Rozdział II

Frisk ugryzła się mocno w wargi i wzięła się do roboty. To był dopiero początek dyżuru, mnóstwo roboty przed nią. „PAPYRUS. CO ON TU... Frisk ogarnij się na litość...!" -mówiła do siebie w myślach. Papyrus został sprawnie przemieszczony na swoje nowe łóżko, następnie na swoja salę. Gdy wszyscy wyszli z sali Frisk opiekuńczo przykryła go kocem, upewniła się czy na pewno bezpiecznie śpi. „Kochany Papyrus... Kiedyś to on tak o mnie dbał. W końcu mogę się odwdzięczyć. Co się z nim stało...?".

Frisk już wiedziała jak będzie wyglądać jej nocny dyżur. Ruszy w wir pracy, a kiedy już będzie po najcięższych czynnościach pielęgnacyjnych nieśmiało poprosi koleżanki o możliwość spędzenia czasu z Papyrusem, zamiast odpoczynku.

-Papku? -próbowała go cicho wybudzić

-Mhmm...-mruczał przez sen Papyrus, jednakże nie mający zamiaru się wybudzić

„Eh. Na razie jest przytłumiony lekami. Nie dogadamy się." -myślała Frisk. Wstała od postawionego przy łóżku krzesła i podeszła do okna. Głucha, ciemna noc. Wokół ciemne strzeliste świerki.

A delikatny śnieżek padał z nieba. Wspomnienia wracają... Zerknęła na Papyrusa. Jak on się zmienił! Nie chodził już w tym śmiesznym stroju jak kiedyś. Teraz ubrany normalnie, jak jej rówieśnik. Jakieś dżinsy, koszulka. Można by było pomyśleć, że to nie kościotrup. Tak można by było pomyśleć, gdyby nie brak twarzy, tylko czaszka z magicznie ukazującą się mimiką twarzy. Teraz na jego twarzy panował spokój, odprężenie. Prawie zupełnie jak wtedy, gdy gotował dla nich spaghetti, uśmiechnęła się Frisk na to wspomnienie. Pomyślała sobie w sumie, że może właśnie to mu się śni. Zamyśliła się i spojrzała jeszcze raz przez okno. W półmroku ledwo było widać jej sylwetkę na tle okna.

Gdy tak opierała się o framugę drzwi, już dosyć mocno senna, nagle zbystrzała. Usłyszała kroki dochodzące z korytarza. Może dziewczyny się o mnie zmartwiły, że zginęłam na tyle czasu? Albo jakiś pacjent znowu zabłądził, westchnęła ze zmęczonym pół-uśmiechem.

Na salę wkroczyła postać. Frisk zmrużyła oczy i wyprostowała się. Niewątpliwie nie był to nikt z personelu, ani też chory. Pojawił się Sans, starszy brat Papyrusa. Najwidoczniej był bardzo zmartwiony stanem zdrowia Papyrusa na tyle, że zupełnie jej nie zauważył.

-Papku... -powiedział Sans swoim niskim głosem i usiadł na krześle, gdzie wcześniej siedziała Frisk.

-Coś ty narobił... -znowu odezwał się załamującym się głosem. Nastała długa cisza.

-Wszystko będzie dobrze -powiedziała szeptem do Sansa. Zaskoczony odwrócił się w jej kierunku i oprzytomniał. W jego oczach zobaczyła pustkę, a mimika twarzy wyrażała nie tyle co zaskoczenie, a nawet delikatną agresję, gotowość do walki. Kiedy ją rozpoznał, od razu jego mina stała się spokojniejsza.

-Dzieciaku! -powiedział głośnym szeptem, rozchylając przy tym w geście powitalnym ramiona.

Frisk podeszła, przytuliła się delikatnie, gdy Sans powiedział:

-Co Ty tu robisz? Chyba liczyłaś kośc Papyrusa, bo wyglądasz jakbyś miała zaraz zasnąć -powiedział w trakcie uścisku.

-Proszę Cię, Sans! Myślałam że wiesz, co ja tu mogę robić -trochę wzburzyła się Frisk. Stanęła obok, poprawiła się, próbując udawać przed sobą i przed nim że wcale nie jest senna.

-No już spokojnie -uśmiechnął się, próbując ją udobruchać -słyszałem co porabiasz, ale nie wiedziałem że właśnie tutaj mógłbym Cię spotkać, dzieciaku.

-Dobra, skończ z tym dzieciakowaniem Sans, bo zapomnę za co Cię lubiłam.

-To akurat zawsze mogę Ci przypomnieć. Dlaczego kościotrupy nie mogą grać w kościele?

Frisk zamilkła, ale pod naporem ruszających się brwi Sansa w górę i w dół uśmiechnęła się i odpowiedziała: -No dlaczego?

