PIERWSZA WIZYTA NA POKĄTNEJ
Dziś był ten dzień! Wczoraj wieczorem usłyszał rozmowę Pani Evans z jakąś sąsiadko o tym jak jest starsza siostra się rozchorowała. Trzeba przyznać, że ta cała Petunia jest utalentowana. Rozchorować się w wakacje to zawsze jakiś wyczyn. W każdym razie, to właśnie dziś miał największe szanse na zastanie Lily w parku samej.
Gdy zbliżył się wystarczająco blisko do parku zauważył, że dziewczyna jak zwykle bujała się na huśtawce. Tym razem jednak nie była tak energiczna jak zwykle, pewnie żałuję, że nie ma z nią siostry... Przez chwilę zastanawiał się jak nawiązać kontakt. Biorąc pod uwagę, że ostatnie spotkanie nie wyszło im za dobrze, tym razem postanowił zacząć od demonstracji.
Zerwał nie rozkwitniętą jeszcze stokrotki i skupił się na nim z całej siły. Na początku nic się nie działo, ale po chwili poczuł jak magia w nim krąży. Wiedział, że to co planuję nie będzie takie proste. Co prawda Lily zrobiła coś podobnego gdy ostatnio ja tu widział, ale w jej przypadku był to tak naprawdę efekt wybuch przypadkowej magii. On z drugiej strony wiedział już co chce osiągnąć, a ukierunkowanie magii bez różdżki było bardzo trudne. Jakimś cudem udało mu się podnieść kwiatka na wysokość swoich oczu i powoli zaczął go lewitował w kierunku dziewczynki. Gdy stokrotka znalazła tuż przy Evans użył magii żeby rozwinąć jej płatki.
- Ach! - krzyknęła i złapała kwiat w drobne dłonie. - Jak...
- Mówiłem Ci, ja też jestem czarodziejem. I gdy skończę 11 lat pójdę do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, tak samo jak ty.
- Szkoły magii...? – zapytała podejrzliwie – Ale nie nabijasz się ze mnie, prawda?
- Oczywiście, że nie. – zaprotestował – Chcesz żebym ci opowiedział więcej o Hogwarcie? – Bardzo dobrze znając już odpowiedź dziewczynki.
Ostatni tydzień był najlepszym w jego życiu! - myślał maszerując ulicami Londynu - Codziennie spotykał się z Lily i opowiadał jej o Hogwarcie. Co prawda sam nie wiedział tak dużo jak by chciał, w końcu magia była dla jego ojca tematem tabu, a matka też nie lubiła mówić o Czarodziejskim Świecie, wiązało się to z wieloma bolesnymi wspomnieniami.
Miała co prawda sporo książek, ale dotyczyły one głównie mikstur, choć znalazły się też kilka na temat Czarnej Magii. Jednak to właśnie Eliksiry były jedynym rodzajem magii który czasami wykonywała, do dziś pamięta jak zmożony wysoką gorączką obserwował matkę przygotowującą mu Eliksir Pieprzowy. Wyglądała wtedy tak radośnie... Prawdopodobnie to właśnie ten widok zapoczątkował jego fascynację tą dziedziną magii, za wszelką cenę chciał wiedzieć co sprawiło, że na twarzy matki pojawił się uśmiech.
Czytał te książki wielokrotnie i jak gąbka chłoną wszystkie informacje które wiążą się w jakikolwiek sposób z magią. A dzisiaj dowie się jeszcze więcej! Już teraz idzie do Dziurawego Kotła, a później na Pokątną. Specjalnie na tą okazję kupił sobie koszulę, może była z drugiej ręki, ale nadal wygląda lepiej niż jakiekolwiek ubrania w jego szafie.
Niestety... Nie jest jeszcze do końca pewny ja się tam dostać. Wie gdzie się udać, wie nawet które cegły należy wystukać oby otworzyć przejście, jedyny problem w tym, że nie ma różdżki. Będzie musiał czekać aż ktoś przed nim wejdzie. Nie powinno to być jednak takie trudne, w końcu niedługo 1 września, pewnie wiele jedenastoletnich czarodziejów mugolskiego pochodzenia odwiedzi dzisiaj pokątną. A w najgorszym wypadku poprosi o przysługę kogoś w Dziurawym Kotle.
