Zastanawiałam się właśnie czy popełnić samobójstwo, czy po prostu wyjść. Odezwała się we mnie moja maluteńka cząstka egoizmu, która kazała mi opuścić to miejsce. Ivan, czy może raczej Draco, zauważył moje wahanie i zapytał:
- Coś się stało? – Jego głos przepełniony był najprawdziwszą troską. Aż zrobiło mi się przykro, ale tylko na chwilę.
- Wiesz, że najbardziej lubię ludzi prawdomównych i szczerych? – zapytałam trochę zbyt ostro. – Po prostu mam wrażenie, że właśnie tacy pasują mojemu wizerunkowi i charakterowi. Widzę w twoich oczach wahanie. Cz jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć? Póki masz jeszcze czas i raczej będę w stanie ci to wybaczyć. - Szarooki westchnął, niemal boleśnie, po czym oparł łokcie na stoliku i podparł głowę na dłoniach.
- Nie nazywam się Ivan. To moje przebranie, moja maska w tym mieście – szepnął. – Jestem Draco Malfoy – przedstawił się.
Uśmiechnęłam się delikatnie, co chłopak musiał uznać za obrazę. Kiedyś w Hogwarcie wszyscy śmiali się z jego imienia.
- Uważasz, że to śmieszne imię? – warknął.
- Ależ skąd. Cieszę się, że powiedziałeś mi prawdę. Dziękuję.
Chłopak otworzył szeroko oczy. Chyba nie wierzył w to, że naprawdę się z niego nie śmiałam i wybaczyłam mu kłamstwo.
- To ja dziękuję – szepnął cicho, kryjąc twarz w dłoniach.
Dobra, dopóki nie patrzy, mam okazję obliczyć sobie procentową szansę ucieczki. Jednak nadarzyła się ona sama, już po kilku chwilach.
- Wybacz mi na moment – mruknął Draco i wstał, po czym odszedł w stronę toalety. Podniosłam się, pod talerzem blondyna zostawiłam połowę ceny za oba rogaliki i kawy i wyszłam z kawiarni. Jak na złość na zewnątrz zaczął padać deszcz. Westchnęłam i ruszyłam uliczką, tak naprawdę nie zważając na krople spadające z nieba. Objęłam się ramionami, by choć trochę uchronić się od chłodu, który uderzał we mnie za każdym razem z coraz większą siłą. Nie lubiłam deszczu, ale dzisiaj był mi obojętny, a może nawet kojący. Zatrzymałam się i spojrzałam w niebo. Tym razem była na nim ogromna, ciemna chmura. Wznowiłam chód i doszłam do budynku Siedziby Opery Królewskiej. Tu rozejrzałam się. Nie wiedziałam jak trafić z powrotem do domu. Oparłam się o ścianę budynku i stałam tak dobrych kilkanaście minut, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
Gdy wróciłem z toalety, dziewczyny już nie było. Pozostały po niej jedynie pieniądze pod moim talerzem. Cholera!
Zapłaciłem też swoją część, po czym wyszedłem przed budynek i rozejrzałem się energicznie.
- Strasznie leje deszcz, prawda? – doszło moich uszu. Obejrzałem się i zobaczyłem kelnera, który skinął mi głową, gdy go spostrzegłem.
- Wyszła kilka minut temu. Poszła w stronę Siedziby Opery Królewskiej – oznajmił z uśmiechem. – Wydawała się strasznie smutna.
Podziękowałem mu i zacząłem biec. Miałem tylko nadzieję, że nie odeszła daleko, choć sądząc po jej szpilkach, było to dla niej niemożliwe. Musiała być gdzieś blisko. Może przy samym budynku opery? Raz kozie śmierć.
Gdy zbliżałem się do budynku, widziałem już z tej odległości turkusową spódnicę Caroline. Odetchnąłem z ulgą i odrobinę zwolniłem kroku, choć starałem się iść tak szybko, jak tylko mogłem. Kiedy już do niej podszedłem, delikatnie pacnąłem ją w ramię, na co ona podskoczyła z przerażeniem.
Obróciłam się i zobaczyłam zdyszanego Draco. Czyżby biegł całą drogę? I skąd wiedział, że tu jestem?
Zatroskanie zajęło miejsce rozgniewania. Spojrzałam chłopakowi w oczy.
- Nic ci nie jest? – szepnęłam. – Bo wyglądasz, jakbyś miał zaraz wypluć swoje płuca.
