七つの大罪

7 grzechów głównych

Witaj w moim teatrze

Grzech drugi

強欲

Chciwość

Bycie królem z reguły oznacza bogactwo, wpływy i władzę. I mnóstwo innych rzeczy. Ciekawe, do czego dążył Crocodile, gdy chciał podbić Alabastę.

Doflamingo nie zaprzątał sobie tym głowy. Plan Krokodyla legł w gruzach po tym, jak pewien nadgorliwy chłopak mu go roztrzaskał na głowie. Różowy z kolei miał wszystko, czego dusza zapragnie. I własne zwierzątko. Rzucił wzrokiem na obsypaną poduszkami kanapę, wśród których tkwił na pozór spokojny Crocodile. Tylko miarowe zgrzytanie zębami, które dało się słyszeć od czasu do czasu, świadczyło o tym, że nie do końca taki jest.

- Twój podwładny pytał o ciebie – oświadczył beztrosko, kołysząc filiżanką na palcu wskazującym.

Tamten dostrzegł znaczący błysk w oku Doflamingo.

- Nie, ptaku – warknął Crocodile.

Było mu niewygodnie, cały czas w jednej pozycji, do tego sznury wżynały się mu w ciało, a krew skapywała powoli na kosztowną marynarkę. A do tego cholerny flaming miał zakusy na Daza. Wyobraźnia Crocodile'a pomknęła żwawo w świat niewypowiedzianych dotychczas pragnień, jakie na pewno miał paskudny ptak, i zamarła dotarłszy do celu.

- Nie przemęczaj się, Croco. Musisz mieć siły… jeśli chcesz przeżyć tę noc. I następne.

- Nie!

Doflamingo spojrzał na niego uśmiechając się bezwstydnie.

- Jeżeli będziesz nieco bardziej skory do współpracy, niż kiedy byłeś shichibukai, to myślę, że może nawet ujdziesz z… Croco? Hej, Croco, mówię do ciebie.

Crocodile nie uwierzył w ani jedno jego słowo. Wzdrygnął się na samo wspomnienie tamtych dni. To było zbyt… Ale czy nie spodziewał się tego zawsze? Te ukradkowe spojrzenia, które Doflamingo mu posyłał na tych głupich spotkaniach… Te podteksty i niedopowiedzenia. Przypadkowy dotyk… ale czy taki przypadkowy? Skóra mu cierpła, że Doflamingo mógłby… Nie, do cholery, to tylko głupi ptak z piórami zamiast mózgu. Być może chce się zabawić jego kosztem. Tak, na pewno. To było zupełnie w stylu różowego. Zabawi się i da mu spokój. Z pewnością.

Tak jak wtedy.

Ileś lat wcześniej

Crocodile szedł korytarzem wyłożonym białą marmurową posadzką. Buty na obcasach stukały miarowo wśród panującej ciszy. Skręcił za róg… by niespodziewanie wpaść do pierzastego raju. Cholera! Pierzak chwycił jego głowę i odsunął go od siebie na szerokość ramion jak lalkę.

- Crocodile, Crocodile, nie wiedziałem, że tak na mnie… lecisz, fufufufu~.

- Dla ciebie sir Crocodile, Doflamingo – powiedział ze stoickim spokojem Crocodile, jednocześnie unosząc dłoń zakończoną hakiem i wykonując zamach z boku.

Jego ręka nagle zdrętwiała, nie mógł nią poruszyć, jakby coś blokowało jego ruchy. Po chwili wrażenie minęło. Różowy puścił go i pogroził mu długim palcem.

- Już, już, nie złość się tak, Crocodile. Jak się bawiłeś na zebraniu?

Crocodile spojrzał na niego chłodno.

- Jeśli ci się nie podobało, Donquixote, nie musiałeś przychodzić.

