3 listopada 1981 roku

Jesień tego roku była wyjątkowo mokra, zimna i nieprzyjemna. Padało całymi dniami, ciężkie chmury przesłoniły niebo. Ale i tak najgorsze były poranne mżawki, przed którymi nie sposób było się schronić. Przemakało od nich natychmiast całe brunatne futerko, a przy tej pogodzie nie sposób było się wysuszyć. Przynajmniej jedzenie w tej postaci nie było problemem... Co nie zmieniało faktu, że miał dość. Brakowało mu ciepłego łóżka, ciepłej kawy i ciepłej owsianki, suchych ubrań i mydła. Bolała go łapka, stracony pazur — czy naprawdę tak spieprzył to zaklęcie tak, żeby oderwać sobie palec? — Gryffindorze, byle tylko nie dostał żadnego zakażenia. Już dwa razy był na skraju decyzji o powrocie do ludzkiej postaci... i nie podjął jej.

Zły, przemoczony i zmarznięty szczur przemykał przez łąki i bagna w sobie tylko znanym kierunku, byle dalej od Londynu — jak mógł być tak głupi, by wtedy leźć do Evana? Jak mógł zapomnieć o Syriuszu? Syriusz gotów był zrobić wszystko, by pomścić Jamesa. Raz go przechytrzył, ale był pewien, że Black nie spocznie, póki go nie dopadnie. Oskarżeniem, które rzucił przy aurorach i tym zaklęciem na pewno kupił sobie trochę czasu... Tylko ile? Udało mu się uciec, kanałami wydostał się z miasta i od dwóch dni był w drodze. Czy szukała go już cała Wielka Brytania? Czy Syriusza przesłuchano już pod Veritaserum i czy rozpoczęto pościg? Black na pewno będzie brał w nim udział, a Remus?

Remus znał go najlepiej. Spokojny i opanowany Remus, teraz zraniony... i najpewniej wściekły. Wściekły wilkołak, cudownie po prostu.

Peter przystanął, zrezygnowany i zdenerwowany. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, w jakiej jest sytuacji i czy jego ucieczka w ogóle ma sens. Czy aurorzy są w stanie sprawdzić wszystkie szczury na Wyspach? Czy mają w ogóle takie prawo?

Dlaczego on w ogóle został w Anglii?! Powinien uciec, od razu po wydaniu adresu Potterów. Powinien iść do Rosiera od razu i zażądać od niego ochrony, zażądać, żeby wysłał go do Francji, sam też mógłby z nim jechać i żyłby wtedy, kompletny kretyn, cholery, wyrywny Evan! To wszystko przez niego, gdyby wtedy nie...

Ech, no i co z tego? Wtedy wojna pewnie wciąż trwałaby w najlepsze i sytuacja wcale nie byłaby lepsza. On przegrał swoje życie, wiedział o tym, tylko... tylko wciąż nie był gotów stanąć z konsekwencją swoich wyborów twarzą w twarz. Może... może nigdy nie będzie gotów.

Zrezygnowany znów zaczął człapać przed siebie. Chmury rozrzedziły się, w końcu przestało padać, nad horyzontem pokazało się nawet zachodzące słońce; musnęło go promieniami, jakby chcąc go pocieszyć.

Ale dla mnie nie ma pocieszenia, pomyślał. Wdrapał się na niewielkie wzgórze i rozejrzał dookoła — okolica była niemalże pusta. Jeden rozwalający się dom, jakiś staw, dużo drzew i jeszcze więcej kałuż. Wiatr uniósł ku niemu okrzyki bawiących się u podnóża dzieci. Spokojny, rodzinny wieczór, kochającej się zapewne rodziny. Peter zapragnął nagle dołączyć do nich i poczuć się, jakby znowu miał kilka lat, a jego największym problemem była kradzież ciasteczek z kuchni. Jakby wcale nie był już młodym mężczyzną, jakby w jego życiu nigdy nie było wojny i jakby nie zdradził przyjaciela.

Przecież tylko ten dzieciak miał zginąć, a James mógłby mieć jeszcze innego Harry'ego, a w najgorszym wypadku — inną Lily. A teraz? Wszystko przepadło.

