Autor: Pillster
Korekta: Kesseg
Rozdział I
Uprowadzona
15 Marca, 1002 rok naszej ery.
Dalanis, Wzgórza Grzmiącego Kopyta.
Laboratorium alchemiczne tonęło w półmroku. Przy jednym ze stołów stała w skupieniu młoda klacz jednorożca. Ciemnobłękitna sierść odcinała się wyraźnie na tle ponurego wystroju pomieszczenia. Kosmyki alabastrowej grzywy co chwila opadały na stół, irytując bardziej, niż uparty eliksir, stojący przed nią. W zielonych oczach wzbierała wściekłość.
- Uuuuh! Do diabła z tym! – jęknęła, pochylając się nad stołem alchemicznym. Pomimo wielokrotnych prób i postępowaniem zgodnie z przepisem, pożądany rezultat wciąż się nie pojawiał.
Mimo, że eliksiry lecznicze były absolutną podstawą zaawansowanej alchemii, otrzymanie nawet tak prostych specyfików wykraczało poza umiejętności młodego jednorożca. Klacz patrzyła ze złością na dymiącą kolbę.
- A gdyby tak… - szepnęła do siebie, na jej ustach pojawił się szatański uśmiech. Wstając powoli od stołu, zaczęła skradać się do drzwi. Otworzyła je cicho, po czym rozglądnęła się po korytarzu. Szczęście jej sprzyjało - w pobliżu nikogo nie było.
Po chwili skupienia jej róg rozjarzył się, a wokół kopyt pojawiła się jasna aura. Cicho niczym duch, pomknęła w kierunku laboratorium swojego nauczyciela. Wiedziała dobrze, że stary ogier śpi spokojnie w swoim pokoju. Wiedziała też, że ma bardzo twardy sen. Mimo to zawsze, gdy się skradała, używała wszelakiej maści zaklęć, ułatwiających infiltrację.
Tak, to był jej żywioł. Żadne mieszanie mikstur, ślęczenie nad zakurzonymi kolbami, odczytywanie starych receptur. Te sprawy były dla niej chorobliwie nudne. Aby umilić sobie żmudną naukę alchemii, zaczęła ćwiczyć w sobie umiejętności szpiegowskie.
Początkowo było to podyktowane względami czysto praktycznymi - kiedy trzeba było podpatrzeć ważną recepturę, wymknąć się cichcem z warsztatu, lub po prostu podwędzić gotowy eliksir i przedstawić go jako swój. W tej kwestii jej wyobraźnia była naprawdę spora. Z czasem doszła w tej dziedzinie do dużej wprawy. Na swoje nieszczęście, nie mogła się pochwalić nikomu swoimi umiejętnościami - jako panienka z dobrego domu musiała wkuwać tą całą zakichaną alchemię.
Nie chciała zostać jakimś naukowcem - marzyła jej się kariera agenta, szpiega z prawdziwego zdarzenia. Niestety, w jej mieście nie było kogo szpiegować, więc musiała poprzestawać na myszkowaniu po laboratorium swojego nauczyciela.
Teraz nadarzyła się znakomita okazja, żeby po raz kolejny udowodnić swoje umiejętności.
Domorosła agentka bezszelestnie przemierzała cichy korytarz. Po chwili była już pod znajomymi drzwiami. Rozglądając się na boki, wyciągnęła z włosów spinkę. Z największą ostrożnością włożyła cienki drucik do zamka, po czym przyłożyła ucho do drzwi. Lubiła ten dźwięk, gdy rygle opadały, jeden po drugim. Tylko z tego powodu nasłuchiwała - włamywała się do rzeczonego pomieszczenia tyle razy, że mogłaby otworzyć zamek z zamkniętymi oczami. Po kilku chwilach ostatni rygiel opadł - pomieszczenie stało otworem. Klacz weszła ostrożnie do środka, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Wiedziała doskonale, czego szukać.
Na półce, w oszklonej szafie, zamkniętej na klucz, stały rzędem kolby z gotowymi eliksirami na sprzedaż. Po chwili zamek w szafce podzielił los tego w drzwiach.
