Rozdział 2
Bycie persona non grata w ministerstwie, w połączeniu z cichym wykluczeniem społecznym, które spotkało zarówno jego, jak i Narcyzę, spowodowało, że Lucjusz zaczął koncentrować się wyłącznie na swojej rodzinie i jej interesach. Większość rodzinnego biznesu związana była z firmami zagranicznymi, które nie miały zbyt dużego pojęcia o jego przeszłości i dlatego też były mniej niechętne do współpracy. Gdyby nie to wymuszone, niemal pełne wycofanie się z życia towarzyskiego, głowa rodu Malfoyów prawdopodobnie o wiele wcześniej dowiedziałaby się, że tajemniczym partnerem jej syna był Harry Potter. I zapewne dzięki temu Lucjusz o wiele wcześniej przeżyłby atak wściekłej furii.
Teraz jednak, gdy niedzielny obiad jawił mu się już jako całkowicie zrujnowany, a szczątki kielicha pokrywały obrus, Lucjusz pozwolił sobie na ujawnienie tego aspektu swojego charakteru, który zazwyczaj głęboko ukrywał. Jego władczość i chłód gdzieś się ulotniły, a włoskie buty za trzysta galeonów wydawały stukot rozbrzmiewający wściekłym echem przy każdej pojedynczej konfrontacji z bardzo drogimi marmurowymi płytami. Jego syn, niewzruszony, godny dziedzic straconej zimnej krwi ojcowskiej, naprężał każdy muskuł w swoim ciele i zaciskał szczęki tak mocno, by z ust nie wydobyły mu się słowa, które w tej właśnie chwili walczyły o prawo wydostania się na wolność.
— Czy ty masz jakiś kryzys? Przechodzisz przez fazę dezorientacji, jakiś młodzieńczy bunt? A może po prostu starasz się wykończyć własnego ojca? Zresztą to akurat w twoim wieku powinieneś już mieć za sobą — ironizował Lucjusz. — Świetnie! Oczywiście, mogę to zrozumieć. Ostatecznie okres młodości nie był dla ciebie łatwy.
— Uspokój się, Lucjuszu — prosiła Narcyza, o wiele bardziej zaniepokojona milczeniem syna niż ciemnofioletową żyłą, która pojawiła się na skroni męża.
Lucjusz posłał jej jedynie gniewne spojrzenie. Był oburzony, że żona tak długi czas ukrywała przed nim skłonności Draco. Dopiero teraz dotarło do niego, że letnie wizyty Blaise'a Zabiniego, już po zakończeniu szkoły, nie były jedynie pretekstem do powtórki materiału z eliksirów czy pogrania w quidditcha w ogrodzie. Wciąż przemierzał jadalnię długimi, sztywnymi krokami, z tym surowym, niezmiennym wyrazem twarzy niekwestionowanego śmierciożercy.
— Bo jeśli o to chodzi, to w porządku! Ale chyba możesz już skończyć ten etap eksperymentowania. Najwyższy czas, żebyś znów był normalny i wykazał się rozsądkiem, Draco. Tak jak ja i matka cię wychowaliśmy. I przestań nas zawstydzać!
Przez kilka sekund wydawało się, że Lucjusz się uspokoił, a nawet miał zamiar wrócić na swoje miejsce przy stole. Zaraz jednak odwrócił się gwałtownie i oskarżycielskim gestem wskazał palcem swojego dziedzica.
— Czy to musiał być akurat przeklęty Potter? — ryknął. — Spośród wszystkich czarodziejów tego świata właśnie Potter! Na jaja Merlina!
— Lucjuszu!
W porównaniu do okrzyku Narcyzy, głos Draco zabrzmiał irytująco beznamiętnie.
— Po prostu tak się stało — stwierdził.
— Po prostu tak się stało — powtórzył Lucjusz, waląc pięścią tuż obok talerza swojego syna, który cisnął serwetkę na stół i wstał.
Szarość oczu ich obu, ołowiana i ciężka, spotkała się na tej samej wysokości.
— Zaakceptuj to, ojcze. Nie doczekasz się ślubu z żadną panienką z dobrej rodziny. Zakładając, że została jeszcze jakaś gotowa to zrobić. Nie będzie wielkiego przyjęcia zaręczynowego ani równie bufoniastego ślubu. Ani też rodziny i przyjaciół do zaproszenia. A wiesz dlaczego? — Zbliżył niespotykanie zaczerwienioną twarz do twarzy ojca, aż ich nosy prawie się zetknęły. — Bo wszyscy są martwi albo siedzą w Azkabanie. A jeśli już ktoś został na wolności, ty nim gardzisz, bo nie ma niczego. Więc on również nie przyjdzie!
Draco ochrypł w trakcie swojej przemowy, ale kiedy znów zaczął wylewać z siebie obelgi, zanim Lucjusz w ogóle zdążył zareagować, odzyskał ten wyuczony, twardy ton, w którym kiedyś słychać było także podziw dla swojego rodziciela.
— Powiem ci coś, ojcze. Nie sądziłem, że uda mi się przeżyć na szóstym roku. Ale jednak się udało. Nigdy nie myślałem, że dowiem się, jak to jest — łagodnie mówiąc — narobić w spodnie. I uwierz mi, tego również się dowiedziałem, gdy nasz oświecony został tutaj zaproszony. Nie miałem żadnej nadziei na wyjście z tego z życiem. Ale jednak żyję.
Draco nabrał powietrza, by móc kontynuować swoją przemowę, nieco przyduszony prędkością, z jaką wypowiadał słowa, nie będąc w stanie ich zatrzymać. Starał się nie zwracać uwagi na to, że oczy matki zaczęły wilgotnieć.
— Skończyłem szkołę z najlepszymi ocenami, udając, że tabliczka z tytułem przeklętego syna śmierciożercy wisząca na moich plecach nie istnieje. Pojawiłem się na rozmowie o pracę, którą ty pogardzasz z całego serca, bo wiedziałem, że ją dostanę. — Tym razem to pięść Draco uderzyła w stół z wściekłością i z całą mocą, uwalniając powstrzymywaną przez długi czas złość. — Sprawiłem, że musieli mi ją dać, ojcze! Bo jestem cholernie dobry i nikt mi tego nie zabroni!
