oryginał: Training on the Job

autor: Laume

beta: Amarylis

Tłumaczenie za zgodą autorki


- Wspaniale - westchnął Harry. - Utknęliśmy w środku nigdzie, bez pieniędzy, prawdopodobnie na mugolskim terenie, w złej epoce. I znikąd pomocy, poza jakąś szurniętą organizacją, zwaną "Drużyną A", która najwyraźniej ogłasza się w gazetach, nie podając adresu ani numeru telefonu. Co jeszcze gorszego może się stać?

Hermiona spojrzała na niego przepraszająco.

- Cóż...

Dwie głowy podniosły się raptownie, wzrokiem dając do zrozumienia, że tylko czekają na dokładkę problemów. Dziewczyna przełknęła i dodała:

- Całkiem możliwe, że moglibyśmy się z kimś skontaktować. Z Dumbledore'em, na przykład.

Chłopcom wyraźnie ulżyło.

- Ale nie możemy - kontynuowała.

- Dlaczego nie? - Ron prawie krzyknął. - Odezwijmy się do niego, choćby za pośrednictwem kominka moich rodziców. To świetna okazja. Wyciągniemy Syriusza z więzienia, posadzimy Parszywka, zabierzemy Harry'ego od Dursleyów...

Zielone oczy rozbłysły na chwilę, by zaraz spochmurnieć.

- Nie, Hermiona ma rację. Nie możemy tego zrobić. Powstałby naprawdę straszny paradoks. Nie możemy poinformować nikogo znajomego. W pewnym sensie mamy szczęście, że zaniosło nas tak daleko.

- Zamierzasz to tak zostawić? - spytał Ron z niedowierzaniem. - Oszalałeś? Nie zależy ci na Syriuszu, stary?

Harry skoczył na równe nogi, zaciskając dłonie w pięści.

- Nie waż się nigdy, NIGDY!, tak mówić! - wysyczał.

- Uspokój się, Harry. Ron, siadaj. - Hermiona posadziła rudego na siłę.

- Nie sądzisz, że byłbym zachwycony, gdybym mógł to zrobić? - Harry wciąż był zły na przyjaciela. - Nie uważasz, że wszystko we mnie aż krzyczy, abym zabrał Parszywka do Ministerstwa? Ale nie możemy tego zrobić, nie możemy zrobić niczego, co zmieniłoby przyszłość.

- Nie rozumiem...

- Ron, podróże w czasie są niewiarygodnie skomplikowane - westchnęła Hermiona. - Nie masz pojęcia, ile wykresów numerologicznych musiałam sporządzić w trzeciej klasie tylko po to, aby dotrzeć na zajęcia. To właśnie jest problem: kiedy cofasz się w czasie, tworzysz paradoks. Szczególnie jeżeli zmienisz pewne wydarzenia. Pozwól, że spróbuję wyjaśnić na przykładzie. Załóżmy, że wrócilibyśmy do Anglii i zrobili dokładnie to, co powiedziałeś. Doprowadzimy do aresztowania Petera i uwolnienia Syriusza, z którym zamieszka Harry. Jaki będzie skutek?

- Pewnie żaden. - Ron wzruszył ramionami. - Tylko że Harry będzie szczęśliwszy.

- Nie spotkalibyśmy się po raz pierwszy w pociągu, Ron. Moglibyśmy nigdy nie zostać przyjaciółmi. Ja nie byłbym zielony, jeśli chodzi o sprawy czarodziejów, i wiedziałbym o wiele więcej o Voldemorcie. Może tak byłoby lepiej, ale to na nic. - Harry uniósł głowę. - Nie rozumiesz, Ron? W rezultacie nie pomyślałbym o cofnięciu się w czasie. Co znaczy, że nigdy nie wrócilibyśmy do przeszłości, żeby to wszystko pozmieniać. Wobec tego to by się wydarzyło i znowu byśmy tu wylądowali. Utknęlibyśmy w nieskończonej pętli, bez nadziei na wydostanie się z niej.

- Dlatego podróże w czasie są nielegalne i ograniczone wyłącznie do zmieniaczy czasu, które pozwalają się cofnąć maksymalnie o parę godzin - dodała Hermiona. - To, co zrobiliśmy, nigdy wcześniej się nie zdarzyło.

- Więc po co to w ogóle zrobiliśmy? - krzyknął Ron. - Co sobie wyobrażaliście?

- To była sytuacja "wszystko albo nic"! - wrzasnął Harry w odpowiedzi. - MUSIELIŚMY coś zrobić! Dumbledore nie chciał, żebym trenował; Voldemort mógł uderzyć w każdej chwili i wygrałby! To, co zrobiliśmy, może zagrażać światu, ale bez tego świata by po prostu nie było!

