Znana na arenie międzynarodowej nieomylność (ważny składnik zagilbistości) Prus została właśnie wystawiona na próbę. A wszystko za sprawą tego czegoś, co właśnie trzymała za kołnierz i gapiło się na nią z jakąś dziwną miną.

- Że co niby? – odezwało się nagle polsko-podobne coś, wykrzywiając swoją zdecydowanie parszywą gębę jeszcze bardziej.

Coś było nie tak. Coś było bardzo nie tak. To coś wyglądało jak Polska. Mówiło jak Polska. I, tak na oko, ważyło tyle, co Polska. Ale jednak Polską nie było. Nie mogło być. Chyba że Maszyna, prócz podróży w czasie, oferowała także w pakiecie ścinanie włosów, zmianę głosu, garderoby i zmniejszanie rozmiaru miseczki. Ale mimo wszystko… Te podstępne, zielone oczyska rozpoznałaby wszędzie.

- Jak nie Jadzia, to kto? – spytała w końcu skonsternowana dziewczyna, nadal nie wypuszczając podejrzanego obiektu.

- Feliks. Feliks Łukasiewicz. – odpowiedział blondyn i przyjrzał się Julchen uważniej. – Ty mi, tak jakby, przypominasz taką jedną zarazę, co mi się ciągle do domu… Ałć!

Prusy wypuściła chłopaka, a ten upadł na ziemię. Łukasiewicz? ŁUKASIEWICZ?! Nazwisko tej pokraki, co po nocach obmyśla plany skradzenia jej zagilbistości?! Takie przypadki zdecydowanie się nie zdarzają. Co, do jasnej cholery, się dzieje?

Zanim dziewczyna uporządkowała myśli, reszta ekipy zaczęła dochodzić do siebie. Pierwsza podniosła się Ameryka. Odnalazła swój kij i odezwała się do Anglii:

- To lepsze od jazdy rollercoasterem!

- Nie jeździłam, więc nie wiem. – odpowiedziała zirytowana Rose, zdejmując z włosów i ubrań odłamki drewna. Nie podobało jej się to. Wnioskując po otoczeniu, znajdowały się w Sali Konferencyjnej. Właśnie zniszczyły dobro publiczne z przeszłości. Ktoś będzie za to płacił. I czemu te zakichane drzazgi muszą być wszędzie?!

- Może ci pomóc, Anglio? – zaproponowała Francja, od razu przechodząc do wyjmowania odłamów stołu z kucyków dziewczyny.

- Nie potrzebuję pomocy od takiej francy, jak ty! – odparła Rose, odtrącając dłonie Marianne.

- Ależ l'Angleterre, jak możesz być tak nie czuła? Ranisz moje uczucia! – oświadczyła dziewczyna, wykonując dramatyczny gest ręką.

- To trudno. – stwierdziła zimno Anglia, nie przerywając oczyszczania fartuszka.

Tymczasem Bella zauważyła poturbowanego Feliksa siedzącego na ziemi i niezbyt rozumiejącego całą sytuację. Podeszła do niego i ukucnęła. Spojrzała mu uważnie w oczy. Nagle uśmiechnęła się szeroko i wskazała na niego palcem.

- Wyglądasz jak Polonia! – oświadczyła i szukała potwierdzenia w reakcji chłopaka. Feliks odwzajemnił uśmiech, choć był on wyraźnie zmieszany.

- No, jakby to powiedzieć, ja jestem Polonia.

Zapadła cisza. Spojrzenia wszystkich kobiet spoczęły na Polsce, który zmieszał się jeszcze bardziej.

- WIEDZIAŁAM! – wrzasnęła nagle Prusy. – Tę parszywą gębę rozpoznałabym wszędzie! – żeby podkreślić swoje słowa, wskazała oskarżycielsko prosto na twarz Łukasiewicza i pchnęła Włochy do tyłu. Wszystko stało się jasne! – Czyli przyznajesz się, że przez całe życie byłeś transwestytą i używałeś imienia Jadwiga?!

- O czym ty..? – zaczął jeszcze bardziej skołowany nieszczęśnik, jednakże przerwał mu dochodzący z tyłu wyjątkowo wredny śmiech. Jego źródłem był białowłosy mężczyzna, który ze sporą trudnością wytoczył się spod stołu, a teraz leżał na plecach, trzymał się za brzuch i płakał ze śmiechu. Z pewnością nie było to najlepsze wejście, ale kto by o tym pomyślał, słysząc na żywo tak cudowny kabaret? Po chwili udało mu się wycedzić:

- No, przyznaj się! Chcę wiedzieć, kim jest mój sąsiad! – po czym powrócił do tarzania się po podłodze.