Na twarzy blondyna pojawiło się coś na rodzaj uśmiechu, ale najwidoczniej starał się to ukryć.
- Obawiam się, że to całkiem możliwe, jeśli będziesz kazała mi tak za sobą biegać.
- Ja nic ci nie kazałam – obruszyłam się. – Poza tym to ty biegłeś jak wariat. Było trzeba trochę wolniej. W tych szpilkach na takim mokrym podłożu daleko bym nie zaszła. Prędzej skręciłabym sobie kostkę albo nawet obie.
Chłopak tylko westchnął i uśmiechnął się. Zdął z siebie marynarkę i zarzucił mi ją na głowę, chroniąc mnie przed deszczem.
- Przemoczona też wyglądasz ślicznie – szepnął mi do ucha, po czym złapał mnie za nadgarstek i zaczął za sobą ciągnąć. Pomimo wszystkiego, spróbowałam się zaprzeć, ale gdy mi się nie udało, powiedziałam:
- Stój, nie idę z tobą.
Malfoy obejrzał się na mnie ze zdziwieniem na twarzy.
- Dlaczego? – zapytał.
- Po prostu, ja... – nie wiedziałam co powiedzieć. Niby mówiłam, że lubię ludzi szczerych, a tu proszę. Sama nie potrafiłam mu się przyznać do prawdy. – Jeśli ci powiem, znienawidzisz mnie i przestaniemy się widywać. Kiedykolwiek. Będziemy się znowu unikać jak… - urwałam. Cholera! Powiedziałam o jedno słowo za dużo.
- Znowu? – szepnął chłopak.
- Przepraszam – mruknęłam i uciekłam, do najbliższej taksówki, którą pojechałam do mojego mieszkania, zostawiając Malfoya samego na deszczu.
Próbowałam zrobić jak na filmach: usiadłam na kanapie, oglądałam jakąś głupią telenowelę i zajadałam się lodami. Nic nie pomogło.
Od tygodnia nie wychodziłam z domu. Tarze i Abigaile usprawiedliwiłam się, że to przez ten deszcz złapałam jakieś przeziębienie. Nagle usłyszałam dzwonek telefonu. Odebrałam.
- Halo? – mruknęłam z lekko zachrypniętym głosem.
- Cześć, skarbie – usłyszałam po drugiej stronie słuchawki. Margaret. Przyjaciółka od serca, która zawsze wiedziała, że coś jest ze mną nie tak. Nawet jeśli nie było jej przy mnie, tak jakby miała jakiś zmysł, alarmujący ją za każdym razem, gdy jest mi smutno. – Co jest?
- Przeziębienie i tyle – mruknęłam. Pomimo tego, że była dla mnie jak siostra, nawet jej nie chciałam o tym mówić.
- Kochana, chyba nie chciałabyś zobaczyć rozgniewanej mnie w progu swojego domu, co?
- W żadnym wypadku. Mówię prawdę. Czekając kilka dni temu na taksówkę, złapał mnie deszcz i strasznie przemokłam. Dzisiaj są tego rezultaty.
- Hm… No dobrze. Skoro tak mówisz. Ale jeśli będziesz miała jakikolwiek problem to dzwoń, dobrze?
- Jasne. Jak zawsze – odpowiedziałam, uśmiechając się, choć wiedziałam, że i tak tego nie widzi.
- Kocham cię – mruknęła na pożegnanie.
- Ja ciebie też, Mar. Ja ciebie też – odpowiedziałam i jako pierwsza rozłączyłam się. Odłożyłam komórkę i westchnęłam.
Mój wzrok odruchowo padł na marynarkę Malfoya, którą okrył mnie tydzień temu. Zapomniałam mu ją wtedy oddać i teraz gnije u mnie, a skoro mamy się więcej nie zobaczyć… Nie prałam jej, bo przez cały tydzień trzymała zapach perfum Draco, które, nawiasem mówiąc, pachniały bosko, więc co ja biedna mogłam począć? Wypiorę ją i wyprasuję, gdy tylko zapach zaniknie.
Musiałam się jakoś rozluźnić, zabawić, a jedyną osobą, która potrafiła mnie rozbawić w takich momentach, był ON. Ponownie sięgnęłam komórkę i wybrałam numer.
- Halo? – usłyszałam po drugiej stronie.