Wiszący na ścianie zegar dziadka Abraxasa wybił drugą po południu, wyznaczając tym samym nieoczekiwane zawieszenie broni, które odrobinę rozładowało ciężką od emocji atmosferę wiszącą w powietrzu. Na kilka nieskończenie długich sekund w jadalni zapadła cisza, okazyjnie przerywana przez szloch Narcyzy. Lucjusz wrócił do swojego krzesła i opadł na nie ciężko, czując niespodziewaną, dziwną gulę w gardle. Draco wciąż stał, wpatrując się w ojca pałającymi oczyma. Jego twarz wyrażała wściekłe uniesienie, a pięści nadal zaciśnięte były na stole.
— Jest jeszcze coś, czego nie spodziewałem się osiągnąć, ojcze. — Lucjusz powoli podniósł wzrok, jak ktoś, kto arogancko stara się ukryć własne wahanie. — Nie sądziłem, że znajdę kogoś, kto będzie w stanie mnie pokochać, pomimo tego, kim jestem. A jednak znalazłem kogoś takiego. Czy takie ważne są jego płeć i nazwisko?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, Draco wypuścił wstrzymywane do tej pory powietrze, starając się ukryć rozczarowanie.
— Nie martw się, Harry i tak nie przyjdzie. A wiedząc, co myślisz, zdaje się, że ja również.
Ucałował matkę i szybkim krokiem opuścił jadalnię, nie odwracając się za siebie. Narcyza obróciła się w stronę męża z zaszklonymi oczyma, drżąc z oburzenia.
— Napraw to, Lucjuszu Malfoyu! Albo przysięgam ci, że skończysz, twierdząc, iż Azkaban był naprawdę przyjemnym miejscem!
Po tych słowach ona również wyszła z pokoju. Jej nerwowe, szybkie kroki rozbrzmiały w korytarzu, tak jak wcześniej kroki Draco.
— Draco, synu, poczekaj… — Młodzieniec zatrzymał się, pozwalając, by matka do niego podeszła. — Nie bierz tego do siebie, Draco, proszę — błagała, chwytając go za szatę. — Twój ojciec też wiele przeszedł. Tamte czasy były ciężkie dla nas wszystkich.
Lodowate spojrzenie Draco, identyczne ze spojrzeniem mężczyzny, który został w jadalni, prawie natychmiast złagodniało. Chłopak jedynie mlasnął językiem w geście bezradności, nie będąc w stanie zwrócić przeciwko matce złości, rozczarowania i żalu, jakie się w nim kłębiły.
— Co to znaczy, że Harry nie przyjdzie? — zapytała chwilę później Narcyza. — Rozmawiałeś z nim? Podał jakiś powód?
— Powód? — Draco spojrzał na matkę z niedowierzaniem. — A o który konkretnie pytasz? — zapytał z ironią. — O to, że ojciec zaatakował go, gdy Harry uwolnił naszego skrzata? O to, że wcisnął przeklęty pamiętnik młodej Weasleyównie, w wyniku czego ogromny bazyliszek prawie go zabił? A może o to, że ojciec był jednym z tych rozbawionych widzów spektaklu na cmentarzu, wyczekujących, aż Czarny Pan trafi Harry'ego Avadą? No, chyba że wolisz posłuchać o tym bezsensownym wypadzie do Departamentu Tajemnic, po którym popadliśmy w niełaskę?
Błękitne oczy Narcyzy wpatrywały się w Draco, wciąż jeszcze wilgotne, ale też o wiele więcej rozumiejące, niezdolne do odparcia jego słów. Po spędzeniu tygodni na rozważaniu wszystkich za i przeciw dotyczących tej rozmowy, ani Narcyza, ani Draco niestety nie omylili się co do przewidywanych reakcji ojca i syna podczas tej konfrontacji.
— Merlinie święty, matko! Harry też nie chce nawet słyszeć o zajęciu miejsca przy jednym stole z ojcem. A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że nie mogę go za to winić! A jednocześnie przeraża mnie, że Harry nie chce nawet o tym pomyśleć. — Draco potrząsnął głową ze złością. — Jaka czeka nas przyszłość? Spędzanie osobno świąt i urodzin? Mam poświęcać każdą niedzielę na zjedzenie obiadu z wami i pozwalać, by on znikał na tych śmiesznych imprezach u Weasleyów…
Narcyza objęła syna, a on — po kilku sekundach opierania się — w końcu pozwolił sobie na zanurzenie się w ramionach matki, jak robił to już tyle razy.
— Co mam robić, matko? — wyszeptał, ukrywając twarz w delikatnym, ale jednak silnym ramieniu. — Kocham go. Kocham go tak bardzo, że chyba oszaleję.
— Nie martw się, kochanie — pocieszała go Narcyza. — Czas leczy wszystkie rany. Może po prostu jest jeszcze za wcześnie — wyszeptała. — Ale, Draco, ojciec cię kocha. Pomimo tego steku bzdur, jaki z siebie wyrzucił. — Pogładziła z czułością włosy Draco. — Nie byłabym w stanie ukrywać cię wiecznie, ojciec w końcu i tak by się dowiedział. I jestem pewna, że to sobie przemyśli i skończy z takim zachowaniem. A jeśli Harry kocha cię równie mocno, jak ty jego — i oby tak było! — on też się zmieni. Zobaczysz. Po prostu obaj potrzebują więcej czasu, niż nasza cierpliwość jest w stanie znieść.
Draco uniósł głowę i uśmiechnął się słabo.