- Byś się zamknął, durny stawonogu, gdy ludzie prowadzą kulturalną rozmowę! Twoja zakichana zagilbistość na tym nie ucierpi! – krzyknął do niego Polska, powodując jedynie wzmocnienie śmiechu.

- Że co?! – wtrąciła się Julchen. – On nie jest nawet w jednej czwartej tak zagilbisty jak ja!

Nagle albinos przestał się śmiać. W pełni poważnie stanął na czworakach, spojrzał na dziewczynę i oznajmił:

- Czy ktoś właśnie śmiał twierdzić, że brakuje mi zagilbistości..?! – w jego głosie wyraźnie słychać było groźbę.

- Owszem. – odparła Prusy. – Jedynie Julchen Gilbert Beilschmidt należy się prawo do używania tego tytułu.

- Beilschmidt? – odezwał się znowu Łukasiewicz, przekrzywiając głowę. Następnie odezwał się w stronę białowłosego mężczyzny:

- Gilbuś, a to nie czasem twoje nazwisko?

Albinos był równie skołowany co blondyn. Nie dość, że jakaś babka rości sobie prawa do miana zagilbistej, to jeszcze przywłaszcza sobie jego nazwisko?! Nazwisko Wielkich Prusów?! O nie, nie ma mowy, żeby na to pozwolił.

Julchen pomyślała tak samo.

Zaczęli iść w swoim kierunku z wyraźnym zamiarem rozerwania tego drugiego na strzępy. Feliks strategicznie wycofał się pod ścianę. Kiedy już miało dochodzić do mordu, wkroczyła do akcji Hiszpania. Schwyciła Julchen w pasie i umieściła na ramieniu, jednocześnie unikając ataku Gilberta, który wyrżnął głową o blat złamanego stołu i upadł na ziemię tuż obok Chiary. Włoszka, dosyć wystraszona, zdzieliła go jeszcze raz, tak dla pewności, że nagle się nie ocknie. Tymczasem Isabel, nie odkładając Julchen, prawiła jej małe kazanie.

- Złotko, nie możesz być taka nerwowa. To źle wpływa na organizm. Nie jesteś już taka młoda, jak niektórzy, więc nie powinnaś za bardzo obciążać serca. A jak się będziesz tak ciągle denerwować, to któregoś dnia coś ci się stanie! Chyba, że wreszcie przekonasz się do pomidorów. Mówię ci, że dzięki nim…

- Tak, wiem, wiem! – przerwała jej albinoska. Jeśli dopuścić Carmen do rozprawiania o pomidorach, to nie wypuści cię do rana…

- A teraz mnie postaw! – dodała, wyrywając się z uścisku.

- No o tym właśnie mówiłam! – zauważyła Hiszpania z wyrzutem. - Kochanie, czemu ty nigdy mnie nie słuchasz? - brunetka odstawiła Prusy na ziemię i przytuliła się do niej z uśmiechem. – I tak cię kocham!

- Przepraszam, że zakłócam tę jakże piękną scenkę rodzajową, – odezwała się nagle Austria – ale czy nie powinnyśmy zająć się tymi osobnikami, którzy od jakichś 5 minut obserwują nas spod obu części stołu, który swoją drogą wcześniej złamałyśmy?

- Osobniki? Spod stołu? – zainteresowała się Ameryka. Spojrzała we wspomnianym kierunku i zobaczyła obok swojej nogi czyjąś głowę. W skutek odruchu warunkowego, ów mężczyzna otrzymał porządne uderzenie kijem bejsbolowym, mimo posiadanych okularów. Spod stołu dało się usłyszeć dźwięki szurania – prawdopodobnie reszta ukrytych cofnęła się pod wpływem ciosu.

- Jeju, przepraszam! – krzyknęła po chwili Jennifer, gdy zorientowała się, że istota spod stołu nie równa się potworowi spod łóżka. Przykucnęła i zaczęła dźgać uderzonego w głowę.

