Rozdział 2

Gdy Albus się obudził, dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, gdzie właściwie się znajduje. Tak przywykł już do zamkowych murów, olbrzymich portretów, a nawet paskudnej kotary w swoim dormitorium, że przez chwilę nie mógł zrozumieć co się stało. Jednak gdy przypomniał sobie wczorajszy dzień, dotarło do niego, że nie musi iść dzisiaj na lekcje, ani uczyć się do egzaminów.

I to przez dwa miesiące.

Ale za to dzisiaj czekało go innego rodzaju zadanie.

Niechętnie podnosząc się z łóżka, poszedł do łazienki i pierwsze co zrobił, to opłukał twarz zimną wodą, aby całkowicie odegnać senność. Dawno temu już odkrył ten sposób i od tamtej pory niemal codziennie z niego korzystał, choć nieraz zdarzało mu się spaść rano ze schodów w Hogwarcie, w drodze do łazienki. Gdy poczuł, że jest już całkowicie rozbudzony, umył się i ubrał, a potem zszedł na dół na śniadanie. Jego mama już wstała i właśnie przygotowywała kanapki, a widząc go, uśmiechnęła się. Albus odwzajemnił uśmiech, gdyż był raczej przyzwyczajony do narzekających na jego wczesne wstawanie głosów kolegów z dormitorium. Ale odkąd pamiętał, w ich domu Kendra Dumbledore zawsze była rano pierwsza na nogach. Po części było to spowodowane tym, że nigdy nie było wiadomo o której obudzi się Ariana, a po części tym, że ranek to był jedyny moment, gdy w domu było tak cicho. Tylko wtedy mama, mimo że cały czas robiła coś w kuchni, tak naprawdę odpoczywała. Bo potem przez cały dzień trzeba było mieć oko na Arianę, aby mieć pewność, że swoją magią nie skrzywdzi innych lub siebie.

- Cześć, synku. Widzę, iż dalej jesteś rannym ptaszkiem.

- To się chyba nigdy nie zmieni. Wczoraj już i tak zmarnowałem za dużo czasu na spanie.

- Każdy, nawet ty, potrzebuje kiedyś odpoczynku. Powinieneś jak normalny nastolatek spać w wakacje do dwunastej i jeść obiad razem ze śniadaniem.

- Mamo, przecież mnie znasz. Nie poruszajmy znów tego tematu.

- Dobrze, dobrze. Ale co zamierzasz robić dzisiaj przez cały dzień?

Albus westchnął, wiedząc jakiej odpowiedzi oczekuje od niego mama – Tak, mamo, pójdę dzisiaj do pani Bagshot i poznam tego jej bratanka. I tym szybciej będę miał to z głowy, dodał w myślach.

- Albus - Kendra spojrzała na niego, jakby wypowiedział te słowa na głos – Wiem, że nie przepadasz za poznawaniem nowych ludzi i najchętniej spędzałbyś całe dnie nad książkami, ale daj temu chłopakowi szansę.

- A czy on w ogóle chce się ze mną spotkać?

- Gdy tam pójdziesz, to się przekonasz.

- Ale jeśli nic z tego nie będzie, to nie będziesz więcej mnie do tego zmuszać?

Jego mama westchnęła, ale mimo wszystko przytaknęła i kazała mu zjeść tosty póki nie ostygły. Kiedy Albus skończył i podziękował za jedzenie, wrócił do swojego pokoju i zabrał się za czytanie lektury, o którą przez trzy tygodnie błagał szkolną bibliotekarkę, aby pozwoliła mu ją wypożyczyć na wakacje wbrew regulaminowi. W końcu jednak postawił na swoim i mógłby przysiąc, że gdy ją zabierał, zobaczył w oczach bibliotekarki podziw za jego upór. Już od pierwszej strony wiedział, że pomimo jej grubości, skończy ją w kilka dni. Były w niej opisane zaklęcia, o których z pewnością nie słyszeli nawet uczniowie na poziomie owutemów. Wiele z nich ocierało się wręcz o granicę czarnej magii, a nawet Zaklęć Niewybaczalnych. Jednak Albusa przede wszystkim interesowało nie jak je rzucać, ale jak się przed nimi bronić. Tu zwykłe zaklęcie tarczy nic by nie zdziałało, a podane w książce sposoby wymagały praktyki, praktyki i jeszcze raz praktyki. Nie pierwszy raz przeklinał to, że nie ma jeszcze siedemnastu lat i że nie wolno mu używać magii poza Hogwartem. Musiał więc na razie zadowolić się tym co miał i do perfekcji opanować teorię.