- Standartowo nie patrzysz na wyświetlacz, czy tak? – burknęłam. – Tu Caroline – dodałam spokojniej.
- Caro? Dlaczego dzwonisz? Coś nie tak?
- Nie jest źle, choć mogłoby być lepiej – odpowiedziałam. – Potrzebuję dobrego towarzystwa, więc pomyślałam o tobie. Wpadniesz do mnie? Lody to nie wzorowi kompani. Niezbyt rozmowne – mruknęłam. Usłyszałam jego śmiech po drugiej strony.
- Jasne. Będę za kilkanaście minut. Zrobiłabyś mi coś do jedzenia? Od samego rana jestem na nogach i jedyne co miałem dziś w ustach, to powietrze.
- Oczywiście. Mam jeszcze resztki wczorajszego spaghetti. Może być?
- Uwielbiam twoje spaghetti! Oczywiście, że może być. Aż spróbuję być szybciej. Do zobaczenia.
- Mhm – mruknęłam i rozłączyłam się. Przeszłam do kuchni, wyjęłam makaron z sosem, po czym nałożyłam porcję do talerza. Wstawiłam ją do mikrofali na jakieś trzy minuty, a makaron i sos schowałam ponownie do lodówki. Wróciłam do małego saloniku, włączyłam radio i poszukałam jakiejś fajnej stacji. Gdy znalazłam taką, odpowiadającą mi, usłyszałam piknięcie mikrofalówki. Wyjęłam z niej talerz, po czym starłam ser i posypałam nim obiad. Schowałam go z powrotem do mikrofali, by szybko nie wystygł. Przypomniałam sobie nagle o marynarce Malfoya, leżącej w saloniku. Zabrałam ją stamtąd do mojej sypialni, a kiedy wracałam, usłyszałam pukanie do drzwi. Podbiegłam do nich i otworzyłam je. Nareszcie, po tym cierpkim tygodniu, uśmiechnęłam się.
Przede mną stał Archer Howlin, mój mugolski przyjaciel z lat dzieciństwa. Był on wysokim, niebieskookim brunetem. Niebezpiecznie przystojnym, ale byliśmy przyjaciółmi i nigdy nic więcej nas nie łączyło. Podobało mi się to, bo miałam okazję zobaczyć niektóre sprawy z perspektywy chłopaka.
- Cześć, mała. Żyjesz jakoś?
- Jakoś – potaknęłam. – No chodź. Dam ci to spaghetti, bo aż chudniesz w oczach.
Ruszyłam do kuchni, a za sobą usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Wyjęłam danie z mikrofali i postawiłam je na stole. Chłopak po chwili wszedł do tego pomieszczenia co ja i od razu usiadł na krześle.
- Smacznego. – Usiadłam naprzeciw niego i z radością patrzyłam jak je. Naprawdę musiało mu smakować lub był aż tak głodny, bo skończył jeść zaledwie w dwie minuty, a porcja była całkiem spora.
- No dobra, co cię dręczy, mała? – zapytał, odsuwając talerz.
- Może przejdziemy do salonu?
Potaknął, po czym przeszedł do wspomnianego pokoju. Ja, gdy skończyłam sprzątać, poszłam tam za nim. Usiedliśmy na kanapie.
- To co cię trapi?
- Widzisz… Byłam ostatnio na takiej jakby randce – wyznałam. Chłopak potaknął, zachęcając mnie bym mówiła dalej. – Za pierwszym razem nie byłam pewna, ale później okazało się, że to mój… Jak to określić? Mój wróg ze szkoły.
- Wróg? – mruknął Archer.
- Mhm – potaknęłam.
- Ale czego się obawiasz?
- Widzisz, chodzi o to, że on nie rozpoznał mnie. Pamiętasz, że w wieku jakoś dziesięciu lat, miałam całkiem długie włosy, prawda? – Potaknął. – W wieku siedemnastu miałam jeszcze dłuższe. A teraz… Sam widzisz – mruknęłam, wskazując głowę. Ponownie skinął głową, na znak, że rozumie. – Bałam się, że kiedy się dowie, kim jestem, nie wyjdzie nam, bo kiedyś się nienawidziliśmy. Poza tym on się zmienił… na lepsze. Jest teraz milszy, a przynajmniej póki nie wie, że ja to ja.