Tymczasem pozostałe kobiety, poza Włochami Południowymi, której siedzenie na podłodze i pilnowanie Gilberta najwyraźniej odpowiadało, postanowiły zająć się resztą postaci ukrytych obok poszkodowanego. Z kolei Bella zainteresowała się drugą częścią stołu. Najpierw położyła się na nieszczęsnym kawałku drewna, a następnie schyliła się.

- A kuku! – powiedziała w stronę mężczyzn wciąż pozostających w schronieniu. Wywołała tym drobne poruszenie.

- Mogę schować się z wami? Chyba fajnie się bawicie! – oznajmiła po chwili. Schowani spojrzeli po sobie, po czym pewna dziewczyna, jedna z nielicznych w tym towarzystwie, odpowiedziała jej z uśmiechem:

- Ale właśnie mieliśmy stąd wychodzić.

- Co? Ale szkoda… - Włoszka była wyraźnie zawiedziona. Obróciła się na plecy - widoczna pozostała jedynie jej brązowa kitka.

Po kolejnej chwili zwlekania, postanowiono opuścić tę część kryjówki. Tymczasem druga połowa już dawno była pusta – głównie z powodu znacznie większego zainteresowania oraz prób ocucenia poszkodowanego chłopaka.

- Mówiłam ci, żebyś się bardziej pilnowała! – pouczała Amerykę Anglia, bez przerwy dźgając ją w ramię. Dziewczynie najwyraźniej nie było przykro. Patrzyła jedynie ze sporą dozą niepewności na ofiarę swojego kija. Przez jego blond włosy przebił się sporej wielkości guz, a sam mężczyzna nie odzyskiwał przytomności, mimo licznych osób usiłujących go obudzić. W końcu zainterweniować postanowił inny blondyn, o włosach o ton jaśniejszych i z bardzo charakterystycznymi, grubymi brwiami. Uklęknął przy głowie poszkodowanego i podniósł ją delikatnie. Popatrzył chwilę na jego twarz, po czym wymierzył mu porządny cios w policzek. Zgromadzenie zamarło. Nieprzytomny stał się jeszcze bardziej nieprzytomny.

- Co ty właśnie, zrobiłeś, ty durny…! – krzyknął ktoś, gdy nagle poszkodowany otworzył oczy.

- Kurde, już dawno tak dobrze nie spałem! – oświadczył wszem i wobec, przeciągając się i siadając po turecku. Wszyscy posłali mu spojrzenia pełne dezaprobaty. Jedynie Jenny uklękła przy nim, kierując swój wzrok gdzieś na bok. Jej twarz pozostawała lekko skrzywiona.

- Przepraszam pana za moje karygodne zachowanie – wydukała po chwili i natychmiast wstała. W tym momencie Rose otrzymała od niej bezsłowne pytanie „Tak może być?", po czym przytaknęła. Amerykanka odetchnęła z ulgą. Przepraszanie jest bez sensu. Przecież nie zrobiła nic złego! Trzeba było nie czaić się przy jej nogach jak jakiś zboczeniec.

Mężczyzna nie zdążył nawet do końca zorientować się, o co dokładnie chodzi, czemu go przepraszają i skąd wziął się ten paskudny ból z tyłu głowy, gdy ta sama dziewczyna, która przed chwilą prosiła go o wybaczenie, nagle odwróciła się na pięcie i oznajmiła:

- Chcę rozmawiać z dyrektorem!

Sala zamarła. Ze zdziwienia. Wzięło się ono głównie z przekonania blondynki o prawdziwości i niepodważalności swych słów. Ciszę przerwało znaczące chrząknięcie pewnej brunetki we fioletowym płaszczu, która po chwili poprawiła poprzedniczkę:

- Jenny chodziło o szefa, czy przewodniczącego spotkania, jak kto woli.

Przez pomieszczenie przeszło wielką falą typowe dla takiej sytuacji: „Achaaa!", po czym do przodu wyszedł młodzieniec w okularach – oczywiście ten, który przed chwilą posmakował mocy kija Jennifer. O dziwo, nie ukazała ona w żaden sposób swojego lekkiego speszenia, tylko oświadczyła bez ceregieli:

- Nazywam się Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i chciałam zapytać, gdzie i kiedy jesteśmy.