Młoda włamywaczka w skupieniu oglądała zawartość szafki. Na półkach stało rzędem dwanaście kolb z czerwonym wywarem. Umysł klaczy szybko odrzucił buteleczki całkowicie napełnione i o wąskich szyjkach - jej nauczyciel natychmiast zauważyłby braki. Zostały trzy - szerokie, pękate kolby, napełnione mniej więcej do połowy. Po chwili każda z nich pozbyła się odrobiny zawartości - w sam raz wystarczyło, żeby napełnić przyniesioną fiolkę.
Kiedy klacz uporała się z tym, cicho zamknęła drzwi od szafki. Szybkim zaklęciem na powrót zablokowała zamek. Wychodząc z pomieszczenia, to samo uczyniła z drzwiami. Cicho przemknęła przez korytarz, słuchając chrapania starego nauczyciela. Nagle zatrzymała się w pół kroku, tuż pod jego drzwiami.
"Nie, to zbyt ryzykowne…" – pomyślała natychmiast. Jednak pokusa była zbyt silna.
Sprawdziła jeszcze raz, czy zaklęcie wytłumienia wciąż działa - skradając się obok tego starego durnia nie mogła pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Cicho weszła do pomieszczenia.
Na środku pokoju, w wielkim łożu, chrapał donośnie stary jednorożec. Jego grzywa, niegdyś brązowa jak sierść, teraz była całkiem siwa. Młoda klacz niemal przykleiła sie do podłogi, przesuwając się powoli w jego stronę. Przez chwilę nasłuchiwała, czy na pewno śpi.
Kiedy nabrała pewności, ze staruszek się nie obudzi, zaczęła chyłkiem przetrząsać szafki. Pomimo przeszukania całego pokoju nie znalazła pożądanego przedmiotu. Jej wzrok spoczął na ciężkiej, drewnianej skrzyni, stojącej w nogach łóżka.
To było to. Ostatnie miejsce, w którym mógł leżeć poszukiwany przedmiot.
Wiedziała dobrze, że zwykłą spinką nie da rady otworzyć tego kufra. Jej wzrok spoczął na kluczu, wiszącym na łańcuszku na szyi jej nauczyciela.
Zagryzła dolną wargę. Co innego włamać się do drugiego pokoju, a co innego okradać śpiącego kucyka. Jednak to nie wyrzuty sumienia ją zatrzymały - realnie oceniała szanse powodzenia akcji.
Jeśli nauczyciel się obudzi, znowu będzie skrzeczał i na koniec wezwie rodziców. To była ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowała. Z drugiej strony zeszyt z prywatnymi notatkami starego ogiera byłby cenną zdobyczą - rozmaite triki alchemiczne, zapisane w środku, bardzo pomogły by jej w wykonaniu powierzonych zadań.
Ten argument przeważył szalę.
Młoda klacz ostrożnie zaczęła rozgarniać grzywę starca. W końcu zobaczyła to czego szukała - misterne zapięcie łańcuszka. Po chwili, wstrzymując oddech, rozpięła łańcuszek, po czym zaczęła delikatnie zsuwać go z szyi śpiącego.
Nagle zamarła - ogier obrócił się, mamrocząc coś niewyraźnie. Nieświadomie odetchnął wprost na pochyloną nad nim uczennicę. "Umyj zęby staruszku" - pomyślała. Przez chwilę nasłuchiwała, ale miarowy oddech jej ofiary uspokoił ją. Sekundę później była już przy skrzyni.
Po krótkiej chwili otwarła ją - w środku było dokładnie to, czego szukała. Wśród różnych nieprzydatnych rupieci spoczywał gruby zeszyt, oprawiony w czerwoną tekturę. Moment skupienia - i już unosił się w magii jednorożca. Nim go otwarła, rzuciła nań zaklęcie wytłumienia - teraz szelest kartek nie mógł popsuć jej szyków. Wertując notatki, trafiła w końcu na interesujący ją dział.
Dokonała tego. Miała w kopytku klucz do wcześniejszych wyjść.
Przeszkodą był jeden istotny problem: jeśli ukradnie oryginał, mistrz się wkurzy i znowu będzie awantura.
Młody jednorożec cicho położył zeszyt powrotem w skrzyni. Obok leżało kilka czystych kartek - kolejny łut szczęścia. Manewrując ostrożnie zeszytem i kartkami użyła zaklęcia kopiowania - przydatny czar dla leniwych. Po chwili zabrała kopie kartek i cicho zatrzasnęła skrzynię. Odwróciła się z zamiarem odejścia.