— Niech cię Merlin wysłucha, matko.
ooOooOoo
Dwa tygodnie przed świętami Londyn już przypominał miejsce uwielbienia konsumpcjonizmu działającego na najwyższych obrotach, wywrócone do góry nogami przez szał zakupów, prezentów i pomniejszych imprez, od których nikt nie uciekał, bez względu na przekonania religijne. Chłodne noce spędzane na spacerach i zakupach stały się o wiele znośniejsze dzięki świątecznemu nastrojowi. Harrods, ozdobiony różnokolorowymi lampkami, uczynił zadość tradycji oferowania każdemu klientowi kieliszka szampana i rozsyłając do każdego swojego sklepu tabliczki czekolady. Można było spacerować po Regent Street i Oxford Street, słuchając jednocześnie koncertów i dźwięków dzwonów wygrywających kolędy w rytm mrugających lampek. Covent Garden, serce Londynu, nocą zmieniał się w miejsce równie magiczne, co sama Pokątna. Tradycyjnie wspaniałe drzewko bożonarodzeniowe na Trafalgar Square rozbłysło szóstego grudnia i teraz każdej nocy pod jego gałęziami odbywały się świąteczne koncerty.
Przyciśnięci do siebie Harry i Draco stali właśnie w tym najbardziej znanym miejscu w Londynie, wsłuchani w dźwięki Gloria In Excelsis Deo Vivaldiego wygrywanej przez siedzącą przed choinką orkiestrę. Harry, opatulony szalikiem po czubek nosa i w skórzanej czapie — tak, wraz z nadejściem zimy Draco podarował mu jeszcze jedną — naciągniętej najgłębiej jak się dało, stał z rękami w kieszeniach. W Londynie śnieg padał rzadko, ale za to mróz potrafił wymrozić z głowy wszystkie myśli. Chociaż akurat myśli Harry'ego miały sporą temperaturę. Jakoś nie mógł pozbyć się z umysłu pewnej notatki, którą tego ranka otrzymał w akademii. Mimo że wciąż pogrążony we własnych rozmyślaniach, zauważył, że Draco przysunął się do niego bliżej. Harry nieświadomie objął go mocniej.
— Chcesz już iść? — wyszeptał Draco tuż przy jego uchu, tak że na chwilę ciepły oddech owionął zmarznięty policzek Harry'ego.
Harry zaprzeczył zdecydowanie. Wiedział, że Draco bardzo lubił taką muzykę i że, pomimo zimna, rozkoszował się tym momentem. Poza tym czuł się winny po tym, jak mu odmówił w kwestii świąt u jego rodziców, dlatego też starał się sprawiać mu przyjemność, kiedy tylko mógł.
— Zjemy kolację u Thistle'a? — szepnął znów Draco.
— Jeśli chcesz — przytaknął Harry.
W końcu ostatnia nuta Glorii przebrzmiała i publiczność zaczęła entuzjastycznie klaskać, przy okazji rozgrzewając sobie dłonie. Następną kompozycją, jaką wykonywała orkiestra, był Mesjasz Händela i Harry znów pogrążył się w rozmyślaniach. Nie wspomniał Draco o notatce, którą otrzymał, i bynajmniej nie miał zamiaru zrobić tego teraz. Nie, dopóki nie dowie się, co knuje Lucjusz Malfoy.
ooOooOoo
Jego żona z pewnością o wiele bardziej doceniłaby kompozycje, które w tym momencie wykonywała mugolska orkiestra. Lucjusz nie miał pojęcia, co właściwie grali. Rozpoznał tylko Bożonarodzeniowe Oratorium Bacha. Zresztą i tak go to nie interesowało. Jedyne, o czym teraz myślał, to by nie stracić z oczu pary, która — kompletnie nieświadoma jego obecności — słuchała koncertu kilka metrów dalej. To już trzecia noc z rzędu, kiedy ich śledził. Lucjusz, pomimo swojego chłodnego usposobienia i opanowania, które towarzyszyło mu przez większość czasu, pod wieloma względami był bardzo porywczy. Czasami potrafił całkowicie stracić nerwy. Tyle że wrażliwość nigdy nie była jego mocną stroną, a jedno słowo potrafiło go przyprawić o palpitacje serca. Ale w końcu sześć lat spędzonych na dwunastu metrach kwadratowych to całkiem sporo czasu na refleksje.
Tamta niedziela naznaczyła Lucjusza w sposób, jakiego się nie spodziewał. Nie był to znak widzialny, taki jak ten, który odznaczał się na jego skórze, niemożliwy do usunięcia. Ale też bolał. Nie tak, jak ogień, który sparzył jego ramię, ani jak Cruciatus Czarnego Pana. Był raczej jak nieprzerwany, niekończący się niepokój. Ciągły ucisk w piersi. Dziwne kłucie, które powodowało, że czuł, jakby ktoś zgniatał mu serce. Lucjusz postrzegał wszystkie wydarzenia, jakie wstrząsnęły jego życiem, jako osobiste zniewagi, które oczywiście miały wpływ na całą jego rodzinę, ale obracały się przeciwko niemu samemu. To on był tym, który na własnej skórze odczuł porażkę, upadek, pokonanie przez przeciwnika. To on musiał pochylić głowę, schować dumę do kieszeni i zaakceptować wyrok sześciu haniebnych lat w Azkabanie, on — jako najgorszy ze wszystkich. A jako głowa rodziny, wziął też na siebie całą hańbę i zniesławienie, jakim zostało skażone ich nazwisko. Jednak gdy tak rozpaczał i lizał rany, nie widział ran własnego syna. Dopóki ten nie stanął dokładnie przed nim.
A teraz czuł się kompletnie zbity z tropu. Po etapie zaskoczenia, zaprzeczenia, wściekłości i, ostatecznie, poddaniu się rezygnacji, teraz walczyło w nim to, co jego czysta krew — obciążona zasadami i uprzedzeniami — uważała za słuszne, i to, czego jego syn naprawdę potrzebował. Nadmiar negatywnych uczuć, jakich doznał tamtej niedzieli, pozostawił w ustach Lucjusza gorzki posmak. I jeszcze ten cichy smutek widoczny w oczach Narcyzy… ranił jego duszę. Teraz Lucjusz patrzył, jak Draco pochyla się do swojego towarzysza, szepcząc mu coś do ucha, i jak ten przytakuje z uśmiechem na ustach. Patrzył, jak Potter odwraca twarz, szukając ust, które natychmiast wyszły mu na spotkanie. Spojrzał prawie z uznaniem na pełen satysfakcji wyraz twarzy Draco, gdy na powrót skupił swoją uwagę na koncercie, ani na moment nie rozluźniając uścisku, w jakim trzymał przytulonego do niego Pottera. Może Narcyza miała rację. Oczy jego syna jeszcze nigdy nie były tak ożywione, tak uśmiechnięte. A jego twarz tak spokojna.