Wszystkich tubylców zmroziło. Najbardziej zdziwiony wydawał się być rozmówca Amerykanki. Kiedy zastanawiał się nad odpowiedzią, dziewczyna zauważyła, że mają takie same kurtki – skórzane, lotnicze, z czarnym futerkiem na kołnierzu i przyszytą z przodu po lewej gwiazdką. Zanim przetrawiła tę obserwację, stojący przed nią blondyn odezwał się:

- To trochę… niemożliwe jest.

Jennifer spojrzała na niego mocno zdziwiona.

- Czemu podanie naszej aktualnej pozycji jest niemożliwe? – drążyła temat.

- Budynek Światowych Konferencji, Waszyngton, XX lipca 20XX roku. – odpowiedział jej mężczyzna, co wywołało w niej jeszcze większe zdumienie. Zdumienie i zainteresowanie.

- Dziękuję… Ale co jest niemożliwe? – teraz była naprawdę ciekawa. Blondyn musiał wyraźnie widzieć błysk podniecenia w jej oczach. Z jakiegoś powodu, wydał mu się on dziwnie bliski i znajomy.

- Niemożliwe jest, - ciągnął po chwili wewnętrznej walki – że jesteś Ameryką. Nie możesz.

Jenny zdziwiła się jeszcze bardziej. Jednak już sekundę później zaczęło się w niej gotować. Jej duma została urażona.

- Jak to: NIE MOGĘ?! – wycedziła przez zęby, starając się za wszelką cenę ponownie nie uderzyć rozmówcy. Nie dość, że ją wystraszył, to teraz jeszcze śmie jej wmawiać, że nie może być Ameryką? Neguje jej istnienie? Całe szczęście, że Francja zabrała jej kij, gdy tłumaczyła jej wystąpienie…

- No bo… - chłopak chyba zaczął się stresować, chociaż możliwe, że również był wściekły – To JA jestem Ameryką. I nikomu innemu nie pozwolę!

Po tych słowach przyjął pozycję obronną, aby zablokować pięść Jennifer zmierzającą wprost w jego podbródek. Potem odparował następny cios, wycelowany w piszczel. Nie miał lepszego pomysłu, niż się bronić. Mógł w sumie oddać tej całej podrabianej Ameryce, ale, bądź co bądź, była dziewczyną. Nie chciał zrobić jej krzywdy.

- Jak to? Dwie Ameryki? – spytał bardzo inteligentnie jakiś chłopak z loczkiem odstającym po lewej stronie.

- W życiu! Tylko ja jestem Ameryką! – natychmiastowo odkrzyknęła mu Jennifer, jednocześnie przerywając atakowanie drugiego Ameryki.

- Włochy, nie wierz jej! To ja, Alfred! Prawdziwy Ameryka! – wykorzystał swoją szansę blondyn. Jego przeciwniczka najpierw spojrzała na niego z wyrzutem, a potem zwróciła uwagę na początek jego wypowiedzi.

- Włochy? – rzuciła wielce zadziwiona Bella, spoglądając na bruneta z loczkiem. – Przecież ja i sorella to Włochy, prawda? – pytanie nie było skierowane w żadnym konkretnym kierunku, więc jak na rozkaz wszystkie przybyłe kobiety pokiwała głowami.

- A nie ja i ty, fratello? – również zapytał 'Włochy', tak samo niepewnie. Patrzył przy tym na innego chłopaka, trochę bardziej opalonego od niego i z loczkiem zwróconym w dokładnie odwrotnym kierunku. Ten przytaknął, choć sam nie był do końca przekonany.

- Widzisz? – Chiara zwróciła się do zdezorientowanej siostry. – Wszyscy faceci to zakłamane świnie, jak ci mówiłam. – w geście uspokojenia, przytuliła Belę, odgradzając ją jednocześnie od spojrzeń reszty zgromadzonych. W ostatniej chwili udało jej się jeszcze pokazać język temu bratu 'Włoch', który najwyraźniej mocno się wściekł, gdyż jego rodzeństwo musiało przytrzymać go za ramiona, żeby nie rzucił się z furią w stronę kobiet. Czyżby zapomniał, jak obchodzić się z płcią piękną?

Tymczasem Prusy rozważała dogłębnie wszystkie informacje, które zobaczyła i usłyszała, zapisując całość w notesie, który znalazła gdzieś na podłodze:

Jestem Polonia.

To nie czasem twoje nazwisko, Gilbuś?

JA jestem Ameryką.

Włochy, nie wierz jej!