Zrobiła krok w przód, kiedy jej uwagę przykuł przedmiot, unoszący się w jej magii. Młodą złodziejkę tak pochłonęło wykradanie notatek, że prawie zapomniała o kluczu!
Odwróciła się szybko i ostrożnie zbliżyła się do nauczyciela. Nie miała pomysłu na to, jak założyć łańcuszek z powrotem. W końcu położyła klucz na stoliku obok łóżka, licząc, że stary tetryk pomyśli, że zdjął go przed snem.
Kiedy zatarła ślady swojej obecności, cicho wymknęła się z pokoju. Gdy znalazła się spowrotem na swoim stanowisku pracy, przelała zdobyczny eliksir do swoich kolb. Skopiowane notatki pieczołowicie ukryła w swoim plecaku.
Nagle zachciało jej się śmiać. Poczuła niebywałą satysfakcje na myśl, że tak dobrze podeszła starego alchemika. "Będę musiała częściej robić takie akcje" - pomyślała.
Gdy opanowała mięśnie twarzy, wróciła do pokoju nauczyciela.
- Mistrzu! – powiedziała głośno. Starzec w łóżku nie zareagował. Uczennica zaczęła go tarmosić. Stary alchemik obudził się i spojrzał ze złością na młodego jednorożca.
- Czego? – spytał, podnosząc się z łóżka.
- Proszę pana. – powiedziała uczennica, kłaniając się. – Uwarzyłam eliksir, o który pan prosił.
- Wreszcie, myślałem, że sam będę musiał to zrobić. – odparł starzec, gramoląc się z pościeli. Po chwili podziwiał efekty „pracy" młodej klaczy.
- Ładnie, ładnie… - mruczał z uznaniem, oglądając „otrzymany" specyfik. – Zasłużyłaś sobie na wcześniejsze wyjście. - powiedział, zapisując na kartce notatkę. – Daj to proszę swoim rodzicom. – powiedział na odchodnym kierując swoje kroki powrotem do sypialni.
Młody jednorożec szybko przebiegł wzrokiem po kartce.
Do pana Steel Mortara i pani Red Vial,
Wasza córka poczyniła pewne postępy w nauce. Proszę uprzejmie o zachęcenie jej do nauki w domu.
Z poważaniem, Glass Retort.
- Tere-fere, staruszku – szepnęła do siebie uczennica, zgniatając notkę. - starzy zobaczą ten świstek jak rak świśnie, a ryba zaśpiewa. – dodała, po czym wyszła spokojnie z laboratorium. Nagle zatrzymała się w pół kroku. Wróciła do pomieszczenia i zabrała swoje juki, wraz z ich niewygodną zawartością. Założyła je na grzbiet, po czym z ulgą opuściła warsztat.
Kiedy młoda klacz wychodziła z laboratorium, na wieży miejskiego ratusza wybiła druga po południu. Jednorożec przez chwilę wpatrywał się w wielkie wskazówki, zastanawiając się, co zrobić z tak dobrze zapowiadającym się popołudniem. Po namyśle udała się w kierunku swojego domu.
Kiedy już widziała kamienicę swoich rodziców, nagle drogę zastąpiły jej dwa znane kucyki - postawny pegaz o czerwonej sierści, z drewnianym wózkiem na boku, oraz niepozorny, chuderlawy kucyk ziemny o beżowej sierści i zjadliwym spojrzeniu. Zaklęła pod nosem.
Znała ich dość dobrze, czasem dla zabawy chyłkiem wykradali razem drobne przedmioty miejscowym sklepikarzom. Nie znaczy to, że panowały między nimi przyjacielskie stosunki.
- Patrzcie, państwo, kogo my tu mamy. – powiedział ten mniejszy podchodząc do młodej alchemiczki. – Nasza panna Lepkie Kopyta… - dodał.
- O co biega, bo nie czaję. – odpowiedziała błękitna klacz, nie do końca zgodnie z prawdą. Domyślała się, ze chodzi o kilka jabłek, wykradzionych chyłkiem z plecaka kucyka.
