Dochodziło południe.
Winry z dziwną pasją przeglądała menu hotelowej restauracji, mrucząc coś niezrozumiale o nadmiarze jajek w jadłospisie i głupich obcokrajowcach, którzy znikają gdzieś nie wiadomo gdzie i nie dają sobie pomóc. Kiedy po raz setny bezsensownie przerzuciła kartkę (a dokładniej: niedelikatnie nią szarpnęła) Ed spojrzał się w jej kierunku z wyraźnym niepokojem.
-Stanowczo przesadzasz- powiedział lekko obrażonym tonem, na wpół zirytowany, na wpół zmartwiony. Dopiero niedawno dotarło do niego w jaki sposób Winry przekonała go (chociaż zmusiła jest znacznie lepszym określeniem), aby pomógł jej w organizacji tej całej szopki. Czego jak czego ale wytykania ludziom ich hm...drobnych ułomności wzrostowych i przyrównywania do bezsprzecznie gorszych jednostek społecznych (w tym do młodszych braci szczególnie) wybaczyć nie może.
Winry posłała mu wzrok zawodowego mordercy i ze złością rzuciła menu na puste krzesło obok. Siedząca przy stoliku nieopodal starsza pani zacmokała z dezaprobatą.
-Ja przesadzam? Ja przesadzam? Ja? Czy łaskawie odpowiesz mi kto jakąś godzinę temu awanturował się, że „ten paniczyk od siedmiu boleści zwiał z połową mojej kasy"?- warknęła, po czym dodała nieco spokojniej z ironią- Kto by pomyślał, że tak bardzo przejmujesz się pieniędzmi!
Stalowy westchnął ciężko i wzniósł oczy ku niebu. Co prawda w Boga nie wierzył, ale zawsze istnieje nadzieja, że jakiś zbłąkany piorun trafi w tą niereformowalną dziewczynę. Może wtedy zmądrzeje...
-Ja po prostu chciałabym uświadomić Ranfun, że mogłaby być dla niego kimś więcej niż tylko gorylem. Że on mógłby dostrzec w niej kobietę. Pewną siebie i świadomą swoich niewątpliwych zalet. Taką, jaka jest- Winry patrzyła wzniośle w odległy punkt za oknem, jakby widziała w nim sens i natchnienie dla owej wypowiedzi. Ed popatrzał w tamtą stronę przez chwilę niemalże spodziewając się, że ujrzy tam którąś z mitycznych Muz- tyle, że ona nawet nie ma zamiaru ze mną porozmawiać! Najpierw myślałam, że złapię ją jak przyjdzie rano się do mnie wykąpać, ale kiedy się obudziłam w łazience już zastałam ślady czyjejś obecności, a w ich pokoju ich nie było. Nigdzie ich nie było- ostatnie zdanie wymówiła z ogromnym rozżaleniem.
Ed pomyślał, że Ling zapewne dostrzega w Ranfun kogoś więcej niż goryla, jednak nie powiedział tego głośno. Niekoniecznie kandydatkę na życiową partnerkę, ale też nie zwykłą poddaną.
-Hm, nie sądzisz, że to co zamierzasz zrobić... to takie wtrącanie się w ich uporządkowane życie?- Ed modlił się w duchu (co za desperacja, żeby ateista był zmuszony uciekać się do bezcelowych praktyk tego typu) o nawrócenie Winry na drogę zdrowego rozsądku. Nadzieję trzeba mieć zawsze, w dalszym ciągu nie wolno jej utracić! Jedynie szkoda, że najczęściej okazuje się być matką głupich- nie wydaje ci się, że wszelaka próba zmian w tym wypadku po prostu musi zakończyć się porażką?
-Czy robię coś złego, chcąc pokazać biednej, zakompleksionej dziewczynie, że się całkowicie myli w swojej samoocenie? Nareszcie nadarzyła się wspaniała okazja: jestem w stanie przydać się komuś innemu, niż ty, czy Al!
Więc to o to chodzi. Ach ta Winry- jak zawsze przejmuje się wszystkim i wszystkimi, w dodatku zupełnie niepotrzebnie. Przecież jest naprawdę potrzebna, wielu ludzi zawdzięcza jej protezom powrót do względnie normalnego życia. Nie musi nikomu tej przydatności udowadniać. Ed właśnie otwierał usta, żeby to powiedzieć, kiedy jego przyjaciółka niespodziewanie poderwała się z miejsca, o mały włos nie strącając przy okazji krzesła.
-Idą!- pisnęła uradowana. Starsza pani z sąsiedniego stolika wstała, zarzuciła nonszalancko na szyję włochaty szal i wyszła szepcząc parę soczystych epitetów o hałaśliwej, niewychowanej młodzieży.
Nareszcie, skośnooki złodziej się pojawił! Ed z triumfalnym uśmieszkiem na ustach i chęcią natychmiastowego wyegzekwowania utraconych dóbr pieniężnych ruszył w stronę stojących przy schodach Linga i Ranfun, gdy Winry uszczypnęła go w lewe ramię. Chłopak syknął i począł pocierać bolący kawałek skóry chłodną, metalową dłonią.
-Postępuj zgodnie z planem- upomniała go cicho, lecz stanowczo blondynka.
***
Zadziwiające. Jak to się dzieje, że do tej pory wszystko idzie po myśli Winry? Z resztą jak ona w ogóle mogła postawić go w tak głupiej i niezręcznej sytuacji?
Ed i Ranfun siedzieli na łóżku w pokoju zajmowanym przez Winry. Atmosfera zdawała się gęstnieć z każdą minutą: odkąd zostali tu przyprowadzeni (czy też raczej wepchnięci siłą) nie odezwali się do siebie ani słowem. Stalowy miał przeczucie, że znajdująca się obok niego dziewczyna jest równie mocno zeźlona jak on. Możliwe, że nawet bardziej, co w jej położeniu jest całkowicie zrozumiałe.
Na pierwszy rzut oka widać, że jest do Linga bardzo przywiązana. Przywiązana to mało: najwyraźniej żyje w jakimś śmiesznym przeświadczeniu, że jest on chodzącym ideałem, którego musi chronić za wszelką cenę. Zaś Winry w swoim małym, choć poczciwym rozumku ubzdurała sobie, że to miłość.
Jednak trzeba dziewczynie przyznać, że (przynajmniej jak na razie) jej „plan" jest logiczny i trzyma się kupy. Wie, że Ranfun wszystkie decyzje i działania podejmuje ze względu na Linga. Zrobi każdą rzecz, jaką jej rozkaże, nawet jeżeli sama nie będzie nie miała na to ochoty. Dlatego panna Rockbell postanowiła przekonać najpierw pana i władcę, że jego podwładna zasługuje na jeden dzień odpoczynku. Z kolei Stalowy został sprowadzony (czytaj: dał się przekonać pod groźbą kary cielesnej) do roli stróża, którego zadaniem jest pilnowanie, aby Ranfun nie przeszkodziła przypadkiem w tej rozmowie i nie wtrąciła swoich trzech groszy.
Co prawda zatrzaśnięte drzwi i zabite gwoździami okno (swoją drogą, ciekawe czy Winry zdaje sobie sprawę, że będzie musiała zapłacić za to jakąś karę. Bo on w imię czegoś tak bzdurnego na pewno tego nie naprawi) nie są żadną przeszkodą dla nawet początkującego alchemika, jednakże Ed miał teraz szansę wyperswadować tej dziewczynie z głowy pomysł dalszego szukania sposobu na nieśmiertelność.
Tak w ogóle to o czym innym dałoby się z kimś takim rozmawiać?