-Bo nie mają organów -powiedział i wyszczerzył wszystkie swoje zęby w szerokim uśmiechu.

Frisk również szeroko się uśmiechnęła, ale przy tym próbowała schować uśmiech w dłoniach, udając niezgrabnie że przykrywa czoło -pokazując niezadowolenie.

Sans sprawiał wrażenie że rozweselanie innych to jego ulubione hobby. Odkąd się znali nie było dnia bez śmiesznego dowcipu, czy chociażby komentarza. Co prawda, lubował się on w bardzo „suchych" żartach, ale to był Sans. Jego osobowość nadrabiała wszystko. Szkoda że po jej wyjeździe ze Snowdin kontakty nieco się urwały. Każdy poszedł w swoją drogę.

Frisk opowiedziała Sansowi co wie na temat stanu zdrowia Papyrusa, poprawiając mu nieco humor. Najprawdopodobniej już jutro będzie się o wiele lepiej czuł. Jeśli chodzi o Sans, to wyglądał na bardzo zmęczonego. Podejrzanie zmęczonego. W końcu to był Sans. Z tego co pamiętała to głównie zajmował się odpoczywaniem i relaksem jak nie pracował.

Frisk zaparzyła mu i sobie kawę. Wyszła do swoich współpracowniczek, ale te przyjaźnie do niej nastawione postarały się, aby mogła spokojnie spędzić czas z przyjacielem. Mimo to wychodziła na dzwonki pacjentów, pomagając im, bądź też odłączając kroplówki. Napisała też trochę dokumentacji. Wracając do sali Papyrusa i niosąc mu ostatnia mała kroplówkę tej nocy, zauważyła, że Sans już nie czuwa przy bracie. Zasnął opierając się o łóżko, nie dopijając nawet kawy. Zanim przykryła go kocem przyjrzała mu się uważnie. On też się zmienił. Chyba trochę nad sobą pracował, schudł jakby? Dalej był niższy od brata, ale jakby bardziej postawniejszy mimo to.

Tak naprawdę to nigdy nie widziała rodzeństwa z takimi mocnymi więzami. Bracia szkielety. Ile oni już mają lat? W sumie nigdy nie myślała nad tym (jak mijają lata potworów?), ale na pewno są starsi od niej z jakieś 10 lat. A może mniej? I wciąż zawsze razem. Przy tym wypadku, nawet Frisk się zastanawiała, dlaczego Sans nie był od razu przy Papyrusie. Sans zawsze potrafił pojawiać się znikąd. To przez jego skróty. Zawsze jak odprowadzał ją do mamy Toriel to jakoś im to szybko szło. Wtedy mówił, że to są właśnie jego skróty. Może coś mu się przytrafiło? Coś w pracy?

Zaczęło już świtać powoli, więc Frisk nie mogła sobie pozwolić na zostanie na sali z kościotrupami dłużej. Ruszyła do roboty z koleżankami, żeby pozostawić po swoim dyżurze dobry oddział, z czystymi i zadowolonymi pacjentami,którzy dostali swoje leki na czas. Zawsze zależało jej na tym, aby wykonać sprawnie i sumiennie swoją pracę.

Po skończeniu dyżuru, jeszcze zanim oddział wypełnił się dzienną zmianą personelu, Frisk zajrzała ma salę. Oni wciąż spali w najlepsze. „Niech odpoczywają" -westchnęła. Nawet przez chwilę przeszła jej po głowie myśl, żeby przytulić się do nich na pożegnanie, ale szybko ją zgasiła w zarodku. Po pierwsze mogli by się obudzić, a po drugie... Dorosła Frisk nie jest już taka odważna jak 10 lat temu. Teraz dużo się zmieniło. Mimo iż pracuje z ludźmi, nie tak łatwo nawiązywać jej kontakty.

Pożegnała współpracowników i ruszyła do domu się przespać. Chyba nici z oczekiwanego spotkania ze znajomymi potworami...

Po drodze, niemalże standardowo zadzwoniła do Toriel, swojej przybranej matki. Opiekowała się Frisk po tym jak pojawiła się w Snowdin. Opowiedziała, co spotkało ja w pracy, dlaczego chłopaki nie odbierali telefonów. Musiała też ją uspokoić, że wszystko z Papyrusem w porządku. Wymaga po prostu paru dni odpoczynku i rehabilitacji. I tak jak po każdej nocy w pracy, że zaraz będzie w domu i nie musi się o nią martwić. Po rozmowie z Toriel jeszcze weszła na Snowbooka, żeby jakoś rozwiązać spotkanie w logiczny sposób. Okazało się że najprostszym rozwiązaniem będzie spotkanie wszystkich na sali Papyrusa, a później może ewentualnie jakiś wyskok na miasto.

Koniec rozdziału drugiego :)