- Ty mi powiedz. – odparł jej rozmówca. – Oddasz fanty po dobroci, czy sam mam je sobie wziąć? – spytał.
- Spokojnie… - odparła klacz, cofając się lekko. – Fanty się, jakby to powiedzieć… - udała, że się zastanawia. - …zużyły. – powiedziała w końcu z nerwowym uśmiechem.
- Więc wyskakuj z kasy, bo jak nie… - mały skinął głową na swojego towarzysza. Ten groźnie machnął skrzydłami.
- Dobra, dobra, tylko się nie udław. - odpowiedziała zła, wyciągając sakiewkę z pieniędzmi. Rzuciła ją pod nogi swojego rozmówcy, po czym szybko wyminęła obu łobuzów. Po chwili nerwowym truchtem udała się w stronę domu.
Gdy weszła do środka, od razu udała się na górę, prosto do swojego pokoju. Zrzuciła juki na podłogę, po czym padła na lóżko.
- Musieli się napatoczyć… - zmełła w ustach przekleństwo. Po chwili z dołu dobiegło ją wołanie. – Już idę! – odkrzyknęła, wstając. W kilka sekund była już na dole. Po kuchni krzątała się jej matka - turkusowa klacz pegaza o blond grzywie.
- Co tak wcześnie dzisiaj? – spytała córkę, przyglądając się jej badawczo. Młoda klacz patrzyła przez okno.
- Mistrz powiedział, że mogę wyjść wcześniej. Uwarzyłam jakiś tam specyfik, nie pamiętam nawet do czego – matka popatrzyła na nią ze zdumieniem. – No co? - spytała błękitna klacz. – Takie to dziwne?
- W twoim przypadku nawet bardzo. – odpowiedział pegaz zgodnie z prawdą. - Ale skoro nauczyciel cię puścił, to pewnie miał powody. – przez chwilę się nad czymś zastanawiała. – Idź spytać ojca, czy nie trzeba mu pomóc. – powiedziała do córki, wracając do swoich zajęć.
- Oj mamo... – jęknęła młoda klacz – muszę? Pół dnia siedziałam w tym zatęchłym laborku. – matka spojrzała na nią. Przez chwilę stała niezdecydowana.
- Dobrze – powiedziała w końcu. – możesz iść do miasta. Tylko wróć przed zmrokiem. - jej pociecha rzuciła się jej na szyję.
- Dzięki mamuś, pa! – rzuciła i już jej nie było.
Miasto Dalanis na Wzgórzach Grzmiacego Kopyta było tętniącą życiem metropolią. Rozmaici kupcy przybywali do miasta, aby sprzedać najrozmaitsze dobra - od żywności, przez przedmioty codziennego użytku, do tajemniczych, magicznych artefaktów i różnorakich ozdób.
Miasto posiadało trzy główne dzielnice - Górne Miasto, zamieszkane przez zamożniejsze kucyki i arystokrację, było częścią reprezentacyjną. Tam właśnie znajdował się jej dom i warsztat alchemiczny jej ojca.
Dzielnica mieszczan była miejscem zamieszkania zwykłych kucyków, rzemieślników i miejscowych sklepikarzy. Tam znajdował się targ i porządne gospody. Stałe patrole straży skutecznie zniechęcały łotrów i oprychów do wszczynania burd.
Królestwem tych ostatnich była mroczna Dzielnica Ciemnych Zaułków. To właśnie tam zbierała się cała miejska biedota - pijacy, żebracy, oraz wszelakiej maści bandyci. Zapuszczając się tam, trzeba było być bardzo odważnym, silnym, sprytnym, albo tylko głupim. Nie uważając można było się tam doczekać guza albo gorszych jeszcze rzeczy. W podrzędnych gospodach szemrane towarzystwo omawiało jakieś ciemne interesy.
Spotkanie z dwójką łobuzów pozbawiło błękitną klacz wszystkich pieniędzy. Wypłata za „pracę" w warsztacie miała przyjść w przyszłym tygodniu.
Ponieważ nie natrafiła na żadną okazję w dzielnicy mieszczan, pozostało szukać „zarobku" w dzielnicy biedoty.