Lucjusz przypomniał sobie, jak ponury był Draco, gdy spotkali się po jego wyjściu z Azkabanu. Pod oczami chłopaka widniały wtedy sine podkowy, zaciemniając jeszcze wystraszone spojrzenie. Draco był wtedy bardzo szczupły, a Narcyza powiedziała kiedyś, że cierpiał też na bezsenność. W tym momencie wspomnienia, które Lucjusz ukrył za własnymi obawami, wypłynęły na powierzchnię i sprawiły, że coś przekręciło się w jego żołądku, w jego wątrobie, w sercu i każdym wystarczająco czułym organie, rozprzestrzeniając się boleśnie po całym ciele.
— Panie...
W głosie Lucjusza brzmiała rozpacz. Mężczyzna mówił chrapliwie, siedząc w ciemnym rogu pokoju, wciąż mając na sobie ślady kary, jaką otrzymał po tym, jak pozwolił swojemu synowi uciec. Jedna powieka była zamknięta z powodu wielkiej opuchlizny.
— Panie… proszę… mój syn…
— Jeśli twój syn nie żyje, to nie z mojej winy, Lucjuszu. Nie przybył, by do mnie dołączyć, tak jak uczynili to inni Ślizgoni. A może Draco postanowił zaprzyjaźnić się z Harrym Potterem?
— Nie, nigdy — wyszeptał Lucjusz.
— Módl się, żeby tak było.
— Panie… nie boisz się, że… że Potter zginie z ręki kogoś innego? — zapytał mężczyzna drżącym głosem. — Nie lepiej… wybacz mi moje słowa… przerwać tę bitwę, wejść do zamku i poszukać go osobiście?
— Nie udawaj, Lucjuszu. Chcesz, żebym przerwał bitwę tylko po to, by dowiedzieć się, co z twoim synem. Ale ja nie potrzebuję szukać Pottera. Zanim noc przeminie, on sam do mnie przyjdzie.
I rzeczywiście, Potter przybył na to makabryczne spotkanie. Ale nie umarł. Draco też nie. Draco stał się mężczyzną. Bez jego pomocy. Z pewnością nawet jej nie potrzebował. Wybrał własną ścieżkę, prawdopodobnie nawet o wiele pewniejszą, niż ta, którą wybrał on sam.
Lucjusz uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz. Mianowicie to, że Harry Potter także mógł w końcu wybrać własną drogę w życiu.
ooOooOoo
Zaklęcie o mało go nie trafiło. Harry z lekkim niepokojem obserwował szeroki uśmiech swojego ucznia. Ferguson był kilka lat starszym od niego aurorem, a Harry zastanawiał się, dlaczego mimo to tak upierał się, by chodzić na jego zajęcia. Nie było niczego, czego mógłby go jeszcze nauczyć. W końcu doszedł do wniosku, że mężczyzna po prostu miał nadzieję kiedyś złapać go na chwili nieuwagi, by móc potem przechwalać się, że zdołał pokonać samego Harry'ego Pottera. Wcale by się nie zdziwił, gdyby okazało się, że to jakiś zakład czy coś w tym rodzaju. Nie byłby to pierwszy ani ostatni raz, kiedy natykał się na takiego bystrzaka, który ubzdurał sobie coś o zdobyciu sławy i chwały jego kosztem. Harry doszedł do wniosku, że tego ranka skoncentrowanie się na zajęciach naprawdę sporo go kosztowało, ale mimo to, z mocnym postanowieniem, że nie da się rozproszyć, odwrócił się w stronę swojego ucznia.
— Gotowy? — zapytał, stając w pozycji inicjującej starcie.
— Oczywiście. — Auror uśmiechnął się, ale w tym samym momencie drzwi sali otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła Padma Patil.
— Harry, muszę z tobą porozmawiać!
To były dosłownie ułamki sekund. Wystarczyły jednak, by Ferguson posłał w jego kierunku złośliwą klątwę. Harry został brutalnie odrzucony w tył i skończył, obracając się dookoła własnej osi jak fryga, by ostatecznie upaść z całą mocą na podłogę. Nieco oszołomiony, choć o wiele bardziej bolała go duma niż ciało, wstał, posyłając Padmie mordercze spojrzenie.
— Nie mogłaś poczekać dziesięć minut? — zapytał zirytowany.
Dziewczyna jednak pokręciła energicznie głową, po czym opuściła salę, a zaraz za nią wyszedł naburmuszony Harry.
— Słuchaj, Harry, on już przyszedł — broniła się Padma, w nerwowym geście zakręcając sobie kosmyk czarnych, lśniących włosów na palec. — Powiedziałam, że masz jeszcze lekcje, ale stwierdził, że poczeka, po czym rozsiadł się na sofie. Prawdę mówiąc, Harry, nie czuję się zbyt pewnie, gdy on tam siedzi, więc…
Harry głośno wypuścił powietrze z ust, uciskając sobie tył głowy, gdzie już zaczął mu rosnąć mały guz. Padma nawet nie musiała mówić, o kogo chodzi.
— Nie martw się, zaraz z nim porozmawiam. — Powiedziawszy to, wsunął głowę do sali, by powiadomić swojego ucznia, że lekcja skończona. Nie uniknął niestety widoku pełnego satysfakcji uśmiechu na twarzy Fergusona.
