Rozmowa druga

Mętna woda przesłaniała mu widok, więc wypłynął na powierzchnię, jednak wciąż nikogo nie dostrzegał.

Gdzie jesteś? — zwołał. — Gdzie jesteś!?

Deszcz zagłuszał jego słowa, chociaż starał się go przekrzyczeć. Nawoływał godzinami, aż wreszcie zrozumiał, że nawet gdyby było słonecznie i cicho, nie usłyszałaby go, ponieważ odeszła.

Gdzie jesteś?

Odeszła lub została zabrana…

Takashi otworzył oczy, przerażony. Wiedział, że to nie jego strach i nie jego ból, jednak wciąż dygotał. Przez kilka minut musiał sobie powtarzać, że wszyscy są cali i zdrowi, że siedzi w swoim pokoju, na wygodnym materacu, z Nyanko u boku. Że oto rozpoczyna kolejny zwyczajny dzień i wszystko jest w porządku.

Syknął z bólu, gdy nieopatrznie oparł się na zranionej ręce. Spojrzał na sino czerwoną pręgę, biegnącą wokół nadgarstka i westchnął. Prawie wszystko, poprawił się w myślach.

xxx

Telefon, jak poprzednio, zadzwonił w piątek późnym popołudniem.

— Dom Fujiwarów, słucham — powiedział Natsume.

— Dobrze cię słyszeć — odezwał się głos, na dźwięk którego Takashi aż podskoczył. To była naprawdę miła niespodzianka.

— Natori! — wykrzyknął. — Witaj.

Nie widzieli się już jakiś czas i Takashi nawet zastanawiał się, czy nie zadzwonić, ale zrezygnował z tego pomysłu. Shūichi Natori prowadził podwójne życie, co musiało pochłaniać mnóstwo czasu i energii, ponadto oba wykonywane przez niego zawody były raczej męczące. Natsume nie chciał się więc narzucać. I tak spotykali się dość często, przy okazji kolejnych problemów związanych z aktywnością youkai.

— Masz jakieś plany na jutro? — zapytał egzorcysta.

A propos youkai — pomyślał Natsume.

— Potrzebujesz pomocy?

— Nie.

— Nie? — Upewnił się chłopak.

— Nie. Znalazłem wyjątkowo miły pensjonat, niezbyt daleko, więc zapraszam na weekend.

Natsume zmarszczył brwi, przypominając sobie ich poprzednie wizyty w pensjonatach. Chociaż ostatecznie zawsze udawało im się wybrnąć z opresji, słowo „katastrofa" dość dobrze je opisywało.

— Żadnych ayakashi — kontynuował Natori, jakby czytał mu w myślach. — Żadnych egzorcystów… poza mną oczywiście… i żadnych kłopotów. Tylko wypoczynek. Co ty na to?

Brzmiało niemal zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwe. Natsume naprawdę pragnął spędzić więcej czasu z kimś, kto widział to samo, co on i starał się go zrozumieć. Jednak uczucie, że Księga Przyjaciół nie powinna się znajdować w pobliżu żadnego egzorcysty, nawet tak miłego, nasilało się z każdym ich spotkaniem. Pozostawała też kwestia rany na ręce. Natori mógł zauważyć, że to nie było zwyczajne zadraśnięcie i zapytać o szczegóły. Takashi nie chciał kłamać, jednak niespecjalnie miał też ochotę się przyznawać, że wchodzi w kompetencje egzorcystów, nie mając o tym zielonego pojęcia.

— Natsume? — Entuzjazm w głosie jego rozmówcy wyraźnie przygasł. — Jeśli masz inne plany, nie przejmuj się…

— Nie, nie mam! — Takashi zaprzeczył niemal odruchowo, co uzmysłowiło mu dobitnie, jak bardzo chciał jechać. — Chętnie się wybiorę. — Zawahał się. — To znaczy, muszę najpierw zapytać Touko, ale na pewno się zgodzi. Zawsze się zgadza.

— Zwłaszcza, jeśli powiesz, że jedziesz ze mną. — W głosie mężczyzny znów pobrzmiewała radosna nuta.

— Dokładnie — roześmiał się Natsume, przypominając sobie rumieńce widoczne na twarzy kobiety za każdym razem, gdy padało nazwisko znanego aktora. — Miło będzie zobaczyć ciebie, Hiiragi i resztę — dodał. — Minęło sporo czasu.

— Nie zabieram ich — oświadczył niespodziewanie Natori.

— Jak to?

— Zostawię je w domu, skoro nie planuję żadnej pracy.

Takashi zmieszał się i zerknął na swojego ochroniarza, który polował na muchę w kącie korytarza, pozornie niezainteresowany rozmową. W rzeczywistości nie uronił zapewne ani słowa z konwersacji. Ponadto chłopak ze zdumieniem odkrył, że nie wyobraża sobie wycieczki bez zrzędliwego kota. Czyżby aż tak się przyzwyczaił?