Oderwał się od lektury dopiero, gdy spojrzał na zegar wiszący na ścianie i zobaczył, że już minęła dwunasta. Chcąc nie chcąc, podniósł się z łóżka i przebrał, bo nawet on wiedział, że sprane ubrania, w których chodził w domu, nie nadają się, aby pokazać się w nich na ulicy. Jego rodzina nie była biedna, więc mógłby kupić sobie tyle rzeczy, ile by tylko potrzebował, ale nigdy nie miał na to czasu lub najzwyczajniej w świecie nie odczuwał takiej potrzeby.

Gdy ubierał już buty, zobaczył, że mama uśmiecha się do niego z niemym Powodzenia, na co Albus przewrócił oczami. Godząc się ze swoim losem, pożegnał się i nieśpiesznym krokiem udał się w stronę niepozornego domu, znajdującego się zaledwie dwie przecznice dalej. Stanąwszy pod drzwiami, zastukał w nie kołatką w kształcie smoka, po czym cierpliwie czekał.

Jednak gdy drzwi się otworzyły, a Albus już chciał się przywitać, poczuł, że język staje mu z gardle.

Spotykał już w swoim życiu pewne siebie osoby. Nie raz i nie dwa odwiedzał Ministerstwo Magii, a tam większość osób miała o sobie mniemanie wyższe niż powinna. Zazwyczaj była to albo czysta arogancja, albo maska, nakładana by ukryć własne lęki lub obawy.

Natomiast chłopak, który właśnie przed nim stał, był ich całkowitym przeciwieństwem.

Samą swoją postawą sprawiał wrażenie, że gdyby chciał, mógłby sobie podporządkować każdego. A gdy spojrzało się w jego twarz, widać było, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jednak to nie była żadna gra. W ciągu tej jednej sekundy Albus zrozumiał, co mieli na myśli nauczyciele, gdy opowiadali o jednostkach, którzy na wieki zapisali się w historii, ponieważ ich największą mocą było nie to, jak dobrze władali magią, ale to, że potrafili zjednywać sobie ludzi. Tych magów zawsze nazywano w jeden sposób.

Urodzeni przywódcy

Przez tę bijącą od niego aurę, Albus dopiero po chwili mógł się mu przyjrzeć. Chłopak był szczupły, miał jasną skórę i blond włosy. Ale największe wrażenie robiły jego oczy. Jedno z nich było dużo jaśniejsze od drugiego, przez co gdy się w nie spojrzało, można było poczuć dreszcze przechodzące przez ciało. Kiedy ich oczy się spotkały, Albus czuł się tak, jakby wszystkie jego sekrety były widoczne jak na dłoni.

- Ty musisz być Albus.

Dopiero to pozwoliło mu się ocknąć i zorientować, że od dłuższej chwili wpatruje się w stojącego przed nim chłopaka. Nie dał jednak tego po sobie poznać i biorąc się w garść odpowiedział – Tak, jestem Albus. Albus Dumbledore.

Chłopak przez moment się w niego wpatrywał, a potem uniósł do góry kącik ust jakby zobaczył coś, co mu się spodobało. Wyciągnął do przodu dłoń i powiedział - Gellert Grindelwald.

Albus uścisnął mu rękę, jednocześnie analizując to, co usłyszał. Gellert. Imię z Europy Wschodniej. Najprawdopodobniej z Węgier. Czyli dlatego nigdy nie spotkał go w Hogwarcie, bo musiał on być z Durmstrangu. Jego nazwisko też słyszał po raz pierwszy.

- Wejdź do środka. Ciocia nie może się doczekać, aż cię po tylu miesiącach zobaczy, że aż zacząłem się zastanawiać co w tobie takiego jest. Uwierz mi, że nie jest łatwo aby ona zainteresowała się kimkolwiek.

- I co zobaczyłeś?

Gellert, który prowadził, go do kuchni zatrzymał się i odwrócił w jego stronę. Znów spojrzał na niego tym wzrokiem, jakby chciał przejrzeć go na wylot, ale odpowiedział tylko – Zwykle ufam mojej intuicji, jednak tym razem wstrzymam się z odpowiedzią. Zapytaj mnie o to za jakiś czas, a może ci powiem.

