Akashi x Kise - Pocieszyciel

Sala, zwykle wypełniona odgłosem dudniących po parkiecie piłek, piskiem tenisówek i krzykami grających, stała w ciszy już od dobrych kilkunastu minut. Niewielu ludzi było w stanie ujrzeć taki widok, ale Akashi który zostawał przynajmniej dwie godziny po treningu, widywał go niemal codziennie. Nie tracił czasu na podziwianie przestrzeni, jaką w rzeczywistości zapewniała im sala gimnastyczna, bowiem miał pewną pracę do wykonania - jako kapitan drużyny był odpowiedzialny za siebie i za innych, a momentami miał wrażenie, że czasami wstydził się za nich bardziej niż ich rodzona matka i karał ich lepiej niż zrobiłby to ich własny ojciec. W gruncie rzeczy tworzyli coś w rodzaju rodziny, niezbyt zgranej charakterami, ale niezastąpionej na boisku.

Z kamiennym wyrazem twarzy kolejno wypełniał nakreślone na kartce rubryki, puszczając mimo uszu uporczywe łkanie, które tkwiło w jego głowie już od dłuższego czasu. Normalnie byłby skłonny uznać, że jest z nim coś nie tak, gdyby nie był świadomy jego źródła, słyszał je nie dlatego, że było ono wytworem jego wyobraźni, a żywym obiektem, wciąż znajdującym się na sali w której przebywał. Westchnął cicho i przełożył kartkę za notes, zabierając się za kolejną tabelę. Miał pracę do wykonania, nie zamierzał tracić cennego czasu na granie roli pocieszyciela.

I kontynuowałby swoją pracę, gdyby nie to że płacz zamiast w końcu ucichnąć, dodatkowo wydawał się przybierać na sile. Po kolejnym kwadransie stwierdził, że nie będzie już tego dłużej tolerował i wstał, a łkanie jakby zamarło na kilka sekund, by chwilę później powrócić ze zdwojoną siłą. Przeszedł kilka metrów aż na sam środek sali i zatrzymał się kilka kroków przed celem, obrzucając go krytycznym spojrzeniem.

- Nie ma co płakać, Ryouta. To tylko stłuczona kostka. - powiedział karcącym tonem, wciskając mu w dłoń chusteczkę. - Inni już poszli, powinieneś zrobić to samo.

Blondyn podniósł załzawione oczy i zamrugał gwałtownie, jakby dziwił się że w ogóle go dzisiaj tutaj zobaczył. Pociągnął nosem i spojrzał na tkwiącą w dłoni chusteczkę.

- Ak-A-Akashicchi...- jęknął gardłowo i smarknął, głośno wydmuchując w nią nos. Od rzucenia się na niego z płaczem powstrzymywała go jedynie srogość w jego spojrzeniu, jakby usiłował mu nim przekazać że jest już zmęczony jego wyciem i jeśli zaraz się nie uspokoi to będzie mu kazał biegać do wieczora na jednej nodze. Blondyn otarł twarz przegubem dłoni i skrzywił się, czując napływające do oczu kolejne łzy. Przegrana bolała go zdecydowanie bardziej niż sponiewierana kostka. Kiedy podniósł wzrok dostrzegł, że Akashi wciąż na niego patrzył.

- Przegrałeś dzisiaj z Daikim i Shougo? - zapytał, a Kise pociągnął nosem i pokiwał smutno głową. Spojrzał na swoją kostkę a następnie na niego i w jego głowie zaświeciła się maleńka żaróweczka.

- Akashicchi czy mógłbyś... - zaczął, wyciągając ku niemu ręce, ale Akashi stanowczo pokręcił głową, krusząc tym gestem wszystkie jego nadzieje na bezinteresowną pomoc.

- Nie, sam na to zapracowałeś. - stwierdził, a blondyn jęknął w duchu i spuścił głowę. - Mogłeś poprosić o to któregoś z nich, ja ciebie nie poniosę.

Kise wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem i wygiął usta w podkówkę. Proszenie o pomoc któregoś z nich było czymś w rodzaju przyznania się do kompletnej porażki, żeby jeszcze wróg musiał mu pomagać... Z nich wszystkich to tylko Midorima mógł mu bezinteresownie pomóc, co prawda komentując przy tym jego nieudolność, ale nie oczekiwałby po tej pomocy niczego w zamian. Akashi był „pomocnikiem" nieco innego kalibru, jeśli czegoś mógłby od niego oczekiwać to tylko poprawy w nim samym, był ich kapitanem i to mimo wszystko na niego spadała odpowiedzialność czyny jego podopiecznych.

Akashi zauważył jego spojrzenie i pokręcił głową, wzdychając przy tym ciężko.

- Chodź. - powiedział, jednocześnie unosząc jedno z ramion, żeby zrobić miejsce pospiesznie kuśtykającemu blondynowi. Akashi ugiął kolana i założył jego ramię na bark, przyjmując na siebie część jego ciężaru.

- Dziękuuuję, Akashicchi…- zaczął słabym głosem Kise, przytulając się lekko do jego policzka. - Obiecuję, że kupię ci jakieś lody w ramach podziękowania za pomoc!

- Wolałbym jednak żebyś należycie przyłożył się do treningu i oszczędził mi tego typu akcji, to byłoby aż nadto. - odparł, a Kise zaśmiał się cicho i przymknął powieki, dając się przeciągnąć aż do jednej z ławek. Chwilę później już siedział z woreczkiem lodu przyłożonym do obolałej kostki, po tym okładzie miał mieć założony bandaż. Kostka spuchła mu tak bardzo, że opatrunek bardziej przypominał gips niż kilka paseczków bandaża.

- A jeśli kiedyś nie będę mógł grać? - zapytał niemal histerycznie, ze strachem przyglądając się wciąż puchnącej kostce.

- Wtedy po prostu będziesz potrzebował więcej bandaża. - powiedział poważnie Akashi, a Kise uśmiechnął się pod nosem, momentalnie odzyskując połowę swojego dawnego humoru. W większości przypadków proste rozwiązania bywały najlepsze, ale pomimo tej prawdy wciąż miałby spore wątpliwości co do skuteczności tej metody. Pozostało mu jedynie wierzyć, że nigdy nie będzie zmuszony z niej skorzystać.