Bawiących się była trójka, trójka roześmianych, rudych chłopców w poprzecieranych dżinsach i brudnych trampkach, wesołych i radosnych, beztroskich. Patrząc na nich również czuł beztroskę, zapominał o palących wyrzutach sumienia, własnej głupocie, prawdopodobnie trwającym pościgu, wściekłym Syriuszu i Remusie, o Jamesie, i o wszystkim. Był tylko polnym szczurem, obserwującym trójkę rudych chłopców, drgały mu wąsiki, dokuczało mokre futerko i właściwie nic innego nie miało znaczenia, nawet, gdy został zauważony. A potem wzięto go na ręce i zaniesiono do domu, i wtedy pomyślał, że właściwie co mu szkodzi, że Parszywek wcale nie brzmi gorzej od Glizdogona, a Glizdogona przecież już nie było.

Bo Huncwotów nie było.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy spał spokojnie, nie nękany koszmarami, w ciepłym łóżku rudego chłopca. A kto wie, może jutro uda mu się wyjeść trochę ciepłej owsianki, albo wypić trochę ciepłej kawy? Może jeszcze wszystko będzie dobrze, może to będzie jego nowe życie, swoisty rodzaj reinkarnacji. Może będzie żył.

1 listopada 1981 roku

Brudne podeszwy brudnych butów rozchlapywały brudną wodę z kałuż. Cienki kaptur materiałowej bluzy przemókł i przykleił się do jego okrągłej głowy. Rozbiegane wodniste oczy lustrowały okolicę, rejestrowały każdego mijanego czarodzieja — w taki dzień nic nie robili sobie z Kodeksu Tajności. Zwycięstwo, najsłodsze zwycięstwo, celebrowane przez wszystkich tych, którzy do tej pory żyli w strachu, dla niego było kwaśno-gorzką porażką. Musiał opuścić Anglię, już, teraz, natychmiast, szkoda tylko, że granice wciąż były zablokowane. Evan musiał mu pomóc, tylko Evan mógł mu pomóc.

Szerokim łukiem ominął Gotham Street, wiedząc, że tą wąską uliczką dojdzie na Grimmuald Place. Odbił w lewo, w Brighten, a potem przeszedł przez zapuszczony park z tą okropną fontanną i był już prawie na miejscu. Skusił się jeszcze na hamburgera w stojącej na rogu budce — podwójna wołowina i dużo musztardy — i był już prawie na...

Sectumsempra!

Peter zamarł na dźwięk zaklęcia; za zakrętem rozbłysło bordowe światło, a chwilę później dało się słyszeć soczystą wiązankę przekleństw. Pettigrew rozpoznał oba głosy i nie miał wątpliwości; Alastor Moody przyszedł po Evana. A Evan nie zamierzał poddać się zbyt łatwo.

Burger wylądował w kuble na śmieci, a Peter na czterech łapach. W zwierzęcej postaci odważył wychylić się na Cockerey Road, gdzie toczyła się zawzięta walka. Po twarzy Alastora spływała krew, tryskająca z czegoś, co kiedyś było jego nosem, i zalewała mu usta; Peter zadrżał na ten widok. Evan jednak nie wyglądał lepiej, porozdzierana miejscami koszula przesiąknęła czerwienią, krew spływała po nim razem z kroplami deszczu, mokre włosy lepiły się do czoła, ale nie były w stanie zasłonić szalonego spojrzenia. Nie miał już nic do stracenia.

— Musisz się bardziej postarać, Moody! — wykrzyczał szyderczo i obrócił się dookoła własnej osi, zataczając się. — I możesz przestać się cackać, aurorzyno. Żywego mnie i tak nie dostaniesz! — Roześmiał się Rosier, po czym wypuścił w stronę Moody'ego kilka zaklęć, które ten bez trudu zablokował.