— Nawet jeśli to weekend bez ayakashi, muszę zabrać Nyanko — powiedział, starając się brzmieć na skruszonego. — Na pewno nie opuści mnie na krok, gdy dowie się o wycieczce.

— Zwłaszcza, jeśli powiesz, że jedziesz ze mną?

Natsume westchnął.

— Dokładnie — powtórzył, już mniej radośnie.

xxx

Gdzie jesteś? — Takashi podskoczył tak gwałtownie, że uderzył głową o szybę. Rozejrzał się pospiesznie, rozcierając bolące miejsce, nigdzie jednak nie dostrzegł obcego youkai. Tylko Nyanko leżał obok zwinięty w coś na kształt kłębka.

W sobotni poranek pociąg był niemal pusty, więc mieli cały przedział dla siebie. Siedzący naprzeciwko Natori złożył gazetę i wrzucił ją do torby.

— Obudziłeś się w samą porę — oznajmił. — Niedługo będziemy się zbierać.

Natsume zmieszał się lekko.

— Zasnąłem? — mruknął. — Przepraszam. Powinieneś był mnie obudzić.

— To moja wina, że zawiadomiłem cię o wyjeździe w ostatniej chwili — odparł egzorcysta.

— Nie pierwszy raz.

— Pakowałeś się w nocy? — Natori obrzucił podejrzliwym spojrzeniem bandaż na nadgarstku Takashiego, a później pogrążonego we śnie kota. — Czy może znowu zaangażowałeś się w coś nierozsądnego, a ten pseudo-strażnik cię nie obronił?

— Nic złego się nie działo — zapewnił Natsume, po części zgodnie z prawdą. — Po południu pomagałem Touko, a musiałem odrobić wszystkie zadania na poniedziałek, więc zacząłem się pakować dość późno…

…W nocy zaś wesoła gromada z Yatsuhary zjawiła się pod pretekstem wręczenia mu nowej porcji lekarstwa, ale tego nie zamierzał dodawać.

Ziewnął. Ręka kiepsko się goiła i wciąż go bolała, więc był wdzięczny Hionoe za miksturę z jagód, które neutralizują truciznę ayakashi, jednak nie mógł się pozbyć wrażenia, że zdrowy sen pomógłby mu w równym stopniu, jeżeli nie bardziej.

Gdzie jesteś? — Głos rozległ się wyraźniej i jakby bliżej. Tym razem Natsume nie spanikował, gdyż zrozumiał, że to jedynie echo tragedii, która wydarzyła się dawno temu. Za szybą dostrzegł znajomą stację oraz staw, nad którym stał razem z Shibatą ledwie tydzień temu i doszedł do wniosku, że wtedy właśnie musiało się go uczepić.

Natori podał mu torbę.

— Uh… Wysiadamy tutaj? — zdziwił się chłopak.

— Na następnej stacji. Ale ona jest zaraz za tym wzgórzem.

Natsume zmarszczył brwi. Dostrzegł też, że Nyanko uchylił jedno oko i zerknął na egzorcystę podejrzliwie.

— Coś się stało? — zaniepokoił się Natori.

Natsume zawahał się. Może po prostu powinien opowiedzieć o swojej wizycie sprzed tygodnia?

Żadnych youkai, przypomniał sobie i uśmiechnął się.

— Nie.

To na pewno zbieg okoliczności, uznał. Z głębokości swojego fotela Nyanko zerknął na niego z politowaniem.

xxx

Pensjonat prezentował się naprawdę wspaniale. Przedpołudnie upłynęło im na poznawaniu budynku i jego atrakcji, odpoczynku po podróży oraz kąpieli w gorących źródłach, co szczególnie przypadło do gustu Nyanko. Później znaleźli taras widokowy, z którego można było podziwiać okolicę i zwiedzili zabytkową, choć pustą i mocno zaniedbaną świątynię.

Natori tryskał humorem i wyglądał na niezwykle podekscytowanego. Natsume podejrzewał, że pomiędzy nagrywaniem kolejnych filmów a tropieniem youkai nie zostawało wiele czasu na tak zwane normalne życie. W związku z tym, pomimo pewnych obaw, dał się nawet wyciągnąć na pchli targ („Przy mnie jesteś bezpieczny" – zapewnił egzorcysta takim tonem, jakby właśnie stał przed kamerą) oraz jarmark u podnóża góry, pełen słodyczy i rękodzieła („Kupcie mi taiyaki" – jęczał Nyanko tak długo, aż zmęczeni ustąpili).

