ROZDZIAŁ 2
Hermiona spojrzała na morze studentów przed nią. Kiedy sama była uczennicą, zawsze myślała o tym jak to jest siedzieć przy nauczycielskim stole. Zastanawiała się czy poczucie władzy pojawiało się razem z pozycją na podwyższeniu, ale uznała ten termin za dziecinny, kiedy wreszcie zasiadła na miejscu Mistrzyni Elikisrów.
Kontrola była lepszym słowem.
Z tej pozycji razem ze swoimi kolegami zobaczyć każdą interakcje, każdą kłótnię, każde spojrzenie wymienione pomiędzy członkami różnych domów. Wiedziała jednak, że kontrola była tylko iluzją, przynajmniej dla niej. Była pewna, że dyrektorka oraz inni bardziej doświadczeni profesorowie nie odczuwali niepokoju, ale Hermiona czuła, że została za bardzo wywyższona.
Minęło siedem tygodni od rozpoczęcia semestru, siedem tygodni od kiedy zdała sobie sprawę, że słowo „profesor" przed jej imieniem nic nie znaczyło dla dzieci, które uczyła. Minęły tylko cztery lata od końca wojny, a jej siódmy rok nauki był trzecim rokiem polowania na Horkruksy. Różnica wieku nie była tak duża jakby sobie tego życzyła, jednak Minerva była zdesperowana, kiedy Slughorn zrezygnował i musiała znaleźć kogoś na jego stanowisko. Hermiona myślała, że powrót do Hogwaru to dobry wybór.
Myślała, że stare uprzedzenia odejdą razem z Voldemortem, ale była w błędzie. Jej siódmy rok Ślizgonów upewnił się, że była świadoma ich opinii dotyczącej Mistrzyni Eliksirów urodzonej w mugolskiej rodzinie. Jej wzrok zabłądził w okolice tego szczególnego stołu i jej serce zamarło, na myśl, że popołudnie przyniesie kolejną lekcje z nimi i kolejne żarty.
Głośność w pomieszczeniu zwiększyła się, kiedy przestrzeń nad ich głowami została wypełniona przez trzepoczące skrzydłami sowy z pocztą, każda z nich upuszczająca paczki z precyzją, chichoty oraz jęki pochodzące od dzieci, które je otrzymały. Kilka z nich przeleciało nad stołem nauczycielskim, dostarczając listy oraz kopie Proroka Codziennego dla kilku jej kolegów.
Była zaskoczona kiedy zapieczętowany list upadł na stole tuż przed nią, jej przyjaciele preferowali połączenie flu niż pisanie. Ich listy dalej były często przechwytywane, przez tych, którzy pragnęli wiedzy dotyczącej życia sławnej Złotej Trójcy.
Rozejrzała się dookoła, profesor Vector po jej prawej i profesor Flitwick po jej lewej, ale żaden z nich nie zidentyfikował listu jako swojego. Podniosła go i obróciła w swoich dłoniach, prawie go upuszczając widząc znane pismo na wierzchu koperty.
Ostre, czarne pismo pokryło tak wiele jej prac w poprawkach i krytycyzmie, jednak mimo, że w tamtym czasie ubodło to jej dumę, zawsze wynosiła z nich odpowiednie wnioski
Minęło tyle czasu odkąd ostatni raz napisała do jej byłego profesora, że już dawno straciła nadzieję na to, że otrzyma od niego odpowiedź. Jednak pozwoliła nadziei płynąć żyłami, kiedy uświadomiła sobie odbiorcę wypisanego na kopercie, poczucie dumy sprawiło, że jej policzki zaróżowiły się, kiedy zobaczyła, że zwrócił się do niej Profesor H Granger.
Jej ręce trzęsły się jednak nie miała pojęcia dlaczego. Jedyne co wiedziała, to, że nie chciała czytać tego listu w obecności innych. Pożegnała się krótko i opuściła swoich kolegów, skierowała się do drzwi znajdujących się za stołem i podążyła cichymi korytami z powrotem do biura w lochach.
Szybkie lumos przegnało ciemność z pokoju, kiedy zajmowała miejsce za swoim biurkiem, zwoje papieru dalej oczekiwały na ocenę, ale zamierzała na nie spojrzeć później. Przełamała pieczęć na kopercie i wyciągnęła cienką kartkę papieru, zmarszczyła brwi zastanawiając się jakiej rady mógł jej udzielić na czymś nie większym od kartki z zeszytu.
W dalszym ciągu przeczytała list, a jej serce stanęło kiedy słowa, na które liczyła zostały zastąpione przez słowa, których powinna oczekiwać.
Szanowna Pani Granger,
Zastanawiałem się co mogło skłonić do zatrudnienia kogoś tak młodego, na stanowisku wymagającym wysokiego autorytetu, ale ze wszystkich protegowanych Minervy, miała Pani przynajmniej dryg do przedmiotu, którego pani teraz naucza.
Mogę zaoferować Pani małą radę. Jeśli pragnie Pani, aby studenci uczyli się i powstrzymywali od uszkodzenia samych siebie, szkoły, albo Pani, sugeruję przekazać im lekcję, której Pani oraz Pani banda łotrów nigdy nie pojęliście. Musi nauczyć ich Pani, że jest bezwzględna i, że porażka nie będzie tolerowana.
Ci z umiejętnościami podporządkują się i powinni zaprezentować się z czymś znośnym na koniec zajęć. Ci bez umiejętności będą zbyt przerażenie, żeby próbować i zostawią puste kociołki, które zagwarantują im szlaban, a nie pobyt w skrzydle szpitalnym.
Sugeruję także, żeby stała się Pani biegła w rzucaniu zaklęć na swoje ubrania, aby były odporne na ogień i wszystkie substancje żrące, chyba, że Pani zamiarem jest kupowanie nowych szat każdego tygodnia. Istnieje konkretna książką, do której Pomona Sprout może Panią skierować.
Ufam, ze powyższe pomogło Pani, jednak jeśli nie to może Pani błagać Minervę, aby asystowała pani i odciążyła w obowiązkach.
Pozdrawiam,
S. Snape