Pojedynek toczył się dalej. Zaklęcia rykoszetowały stanowczo zbyt blisko Petera i stanowczo zbyt często, ale on nie mógł się wycofać. Z niezdrową fascynacją obserwował walczących mężczyzn, rzucane z furią zaklęcia i niezgrabne uniki poranionych już ciał. Zastanawiał się, czy powinien interweniować, a przede wszystkim, komu pomóc. Bo przecież mógłby posłać Avadę w plecy Moody'ego, choćby teraz. Śmierć tak wysokiego rangą aurora na pewno spowolniłaby śledztwa, procesy, pościgi, a on i Rosier mogliby uciec. Bo przecież teraz Evan przegrywał, chociaż przegrywał ze swego rodzaju elegancją i honorem — miał rację, Alastor Moody nie miał szans dorwać go żywcem. Nawet jeśli auror nie zabije go w pojedynku, to od zadanych do tej pory obrażeń Rosier musiał zginąć, właściwie — już umierał. Na nogach trzymała go tylko adrenalina i wściekłość, ale i one niedługo miały go opuścić. Peter zrozumiał, że jest już za późno, że obserwuje właśnie koniec Evana i że nie ucieknie z nim do Francji, że Evan już nigdzie z nikim nie ucieknie, chyba że Moody'emu — do piekła.

— Ostatnie słowo, Rosier? — zagadnął go jadowicie auror.

— Zginiesz marnie, Alastorze Moody! — odkrzyknął mu Evan, chociaż gardło miał już całkiem zdarte, a oddech mu się urywał. Gwałtownym ruchem zdarł lewy rękaw przemoczonej koszuli i odsłonił Mroczny Znak. — Czarny Pan powróci! Widzisz to, Moody? Czarny Pan nie zginął! Pomści swoich najwierniejszych, a ty zginiesz z jego róż... różdż... różdżk-k-ki... — Ostatnie słowa ledwie wychrypiał, a potem upadł na kolana i rozkaszlał się, plując krwią na mokry asfalt. Chwilę później cały runął na ulicę, bez tchu i życia.

— Głupi dzieciak — prychnął Moody, podchodząc do ciała. Chwycił mocno lewą rękę śmierciożercy i uniósł ją do swojej twarzy. Wpatrywał się w Mroczny Znak. — Głupi dzieciak, ale miał rację. On wróci.

Mężczyzna zadrżał mimowolnie i puścił ciało Rosiera, wstał, zatoczył się i zrobił coś, czego bardzo nie lubił. Wezwał pomoc.

A Peter wycofał się z Cockerey Road, przybrał ponownie ludzką postać i zaczął biec. Nie zdążył jednak uciec daleko; nadal był w tej parszywej dzielnicy, dwie przecznice od parku i nawet tutaj czuł zapach starego oleju z budki z hamburgerami, w której tak nie dawno jadł — ile czasu minęło? Dziesięć minut czy może godzina? I wpadł na człowieka, którego ze wszystkich ludzi nie spodziewał się zobaczyć teraz w Londynie.

Grimmauld było rzut tiarą od tej uliczki, ale przecież Black od kilku lat nie pojawił się w domu, więc skąd, czemu, jak? Peter skulił się w sobie, zadrżał i zaczął się wycofywać.

— Sssyriuszu — przywitał się niepewnie, głosem wyższym chyba o oktawę. — Miło cię widzieć, przyjacielu...

— PRZYJACIELU?! — wybuchł Syriusz, wbijając w Pettigrew lodowate spojrzenie szarych oczu. — Jak śmiesz nazywać mnie przyjacielem?! Jak śmiałeś nazywać się przyjacielem Jamesa, ty parszywa, zdradziecka szumowino! — wykrzyknął i wyciągnął z kieszeni różdżkę, nie przejmując się przechodzącymi obok mugolami. — Ty! Nic! Nie! Warty! Śmieciu! — Posłał w stronę Petera jakąś klątwę, ale ten zdążył zrobić unik. — ZABIJĘ CIĘ, PETTIGREW! A zanim cię zabiję, będziesz skomleć pod moimi butami! BĘDZIESZ BŁAGAŁ O TĘ ŚMIERĆ!

Pettigrew zacisnął palce na ukrytej w tylnej kieszeni spodni różdżce. Rozbiegane oczy wyłapały grupkę aurorów, z Moodym na czele, którzy właśnie wtoczyli się na tę ulicę. Zginę, uświadomił sobie nagle Peter i zmroziło go. Czy tylko po to zdradził przyjaciela? Żeby umrzeć z różdżki drugiego? Gryffindorze, on przecież chciał tylko przeżyć tę wojnę, dlaczego miałby umierać tuż po jej zakończeniu? Nie mógł. Nie teraz, nie tak. I nagle go olśniło. Przecież Dumbledore nie wie... Nikt nie wie, pomyślał.