W złym humorze, ale bez możliwości darowania sobie spotkania z Lucjuszem Malfoyem, Harry powoli przemaszerował przez korytarz, a za nim, lekko utykając (zostało jej to po wojnie), szła Padma. Gdy dotarli do recepcji, dziewczyna natychmiast ukryła się za ladą. Harry natomiast z zaskoczeniem przyglądał się nieskazitelnemu mugolskiemu przebraniu Malfoya seniora. Choć tego nie chciał, od razu pomyślał sobie, że to właśnie po nim Draco odziedziczył ten idealnie arystokratyczny wygląd.
— W czym mogę pomóc? — zapytał sucho, gotowy, by od razu przejść do rzeczy i jak najszybciej zakończyć to dziwaczne spotkanie, o które poprosił były śmierciożerca.
Lucjusz, gdy tylko go zobaczył, podniósł się z kanapy i wyciągnął dłoń w jego kierunku.
— Niełatwo się z panem skontaktować, panie Potter.
Zaskoczony tym gestem Harry zawahał się na moment, po czym również wyciągnął dłoń. Malfoy w drugiej ręce dzierżył swoją nieodłączną laskę, od której Harry nie mógł oderwać podejrzliwego spojrzenia.
— Mogę zaprosić pana na kawę? — zapytał Lucjusz, czując się niepewnie pod pełnymi lęku spojrzeniami, jakimi obrzucała go zza swojej lady Padma.
Nie żeby nie był przyzwyczajony do tego, że większość ludzi witała go właśnie takimi spojrzeniami: pełnymi strachu i pogardy. I chociaż udawał, że nic go to nie obchodzi, to nigdy nie przyznałby się jak bardzo tak naprawdę go to dotyka.
— Za dwadzieścia minut mam zajęcia… — Harry próbował się jakoś usprawiedliwić, chcąc zakończyć tę konwersację natychmiast.
— Nie zabiorę panu dużo czasu — zapewnił Lucjusz.
Harry wahał się przez moment.
— W porządku, o ile nie będzie panu przeszkadzać mugolska kawiarnia… — Ustąpił ostatecznie, pewny, że Malfoyowi nie spodoba się ta propozycja.
Mężczyzna jednak uśmiechnął się, dając mu do zrozumienia, że nie da się na to złapać, i wskazał drzwi swoją laską.
— Pan przodem, panie Potter — powiedział.
Niewielką odległość, jaka dzieliła kawiarnię Melvina od akademii, przeszli, zachowując kłopotliwe milczenie. Było prawie wpół do jedenastej i lokal był nieco mniej zatłoczony niż rankiem. Znaleźli wolny stolik blisko wejścia.
— Czego się pan napije? — zapytał Lucjusz.
Najlepiej herbaty z lipy, pomyślał Harry, głośno powiedział jednak:
— Poproszę cappuccino.
I obserwując dalszy ciąg procesji niespodzianek, patrzył w osłupieniu, jak Malfoy eleganckim krokiem zmierza do lady, omijając inne stoliki i obecnych w kawiarni mugoli, po czym prosi barmana o cappuccino i espresso. Potem zobaczył, jak Digby nadskakuje mężczyźnie, rzucając Harry'emu pełne pytań spojrzenia. Od kiedy Harry i Draco zamieszkali wspólnie, nie afiszowali się u Melvina tak bardzo jak wcześniej. A Digby i reszta parafii bardzo tęsknili za swoją ulubioną rozrywką. Harry po raz drugi wypuścił powietrze przez usta, odwracając wzrok od ciekawskiego barmana. Wygląd Lucjusza — a tylko ślepiec nie zauważyłby podobieństwa między nim i Draco — z pewnością podrzuci ich fanom tematu do rozmów na dość długi czas. Harry ściągnął kurtkę i położył ją na oparciu krzesła. Albo w kawiarni było tak gorąco, albo to on się gotował od wewnątrz. Później poświęcił się skupianiu swojej uwagi na przechodzących ulicą ludziach, nie chcąc się przyznać do tego, że był zdenerwowany.
— Proszę.
Harry odwrócił się, słysząc głos tuż obok siebie.
— Dziękuję — powiedział, biorąc do rąk papierowy kubek, który ojciec Draco przed nim postawił.
Wziął mały łyk, parząc się w język. Przeklął, i natychmiast tego pożałował, czując się jak idiota.
— Więc? O czym chciał pan ze mną porozmawiać? — zapytał, ukrywając fakt, że nie czuł się zbyt komfortowo.
Lucjusz po raz kolejny uraczył go tym uśmiechem, tak podobnym do uśmiechu Draco.
— Rozumiem, że mój syn przekazał panu zaproszenie na świąteczny obiad? A pan je odrzucił.
— Dokładnie — potwierdził Harry bez najmniejszego śladu wahania.
Lucjusz z uwagą wpatrywał się w swojego rozmówcę, który siedział przed nim, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Harry Potter również stał się mężczyzną. No, może nie urósł zbyt wiele. Lucjusz pamiętał jednak, że jego rodzice również nie byli wysocy. Jego rysy twarzy straciły dziecięcy wyraz. Mężczyzna, który teraz na niego patrzył, miał lekko spiczasty podbródek i wyraźnie zaznaczoną linię szczęki. Można nawet powiedzieć, że surową, nadającą jego twarzy stanowczości. Pod gęstymi czarnymi brwiami lśniły pełne głębi zielone oczy. To była chyba najbardziej pociągająca część jego twarzy. Przez moment Lucjusz zastanowił się, czy sławna blizna wciąż odznacza się na jego czole. Niestety, nie mógł się o tym przekonać z powodu rozwianej grzywki, która zakrywała czoło. Ciało Pottera również nie było już tym workiem kości, który stawił czoła Czarnemu Panu, wyraźnie widać było rysujące się pod koszulką mięśnie. Gdyby jego syn był dziewczyną, Lucjusz byłby w stanie zrozumieć, dlaczego podobał mu się Harry Potter. Zrozumienie tego, biorąc pod uwagę Draco takiego, jakim był, kosztowało go wiele wysiłku. Wręcz tytanicznego.
— Mógłbym poznać powód? — zapytał z zaintrygowaniem, jakby ta odmowa bardzo go zdziwiła.