- I nadal jest jakaś nadzieja - podchwyciła Hermiona. - W tym, że dostaliśmy się tak daleko. Początkowo planowaliśmy odwiedzić czasy Założycieli i dopilnować, aby nasze imiona nie zostały odnotowane w historii.

Ron z jękiem ścisnął głowę w rękach.

- To dla mnie o wiele za dużo. Chwilowo uznam, że macie rację.

- Co i tak do niczego nas nie prowadzi - mruknął Harry. - Utknęliśmy tu bez jedzenia i dolarów. Mamy tylko przedmioty przydatne przy dłuższym pobycie w Średniowieczu.

Hermiona skinęła głową.

- Domyślam się, że ta Drużyna A może być magiczna. Coś w rodzaju naszych Aurorów.

- Albo są bandą pomyleńców, albo to jakiś kawał. Mało co wiem o amerykańskich czarodziejach. Czytałaś o nich, Hermiono?

- Trochę - przyznała.

Ron wyciągnął swoją różdżkę.

- Poczarujemy trochę i zaraz się tutaj zjawią.

- Wcale nie - zaprzeczyła. - To są Stany Zjednoczone, Ron. Mugolskie nastolatki mogą prowadzić samochód, kiedy skończą szesnaście lat, a aportacja jest legalna od czternastego roku życia. Tutaj ludziom wolno posiadać broń. Nigdy tu nie mieli praw o ograniczeniach magii nieletnich. Dla pierwszych czarodziejskich osadników kompletnie niepraktyczne było zabranianie dzieciom używania magii, więc tego nie robili. Jedynym sposobem byłoby rzucić zaklęcie w obecności mugola, ale nie sądzę, żebyś chciał trafić do więzienia. Mieliśmy przecież trenować.

- Może najpierw wejdźmy do miasta - zasugerował Harry. - Wątpię, abyśmy spotkali w tej okolicy wielu wałęsających się czarodziejów.

***

- To bez sensu - narzekał Ron parę godzin później. - Nie wiemy niczego więcej, bolą mnie nogi, a tej całej Drużyny A, czymkolwiek jest, ani widu, ani słychu.

Harry czuł się coraz bardziej winny. Musiał ich bez zastanowienia pakować w ten rytuał? Nie mógł nalegać albo nawet zmusić dyrektora do trenowania go? Na pewno ktoś w domu byłby w stanie mu pomóc. A tak utknęli tutaj na jeden Merlin wie, jak długo.

- Może zapytamy w redakcji gazety? - zaproponował ze znużeniem. - Za ogłoszenia się płaci, więc muszą mieć jakieś dane.

- Oczywiście! - Hermiona prawie go uściskała. - Znakomicie, Harry!

Rozejrzeli się. Przed McDonaldem siedział mężczyzna koło pięćdziesiątki, jedzący hamburgera.

- Przepraszam pana - zaczepił go Harry, wyciągając przed siebie gazetę, trzymaną rękoma drżącymi ze zmęczenia i zdenerwowania. - Czy wie pan może, gdzie znajduje się redakcja tej...?

- Jasne, mały. Jest całkiem blisko. Kilka budynków w dół tej ulicy.

- Dziękuję.

Trójka przyjaciół ruszyła dalej. Kiedy jednak dotarli do redakcji, okazało się, że jest zamknięta.

- Cholera - wymamrotał Ron, masując burczący brzuch. - Co teraz?

- Nie wiem. Znaleźć jakieś miejsce do spania? - Hermiona usiadła na krawężniku. - Nie wiem. To się nie miało stać. Przepraszam, Harry. Przepraszam, musiałam coś źle obliczyć.

Kucnęli obok niej.

- Nie, Hermiono, to moja wina. Nie powinienem was ze sobą ciągnąć. Ten cały idiotyczny pomysł to moja wina. Niczego nie potrafię zrobić dobrze.

- No, no, co my tu mamy... - Rozległ się nagle obcy głos. - Nowi? Nie widziałem was wcześniej w okolicy. Ale skoro już tu jesteście, to chyba przyznacie, że z czystej grzeczności powinniście zapłacić za wstęp...

Harry podniósł się ostrożnie. Czterech wielkich mężczyzn, stojących przed nimi, aż za bardzo przypominało mu Dudleya i jego gang, żeby mógł się czuć bezpiecznie.

- Nie mamy pieniędzy - powiedział. - Zostawcie nas w spokoju.

- Ooooch... - najwyższy z nich, najwyraźniej przywódca, znacząco uśmiechnął się do pozostałych - ten mały ma jaja...