Potem jak gdyby nigdy nic wszedł do kuchni, a Albus na chwilę o nim zapomniał, ponieważ zobaczył osobę, za którą tęsknił niemal równie mocno jak za swoją rodziną. Kiedy Bathilda Bagshot go ujrzała, podeszła niego i wyściskała, jakby nie widziała go co najmniej od lat.

- Albus, dziecko, jak ty wyrosłeś! Jestem pewna, że jeszcze niedawno byłeś niższy o ode mnie o głowę, a teraz to dosłownie, patrzysz na mnie z góry!

Albus zaśmiał się, odwzajemniając uścisk i odpowiedział – Myślę, że to było już kilka lat temu, pani Bathildo.

- No niech ci będzie – oparła, puszczając go – dla mnie jednak zawsze pozostaniesz dzieckiem, które przychodziło do mnie słuchać historii o wielkich magach i pożyczać książki całkowicie nieodpowiednie dla kogoś w jego wieku. Jeszcze zabawniejsze jest to, że robiłam to bez żadnych wyrzutów sumienia.

- Wie pani dobrze, jak jestem za to wdzięczny. Gdyby nie to, pewnie nie wytrzymałbym tego nic nie robienia w wakacje.

- No to teraz już ci to nie grozi. Widzę, że poznaliście już się z moim bratankiem, więc nie muszę was sobie przedstawiać. Gellert jest tu po raz pierwszy od lat, ale gdy tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że przypadniecie sobie do gustu.

Albus szczerze w to wątpił, bo nie wyobrażał sobie, aby ktokolwiek mógł czuć się komfortowo w towarzystwie tego chłopaka, nie mówiąc o zaprzyjaźnieniu się z nim. Już teraz miał wrażenie, że musi przy nim uważać na każde słowo, bo czuł, że Gellert to osoba, która zauważy każdy błąd lub zawahanie. Nie mógł tego jednak powiedzieć pani Bathildzie, mimo niepokojącej pewności, że ona bardzo dobrze o tym wie.

- To ja was chłopcy zostawię, muszę jeszcze napisać opracowanie wojen olbrzymów w XIII wieku, za które Ministerstwo zapłaciło mi niezłą sumkę. Albus, jak zawsze wpadaj kiedy tylko chcesz.

- Dziękuję.

Gdy zostali w kuchni sami, Albus postanowił zadać Gellertowi pytanie, aby potwierdzić swoje przypuszczenia – Uczysz się w Durmstrangu?

- Uczyłem – widząc jego zaskoczoną minę zaśmiał się i dodał – Powiedzmy, iż uznałem, że jestem już wystarczająco wyedukowany, aby zacząć wykorzystywać zdobytą wiedzę w praktyce. Przez pewien incydent dałem im więc pretekst, aby bez wyrzutów sumienia mogli wręczyć mi papier oświadczający, iż właśnie zakończyłem moją szkolną karierę.

- Wyrzucili cię - wyszeptał Albus, nie mogąc w to uwierzyć. W Anglii nieukończenie Hogwartu oznaczało, że do końca życia będzie się pełnić funkcje, które zazwyczaj przypadają charłakom lub skrzatom domowym. Jeśli twoja rodzina była dobrze ustawiona, to może wybłagaliby dla ciebie pracę pomocnika jakiegoś podrzędnego urzędniczyny, ale to należało do rzadkości. Zazwyczaj młodzi czarodzieje, nie mogąc znieść takiej hańby, decydowali się opuścić magiczny świat i żyć jak o mugole.

Albus jeszcze nigdy nie spotkał się z tym, żeby ktokolwiek bez spuszczenia głowy i bólu w oczach mówił o wyrzuceniu ze szkoły. A Gellert wydawał się z tego powodu wręcz zadowolony, ba, właśnie przyznał, że nawet to planował!

- Wolę to nazywać pokojowym rozejściem się naszych dróg.

- Ale … bez szkoły, co zamierzasz teraz zrobić?

Gellert zeskoczył z blatu na którym wcześniej usiadł i stanął tak blisko niego, że dzieliły ich zaledwie centymetry.

- Zmienić świat – wyszeptał, a Albus poczuł jak włoski stają mu na ciele – Zmienić go w taki sposób, aby nikt z nas nie miał w nim nakazane jak żyć, gdzie mieszkać i kogo kochać.

- Nikt nam niczego nie nakazuje - odpowiedział, ale tym razem zabrakło w jego głosie czegoś, co zwykle powodowało, że nikt nie wątpił w to co on mówił. - Możemy żyć jak chcemy.