Harry natomiast odniósł wrażenie, że mimo prób udawania, Malfoya głęboko brzydził papierowy kubeczek z kawą.
— Może dlatego, że nasze poprzednie spotkania nie przebiegały w zbyt przyjacielskiej atmosferze? — odparł Harry, nie kryjąc sarkazmu.
Lucjusz znów się uśmiechnął, a Harry znienawidził ten uśmiech. To był uśmiech Draco i tylko jego.
— W życiu spotykamy wiele osób, za którymi nie przepadamy, panie Potter — powiedział Lucjusz. — Mimo to jednak musimy je tolerować.
I mnie to mówisz…, pomyślał Harry, ostrożnie biorąc kolejny łyk cappuccino.
— To ta kawiarnia, w której spotkaliście się z Draco?
Harry o mało się nie udławił.
— Skąd pan wie? — zapytał, nie przejmując się ukrywaniem zdumienia.
— Od żony — odpowiedział Lucjusz, rozglądając się dookoła z dezaprobatą. — Zdaje się, że są rzeczy, o których Draco woli rozmawiać ze swoją matką, zamiast ze mną. — Szare, zimne spojrzenie znów spoczęło na Harrym. — Jak na przykład o tym, że lubi jadać śniadania w mugolskich kawiarniach.
Mimo ironicznego komentarza, Harry zauważył niezbyt dobrze ukryte rozczarowanie swojego rozmówcy. A więc to nie jedyna rzecz, którą do tej pory ignorował. To wszystko wydawało mu się coraz bardziej dziwaczne. Stanowczo za bardzo dziwaczne jak na cholerny poniedziałek. Nie było jeszcze nawet południa, a on już miał migrenę.
— Czego pan ode mnie chce, panie Malfoy? — zapytał.
Lucjusz postawił plastikowy kubek na stole z taką samą ostrożnością, jakby trzymał porcelanową filiżankę.
— Chcę spędzić święta z synem.
Harry z pewnością poczułby się o wiele mniej zaniepokojony, gdyby usłyszał coś w stylu „żeby pan wreszcie popełnił harakiri za pomocą własnej różdżki" albo „proszę wypić zawartość tej fiolki — zupełnie przypadkowo mam przy sobie trochę trucizny".
— Nie mam zamiaru zabraniać Draco udziału w rodzinnych uroczystościach, panie Malfoy — zapewnił. — Może być pan o to spokojny.
Jeśli tylko o to chodziło, Harry stwierdził, że Malfoy mógł sobie oszczędzić tej wizyty i kawy. Spojrzenie Lucjusza zawisło na nim na chwilę, która wydawała się Harry'emu wiecznością. Chłopak zadawał sobie pytanie, na co jeszcze liczył Malfoy.
— Nie oszukujmy się, panie Potter. Przepada pan za mną o wiele mniej, niż ja za panem — odezwał się w końcu Lucjusz. — A przynajmniej według Draco. I przypuszczam, że pan też jest o tym przekonany. Dlatego też w obecności Draco i mojej żony możemy udawać. Nie że się lubimy, ale że potrafimy wytrzymać ze sobą przez jeden dzień. Narcyza i ja chcemy, aby nasz syn był z nami w Boże Narodzenie, a on nie przyjdzie bez pana.
Zdezorientowany tą informacją Harry pozwolił sobie na wyrażenie swoich wątpliwości.
— Draco ani razu nie wspomniał, że nie zamierza spędzić z wami świąt.
Lucjusz uśmiechnął się z wystudiowaną złośliwością.
— Co za ulga wiedzieć, że nie jestem jedyną osobą, którą Draco utrzymuje w niewiedzy.
Harry nie był pewien, czy bardziej zmartwił go bezsprzecznie sarkastyczny ton Malfoyowego komentarza, czy fakt, że Draco mógł ukrywać przed nim swoją decyzję. Coś definitywnie było w tym wszystkim nie tak.
— Więc, panie Potter?
Pomimo swojej dystyngowanej postawy i obojętnego tonu, Harry był pewien, że odmowa byłaby dla Lucjusza Malfoya kompletną porażką. I bardzo go to kusiło. Ale skubańcowi udało się poruszyć coś w jego sercu. Teraz o wiele sensowniej było opanować swoją impulsywność, która tylko od czasu do czasu sprawiała mu coś więcej niż przykrości, i ugryźć się w język. A potem na spokojnie przeanalizować całą sytuację. Skoro to Lucjusz zrobił pierwszy krok, organizując spotkanie z osobą, której nie cierpiał (czyli z nim), skoro pozwolił się przyprowadzić do baru pełnego mugoli, którymi — jak przypuszczał Harry — gardził teraz tak samo mocno, jak kiedyś… Pił kawę z kubka, który go obrzydzał, i zniżył się nawet do tego, żeby wyznać Harry'emu, że nie ma pojęcia o wielu ważnych aspektach życia swojego syna i że jest gotowy zrobić wszystko, by go nie stracić.
A Draco był ważny nie tylko dla Lucjusza. Harry nieświadomie wystukiwał palcami jakiś rytm na blacie stołu, jednocześnie rozpamiętując wyraz twarzy Draco tamtego poranka, kiedy stanowczo odmówił spędzenia świąt z jego rodziną. Znowu poczuł wyrzuty sumienia. Zdał sobie sprawę z tego, że jeśli naprawdę chce budować ich wspólną przyszłość na solidnych podstawach — a przecież bardzo tego chciał — musiał być gotowy na pewne ustępstwa. Okej, może i on wchodził w tę przyszłość bez bagażu na plecach, ale Draco miał swoją rodzinę, jaka by ona nie była, i nic nie mogło tego zmienić. Mimo tego Harry starał się ignorować ten fakt przez bardzo długi czas, tak jakby ta część życia Draco w ogóle nie istniała.
Nie była to łatwa decyzja. Z pewnością nie była też łatwa dla siedzącego przed nim czarodzieja. Harry miał tylko nadzieję, że nie pożałuje tego, co zaraz powie.