Czy ja i fratello nie jesteśmy Włochami?

- O co tu, kurde, chodzi..? – mamrotała pod nosem. „Niby mówią, że są krajami…" – rozważała dalej, zerkając to na notatki, to na coraz bardziej roztrzęsiony tłum. „Nawet są w Budynku Konferencyjnym. A jak się tak przyjrzeć, to trochę nas przypominają". W tym miejscu dopisała informację o identycznych kurtkach Jenny i tego… „Alfonsa? Alfreda? Arnolda? Nieważne…" Znowu skupiła się na studiowaniu papierów. Nagle ją olśniło. Wszystko znowu stało się jasne!

- PRZEPRASZAM. – powiedziała dostatecznie głośno, żeby ją usłyszano. Nawet udało się jej ściągnąć całą uwagę na swoją osobę, co było całkiem przyjemnym uczuciem.

- Po bardzo głębokiej i żmudnej analizie przeprowadzonej prze zagilbistą mnie… - zrobiła krótką przerwę, aby zabrać stojącej obok Anglii okulary, które miały dodać odrobiny powagi jej słowom. Jednakże z ich powodu wszystko wokół rozmazało się, więc odrzuciła je z powrotem. Rose w ostatniej chwili uratowała swoją własność od zbicia.

- Więc, jak już mówiłam, - ciągnęła dalej – po długotrwałym studium, doszłam do wniosku, że Maszyna nie cofnęła nas w czasie tak, jak powinna.

- Zaiste błyskotliwe spostrzeżenie. – wcisnęła się Eleonora, wyrażając w ten sposób poirytowanie reszty osób. – Masz tego więcej, czy twój pomyślunek zdążył się przegrzać do tego czasu?

- Cicho siedź, ty austriacka zarazo! – rzuciła w odpowiedzi Julchen, na dobrą sprawę niezbyt przejmując się wtrąceniem kuzynki. Takiej pseudo-szlachty nie należy się słuchać, bo jeszcze zniżysz się do ich poziomu.

- A więc, biorąc pod uwagę skrzętnie zebrane przeze mnie informację oraz scenariusze najpopularniejszych filmów, przeniosłyśmy się do innego wymiaru, gdzie wszystkie jesteśmy mężczyznami.

Albinoska rozejrzała się, żeby zobaczyć wrażenie, jakie wywarły na innych jej słowa. Ze strony tubylców była to mina „O czym ona mówi?", natomiast koleżanki posłały jej jakże wymowne spojrzenie „Ty naprawdę jesteś głupia, czy tylko tak dobrze udajesz?". Kiedy zdała sobie sprawę ze swojego, drugiego już dzisiaj, błędu i właśnie miała zapaść się pod ziemię, odezwała się Francja:

- Jak dla mnie, to bardziej sensownego wytłumaczenia nie ma.

Tłum spojrzał na nią z jeszcze większym zdumieniem, tym razem z minami mówiącymi „Ty słyszysz, co ty mówisz?". Jednakże Marianne była nieubłagana.

- Jak macie lepszy pomysł, to ja słucham. – mówiąc to, usiadła na najbliższym krześle i skrzyżowała ręce na piersiach. Jeździła po sali pełnym wyczekiwania i dumy wzrokiem.

- No? Zero propozycji? – obejrzała salę jeszcze raz, po czym wstała. – Więc postanowione. Julchen ma rację, wy jesteście naszymi innymi wersjami, a my pochodzimy z innego wymiaru i przybywamy w pokoju. Jasne? – wszystko wyliczała na palcach, po czym utkwiła w zgromadzonych rozkazujące spojrzenie. Wszyscy pokiwali głowami, lekko wystraszeni. Nawet Rose nie zgłosiła sprzeciwu. Gdy Francja zrozumiała, że wszyscy się z nią zgodzili, uśmiechnęła się i klasnęła w ręce.

- No! To teraz tu posprzątajcie. – oznajmiła. Tubylcy zrozumieli, że najprawdopodobniej chodzi o nich, bo natychmiastowo zaczęli zbierać szczątki stołu, zamiatać i ogólnie porządkować. Natomiast cała grupa podróżniczek wciąż patrzyła na towarzyszkę z niedowierzaniem.

- Marianne! Czy już ci kiedyś mówiłam, jak ja cię uwielbiam? – nagle Prusy, zalana łzami wzruszenia, rzuciła się na brunetkę i przytuliła się do niej. Kobieta zaczęła głaskać ją po białej czuprynie.