— Jestem głodny — oświadczył kot, gdy kilka godzin później czekali na autobus, który miał ich wywieźć z powrotem na wzgórze.

— Żartujesz! — wykrzyknął Natori. — Żadne stworzenie, ani ziemskie, ani piekielne, nie jest w stanie pochłonąć takiej ilości jedzenia. Czyżbyś był tym typem ayakashi, który bezlitośnie ograbiał wieśniaków z ich zapasów?

— Phi. Jak możesz mnie posądzać o coś takiego! — oburzył się youkai. — Zjadałem wieśniaków — oświadczył z dumą.

— Aha! — Zawołał egzorcysta z błyskiem w oku. — Więc wreszcie pokazujesz swoją prawdziwą naturę, bestyjko! Może powinienem cię mimo wszystko zapieczętować?

— Spróbuj. — Nyanko oblizał się. — Byłbyś pyszny.

— Sensei! — upomniał go Natsume, jednak został zignorowany.

Youkai zmrużył oczy, najpewniej szukając sposobu, by jak najbardziej dopiec przeciwnikowi. Nagle jakaś idea zaświtała mu w głowie, bo uśmiechnął się paskudnie.

— Może nie tak jak pyszny, jak Matoba, ale jednak.

— Jego to akurat mógłbyś…

— Natori! — wykrzyknął Takashi do reszty zgorszony. — Poważnie. Obaj zachowujecie się jak dzieci.

Musiało to zabrzmieć wyjątkowo niedorzecznie, biorąc pod uwagę, że był jedynym nieletnim w tym towarzystwie. Nie wywołało również żadnego efektu, więc Natsume postanowił odwołać się do innej taktyki. A tylko jedno mogło odciągnąć Nyanko od kłótni z egzorcystą.

— Zróbmy tak — powiedział. — Jeśli tutaj skręcimy, znajdziemy kilka restauracji, do których można wprowadzać zwierzęta. Sensei dostanie krewetki, my zjemy kolację, a do pensjonatu wrócimy ostatnim autobusem. Może być?

I nie czekając na odpowiedź, ruszył we wskazanym kierunku.

— Krewetki! — Ucieszył się Nyanko i wyprzedził go w podskokach. W tej sytuacji Natoriemu nie pozostało nic innego, jak podążyć za nimi.

Udało im się zająć miejsce w antresoli na tyle odosobnionej, że znany aktor mógł zjeść w spokoju, bez bycia nachodzonym przez fanów (chociaż po prawdzie nalegał na to głównie Natsume) i nawet Nyanko mógłby się odezwać, gdyby tylko nie był całkowicie pochłonięty posiłkiem.

Natori, który przez całą drogę do restauracji nie powiedział słowa, przyjrzał się Takashiemu uważnie.

— Byłeś już tutaj? — zapytał, gdy tylko kelnerka odeszła.

Chłopak zdążył się porządnie zdziwić, nim uświadomił sobie, że pytanie nie dotyczy wcale zeszłego piątku.

— Tak — odparł. — Mieszkałem tu jakiś czas.

Natori wyglądał na niepocieszonego.

— Przepraszam — powiedział.

— Za co?

— Chciałem tylko, żeby to był miły wyjazd, a przypominam ci o przeszłości.

Natsume odłożył pałeczki i zamyślił się.

Nigdy nie zapytał, skąd i ile Natori wie o jego życiu. Oczywiście mężczyzna mógł przeprowadzić jakieś poszukiwania, jak zrobił to Matoba, jednak Natsume wątpił, by były potrzebne. Czasem bystre oko i odrobina empatii wystarczą, a przecież egzorcysta był spostrzegawczy, sam miał niezbyt szczęśliwe dzieciństwo i z pewnością potrafił dodać dwa do dwóch.

— I taki jest — zapewnił Takashi. — Nie masz za co przepraszać.

Rzeczywiście, wspomnienia, które kiedyś potrafiły doprowadzić go do łez, wydawały się teraz słabym echem samych siebie. Mógł do nich wracać bez bólu, a może nawet o nich opowiadać.

— Tutaj nie było źle — spróbował. — Mieszkaliśmy bliżej centrum, za tamtym przejazdem kolejowym. — Wskazał ręką rampę, widoczną między drzewami. — To była bogata, bezdzietna para, ale całkiem inna niż Fujiwarowie. Nie pamiętam dnia, by się nie pokłócili. — Zastanowił się. W gruncie rzeczy niewiele wspomnień pozostało mu z tamtego okresu. — Z tego, co wiem, już tu nie mieszkają — dodał. — Rozwiedli się i każde poszło w swoją stronę.

Natori otworzył usta, ale zamiast coś powiedzieć, sięgnął po filiżankę i upił spory łyk herbaty, jakby chciał dać sobie więcej czasu na znalezienie właściwych słów.