- Akurat, żeby te wszystkie stare dziadki się trzęsły, że shichibukai nie pracują? – zaśmiał się drugi mężczyzna. – Trzeba odbębnić swoje. Przy okazji, jakie masz plany na wieczór?

Crocodile zastanowił się. Normalnie zaszyłby się w pracy papierkowej i jadł samotnie kolację, podaną przez Robin.

- Żadne – powiedział spokojnie, mierząc pierzaka wzrokiem.

- Zjesz ze mną kolację? – zapytał najniewinniej w świecie Doflamingo. – Znam jedną dobrą knajpkę. Co ty na to?

Mężczyzna skinął powoli głową. Tamten by nie proponował czegoś takiego, gdyby nie miał czegoś istotnego na myśli. Tak przynajmniej sądził Crocodile.

- Aha, i zostaw swoją pupilkę w domu, dobrze? To do zobaczenia, pa~pa! - różowy mu pomachał radośnie i ruszył swoim ptasim krokiem w drugą stronę.

Crocodile z kolei skierował się w stronę hotelu. Musiał przedłużyć rezerwację, jeśli miał jeszcze zostać jedna noc w tym miejscu.


Mocowanie się z walizką przyniosło w końcu rezultaty. Otarła pot z czoła, a potem jej wzrok padł na cała stertę zamkniętych walizek. Jęknęła w duchu, nie miała pojęcia, gdzie są klucze, a sir Crocodile kazał jej się rozpakować.

Ułożyła przybory toaletowe w łazience, fulary o wszystkich możliwych stonowanych kolorach na półkach w szafie, po czym zaczęła wyciągać garnitury, jednakowo czarne. Zastanowiła się przelotnie, gdzie są koszule. Gdyby ich nie wzięła… pan Croco chodziłby cały czas w jednej, a ona musiałaby ją prać! O nie!

Dereshishishishishi. Zaśmiała się cichutko i przyciągnęła do siebie kolejną walizkę. I wtedy szczeknęły drzwi. Robin zamarła, nasłuchując kroków w przedpokoju apartamentu. Cały dzień spędziła na czytaniu nowej książki, którą dostała ostatnio od sir Crocodile'a. Nie powinna była tego robić, powinna była…

- Robin.

Jej dotychczasowa wesołość gdzieś uleciała. Czujne oczy patrzyły na Crocodile'a, który tymczasem wszedł do części sypialnianej i zmarszczył brwi.

- Co tu robisz?

Jego głos był jak zwykle spokojny i rzeczowy, niezależnie od tego, co się działo.

- Sir Crocodile… rozpakowywałam walizki.

- Potrzebuję na wieczór czerwonego fularu – poinformował ją, a Robin podbiegła do szafy szukając odpowiedniego koloru.

Crocodile przelawirował między walizkami porozrzucanymi przez obsługę. Robin poderwała głowę do góry i obejrzała się.

- Sir… na dzisiaj? Nie wyjeżdżamy?

- Nie. Muszę coś załatwić.

A najchętniej zabić jednego idiotę, który mnie upokorzył, dodał w myślach. Całkowicie spokojnie.


Doflamingo kołysał się na krześle obitym miękkim materiałem. Wte i we wte, wte i we wte… Przyszedł za wcześnie, to prawda. Kołysał niedbale cieniutkim kieliszkiem, który wydawał się tak kruchy w jego palcach. Ciekawy, jak bardzo kruchy byłby Crocodile… Fufufu~ A oto i on, w tym swoim ciemnym garniturku i nieodłącznym szaliczku, dzisiaj w kolorze czerwonym. Ciekawe, ciekawe.

Crocodile był doskonale świadomy, że pierzasty gapi się na niego z całkowitą bezczelnością przynależną temu gatunkowi. Czego mógł od niego chcieć? W każdym razie, zaraz się tego dowie.

- Miło cię widzieć, sir Crocodile – rzucił beztrosko.

Czarnowłosy usiadł po drugiej stronie stolika i ujął serwetkę.