— Ta umowa dotyczy tylko i wyłącznie Bożego Narodzenia — podkreślił, wbijając wzrok w Lucjusza. — Niech pan nawet nie marzy, że będę co niedzielę wpadał na obiady czy cokolwiek w tym stylu.
Lucjusz bardzo arystokratycznie zmarszczył nos i uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla niego sposób.
— Oczywiście, że nie, panie Potter. Niedziele przeznaczone są tylko dla mojej rodziny.
— Świetnie.
Harry zdecydowanie wyciągnął dłoń do byłego śmierciożercy, a Lucjusz uścisnął ją mocno. Później obaj wstali od stołu bez słowa i wrócili do własnych zajęć. Od strony baru Digby patrzył z nadzieją, wyczekując okazji, by złapać Harry'ego, gdy będzie sam, i zadać mu parę pytań.
ooOooOoo
Draco nie mógł się nadziwić, dlaczego tego popołudnia jego chłopak miał tak zmienny humor. Znalazł go w maleńkiej siłowni w akademii, jak robił miazgę ze swojego prawie-osobistego worka do boksowania. Nie dał się nawet skusić rozpustnym aluzjom Draco dotyczącym wspólnego prysznica, w związku z czym Ślizgon musiał cierpliwie poczekać, aż Harry skończy boksować, rzuci odpowiednie zaklęcia ochronne na budynek i powie, że jest zbyt zmęczony, by pójść na Trafalgar Square, tak jak to robili przez kilka ostatnich nocy. Teleportowali się więc prosto do mieszkania, gdzie Hary prawie natychmiast padł na kanapę, wziął do ręki pilota i zaczął wściekle przeskakiwać po kanałach.
— Zły dzień? — zapytał Draco.
Harry podniósł na niego wzrok. Draco był tuż obok. Pozbywał się marynarki, odrzucając ją na fotel. Rozluźniając krawat, by potem rozpiąć dwa guziki koszuli. Z tym swoim pełnym zadowolenia grymasem, gdy delikatna, kusząca skóra, odrobinę zaróżowiona, została uwolniona z objęć materiału. Ten charakterystyczny gest dłoni, gdy odgarniał grzywkę z oczu, by móc utkwić w nim swoje spojrzenie. Ten tańczący na wargach uśmiech — trochę łagodny, trochę wystudiowany, niezmiennie podjudzający. Jego ciało — gibkie, doskonałe; każdy ruch wykowany z taką elegancją, że niepodobne, by była ona wyuczona. Nie, ona musiała być wrodzona.
A obok on, Harry, pożerający go oczyma. Czuł, jak ten uśmiech budzi w jego brzucho stado motyli, jak spojrzenie przenika jego pierś, sprawiając, że serce wali z całą mocą. Harry po raz kolejny zadał sobie pytanie, dlaczego tak go kocha. I mimo że zaraz po lekcjach musiał rozładować się w sali treningowej, wiedział, że podjął dobrą decyzję. Bo chciał, by to spojrzenie i ten uśmiech były przy nim. Zawsze.
— Prawdę mówiąc, to był dziwny dzień — odparł.
Ściągnął adidasy i postawił je pod stolikiem, kładąc bose stopy na blacie.
— Dziwny? — zapytał Draco.
Pacnął dłonią stopy Harry'ego, by ten spuścił je ze stołu. Harry oczywiście zrobił to, choć niechętnie. Draco tymczasem zsunął z nóg własne buty, podwijając jednocześnie rękawy koszuli, zawijając idealnie równie fałdy. Potem wyciągnął się na kanapie, opierając głowę na brzuchu Harry'ego. Zamknął oczy, czekając na pieszczoty, które poczuł prawie od razu.
— Dlaczego dziwny? — zapytał znowu.
Harry przeczesywał włosy Draco, czując, jak prześlizgują się one między palcami, powodując łaskotki. W pokoju rozbrzmiewał głos prezentera wiadomości, choć żaden z nich nie zwracał na niego uwagi.
— Po prostu… — westchnął. — W chwili mojej nieuwagi Fergusonowi udało się mnie pokonać… — Wciąż nie otwierając oczu, Draco uniósł jedną brew w zdumieniu. — I zaznaczam, to wcale mnie nie ubodło. — Draco pokręcił głową, naciskając tym samym lekko na krocze Harry'ego, który sprowokowany wypchnął biodra odrobinę do przodu. — Padma miała dziś nerwowy dzień — kontynuował Harry. — I narobiła trochę zamieszania w danych nowych studentów. — Draco uśmiechnął się, przypominając sobie reakcję dziewczyny, kiedy po raz pierwszy przyszedł po Harry'ego do akademii. — No, a potem byłem na kawie z twoim ojcem — wyrzucił z siebie Harry. — Później wróciłem, miałem spotkanie sam na sam z jakimś tam Abdelem Mubarakiem, chyba Egipcjaninem, który zażyczył sobie kilku lekcji pojedynków. Najwyraźniej chce walczyć z jakimś pierworodnym z wrogiego klanu za odebranie mu narzeczonej, czy coś w tym guście.
Draco podniósł odrobinę głowę, by Harry mógł łatwiej dotrzeć do jego karku. Z ust wydobył mu się jęk albo nawet warknięcie rozkoszy, gdy palce Harry'ego dosięgnęły pierwszego kręgu i ucisnęły go lekko, sunąc coraz wyżej.
— Nawet nie myśl o tym, żeby zgadzać się na te lekcje. — Jego głos brzmiał leniwie i nieco sennie. — Egipcjanie mają bardzo surowe i zacofane prawodawstwo, jeśli chodzi o sprawy honoru, Harry. Możesz się wplątać w niezłą kabałę, nawet o tym nie wiedząc — ostrzegł.
— Nie ma to jak mieć prawnika w domu — uśmiechnął się Harry.
W tym momencie Draco otworzył nagle oczy i podniósł głowę tak gwałtownie, że Harry aż skulił się w sobie.
— Co powiedziałeś?