Młoda klacz pobiegła szybko w stronę wyjścia z rynku, rzucając w biegu zaklęcie zmatowienia na swoja sierść. Po chwili zniknęła w jednym z ciemnych zaułków.
Sprawdziła chyłkiem kilka uliczek, ale nie natrafiła na żaden obiecujący cel - jakiegoś zaspanego pijaka lub coś w ten deseń.
Skradając się w mroku kolejnej dostrzegła kupkę łachmanów, leżącą pod ścianą po prawej stronie. Po chwili kupka poruszyła się, wydając niewyraźne mruknięcia. Klacz zbliżyła się, rzucając wytłumienie na kopyta.
Pod ścianą leżał ziemny kucyk o czarnej sierści, na jego płaszczu leżała wypchana sakiewka.
Idealny cel.
- Bardzo nieostrożnie, bracie – mruknęła młoda klacz do siebie. – Popilnuję twojej sakiewki, nim ktoś ci ją ukradnie. – powiedziała cicho, po czym zaczęła delikatnie i precyzyjnie wyswabadzać zawiniątko.
Kiedy już je prawie miała, poczuła, jak ktoś chwyta ją z tyłu, zatykając usta. Kuc przed nią podniósł się z ziemi.
- Masz lepkie kopytka, panienko – powiedział, odrzucając kaptur. Świdrował młodą klacz zimnym spojrzeniem szarych oczu. – Zręcznie mnie podeszłaś – dodał niedoszły cel po chwili.
- Jak się nazywasz? – spytał. Jego ofiara próbowała coś powiedzieć, ale nie pozwalała jej na to łapa drugiego napastnika. Kuc w łachmanach skinął na towarzysza. Ten po chwili zsunął kopyto na szyję złodziejki.
-Flash… Forward… - odpowiedział błękitny jednorożec, z trudem chwytając powietrze. Poczuła, jak uścisk nieznajomego napastnika zelżał. Po chwili przemówił ten z przodu.
- Flash… - mruknął. - wyglądasz mi na kogoś, kto złodziejstwo ma we krwi. – dodał po chwili. - Siedzę w tej branży już kilka lat i umiem rozpoznać łotrowski potencjał. Zrób coś dla mnie, a zapomnimy o sprawie. - powiedział łaskawym tonem. Klacz kiwnęła głową. Nieznajomy skinął kopytem na towarzysza, który puścił błękitnego jednorożca.
- Patrz i podziwiaj – powiedział, rozchylając sakiewkę. W środku zalśniło mnóstwo złotych monet. – Mogą być twoje… - dodał nieznajomy. – jeśli na nie zapracujesz.
- Na czym ta praca miałaby polegać? – spytał błękitny jednorożec.
- Spodoba ci się – odparł kucyk. - Widzisz tamten budynek? – spytał, wskazując na ciemną kamienicę po drugiej stronie ulicy. Klacz skinęła głową. – Na drugim piętrze, w mieszkaniu numer 13 jest pewna statuetka. Nie pomylisz się bo jest tam tylko jeden taki przedmiot. Zdobądź ją dla mnie, a sowicie cię wynagrodzę.
Młoda klacz przez chwilę patrzyła na budynek, rozważając propozycję. Z jednej strony tyle złota piechotą nie chodzi, z drugiej - włamanie to poważne przestępstwo. Jeśli ktoś ją złapie, będzie miała spore nieprzyjemności. Jednak im dłużej nad tym myślała, tym bardziej rosła w niej chęć sprawdzenia swoich możliwości.
- Zgoda – powiedziała w końcu. – Poczekajcie… - zaczęła, ale zleceniodawca uciszył ją gestem.
- Nie - odparł. - Jak zdobędziesz figurkę, to przynieś ją tutaj jutro wieczorem. – powiedział tajemniczy gość, po czym skinął na towarzysza. – Będziemy czekać. – rzucił przez ramię, po czym oba kucyki oddaliły się. Flash udała się w przeciwnym kierunku, w stronę drzwi wiodących do wnętrza wielkiej kamienicy.
Po chwili ziemny kucyk stanął w miejscu i odwrócił głowę. Przez chwilę obserwował klacz, znikającą w oddali.
- Jesteś pewny, że się nada? - spytał go jego towarzysz.
- Mamy coraz mniej czasu - odparł ciemny kucyk, odwracając głowę. - Jeśli nie ona, to już nie wiem.