Po dotarciu do baru szybko wsunął się do pomieszczenia uważając żeby nikt nie zwrócił na niego zbędnej uwagi. Chyba jedyną osobą która go zauważyła był barman, Tom... Jak wykrzyknął jeden z klientów. W samym pubie nie zauważył nic ciekawego dlatego też jak najszybciej wymknął się na tył budynku.
Gdy dotarł na zaplecze szybko okazało się, że jego przypuszczenia były poprawne. Na oko 11 letnia czarnowłosa dziewczynka zbliżała się do przejścia, a towarzyszył jej ogromny włochaty mężczyzna. Nazwała go... Hagrid? Hym... Chyba gdzieś to już słyszałem, ach, tak! Matka o nim wspominała. Klucznik i gajowy Hogwartu. Niezbyt inteligentny, ale uprzejmy. Chociaż jest podejrzliwy w stosunku do Ślizgonów.
- Cesć chłopce, ty teź do Howardu? - zapytał.
- Nie moszesz przyłazić tu sam! To niebespiecne.
- Nie będę sam. Mam się tu z kimś spotkać, ale dziękuję za troskę.
- No chyba że tak, tylko się nie zapodziej gdzie!
- Nie zgubie się, do widzenia! – Krzyknął i jak najszybciej uciekł od Hagrida.
Tego mu jeszcze brakowało... Przygłupiego i opiekuńczego olbrzyma jako niańki. Dopiero po kilku metrach miał okazję żeby naprawdę rozejrzeć się po ulicy. To co zobaczył było absolutnie wspaniałe! Obraz wyglądał jak z bajki. Wszystko magiczne, wszystko kolorowe, mnóstwo sklepów i ogłoszeń, świecące, śpiewające a nawet tańczące. Severus Snape chciał ogarnąć wszystko wzrokiem, ale nie mógł. Zabrakło mu kilu dodatkowych par oczu i czasu. Nie mógł sobie pozwolić na to żeby poświęcić cały dzień na zwiedzanie. Zresztą... Nie miał za dużo pieniędzy tak żeby kupić wszystko co miał, a jeśli spędzi za dużo czasu na Pokątnej niewątpliwie będzie go kusić żeby wszystko wydać. Dzisiejszego dnia planował odwiedzić tylko bibliotekę i Bank Gringotta.
Czarodziejski Bank, nie trudno go było zauważyć. Budynek był ogromny i śnieżnobiały. Na drzwiach znajdował się napis:
Wejdź tu, przybyszu, lecz pomnij na los,
Tych, którzy dybią na cudzy trzos.
Bo ci, którzy biorą, co nie jest ich,
Wnet pożałują żądz niskich swych.
Więc jeśli wchodzisz, by zwiedzić loch
I wykraść złoto, obrócisz się w proch.
Złodzieju, strzeż się, usłyszałeś dzwon
Co ci zwiastuje pewny, szybki zgon.
Jeśli zagarniesz cudzy trzos,
Znajdziesz nie złoto, lecz marny los.
Severus zadrżał... Jak dla mnie to brzmiało całkiem prawdopodobnie.
Po przejściu przez drzwi znalazł się w wielkiej marmurowej sali. Na wysokich stołkach, za długą ladą, siedziało co najmniej ze stu goblinów. W ścianach było mnóstwo drzwi, a przy każdych stało dwóch goblinów.
Chłopak podszedł do lady usiłując powstrzymać narastającą w nim panikę powiedział:
- Dzień dobry, nazywam się Severus Snape i chciałbym założyć u was konto, oraz wymieni pieniądze na magiczną walutę.
- W porządku. Zaraz ktoś omówi z Panem szczegóły i przedstawi wszystkie możliwe oferty – Goblin obrócił się i krzyknął – Gryfku! Zajmij się Panem Snape'm.
Powolnym krokiem podszedł do nich krępy, niski i absolutnie brzydki Goblin.
- Proszę za mną panie Snape – Powiedział i zaczął prowadzić swojego klienta do jednych ze drzwi, za którymi jak się okazało był bardzo długi korytarz. Ostatecznie Gryfek wprowadził ich do kolejnego popieszczenia. Był to mały, skromnie ale gustownie urządzony pokój z dwoma fotelami. Fotele odgradzał drewniany, prawdopodobnie magicznie rzeźbiony stół. Gryfek wyminął go, usiadł na fotelu i zapytał:
- Więc w czym dokładnie mogę pomóc Panie Snape? – Severus westchnął głęboko i zaczął mówić...