- Spokojnie, spokojnie. Siostrzyczka Francja zawsze do usług. – szeptała do niej delikatnie.

- Ale ty serio myślisz, że to możliwe? – zapytała co najmniej skonsternowana Ameryka. – Że niby to coś w okularkach jest mną, tylko z innego wymiaru? – patrzyła przy tym kątem oka na Alfreda, który razem z jakimś młodzieńcem z istną szopą na głowie wynosił fragment stołu na zewnątrz.

- Ty nie widziałaś tamtej dwójki idiotów… - wtrąciła się Chiara, piorunując spojrzeniem wspomnianych braci. Ten bardziej opalony akurat gonił z miotłą tego drugiego. Bella sama nie wiedziała, co ma o tym sądzić, więc tylko przytakiwała siostrze.

Po pewnym czasie sala została wysprzątana, a w miejsce dawnego stołu zaanektowano rozmaite etażerki, stoliczki i półki z całego budynku. Wszyscy zebrani usiedli grzecznie wokół tej prowizorycznej powierzchni płaskiej. Głos zabrała Jennifer.

- Z powodu nieprzewidzianych wcześniej wypadków i niezbyt sprzyjających okoliczności nie miałyśmy czasu się przedstawić. Witajcie więc. Nazywam się Jennifer B. Jones, znana jako Stany Zjednoczone lub Ameryka i przewodzę naszej grupie, ale to już pewnie wiecie. Razem z dziewczętami wypróbowałyśmy najnowszy wynalazek, jakim miała być Maszyna Czasu.

Po sali przeszedł szept podniecenia. Amerykanka zignorowała to i ciągnęła.

- Wcześniejsze próby przeprowadzone na gryzoniach wyszły pomyślnie, dlatego pomyślałyśmy, że same mogłybyśmy przetestować maszynę. Podróż się udała. Jednakże, jak już pewnie się zorientowaliście, nie trafiłyśmy do przeszłości, a TUTAJ, gdziekolwiek to TUTAJ się znajduje. Prusy przedstawiła już nam swoje zdanie na ten temat i wszyscy jej przytaknęliśmy.

Albinoska pomachała z uśmiechem do zgromadzonych. Gilbert skrzywił się z niesmakiem.

- Jeśli jej teza naprawdę jest właściwa, musimy się upewnić. Najprościej będzie, jeśli każda personifikacja podniesie się po wywołaniu. – tłumaczyła Jenny. Wyciągnęła z kieszeni spódniczki małą karteczkę, na której spisane były imiona jej towarzyszek. Wykreśliła z niej siebie, siostry Vargas oraz Julchen. – Warto by było się też przedstawić, żeby potem nie było tylu problemów. – dodała po chwili. Pozostali pokiwali z aprobatą głowami.

- Anglia! – odczytała z werwą godną generała. Jednocześnie podniosła się Rose oraz ów blondyn, który ocucił Alfreda.

- A te brwi to mógłby sobie wydepilować. – szepnęła Marianne do Isabel, która lekko zachichotała.

- Moje imię to Rose Kirkland. Miło mi – oznajmiła Anglia-kobieta, schylając lekko głowę.

- Arthur Kirkland, również mi miło. – odpowiedział Anglia-mężczyzna, kłaniając się elegancko – jak na dżentelmena przystało. Oczywiście był to ruch wyuczony, który miał na celu ukrycie grymasu na jego twarzy, wynikającego z całej tej absurdalnej sytuacji.

- Austria!

Z krzeseł unieśli się brunet i brunetka, oboje ubrani w różne odcienie fioletu, przy czym ten pierwszy nosił okulary.

- Eleonora Edelstein. Bardzo się… Och, proszę przestać z z tym wzrokiem! – krzyknęła w stronę Gilberta, który rzeczywiście prześwietlał ją świdrującym spojrzeniem od samego początku. Albinos tylko nadął policzki i spojrzał w inną stronę, opierając głowę o dłoń. Z lekka zarumieniona brunetka usiadła, zupełnie ignorując przedstawiającego się okularnika. Reszta mogła usłyszeć, że nazywa się Roderich.

Jennifer trochę zdziwiło zachowanie Austriaczki, jednak ciągnęła dalej.

- Francja!