— ZDRADZIŁEŚ ICH, SYRIUSZU! JAK MOGŁEŚ?! — wykrzyknął Pettigrew rozpaczliwym głosem. Black osłupiał. — JAK MOGŁEŚ WYDAĆ LILY I JAMESA VOLDEMORTOWI?! SWOJEGO NAJLEPSZEGO PRZYJACIELA?! I CHRZEŚNIAKA?!

A potem wyrwał różdżkę z tylnej kieszeni dżinsów; Syriuszowi wydawało się, że był szybszy — nie był. Dwa błyski rozminęły się na środku ulicy, wybuch, światło, oślepiający blask, ogłuszający huk i nagle nie było już ulicy, tylko wielka dziura i ciała, dużo ciał. Black rozejrzał się niepewnie, ale nie widział wśród nich Petera; a potem dostrzegł aurorów i zaczął się śmiać jak szaleniec, jakby naprawdę właśnie zabił Pettigrew, wydał przyjaciół i ach, wyglądał wtedy jak zupełny szaleniec, bo przecież każdy Black nim jest.

A Peter? Zbiegł do kanałów, z krwawiącą łapką, biedny, mały szczurek. Jego dusza nie krwawiła.

31 października 1981 roku

Szarawy blask świtu niknął w rozpylonym aerozolu irytującej mżawki. Peter przemierzał uliczki magicznego Glasgow, otulony czarną peleryną. Miasto spało, a za godzinę, gdy powinno się już budzić, wciąż będzie udawało, że śpi. Ignorowane budziki i usilnie naciągane na głowę kołdry chociaż na chwilę zabiorą spod powiek rozmyte cienie wojennego koszmaru, tego śnionego i tego, który rozgrywał się codziennie na jawie. Peter zazdrościł tym czarodziejom, którzy mogli teraz spokojnie spać, nieświadomi wydarzeń mijającej nocy. I mugolom, och, mugolom, którzy byli nieświadomi całej tej wojny, tego bagna, i byli tylko zdenerwowani — albo zirytowani — ostatnimi licznymi klęskami pogodowymi i kilkoma atakami terrorystycznymi, ale kto by się tym przejmował, skoro to Devon, Walia albo Aberdeen, bo przecież to nie mój ogródek i nic mi do tego. Och, jak on by chciał choć na jedną parszywą noc stać się mugolem! Chociaż na jeden przegrany dzień uciec z Wysp!

Może i powinien opuścić Brytanię, może nawet teraz, ale czuł, że musi tu być. Choćby miał to być jego ostatni dzień w tym kraju, musiał wiedzieć. Musiał widzieć. Nie był głupi — nie aż tak — żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, jak nieprzewidywalny był Czarny Pan. Wiedział, że czarnoksiężnik ma go za nic, ale przecież zawarli umowę. A on musiał to kontrolować. Musiał być pewien. James musiał żyć.

Ale do zmroku pozostało jeszcze dużo czasu, a on nie mógł ani spać, ani wrócić do domu, ani usiedzieć w miejscu. Jeszcze dwa miesiące temu mógłby o tej porze zajść na gorącą herbatę i słodkie śniadanie do cukierni Erwiny Murkle, albo zaszyć się w bibliotece McKinleyów, ale od kilku tygodni wszystko było albo zamknięte, albo miało bardzo ograniczone godziny otwarcia. Ludzi się bali.

On też się bał.

Szedł i z każdym krokiem wbijał ręce głębiej w kieszenie, a głowę głębiej w kaptur. Rozejrzał się jeszcze raz po cichej i pustej ulicy, a potem deportował się do Doliny Godryka. Przybrawszy zwierzęcą postać wkradł się do ogrodu Potterów. Wiedział, że ta ruda bestia, Puszek, będzie spała do południa przed kominkiem, a w taką pogodę nawet nie pomyśli o wyściubieniu tego płaskiego pyska poza dom. Dlatego mógł tu być, schować się w ciepłym kocim domku na tarasie i czekać. Czas w szczurzej postaci doskwierał jakoś mniej, a rozmaite myśli nie były aż tak natrętne. Szczurzy spokój, zakłócony jedynie wszechobecnym zapachem tego rudego potwora.