To było naprawdę męczące... – westchnął – Spędziłem w Gringocie co najmniej dwie godziny. No ale, wszystko przebiegło raczej dobrze. Byłem strasznie skrępowany wyjaśniając moją sytuację dotyczącą rodziny i prac zarobkowych Gryfkowi, ale na Goblinie nie zrobiło to większego wrażenia. Prawie od razu przedstawił mi korzystną ofertę. Jak się okazało wielu mugolaków uczęszczających do Hogwartu korzysta z oferty dla studentów. Założenie konta i jego utrzymanie nie kosztuje nic przez osiem lat od założenia konta w wielu lat 11. Dlaczego osiem lat mimo, że Hogwart trwa tylko 7? W końcu klienci muszą mieć czas na znalezienie pracy. To raczej wspaniałomyślna oferta. Dopiero po upływie tych ośmiu lat naliczane są składki. Wygląda na to, że Gobliną zależy na tym, żeby mugolaki zostały w czarodziejskim Świecie. Mimo faktu iż sam jestem półkrwi udało mi się założyć skarbiec właśnie w tej ofercie.
Obliczyliśmy z Gryfkiem ile mniej więcej będę miał pieniędzy na koncie zanim udam się na pierwszy rok w Hogwarcie. Według goblina jeśli nie dostanę żadnego wsparcia od matki, to uda mi się sfinansować niecałe trochę ponad rok nauki. Jeśli po skończeniu pierwszego roku kształcenia uda mi się dostać stypendium ofiarowywane dobrym uczniom w ciężkiej sytuacji rodzinnej, to spokojnie będę mieć pieniądze na drugi rok kształcenia. Mówię tu raczej o bardzo skromnych standardach życia. Osobiście nie jestem rozrzutny, ale są rzeczy które planuję kupić dobrej jakości, np składniki do eliksirów.
Wszystkie zarobione pieniądze zamieniłem na Czarodziejska Walutę i część od razu wypłaciłem. W końcu planowałem dzisiaj zajrzeć do jeszcze jednego miejsca.
Po wyjściu z Gringotta udałem się dalej w poszukiwaniu księgarni.
Rozglądając się po Pokątnej i co chwile obijając się o uczniów Hogwart dostrzegłem wąski i dość nędznie wyglądający sklep. Zdobił go szyld z napisem OLLIVANDEROWIE: WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ.
Każdą komórką mojego ciała chciałem tam wejść... Jeszcze nie mogłem, jeszcze półtorej roku. Niechętnie oderwałem wzrok od szyldu i ruszyłem dalej.
Rozejrzałem się o po ulicy i po drugiej stronie zauważyłem księgarnię. Ah... Jak ja marzyłem o tym, żeby mieć nieograniczona ilość pieniędzy i móc kupić wszystko co pragnę. Niestety z moim obecnym funduszem mogłem zadowolić się tylko jedną książką: "Czarodziejskich Rodzin Czystokrwistych – Tradycje i Rytuały".
Większość osób w mojej sytuacji wybrała by raczej książkę o podstawowych informacjach dotyczących czarodziejskiej społeczności, dotyczących departamentów w Ministerstwie Magii, ale ja nie jestem większość.
Z pewnością trafię do Slytherinu, matka zawsze powtarzała mi, że tam najważniejsze są tradycję i konwenanse, nawet czysta krew nie może się z nimi równać. Większość Czarodziei sądzi, że status krwi jest dla Ślizgonów najważniejszy, ale prawda jest taka, że czarodzieje półkrwi i ci mugolskiego pochodzenia też trafiają do Slytherinu. Tak długo jak przestrzegają pewnych zasad i okazują szacunek tradycją są oni w akceptowani w towarzystwie, choć silną pozycję sami muszą sobie wywalczyć swoimi umiejętnościami i talentem.
Księgę o podstawowych informacjach dotyczących czarodziejskiej społeczności zawszę mogę kupić przy następnej wizycie – postanowił.