Gellert spojrzał na niego, a na jego twarzy pojawiły się trudne do zdefiniowania emocje.

- Interesujące - odrzekł po dłuższej chwili – Wygląda na to, że z całych sił próbujesz uwierzyć w to co właśnie powiedziałeś, ale jednocześnie widzę, że doświadczyłeś już czegoś co całkowicie temu przeczy.

Albus starał się zachować zimną krew, ale na te słowa przed jego oczami pojawiły się wspomnienia, o których nie raz już próbował zapomnieć. Mama przybiegająca do domu z zapłakaną i pobitą Arianą, ojciec z wściekłością wypisaną na twarzy, list z Azkabanu zawierający wyrok ….

Odrzucając te myśli, Albus rzucił w stronę Gellerta, nawet nie starając się ukryć targających nim uczuć - Może i tak, ale to co się z tego nauczyłem, to to, że przemoc nigdy niczego nie rozwiąże – po czym odwrócił się i zmierzając w stronę drzwi, dodał – Nie wiem skąd się tu wziąłeś, ani po co tu przyjechałeś, ale nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.

Gellert milczał i gdy Albus naciskając klamkę myślał, że na tym dzisiejsze spotkanie się zakończy, ten powiedział - Nic nie mówiłem o przemocy.

- Duże zmiany zawsze pociągają za sobą przemoc - odpowiedział cicho.

- Jesteś pewien?

- Tak - wyrzucił z siebie Albus. Potem czując, że musi stąd natychmiast wyjść, niemal wybiegł za próg, nie oglądając się za siebie. W drodze do domu nie mógł się jednak uspokoić, ponieważ był niemal pewien, że wcześnej usłyszał dwa słowa, wypowiedziane cichym, ale pewnym siebie głosem.

Do zobaczenia.

Kiedy Albus wszedł do domu, a Kendra zapytała z kuchni jak poszło spotkanie, jego jedyną odpowiedzią było tylko trzaśnięcie drzwiami i pójście do własnego pokoju. Wszystko na co miał w tej chwili ochotę, to z całej siły walnąć pięścią w ścianę, ale w głębi duszy wiedział, że to w niczym nie pomoże, więc w porę się opanował. Zamiast tego usiadł na łóżku i wziął kilka głębokich oddechów.

Nie mógł pojąć, jak do tego wszystkiego doszło. Wprawdzie zdarzały się już osoby, które były w stanie wyprowadzić go z równowagi, ale nigdy w tak krótkim czasie i z tak dużą skutecznością.

Odkąd rozpoczął naukę w Hogwarcie, nie raz, w związku ze swoimi osiągnięciami miał do czynienia zarówno z politykami, jak i innymi wysoką rangą czarodziejami. Oni wszyscy zdobyli swoją pozycję w oparciu o doświadczenie i lata spędzone na wspinaniu się po szczeblach kariery. Mówiąc wprost, nie byli to ludzie, których łatwo byłoby pokonać.

A mimo to Albus miał niemal stu procentową pewność, że gdyby Gellert chciał, mógłby w jednej chwili rzucić sobie ich wszystkich do stóp.

Może czuł tak dlatego, że była to pierwsza od lat osoba, której udało się wycisnąć z niego tak silne uczucia. Negatywne wprawdzie, ale to niczego nie zmieniało. Zazwyczaj to Albus rozdawał karty i kontrolował grę, a tym razem to on znalazł się pod ścianą. Wolał się nawet nie zastanawiać, czy bratanek Bathildy Bagshot potrafi władać różdżką równie dobrze jak słowami.

Jednym słowem, wszystko w Albusie krzyczało, że Gellert Grindelwald jest niebezpieczny i że powinien trzymać się od niego z daleka.

Lata później Albus zastanawiał się, dlaczego wtedy nie posłuchał tego głosu. I nigdy w pełni nie odpowiedział sobie na to pytanie. Może była to młodzieńcza głupota, która szeptała mu do ucha, aby nie dał sobie nikomu w kaszę dmuchać. Może potrzeba zrozumienia, dlaczego ktoś chciałby zmieniać system, który wszyscy inni akceptują od wieków.

Ale w głębi duszy zawsze wiedział.

Bo podświadomie już wtedy czuł, że Gellert Grindelwald to ogień. Ogień, którego płomienie ogarną kiedyś cały świat.

I że już wypaliły sobie drogę do jego duszy.