John poczuł, jak serce nieprzyjemnie zadrżało w jego piersi, powodując niemal fizyczny ból, ale nie mógł oderwać oczu od całujących się Kyle'a i Allison. To nie tak. To nie tak ma być! Zacisnął mocno powieki, czując napływające łzy. Pociągnął nosem, wycofując się. Nie miał pojęcia, jak z powrotem trafił do obozowiska i zwinął się w kłębek w śpiworze, ale kiedy się obudził, siadając, od razu zauważył, że jest sam. Dookoła leżały tylko puszki po fasoli i resztki nadpalonych papierosów.
- Kyle? – wychrypiał. – Tato?... Allison? Derek?
Poczuł chłód i wilgoć panujące w podziemiach. Ostrożnie wstał i rozprostował bolące nogi.
Zostawili mnie? Jestem sam? Miał katar, a jego głowa była dziwnie ciężka. Usiadł na ziemi i objął ramionami kolana. Dokładnie wtedy usłyszał kroki, żeby po chwili zobaczyć wyłaniającego się zza zakrętu Dereka. Mężczyzna obrzucił go podejrzliwym jak zwykle spojrzeniem.
- Płaczesz, dzieciaku?
- Myślałem, że... mnie... zostawiliście... – wydukał z trudem.
- Taa, już widzę, jak mój braciszek gdzieś cię zostawia. A teraz pakuj graty. Idziemy.
- Dziękuję. – John wstał z ziemi i zaczął zwijać swój śpiwór. Po chwili był już gotowy do wymarszu.
- Czekaj tutaj – mruknął Derek. – Nie podobasz mi się. – Mężczyzna nagle chwycił go za ramię i spojrzał uważnie w twarz. – Masz gorączkę, dzieciaku. Czekaj tutaj.
John nie powiedział słowa sprzeciwu. Stał nieruchomo, czując ciężar plecaka, aż zjawiła się Allison. Jej przyjemnie chłodna dłoń powędrowała do jego czoła, a potem na policzek.
- Masz ciężką głowę, prawda? – Pokiwał twierdząco. – Czujesz zawroty?
- Chyba nie.
Zajrzała mu w oczy, a potem bez słowa zrzuciła z siebie plecak.
- Mam końcówkę lekarstw – powiedziała, grzebiąc w swoim zapasach. – Lepiej, żeby to było zwykłe przeziębienie. – Wyjęła jakąś saszetkę i wysypała na rękę dwie duże pigułki, po czym wyciągnęła wygniecioną butelkę wody mineralnej. Kiedy podała mu lekarstwa, chwycił ją za nadgarstek.
- Mieliście już tutaj epidemię? – wychrypiał, czując narastającą panikę.
- Dzięki Bogu, nie! Wystarczy, że dobijają nas maszyny, prawda? Jeszcze by epidemii brakowało.
Chłopak połknął tabletki, popijając je wodą, która smakowała wyjątkowo okropnie.
- Wypij wszystko – poinstruowała go, ściągając z ramion szal i zakładając go Johnowi na szyję. – Będzie ci cieplej. – Uśmiechnęła się tak łagodnie, że aż chciał ją pocałować. – I trzymaj się. Lepiej zszywam rany niż leczę grypę.
- Postaram się zapamiętać – odparł powoli.
Kiedy poprowadziła go na zewnątrz i dołączyli do reszty, Kyle powitał go uśmiechem.
- Będzie dzielny – mruknęła Misha, klepiąc Johna po ramieniu jak starego towarzysza broni.
- Będę – odparł.
Ruszyli przed siebie; Arnie szedł jako pierwszy, ale trzymał się blisko pogwizdującego Tylera. Chen i Luke rozmawiali cicho, podobnie jak bracia Reese idący kilkanaście kroków przed Johnem i Mishą; Allison zamykała szereg. Milczeli, a John czuł rosnącą gorączkę i zastanawiał się, kiedy lekarstwo zacznie wreszcie działać. Zawroty głowy na szczęście nie przyszły.
Nagle Arnie szczeknął krótko i John dostrzegł, że na ten sygnał wszyscy znieruchomieli. Świtać miało dopiero za godzinę, a dookoła panowała już nieco rozproszona nocna szarość. Kyle uniósł rękę zgiętą w łokciu i wyprostowanym palcem wskazującym zakręcił młynek w powietrzu. John poczuł na ramieniu dotyk.
- Chodź – szepnęła Allison, idąc ostrożnie w bok. Razem z Mishą wepchnęły go do budynku nieopodal.
- Blaszaki? – zapytał drżącym głosem, kiedy kobiety pociągnęły go na ziemię, siadając.
- Gorzej – rzuciła Misha, odsuwając kurtkę. Johna przeszył dreszcz, kiedy zobaczył przyczepione do paska na jej piersi materiały wybuchowe. Szare prostokąty łączyły kolorowe kabelki, które podłączone były do niewielkiego licznika. – Spoko, to atrapa – powiedziała, widząc jego przerażone spojrzenie.
- Po co? – wyszeptał, ale wtedy dłoń Allison zakryła jego usta. Jej palec wskazujący zatrzymał się na jej wargach, nakazując mu milczenie. Kiwnął głową, patrząc, jak obie kobiety sprawdzają broń. Sięgnął po swoją.
- Czasem ludzie są gorsi niż maszyny – wyszeptała jeszcze Misha, napinając mięśnie ramion.
- Goście, goście, goście! – Tubalny głos dobiegł ich bez najmniejszego problemu. – Zapraszamy.