Z czasem przestało mżyć, a zaczęło kropić, później padać i około pierwszej lało już jak ze starego kociołka. Ciężkie chmury znów objęły całe niebo i Peter kompletnie stracił rachubę czasu. Doskwierał mu głód, nie jadł nic od wczorajszego wieczora, ale wciąż powtarzał sobie, że nie powinien ruszać się z kryjówki, że powinien zostać u Potterów, wszakże nawet nie zdążył porządnie wyschnąć przez tę cholerną mżawkę, po co miałby teraz znów wyłazić na deszcz, no i przecież i tak nie dostanie tu dyniowych pasztecików. Ale deszcz padał, zmrok — chyba — nie nadchodził, a głód Petera rósł. I gdy intensywność deszczu zmalała na tyle, że krople nie wbijały już małego szczurka w rozmiękłą glebę, poszedł.

Mugolski sklep mieścił się po drugiej stronie wioski. Prowadziła go przemiła starsza kobieta — och, młodzieńcze, naprawdę powinieneś się wyspać, a może jeszcze jedną drożdżówkę, ach, czy słyszałeś o wczorajszym zamachu w Swansea? — i Peter zastanawiał się, czy Potterowie kiedykolwiek robili tu zakupy, czy sprzedawczyni gawędziła w ten sposób z nimi i czy częstowała Lily jakimiś radami dotyczącymi małego Harry'ego, czego Lily nienawidziła najbardziej na świecie. A potem pożegnał się i wyszedł ze sklepu, ale przystanął tuż pod nim, bo daszek wystawał nad kontur budynku i Pettigrew mógł spokojnie zjeść tę drożdżówkę z makiem, makiem, którego tak nienawidził James.

Jakoś między kęsami pomyślał, że mógł spytać tę panią o godzinę, ale przecież nie wróci już do sklepu. Skończył jeść, zgniótł papierek po drożdżówce i oblizał słodkie od lukru palce, a potem zmienił się w szczura i wyszedł na deszcz. Przez wszystkie lata swojego życia przywykł już do okropnej angielskiej pogody, tylko czemu ta musiała hulać również w Szkocji?

I kiedy w końcu wrócił pod dom Potterów, zorientował się, że jest już za późno. Nie chodziło pozostawione w mokrej ziemi ślady, bo nawet na nie nie spojrzał, po prostu wiedział i czuł, że stało się coś bardzo złego, że śmierć wkradła się do tego domu i że coś poszło bardzo nie tak.

Chciał, żeby w tej chwili sparaliżował go strach, tak bardzo chciał zostać przed furtką Potterów i och, nienawidził tej mizernej cząstki samego siebie, która czyniła go Gryfonem. Wkradł się na posesję, wdrapał na ganek i zawahał się przed pozostawionymi na oścież drzwiami, ale wszedł do środka.

Ciało Jamesa spostrzegł od razu. Od strony schodów dochodziły go krzyki Lily, a on patrzył na martwego przyjaciela i nie czuł nic. Cały ten stres, tyle zachodu, strachu, planów, przecież James miał żyć. I zginął. A on... chciał krzyczeć, płakać, rwać wąsiki z pyska, a potem przemienić się, iść do baru i pić, aż zapomni o wszystkim, ale towarzyszyła mu wszechogarniająca pustka.

Peter wybiegł z domu, a potem ochłonął i obrócił się akurat, by zobaczyć jak w oknach na piętrze odbija się zielony blask Avady, a chwilę później szyby wyleciały z ram i nawet na podwórku mógł usłyszeć rozdzierający płacz dziecka, ale na nim nie robił wrażenia. Czekał, spodziewał się przecież kolejnej Avady, jedno zaklęcie i w końcu będzie po wszystkim, chociaż może nie wyszło tak, jak miało wyjść, chociaż James... Ale jeszcze jedna Avada, a on stąd ucieknie, znajdzie Evana, ucieknie do Francji i...

Ale minuty dłużyły się, a Harry nadal płakał, a Czarny Pan nadal nie wychodził z domu Potterów.

I właśnie wtedy Pettigrew uświadomił sobie, że wszystko poszło nie tak. A potem uciekł.