Po godzinie skradania się młoda włamywaczka wreszcie wyszła z kamienicy, niosąc w grzywie niewielki przedmiot. Pędem udała się w stronę swojego domu.
Kiedy znalazła się bezpiecznie w swoim pokoju, dokładnie przyjrzała się zdobyczy. Posążek był wykonany z błyszczącego czarnego kamienia. Przedstawiał jednorożca w kapturze i płaszczu, z krótkim mieczem na kostce. Twarz, częściowo zasłoniętą przez kaptur, wykrzywiał szyderczy grymas. Po chwili dostrzegła skrytkę w podstawie figurki. Delikatnie wysunęła szufladkę - w tym momencie róg statuetki błysnął na chwilę, po czym zgasł. W szufladce tkwiła jakaś karteczka. Młoda klacz podniosła magią świstek. Były na nim napisane następujące słowa:
Szczęśliwy znalazco!
Skoro czytasz tą karteczkę, to znaczy, że zostałeś wybrany jako jeden z wielu. Kradzież statuetki była testem - kiedy odczytujesz tą wiadomość, nasi agenci już cię szukają. Błysk figurki naznaczył cię naszą sekretną pieczęcią - teraz pozbycie się fantu nic ci już nie da.
Nie szukaj nas - my znajdziemy ciebie.
Próby ucieczki lub ukrycia się przed nami nic nie dadzą - lepiej oszczędź sobie i nam zbędnego wysiłku.
Of. SH, KSW.
Pod spodem widniała pieczęć - okrąg tworzyły połączone połowy Słońca i Księżyca.
Serce podjechało młodej klaczy do gardła. Gorączkowo zastanawiała się, co zrobić. Statuetka uśmiechała się szyderczo w jej stronę.
"Na Celestię" – pomyślała. "Albo to jakiś głupi kawał, albo właśnie wpakowałam się w niezłe bagno"
Jedyną rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, było ukrycie statuetki. Po chwili namysłu wrzuciła posążek do jednej z szuflad, nakrywając go ubraniami.
W tej chwili drzwi za jej plecami otwarły się - ten dźwięk prawie przyprawił młodego jednorożca o zawał. Stała przez chwilę, próbując uspokoić kołaczące serce.
W drzwiach do pokoju stała jej matka, patrząc na córkę zaniepokojonym wzrokiem. Młoda klacz odetchnęła z ulgą.
- Następnym razem zapukaj – powiedziała do klaczy pegaza, siląc się na lekki ton.
- Skarbie, nic ci nie jest? – spytała matka z troską w głosie. – Wyglądasz na zdenerwowaną.
- Nie… wszystko w porządku – odparła błękitna klacz, chyłkiem domykając szufladę. – Po prostu trochę mnie przestraszyłaś. - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Wzrok starszej klaczy skierował się na szufladę.
- Co tam jest? – spytała, wprawiając córkę w popłoch.
- N… nic… - odparła, próbując wymyślić sensowne wytłumaczenie. – Czy młoda klacz nie może mieć swoich sekretów? – spytała w końcu, siląc się na żartobliwy ton. Pegaz roześmiał się.
- Spokojnie, rozumiem. – odpowiedziała tonem wyrażającym zrozumienie. – Właśnie podaję kolację, zejdź proszę na dół. – rzuciła na odchodnym, wychodząc z pokoju. Młoda klacz usiadła na łóżku, nogi miała jak z waty. – Mało brakowało. – szepnęła do siebie.
Po kilku minutach uspokajania się Flash wstała i zeszła schodami na dół. Jej rodzice siedzieli przy stole, zajęci rozmową.
Klacz usiadła na swoim miejscu z zamiarem zabrania się do jedzenia, ale po chwili myślami wciąż była przy tajemniczej wiadomości.
Wszystko, co było tam napisane, brzmiało groźnie, ale wiadomość nie musiała być dla niej. Może chodziło o kogoś innego - w końcu czego mogą chcieć od niej jacyś agenci? No i ten skrót. Co mógł znaczyć? Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. A dopisek „My znajdziemy ciebie" sprawił, ze wyobraźnia młodej klaczy mimowolnie zaczęła kreślić czarne scenariusze.