Odepchnął Harry'ego bez wysiłku.

- Jednak nie taki twardy, co? Oddawajcie, co tam macie, zanim damy wam nauczkę!

Ron i Harry zasłonili sobą Hermionę. Ręce świerzbiły ich, aby sięgnąć po różdżki i pokazać gnojkom, na co ich stać.

- Wiesz, BA - usłyszeli znienacka - czterech dużych facetów przeciwko grupce dzieciaków... to mi się nie wydaje uczciwe. A tobie?

- Pewnie, Hannibal - odpowiedział szorstki głos. - Nie podoba mi się, że zaczepiają dzieciaki.

- Może więc powinniśmy... cóż, wyrównać nieco siły? - zasugerował kolejny, młody i wykształcony.

- Mu popiera. Widzi pan, jak się rwie do walki? SKOCZ IM DO OCZU, MU!

Zanim którykolwiek z nastolatków zorientował się, co się dzieje, ich napastnicy zarobili zręczne kopniaki w tyłek i wylądowali na chodniku. Pozbierali się chwilę później, po czym uciekli, krzycząc o pomoc.

- Dzi... dziękuję panu - wyjąkał Harry.

- W porządku, mały. Mogłem się spodziewać, że będziecie potrzebowali wsparcia, kiedy zapytaliście mnie o drogę.

Dopiero teraz zauważyli, że to człowiek spod McDonalda.

Ten zaś wskazał gazetę, którą nadal trzymała Hermiona.

- Domyślam się, że szukacie pomocy. Próbujecie znaleźć Drużynę A, co? Nie wiecie, że oni są ścigani? Że to przestępcy?

Ron wzruszył ramionami, Hermiona wyglądała na zbyt zdenerwowaną, by odpowiedzieć, a Harry patrzył z rezerwą.

- Znałem kiedyś człowieka, który był zbiegłym kryminalistą. Ostatecznie okazało się, że był niewinny. Od tej pory nie spieszę się z ocenianiem innych.

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Ronowi znowu zaburczało w brzuchu.

- Głodni? - starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko. - Chodźcie, dzieciaki, postawimy wam kolację, a wy nam opowiecie, dlaczego jesteście na tyle zdesperowani, by prosić notorycznych zbiegów o pomoc.

***

Po posiłku, na który składały się hamburgery i frytki, wszyscy poczuli się lepiej.

- Teraz do rzeczy. Nie wyglądacie na typowych uciekinierów.

- Nie uciekliśmy - odparł Harry. - Po prostu się zgubiliśmy.

- W drodze dokąd? - spytał młody blondyn.

Harry wymienił spojrzenie z Hermioną.

- Mieliśmy spotkać się z naszymi nauczycielami, ale się nie pojawili - wyjaśnił w końcu.

- I niby kim oni są? Może powinniśmy was do nich zabrać albo odprowadzić do domu? W Anglii, nieprawdaż? Sądząc po akcencie.

- NIE! - Harry prawie krzyknął. - Nie możemy... nie możemy wrócić do domu. I nie możemy iść do naszych nauczycieli. To... skomplikowane.

Czwórka dorosłych popatrzyła po sobie z namysłem.

- Czego mieli was uczyć? - znowu odezwał się blondyn.

- Samoobrony, taktyki, strategii, tego typu rzeczy. - Hermiona przyglądała się swoim paznokciom. - Utknęliśmy tutaj, a potem zobaczyliśmy to ogłoszenie. Nie wiedzieliśmy, co innego możemy zrobić. Tam jest napisane: "Jeśli masz problem, jeśli nikt nie może ci pomóc" - taka jest właśnie nasza sytuacja. Mamy problem i nikogo, kto mógłby nam pomóc. - Pociągnęła nosem i szybko otarła z policzka zdradziecką łzę.

- Hannibal... - zaapelował wielki, ciemnoskóry mężczyzna.

- Niczego o nich nie wiemy. Nie mówią prawdy - stwierdził starszy, patrząc na nastolatków surowo.

- Nie mówią nam wszystkiego, ale czy ty byś to zrobił na ich miejscu? Ja nie - blondyn wystąpił w ich obronie. - To nie byłby pierwszy raz, Hannibal...

Patrzyli na siebie dłuższą chwilę. Harry przypuszczał, że zaszło coś ważnego, bo mężczyzna nazywany "Hannibalem" w końcu skinął głową.

- Dobra, dzieciaki, więc chyba macie szczęście. Właśnie udało się wam wynająć Drużynę A. - Uśmiechnął się szeroko, z cygarem w kąciku ust.

KONIEC
rozdziału drugiego