemała Ginny, prowadzącego do dormitorium dziewcząt.
W progu stała średniego wzrostu blondynka o niewinnej, nieco pulchnej twarzy. Swoimi zielonymi oczyma przyglądała się towarzystwu z wyraźnym rozbawieniem.
- Pansy, złotko, złość piękności szkodzi. A po tobie widać, jak nerwowym człowiekiem jesteś, niestety.
Pansy Parkinson obdarzyła Daphne Greengrass nienawistnym spojrzeniem.
- Odwal się, Daphne – wysyczała. – Skoro tolerujesz zdrajcę krwi w naszym domu, to nie jesteś lepsza niż oni.
Daphne parsknęła śmiechem.
- Chyba będzie lepiej, jeśli pokażę Ginny jej dormitorium. Zoey, chodź ze mną. Do zobaczenia później, Tony. Pansy, Tracy... Wypijcie jakąś herbatkę, czy coś...
Ruszyła przed siebie, a Zoey, ze znużeniem na twarzy, powlokła się za nią.
Ginny stała w miejscu, zastanawiając się, co właściwie zaszło. Atak ze strony starszych Ślizgonek nie był wszak dla niej zaskoczniem – wręcz przeciwnie, szokiem byłoby, gdyby do takiego incydentu nie doszło. Pytanie brzmiało, dlaczego Daphne Greengrass stanęła w jej obronie?
Nie chcąc się dłużej nad tym zastnawiać, a tym bardziej spędzać czasu z wrogo nastawionymi do niej Ślizgonkami, Ginny ruszyła za Daphne i Zoey.
W porównaniu do pokoju Gryfonów, dormitoria znajdowały się w długim korytarzu, do którego nie prowadziły żadne schody. Daphne i Zoey zatrzymały się mniej więcej w połowie i, nacisnąwszy klamkę, wpuściły Ginny do środka.
- Nic specjalnego – mruknęła Daphne.
Miała rację. Dormitorium nie różniło się zbytnio od tego, które opuściła Ginny.
Oprócz starej szafy i wejścia do łazienki znajdowały się tu jedynie trzy łóżka. Koło jednego z nich leżał kufer Ginny.
- Same tu jesteście?
Obie skinęły głowami.
- Więc od dziś, droga Ginny, jesteś jedną z nas – odparła wesoło Daphne siadając z nonszalancją na swoje łóżko.
Ginny usłyszała parsknięcie Zoey i rzucone jej porozumiewawcze spojrzenie Daphne.
Przygryzła wargę, czując, że ciężko będzie znosić to towarzystwo.
- No dobrze, dobrze, żarty na bok. Coś ci pokażę.
Daphne wyciągnęła spod swojego łóżka dużą, masywną księgę. Gestem zaprosiła Ginny do siebie.
Kiedy obie, wraz z Zoey, zajęły miejsca obok niej, dziewczyna otworzyła książkę, sprawiając, że znajdujący się na niej kurz uniósł się w powietrze. Ginny przyjrzała się otworzonej stronie, dostrzegając tam znienawidzone twarze uczniów Slytherinu.
- To zdjęcie Ślizgonów z zeszłego roku – wyjaśnieniła Daphne. – Jak sama widzisz, na pierwszym planie widzimy Draco Malfoya. Jego chyba nie trzeba ci przedstawiać... Ta wyjątkowo irytująca istota uczepiona jego ramienia to Pansy Parkinson. Jak na sukę przystało, lubi sobie poszczekać, ale łatwo ją zgasić. Obok niej Tracy Davis. Dziewczyna z jej rocznika, nieszkodliwa, trzyma głównie z Millicentą Bultstrode. Jak nie będziesz ich prowokować, to myślę, że jakoś dasz sobie z nimi radę.
Ginny patrzyła na zdjęcie zupełnie osłupiała, a Daphne, błądząc palcem po fotografii, kontynuowała:
- Blaise Zabini jest dosyć uszczypliwy, ale jeszcze nie wrócił z wakacji w RPA. Teodor Nott nie mówi dużo, ale za to konkretnie. Jak go zdenerwujesz to potrafi cię pokonać jednym zdaniem, mam rację Zo?
- Co za brednie – mruknęła Ginny, czując, jak powoli traci cierpliwość.
Daphne spojrzała na nią zaskoczona.
- Co takiego?
- To wszystko! - wybuchła Ginny. – Te rady możesz sobie darować. Nie mam ochoty tego słuchać.
Daphne prychnęła, jednak słodki uśmiech nie schodził z jej twarzy.
- Chcę tylko pomóc. W Slytherinie... Trzeba trzymać się zasad.
- Gdzieś mam te wasze zasady – rzuciła Ginny i wściekle wymaszerowała z dormitorium.
Jedynym miejscem, do którego mogła się udać, aby uniknąć nieprzyjemnych spojrzeń, szeptów i zarzutów, były niemal opustoszałe błonia. Znalazwszy się tam, zajęła miejsce pod potężnym dębem, mając idealny widok na wschodzące słońce, którego promienie wręcz wnikały w taflę jeziora.
- Walczysz z nimi?
Ginny drgnęła na dźwięk melodyjnego głosu, dochodzącego zza jej pleców. Ujrzawszy parę rozmarzonych oczu poczuła taką radość i ulgę, jakich nie doznała od czasu "przeprowadzki".
- Cześć, Luna - rzekła Ginny, kiedy Luna zajęła miejsce obok niej. - Z kim mam walczyć?
- Z pierdzipiętkami - odparła dziewczyna, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. - Są niewidoczne, ale kiedy cię zahipnotyzują to robisz rzeczy, których normalnie byś nie zrobiła.
- Czyli uważasz, że pójście do Slytherinu było błędem?
- To ty tak uważasz.