— Nie ma to jak mieć prawnika w domu — powtórzył.
— Nie, nie. Coś o kawie i moim ojcu…
— Aaa… to że byłem na kawie z twoim ojcem?
Draco spuścił nogi na ziemię, siadając na kanapie przed Harrym. Rozleniwienie i senność zniknęły jak za machnięciem różdżki. Spojrzał na Harry'ego, jakby właśnie wyrosły mu dwie dodatkowe głowy, nie bardzo wiedząc, czy powinien się przestraszyć i zacząć sprawdzać, czy jego chłopak nie oberwał przypadkiem jakąś klątwą, czy też natychmiast teleportować się do dworu i upewnić, że ojciec jest w jednym kawałku.
— Co się stało, Harry? Co ci powiedział? Czy wy...
Miękkie, stanowcze usta Harry'ego zmusiły go do przerwania pytań. Dłonie Harry'ego szarpnęły za rozpięty kołnierzyk koszuli Draco. Przyciągnął go do siebie mocno, tak żeby poczuć każdy mięsień, każdy kawałek ciała napierającego na drugie ciało. Harry zawładnął jego ustami z takim impetem i uporem, z jakimi zwykle bronił swoich poglądów albo się pojedynkował. Aż w końcu, uwodząc i działając na zmysły swojego chłopaka, sprawił, że dłonie Draco zapłonęły chęcią dotykania jego skóry, a reszta jego ciała umierała z pragnienia pogrążenia się w tym wąskim, gorącym miejscu, które zdobywał każdej nocy. Draco popchnął Harry'ego na poduszki, zsuwając mu z bioder spodnie, by dowiedzieć się, jak bardzo zainteresowana dalszym działaniem jest pewna część jego ciała, podczas gdy Harry ściągał z niego koszulę.
— Masz mi sporo do opowiedzenia, Potter. Niech ci się nie zdaje, że o tym zapomnę.
Harry oblizał wargi, obrzucając Draco pożądliwym spojrzeniem pełnym zielonych płomieni. Pragnąc poczuć na sobie te szczupłe dłonie o długich palcach, zdolnych dotrzeć w każdy zakątek jego ciała.
— Mniej gadania, Malfoy — warknął, robiąc mu miejsce między swoimi nogami.
Na ustach Draco pojawił się rozkoszny uśmieszek, kiedy chłopak zrozumiał, że tym razem gry wstępnej nie będzie. Za co był zresztą bardzo wdzięczny, bo od momentu, w którym zobaczył Harry'ego na sali treningowej, z obnażonym, spoconym torsem i napiętymi do granic możliwości mięśniami, jego libido czaiło się w ukryciu, by w odpowiednim momencie wybuchnąć z całą mocą. Aby osiągnąć erekcję, która teraz prężyła się dumnie, nie potrzebował niczego więcej, jak tylko tych ust, całujących go do utraty tchu, i niecierpliwych bioder wypychanych w kierunku jego własnych. Dlatego też już w następnej sekundzie Harry leżał praktycznie zgięty wpół, a Draco wchodził w niego mocno, prawie nie dając mu czasu na nabranie oddechu. Dłonie Harry'ego na oślep znalazły krawędź kanapy za jego głową i chwyciły ją mocno. Zduszony, szybki oddech Draco owiewał szyję Harry'ego ciepłym, wilgotnym powiewem. W palcach stóp czuł mrowienie.
— Zaraz dojdę… — wydyszał Draco, odrobinę zirytowany tym, że nie może zatrzymać trochę dłużej uczucia tej przyjemności, która miała zaraz przeminąć.
Harry jęknął tylko i wypchnął biodra jeszcze mocniej, czując, jak dłoń Draco przesuwa się po jego penisie szybko i energicznie, starając się, by obaj doszli w tym samym momencie. Podczas gdy Draco dochodził, częstując Harry'ego entuzjastycznym ugryzieniem w szyję, Harry krzyczał na całe gardło, pochłonięty własnym orgazmem. I tym ugryzieniem.
— Wybacz… — wyszeptał Draco.
Harry wyprostował zdrętwiałe w poprzedniej pozycji nogi i puścił brzeg kanapy, a jego ręce natychmiast otoczyły spoczywające na nim ciało.
— Szybko, ale genialnie — sapnął, tak zmęczony, że czuł się niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.
Draco uniósł lekko głowę, by na niego spojrzeć. Widząc usatysfakcjonowany uśmiech na ustach Harry'ego, czuł się trochę mniej winny. Musnął jego wargi niespiesznie, inicjując leniwy, powolny pocałunek. Gdy go przerwali, jego umysł znów był w stanie funkcjonować. A nawet przypomniał Draco, że mężczyzna, który właśnie pod nim leżał i mruczał sobie z przyjemności, winny jest mu pewne wyjaśnienia.
— Teraz powiesz mi, o co chodziło? — zapytał.
Harry otworzył oczy, trochę zawiedziony tak szybkim powrotem do tematu. Napotkał szare spojrzenie Draco, wciąż jeszcze lekko zamglone, i jego zaróżowioną twarz. Uwielbiał patrzeć na ten rumieniec ozdabiający zazwyczaj blade policzki i nie potrafił się powstrzymać przed ich pogładzeniem, mimo że wcale nie miał ochoty się ruszać.
— Jesteś szczęściarzem, Draco — szepnął. — Masz rodzinę…
W tym momencie Draco nie był pewien, co maluje się w oczach Harry'ego. Było w nich tyle emocji, że czuł, że nie jest w stanie poskładać puzzli, które zatopione były w zielonym spojrzeniu.
— Jestem szczęściarzem. Mam ciebie — zapewnił.
Przyciągnął Harry'ego do siebie, nagle świadomy tego, że w życiu tego Gryfona nie było żadnego ojca, który mógłby sprzeciwić się ich związkowi, ani żadnej matki, która by go wspierała, zawsze gotowa go bronić.
Harry nie powiedział nic więcej, ale przez długi jeszcze czas pozwalał się tulić ramionom swojego chłopaka.