— A co z tobą? — Uprzedził go Natsume. — Kiedy odkryłeś ten pensjonat?

Niestety, mężczyzna nie wydawał się ucieszony zmianą tematu. Odstawił filiżankę i westchnął.

— Nie dalej niż miesiąc temu. — Zawahał się. — Przy okazji mojej pracy.

— Nagrywaliście tu jakiś program? — spytał chłopak z nadzieją, chociaż przeczuwał już, jaka będzie odpowiedź.

— Tej drugiej pracy — odparł Natori i wyjrzał przez okno, najwyraźniej coś sobie przypominając.

Natsume nastawił uszu i czekał na wyjaśnienia, jednak żadne nie padły.

— Coś się stało? — zapytał więc, siląc się na swobodny ton, chociaż ściśnięte gardło bynajmniej mu w tym nie pomagało.

Zapewnił Shibatę, że jego babcia jest już bezpieczna. Jakie miał ku temu podstawy? Nie znał całej sytuacji, nie posiadał odpowiednich kwalifikacji… po prawdzie nie posiadał żadnych kwalifikacji, a w jej domu przebywał niecałą godzinę. W ogóle nie powinien zgadzać się na interwencję, może wtedy kobieta skorzystałaby z pomocy jakiegoś mnicha bądź egzorcysty. Ale wmieszał się i teraz odpowiedzialność za ewentualne szkody spadała w całości na niego. Czuł, że nigdy sobie nie daruje, jeśli rodzina jego przyjaciela ucierpi.

— Mieliśmy spędzić normalny weekend — przypomniał Natori.

— Myślisz, że to możliwe? — Zajęty ponurymi rozważaniami wypowiedział wątpliwość, która chodziła mu po głowie od czasu wczorajszej rozmowy telefonicznej i którą planował zachować tylko dla siebie.

— A nie? — zdumiał się Natori.

— Cóż — Natsume zastanowił się — mogę udawać, że jadę na wycieczkę ze znanym aktorem a nie szemranym egzorcystą — powiedział, nadal zachowując pozory swobody. — Ale nie potrafię zignorować faktu, że to — wskazał na Nyanko, który właśnie schwycił pałeczkami przedostatnią krewetkę — nie jest kot.

Natori zaśmiał się.

— Też prawda — przyznał. — Ale właściwie nie ma o czym opowiadać. Cokolwiek tutaj było, samo uciekło, a chorzy ludzie szybko wrócili do zdrowia.

xxx

Gdzie jesteś?

Rzucane w przestrzeń pytanie nękało Takashiego przez większość nocy na równi z wątpliwościami, jakich nabrał co do wypadków sprzed tygodnia. Wtedy srebrnowłosa lalka wydawała się jedynie słabym ayakashi, który dla rozrywki zakłócał spokój w domu starszej pani. Jednak paskudna trucizna, która dostała się do rany na ręce Takashiego wcale nie należała do słabych, a ból doskwierał mu dzisiaj nieco bardziej. Nie potrafił powiedzieć, czy to rzeczywiście wpływ miejsca, czy tylko zadziałała jego wyobraźnia, jednak skutecznie wzmagało to jego niepokój.

Wstał i sięgnął po dzbanuszek jagód, które otrzymał na drogę od youkai z Yatsuhary. Zjadł kilka z przyjemnością, bo w przeciwieństwie do mikstury od Hinoe, były słodkie i smaczne, po czym ubrał się i wyszedł na dziedziniec. Miał pewność, że już nie zaśnie, a w chłodnym powietrzu łatwiej mu było zebrać myśli.

Spojrzał na okolicę. Miesiąc temu wydarzyło się tutaj coś, co wymagało interwencji egzorcysty, a staw, nad którym mieszkała babcia Shibaty znajdował się rzut kamieniem od tego miejsca. Zapewne rezolutna staruszka nieraz przeczesała okoliczne zarośla w poszukiwaniu skarbów do uratowania.

Natsume nigdy nie zapytał kolegi, kiedy właściwie przedmioty w domu jego babci zaczęły lewitować, czego teraz szczerze żałował. Nie chciał go niepotrzebnie niepokoić, gdyby te sprawy okazały się jednak niezwiązane, więc nie mógł po prostu zadzwonić. Zwykli ludzie powinni żyć swoim zwyczajnym życiem, nie martwiąc się takimi rzeczami jak klątwy. Nie zamierzał też męczyć Natoriego, skoro ten marzył o wypoczynku beż żadnych nadnaturalnych zdarzeń.

Już niemal słyszał w wyobraźni, jak Nyanko wyzywa go od sentymentalnych idiotów, jednak znalazł ścieżkę i ostrożnie ruszył na dół. Skoro prostsze wyjścia nie wchodziły w grę, musiał sam sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.