Arnie zaszczekał głośno, po czym został uciszony przez Tylera. John ostrożnie wyjrzał na zewnątrz przez dziurę w ścianie.
- Nie mam nic do sprzedania, ani na wymianę. – Głos Kyle'a zabrzmiał pewnie. – Chcemy tylko przejść.
Widział wyraźnie smukłą sylwetkę ojca, który trzymał za pasek karabin zwieszający się smętnie do ziemi. Obok niego Derek podobnie trzymał swój. Chen i Luke unieśli puste ręce do góry. John wychylił się bardziej i wtedy zobaczył siedmiu mężczyzn stojących naprzeciwko jego oddziału. Wszyscy ubrani byli na czarno, a ich twarze zakrywały do połowy ciemne chusty z namalowanymi na nimi kościami żuchwy, co sprawiało dosyć upiorne wrażenie. Wszyscy trzymali karabiny.
- Czyżby? – Jeden z obcych utkwił spojrzenie w Kyle'u. – Gdzie macie swoje laseczki?
- Jest nas piątka plus pies – odparł spokojnie młodszy Reese.
- Nie, było was więcej. Gdzie są kobiety? Trzeci raz nie zapytam.
Siedząca obok Johna Misha wzięła głęboki oddech, po czym spojrzała na Allison i poklepała swoją pierś tuż nad atrapą bomby. Dziewczyna w odpowiedzi dotknęła dłoni kantem drugiej.
Poczekaj.
Na co? zdawała się pytać mina Murzynki, ale kobieta znowu usiadła nieruchomo.
I dokładnie wtedy Arnie zaczął szczekać jak szalony.
- Blaszaki! – wrzasnęła Allison, a potem wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko.
Kiedy dały się słyszeć strzały, Johna sparaliżował strach. Ukrył głowę w ramionach. Coś wywróciło się w jego żołądku i zwymiotował. A potem tępe pulsowanie pod czaszką zagłuszyło wszystko; stracił przytomność.
John? John, musisz być dzielny. Głos. Znajomy głos.
- Mamo? – wyszeptał, otwierając oczy.
- Budzi się. – Usłyszał tuż obok siebie. – John?
Kiwnął głową, rozglądając się. Leżał z głową na swoim plecaku, a obok niego klęczały Allison i Misha.
- Już po wszystkim? – wydukał.
- Nigdy nie jest po wszystkim – mruknęła czarnoskóra kobieta; na jej twarzy była smuga krwi.
- Gdzie jest reszta? Gdzie jest mój tata?! – krzyknął, siadając gwałtownym ruchem.
- Uspokój się, John! Nie wiem, gdzie jest twój tata, ale... – zaczęła Allison.
- Kyle! Kyle Reese! Gdzie on jest?!
- Kyle? - powtórzyła. - Czekamy na nich! Zaraz tutaj będą! Uspokój się, błagam!
Chłopak wziął głęboki oddech i dotknął swojego czoła; było rozpalone.
- Masz wysoką gorączkę. – Allison ujęła jego twarz w dłonie. – Nie mam już nic, żeby ci dać.
- Co się tam... stało? – zapytał, rozkoszując się dotykiem jej chłodnych rąk.
- Szczękacze, jeden z gangów – zaczęła Misha, wycierając krew z policzka. – Panoszą się wszędzie. Banda zwyrodnialców.
- Czego chcieli? – John zamknął oczy.
- Tego, co zawsze. Już miałam odstawić numer z wysadzeniem siebie i ich przy okazji, kiedy zjawiły się blaszaki. Trzy T-600, pewnie rutynowy patrol. Rozpoczęła się strzelanina. Ty odleciałeś, a Al powiedziała, że musimy zejść w kanały. I oto jesteśmy – zakończyła ponuro.
- Przepraszam – szepnął.
- Nie przepraszaj. – Allison cofnęła ręce. – Możesz iść? Do punktu spotkań mamy jakieś dwa kilometry.
- Chyba mogę.
Pomogły mu wstać i we trójkę ruszyli ciemnym korytarzem, który Misha rozświetlała małą latarką.
- Daleko do bazy? – zapytał po chwili.
- Nie, jutro rano powinniśmy tam dotrzeć – poinformowała go Allison.
- Przepraszam, nie powinien był...
- Mdleć? Dostać gorączki? – zakpiła dziewczyna. – Nie miałeś na to żadnego wpływu.
Przygryzł wargi; miała rację.
- Oni żyją, prawda? – zapytał.
- Muszą – mruknęła Murzynka.
Kiedy wreszcie usiedli, Allison znowu sprawdziła jego czoło i wymieniła z towarzyszką zatroskane spojrzenie. Nie umknęło to uwadze Johna.
- O co chodzi?
- Nie wpuszczą cię w takim stanie do bazy – wyjaśniła sanitariuszka.
- Epidemia? – podsunął. – Tego się boicie, prawda? Dużo osób w jednym miejscu, łatwo o przenoszenie chorób. Nie chcecie, żeby ktoś coś wniósł, rozumiem. Mogę zo...
- Nigdzie nie zostajesz. Spróbujemy cię wprowadzić. Nie badają wszystkich. Jestem lekarką. Powiem, że masz niestrawność albo coś. A jak się nie uda, pójdziemy na Wzgórze.
- Na wzgórze?
- Tak, do Matki. Tam poczekamy, aż wyzdrowiejesz. Potem wrócimy do bazy.
- Kim jest Matka?
- Jak na przesłuchaniu! – roześmiała się Misha. – On chyba faktycznie nie jest stąd!