Przez krótki moment słychać było jedynie delikatny szum wiatru. Dopiero łagodny głos Luny przerwał ciszę.
- Jak tam jest? Wiesz, wśród Węży?
Ginny nie powstrzymała lekkiego prychnięcia.
- Tak, jak można się było tego spodziewać.
- Ja bym się nie spodziewała niczego - odparła Krukonka, wznosząc oczy ku górze, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. - Nie wierzę, że ktoś jest w stu procentach zły, albo w stu procentach dobry. Każdy człowiek ma jakąś pozytywną cechę. A Ślizgoni to też ludzie.
- Naukowcy jeszcze tego nie potwierdzili - mruknęła Ginny, a Luna zachichotała lekko.
- Nie martw się, ja też mam czasem ochotę pobyć w innym domu. Na przykład w Alientrous.
Ginny potrzebowała chwili, aby upewnić się, że dobrze usłyszała. Patrzyła na Lunę ze zmarszczonymi brwiami i lekko rozchyloną buzią, prawdopodobnie wyglądając przy tym niezwykle głupio.
- Ostatnio wymyśliłam ten dom - spieszyła z wyjaśnieniami Luna. - Uczniowie są kreatywni i nieco zagubieni. Barwy są biało-fioletowe, a jakby je zmiksować, to wyszedłby kolor podobny do koktajlu jagodowego. Byłby on domem, do którego należy każdy, kto czuje się nieco odludny i niepewny. Ślizgoni tacy właśnie są. Tylko ukrywają to pod maską oziębłości.
Ginny zamknęła oczy i oparła głowę o pień drzewa, słuchając opowieści Luny o nieistniejącym, piątym domu. W duchu obiecała sobie, że być może da szansę Ślizgonom, a przynajmniej tym, którzy też wykazują jakąś inicjatywę.
A jak będą szykować jakiś bezczelny podstęp, to ona będzie krok przed nimi.
Ginny wracała do zamku, czując jakby rozmowa z Luną była swego rodzaju oczyszczeniem, oderwaniem od rzeczywistości. Słuchanie opowieści Krukonki, choć zupełenie pozbawionych sensu i logiki, wprawiało Ginny w upajający nastrój. Czuła się wówczas lekko, jakby znów miała pięć lat i naiwnie wierzyła we wszystkie bajki.
Przyjemna aura jednak prysła równie szybko, jak się pojawiła, kiedy Ginny była świadkiem incydentu swojego starszego brata.
Krzyki Rona słychać było jeszcze pięćdziesiąt metrów od miejsca, w którym stał... tuż koło Malfoya.
Mówię poważnie, Malfoy! - warczał Ron, rozchylając nozdrza - Trzymaj się z daleka od Ginny!
- Odwal się, Weasley. To ona od was odeszła, nikt jej nie zapraszał do Slytherinu. Swoją drogą musicie mieć w tym Gryffindorze naprawdę kiepsko, skoro od was uciekają... Tak czy siak zapamiętaj sobie: Mam gdzieś twoją głupią siostrę.
Ron, cały jarzębinowy na twarzy, wyglądał jakby zaraz miał stracić panowanie nad sobą, co szybko zmusiło Ginny do interwencji.
- Ron, daj spokój - poprosiła, wychodząc zza rogu. - On się do mnie słowem nawet nie odezwał. Dam sobie przecież radę.
- Właśnie, Weasley - sarknął Malfoy. - Twoja siostrunia poradzi sobie bez widywania Pottera każdego dnia i bez twojej nieudolnej pomocy.
Rzuciwszy te słowa odwrócił się napięcie i pomaszerował przed siebie, z plecami prostymi jak struna. Ginny patrzyła na jego, powoli zanikającą, sylwetkę, podczas gdy Ron opadł bezsilnie na schody. Dziewczyna dołączyła do niego i, kładąc mu rękę na remieniu, powiedziała:
- Niektórzy są naprawdę w porządku.
To stwierdzenie było mocno przekoloryzowane, jednak sprawiło, że purpura z twarzy Rona powoli zaczęła schodzić.
- Rodzice się wściekną - mruknął, co Ginny skwitowała wzruszeniem ramion.
- Nic złego nie robię. Tylko... eksperymentuję.
- Eskperymentuje! - prychnął Ron. - Tylko dlaczego wśród najgorszych... bydląt?!
Ginny nie powstrzymała śmiechu słysząc to określenie, co rozchmurzyło również Rona. Z delikatnym uśmiechem objął ją ramieniem.
- Wiem, że dasz sobie radę, okay? Wbrew pozorom potrafisz komuś dogadać i coś udowodnić, ale jako starszy brat zawsze będę się martwił.
- Niepotrzebnie - odparła Ginny, siląc się, aby wyraz jej twarzy był przekonujący. - Znasz Slytherin głównie przez Malfoya i jego świtę, ale nie wszyscy są źli.
- Naprawdę? - Ron nie wyglądał na przekonanego. Ginny uśmiechnęła się, nieco zbyt szeroko.
- Naprawdę.
Jej brat westchnął, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Parę razy otworzył usta, jednak za chwilę zamknął je, widocznie rezygnując z pomysłu powiedzenia czegoś.
Wreszcie odezwał się:
- Tylko obiecaj mi jedno.
- Co takiego?
- To mój ostatni rok w Hogwarcie. Nie chcę go spędzić bez ciebie, więc... Wróć szybko.
- Słowo Świnki, Ronny - Ginny uśmiechnęła się chytrze, kładąc prawą dłoń na sercu. Ron, śmiejąc się powtórzył gest siostry.
- Słowo Świnki, Gin.
I siedzieli oboje rozmawiając tak długo, jak nigdy. Tak długo, że przegapili nawet kolację.