Brunet pochylił się do przodu, opierając głowę na dłoniach, pogrążając się w zamyśleniu. Poczułam się lżej, gdy mu to opowiedziałam. Może rzeczywiście rozmowa pomaga? Po dłuższej chwili, Archer podniósł się i spojrzał na mnie.
- I naprawdę lody nie pomogły? – zapytał z zaczepnym uśmiechem. Zaśmiałam się. Właśnie za to go lubiłam. Słuchał, rozbawiał, doradzał i rozluźniał atmosferę, kiedy była taka potrzeba. Można by nazwać go moim aniołem stróżem.
- Jak już mówiłam, nie są zbyt rozmowne.
- Jak tam w pracy? – zapytał.
- Wzięłam sobie wolne. Utrzymuję wersję, że złapałam przeziębienie. Ale już jutro wracam do roboty – odparłam. Chłopak uśmiechnął się. – Ach! Dobrze, że mi się przypomniało! Archer, niedługo jedziemy z naszą ekipą na pewien pokaz mody. Każda lub każdy z nas bierze kogoś ze sobą i chciałam zapytać, czy nie chciałbyś może… pójść ze mną? – zapytałam, po czym przełknęłam ślinę.
- Czemu nie? Chociaż przyznam, że będę się czuł trochę nieswojo, ale przyzwyczaję się.
- Jesteś kochany – szepnęłam z delikatnym uśmiechem.
- W tym mój urok – odpowiedział mi kolejnym uśmiechem. Tym razem był on serdeczny i ciepły.
- Dziękuję. Co do pokazu, jeszcze się do ciebie odezwę.
- Będę się zbierał. Sam dzisiaj umówiłem się na randkę, więc raczej nie wypadałoby się spóźnić, prawda?
Coś ukłuło mnie w sercu.
- Ależ oczywiście, że nie. Leć już! Zrób na niej jak najlepsze pierwsze wrażenie.
- Dzięki, Caro. Powodzenia.
- Tobie też.
Po kilku chwilach usłyszałam warkot silnika, który cichł z każdą sekundą. W końcu, gdy całkiem zamilkł, zamknęłam drzwi na klucz, po czym zjechałam po nich na podłogę.
Randka? Archer i jakaś dziewczyna? Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Zawsze spędzał czas ze mną. Oczywiście, wiedziałam, że miał własne życie prywatne, ale… Dlaczego nie wspomniał mi wcześniej, że się z kimś spotyka?
Nazajutrz ubrałam się w fioletową tunikę bez ramiączek, którą spięłam ciemnym, szerokim paskiem tuż pod biustem, czarne rurki i sześciocentymetrowe szpilki, a na nos założyłam okrągłe retro okulary od Gucciego. Chwyciłam bolerko, torebkę i wyszłam z domu, kierując się do pracy. Pani McDubbly wczoraj wróciła z urlopu, dzisiaj miała już być w pracy, więc nie musiałam się spieszyć. Dlaczego jednak to robiłam?
Westchnęłam, policzyłam do dziesięciu i zwolniłam kroku. Bałam się spotkać go na ulicy? Bardzo możliwe.
Po piętnastu minutach drogi, dotarłam do sklepu, gdzie zdjęłam okulary, schowałam je do etui, po czym do torebki. Zaniosłam ją na zaplecze dla pracowników, po czym zajęłam się moimi standartowymi zajęciami, aby pozbyć się myśli o Malfoyu. W pewnym stopniu pomagało, zwłaszcza, gdy jedna z dziewczyn mnie zagadywała. Wtedy było mi najłatwiej. Niestety niektóre rozmowy schodziły na zły tor, wtedy ulatniałam się, mamrocząc coś o zamówieniu i kliencie.
- Caro! – Usłyszałam piśnięcie Tary. Jak co dzień. I od kilku dobrych godzin. Odwróciłam się do niej i uśmiechnęłam się, już lekko tym zmęczona.
- Tak?
- I jak było? – zapytała od razu.
- Ile razy mam ci powtarzać? Pod koniec złapał nas deszcz, więc się rozeszliśmy, całkiem zapominając o wymienieniu się numerami. Wątpię żebyśmy mieli się jeszcze kiedykolwiek spotkać – dodałam, naciskając na przedostatnie słowo, ale zrobiłam to niezależnie od swojej woli.
- To trochę smutne – jęknęła, by po chwili wrócić do pracy. Odetchnęłam. Nagle usłyszałam dzwoneczek od drzwi.