Marianne wstała z godnością (czytaj: powoli), po czym utkwiła dumne spojrzenie w mężczyźnie, który również miał uosabiać jej kraj. Jego włosy były jaśniejsze, sięgające prawie do ramion i lekko pofalowane. Francuzka wydawała się analizować przez chwilę to, co widzi, po czym uśmiechnęła się łagodnie.

- Nazywam się Marianne Bonnefoy. Lepiej, żebyście zapamiętali. – oświadczyła i mrugnęła zalotnie. Część sali lekko westchnęła, część zupełnie to zignorowała, a reszta, czyli obie Anglie, tylko skrzywiła się w obrzydzeniu. Natomiast Francja-mężczyzna odwzajemnił uśmiech.

- Moje imię to Francis. – oświadczył, po czym dodał coś po francusku. Najprawdopodobniej był to jakiś komplement, gdyż Marianne znowu się uśmiechnęła i zakryła usta dłonią. Po chwili jednak mina jej zrzedła. Nie wiadomo, czy była to nagła zmiana zdania na temat Francisa, czy efekt kopniaka, który jej kostka otrzymała od siedzącej obok Rose. Tak, czy siak, Ameryka odczytała z listy ostatni kraj – Hiszpanię.

Dwójka porządnie obdarowanych przez słońce ludzi podniosła się z impetem. Ich krzesła prawie się przewróciły.

- Nazywam się Isabel Carmen Fernandez Carriedo. – odezwała się Latynoska. - Bardzo się cieszę, że tu jestem! – swoje słowa potwierdziła szczerym uśmiechem od ucha do ucha, ukazując dwa rządki nie do końca prostych, aczkolwiek perłowobiałych zębów. Równie entuzjastycznie przedstawił się Antonio, czyli tutejszy Hiszpania.

- Skoro to wszystko mamy za sobą… - z ulgą w głosie oświadczyła panna Jones – to możemy w zasadzie zakończyć tę część zebrania. Jakieś pytania? – ostatnie zdanie wypowiedziała z pełną nadzieją w głosie.

- Kiedy wyjeżdżacie? – walnął prosto z mostu Alfred, który siłą został zmuszony do milczenia przez cały ten czas. Pomysł z drugą Ameryką zdecydowanie mu się nie podobał. I to przez nią miał tego guza!

Jenny w pierwszej chwili miała ochotę go walnąć, ale jednak się opamiętała.

- Która godzina? – mruknęła sama do siebie, zerkając na elektroniczny zegar zawieszony na ścianie obok. Pokazywał 12:52. Gdy tu wylądowały, była 11:36. Kanada miała sprowadzić je z powrotem po upływie pół godziny. Czyli gdzieś tak z pięć-dziesięć po.

- Coś jest nie tak… - powiedziała na tyle głośno, że osoby blisko niej mogły to usłyszeć.

- „Nie tak jest to, że mamy dublerki" – dalej narzekał Amerykanin.

- Meg miała nas ściągnąć 40 minut temu. – oznajmiła zaniepokojona dziewczyna, patrząc na swoje towarzyszki. Szukała w ich reakcji jakiegoś wytłumaczenia, pocieszenia. Ale one jedynie zdziwiły się i same spojrzały na zegar.

- Jadzia zaiwaniła panel sterowania. – stwierdziła po chwili Julchen.

- Raczej Monika rozwaliła maszynę. – poprawiła ją Chiara.

- Nie pomagacie! – zganiła je Anglia. – Mogło się stać coś złego!

- Może naprawdę coś się popsuło? – zaproponowała Isabel.

- Nawet jeśli – przerwała im Marianne – to przecież są jakieś plany zapasowe, czy coś w tym rodzaju, nieprawdaż? – to pytanie skierowała do Jennifer. Amerykankę chyba trochę to uspokoiło, bo uśmiechnęła się lekko. Po chwili jej uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej.

- Racja! – zakrzyknęła entuzjastycznie, po czym wyciągnęła z kieszeni kurtki jakiś starannie pozaginany papier. – Z tymi planami na pewno sobie poradzą!

W pomieszczeniu zaległa cisza. Wszyscy wpatrywali się w Amerykę lub na trzymaną przez nią kartkę. Dziewczyna miała ochotę spytać „No co?", ale sama spojrzała na świstek papieru i zrozumiała.

- Oh my God…