- Donquixote Doflamingo. Ciebie także.

Należało w końcu zachować pozory grzeczności.

Flaming skinął mu głową, po czym przywołał kelnera.

- Dobrze więc.

Szczupły mężczyzna zbliżył się do nich bezszelestnie.

- Czym mogę państwu służyć?

Złożyli zamówienie, a kelner oddalił się niespiesznie. Crocodile mierzył wzrokiem różowego. Doflamingo patrzył na niego z… kpiną? rozbawieniem?

- O co chodzi? – mężczyzna przerwał ciszę, gdy przyniesiono im dania.

Młodszy wojownik mórz wbił widelec w jedzenie.

- Zastanawiałeś się kiedyś, dokąd zmierza obecna era piratów? A przy okazji, nie musisz być tak oficjalny. Przejdźmy na ty.

- Od egzekucji Rogera gna wyłącznie w jednym kierunku – powiedział Crocodile, sącząc wino z godnością.

Najchętniej by go chwycił i skruszył tę fasadę. Cholera.

- Naprawdę chcesz rozmawiać o polityce? – zapytał pierzasty.

Jego uśmiech był cokolwiek dziwny.

- A o czym niby?

Doflamingo wskoczył na stół pomiędzy talerze, pochylając się nad Crocodilem, którego oczy niebezpiecznie się zwęziły. Piórka różowego płaszcza niemal muskały twarz mężczyzny.

- Nie ma żadnych „nas". Nie będę z tobą współpracował, jeśli o to chodzi.

- Ależ nie, fufufu~ – śmiech Doflamingo brzmiał cokolwiek niepokojąco.

Wyciągnął rękę i dotknął jego twarzy.

- Co ty robisz? – warknął Crocodile, odsuwając się.

Różowy uniósł drugą rękę, zginając palce, by następnie chwycić shichibukai za podbródek i przyciągnąć do siebie. Crocodile się nie opierał tym razem.

Prawdopodobnie dlatego, że nie mógł się ruszyć. Znowu.

- Wiedziałem, że mi się nie oprzesz – szepnął Doflamingo. – Chciałem się tobą pobawić dłużej, ale…

Crocodile czuł, że jego ciało jest jak kamień. Flaming chyba oszalał. Co mogło być w tym winie? Nie dopuszczał do siebie myśli, że tamten mógłby… Nie, nie chciał tak myśleć.

- Zamierzasz mnie torturować? – zapytał beznamiętnie.

- Jeśli chcesz, możesz to tak nazwać – Doflamingo. – Ale ja chcę tylko usłyszeć krzyk twojej duszy, Crocodile. Bo ona krzyczy, prawda? Błagając o więcej.

Chwycił go za brzeg fulara. Środkowy palec drugiej ręki trzasnął. Crocodile wstał, tylko po to, by wylądować na kolanach flaminga.

Kurwa.

Wykrzywienie dłoni. Czarnowłosy ściągnął obszyty futrem płaszcz i zaczął rozpinać własną koszulę.

Palec wskazujący w dół. Czarnowłosy objął pierzaka, wtulając twarz w jego szyję.

Szuch. Dłonie Crocodile'a dotarły do paska. Cichy szelest rozpinanych zamków. Pulsująca żądza.

Spojrzał na blondyna. W jego spojrzeniu nie było nic poza nienawiścią. Doflamingo rozciągnął usta w leniwym uśmiechu.

- Nie będę dłużej czekał – szepnął mu do ucha.

Zgięcie małego palca.

Doflamingo!

.

.

.

Chciwy krzyk pomieszany z bezwiedną rozkoszą. Drapieżność objęć. Metaliczny zapach i posmak krwi na zagryzanych do bólu – przyjemności – wargach.

Oddech zionący pikanterią. Bezsilność słona od łez.

Przestań.

Wyprostowane palce obu rąk.

Jeszcze.