- Och! Pan Bishop. Już po kolejne zamówienie? Czy może nie dostał pan wcześniejszego? – odezwała się od razu pani McDubbly.
Cholera! Szybko pobiegłam na górę i schowałam się, między pakunkami. Na szczęście w podłodze było coś na rodzaj dziury, więc słyszałam wszystko.
- Po kolejne, proszę pani – odpowiedział. – Ale jestem tu też, bo kogoś szukam. Niejakiej Caroline. Niska dziewczyna o krótkich, blond włosach i błękitnych oczach.
Zobaczyłam jak Tara i Abigaile spoglądają na siebie znacząco. Niespodziewanie dźwięcznie dzwonka rozległo się ponownie i do środka wszedł… Archer.
- A to zabawne. Też właśnie jej szukam – powiedział z uśmiechem.
- Archer, ty cholero – burknęłam pod nosem.
- A ty, młodzieńcze, dlaczego jej szukasz? – zapytała moja pracodawczyni, spoglądając na bruneta.
- Chciałbym jej przekazać, że jednak nie mogę się z nią wybrać w miejsce, w które się umówiliśmy. Po prostu cos mi wypadło.
Mówił tak, jakby wiedział gdzie jestem. Poza tym, domyśliłam, że mówił o swojej dziewczynie. Wybaczyłam mu. To dobre chłopisko nieraz podniosło mnie na duchu, więc i on potrzebował trochę rozrywki.
- Umówiliście się? – zapytał Malfoy i mogłabym się założyć, że właśnie marszczył brwi.
- Po prostu jej coś obiecałem. Nic ci do tego, drogi panie – mruknął niebieskooki, po czym pożegnawszy się, wyszedł ze sklepu.
Policzyłam do dziesięciu, po czym wzięłam jedną z paczek i zeszłam na dół. Chciałam udawać, że nic nie słyszałam i byłam zajęta poszukiwaniem zamówienia. Gdy podniosłam głowę i zobaczyłam Draco, upuściłam pakunek.
- Co ty tu robisz? – zapytałam. Chciałam w końcu przemóc się i chwycić byka za rogi. Otrząsnąwszy się, podniosłam paczkę z ziemi i położyłam ją na kontuarze, trochę zbyt mocno uderzając jej podłożem o blat.
- A już myślałem, że cię nie ma – mruknął, podchodząc. – To moje zamówienie?
- Jeśli widnieje na nim twoje nazwisko, to chyba tak – warknęłam, dając mu do zrozumienia, że jednak jestem zła za to kłamstwo. Blondyn zacisnął ręce w pięści, po czym westchnął.
- Możemy pogadać na osobności?
- Co jeśli się nie zgodzę? – Chłopak przewrócił oczami, podszedł bliżej, złapał mnie za nadgarstek i siłą wyciągnął na zewnątrz.
- Tracę cierpliwość, wiesz? Szukałem cię przez cały tydzień i, w cholerę, nie znalazłem żadnej wskazówki co do twojego pobytu. Nawet te twoje koleżanki, a zwłaszcza ta piszcząca, nie chciały mi powiedzieć gdzie mieszkasz. Dlaczego wtedy uciekłaś?
- Dlaczego nie powiesz mi prawdy? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie - Jedno i drugie są powiązane, uwierz mi.
- Jakiej znowu prawdy? – zapytał blondyn.
- Nie rób ze mnie głupiej. Wiem, że cos ukrywasz!
- Ja ukrywam? A co miało znaczyć tamto „znowu"?
- Nadal się nie domyśliłeś? No proszę, wiedziałam, że jesteś głupi, ale że aż tak? – pokręciłam głową. Nie lubiłam być na kogoś wściekła, ale jeśli ktoś naprawdę mnie wkurzy, to nie daję się wtedy łatwo uspokoić.
- Domyślić się? Niby czego?
- Dlaczego ty mi wszystko utrudniasz? – jęknęłam, a łzy samowolnie popłynęły mi z oczu. Szkoda dobrego makijażu, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Ale…
Pokręciłam tylko głową i wbiegłam do sklepu, zabrałam stamtąd moją torebkę i wyszłam wyjściem dla służby, po czym zdjęłam buty. Trzymając je w dłoni, zaczęłam biec w stronę parku. Nie chciałam iść do domu, bo bałam się, że Malfoy ruszy za mną.