- Flash, słuchasz mnie? – głos ojca wyrwał ją z rozmyślań. Klacz drgnęła i spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na ogiera. Jej matka uśmiechnęła się i szepnęła coś na ucho swojemu mężowi. Ten pokiwał głową.
- Może lepiej idź do siebie, coś nieprzytomna dziś jesteś. – powiedział, puszczając oko do córki. Ta uśmiechnęła się słabo.
- Dzięki, tato - powiedziała, kierując się ku schodom. Rodzice obserwowali, jak odchodzi.
- Ciekawe, czy nam go przedstawi. – szepnął beżowy ogier z uśmiechem do klaczy. Ta zachichotała.
- Córeczka nam dorasta – powiedziała z rozrzewnieniem, przytulając się do boku swojego małżonka.
Flash przewracała się w pościeli, nie mogąc zasnąć. Jej łóżko bez przerwy denerwująco skrzypiało. Z ulicy dobiegały jakieś głosy, księżyc w pełni świecił wprost do pokoju.
Młoda klacz widziała oczami wyobraźni zamaskowanych, ponurych szpiegów, zakradających się cichcem do domu, zaciągających ją w ciemną ulicę, a potem…
Potrząsnęła głową, próbując wypędzić z głowy przerażające obrazy. Po chwili przewróciła się na drugi bok, patrząc na Księżyc w pełni. Mimowolnie przypomniała sobie swoją ulubioną bajkę z dzieciństwa - opowieść o królewskich siostrach, złej Nightmare Moon i wypędzeniu jej na Księżyc. Myśli zmieszały się w jej głowie ze wspomnieniami i jednorożec bezwiednie odpłynął w krainę snu.
Śnił jej się właśnie moment odczarowania Księżniczki Luny - patrzyła z boku, jak powierniczki Elementów Harmonii zgodnie wypędzają złą klacz. Nagle cały zamek objął cień - z jednego z mrocznych kątów podnosiła się fioletowa mgła, krępująca ją i zatykająca usta. Klacz dusiła się, próbując się wyrwać z krępujących ją oparów.
Zaraz… oparów?!
Obudziła się gwałtownie - niestety, było już za późno. Jej kopyta były dokładnie związane, pysk krepowała gruba lina. Klacz próbowała użyć magii i oświetlić napastnika, ale coś blokowało jej moc. Zaczęła się szarpać, z gardła wydobył się stłumiony krzyk. Kątem oka zobaczyła ciemną postać obok łóżka. Dobiegł ją znajomy głos zbira z zaułka.
- Niemądrze, panienko, niemądrze. – szepnął z triumfem w głosie. – Tak kończy ktoś, kto wyciąga kopyta po nie swoje rzeczy. – na te słowa błękitny jednorożec zaczął się wyrywać jeszcze gwałtowniej.
Napastnik zaklął, po czym silnie uderzył ofiarę w policzek. Odniosło to zamierzony skutek - klacz znieruchomiała, z jej oczu popłynęły łzy. Bandyta uśmiechnął się.
- Tak lepiej – mruknął, po czym szybkim ruchem zarzucił sobie związaną ofiarę na grzbiet. Gdy to zrobił, wyskoczył przez okno, lądując na chodniku poniżej. Rozejrzał się na boki - na szczęście w pobliżu nie było straży. Po chwili zniknął w cieniu, unosząc ze sobą błękitnego jednorożca.
Flash podskakiwała na grzbiecie pędzącego kucyka. Po kilku minutach tajemniczy bandyta zatrzymał się i zrzucił swój łup na twardy bruk. Porwana klacz zorientowała się, że leży w jednej z uliczek Dzielnicy Ciemnych Zaułków.
W mroku zadudniły kopyta. W świetle księżyca klacz ujrzała kontur zbliżającego się jednorożca. Jego róg rozjarzył się słabym blaskiem. Porwaną klacz ogarnęła nieodparta senność.
- Jesteś pewien, że to ona? – spytał obcy głos.
- Ma na sobie pieczęć. To… - ostatnie słowa zamazały się w mroku i Flash zapadła w głęboki, magiczny sen.
Poziom ukończony!
Otrzymano tytuł: "Złodziej"
Prolog Rozdział 2
202
