Rozdział Pierwszy

Echo Przeszłości


Są tacy, którzy tęsknili, tacy, którzy pamiętali, oraz tacy, którzy się cieszyli. Ale nie ma takich, którym jego śmierć byłaby obojętna. Był w końcu pierwszym przeciwnikiem mnichów, to on uwolnił Wuyę i zapoczątkował to wszystko. Wszyscy pamiętali o tym niezdarnym chłopcu, który swoją śmiercią każdego z nich pozbawił czegoś ważnego. Pozostawił po sobie pamięć i echo.


Wszyscy byli w szoku. Pojawiła się znikąd i przebiła Jacka Spicera włócznią, spychając w przepaść. Z początku na klifie zapanowała głucha cisza, którą nagle przerwał Omi swoim wrzaskiem:

- Coś ty zrobiła?!

Lisica tylko odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła brzydko, ukazując rząd trójkątnych kłów, po czym zniknęła, zanim wrzawa rozpętała się na dobre. Mnisi podbiegli do krawędzi tylko po to, by ujrzeć nicość. Nawet Chase powoli podszedł do końca klifu, a jego twarz wyrażała szczere zdumienie.

Spicer, ten robal, którego w żaden sposób nie dało się pozbyć… zginął? Tak po prostu? Chase, od kiedy go spotkał, żył w przekonaniu, że to on w końcu kiedyś zabije chłopaka. Nie mnisi, nie Wuya, nie Hannibal, a w szczególności nie biała lisica znikąd. On. Zacisnął zęby tak mocno, że aż zazgrzytały i poczuł, jak paznokcie wbijają mu się w wewnętrzną stronę dłoni przez materiał rękawic. Był wściekły, nie godził się na to. Ten robal ma tu wrócić, natychmiast, żeby to Chase mógł go zabić. Nikt nie ma prawa odbierać mu zdobyczy. Nikt.

- Nie wierzę – wyszeptała Kimiko, cofając się parę kroków w tył. – Nie wierzę… On nie żyje. On naprawdę nie żyje… - mówiła, a z każdym słowem jej głos łamał się bardziej i bardziej, aż w końcu upadła na kolana i zaczęła szlochać. Raimundo powoli podszedł do niej, ukląkł obok i objął, przyciągając do piersi. Widać było jednak, że sam walczył z płaczem. Clay zdjął kapelusz i skłonił głowę, stojąc nad krawędzią klifu, w myślach zapewne żegnając Spicera razem z siedzącym mu na ramieniu Dojo. Omi zaś podszedł do Chase'a, spoglądając na Heylińskiego wojownika ze smutkiem.

- Spicer był moją zdobyczą – wysyczał mężczyzna. – To ja miałem go zabić, nie tamta bezpańska wywłoka znikąd. – Chase zamknął oczy. Całe jego ciało drżało z gotującej się wewnątrz niego wściekłości.

- Każdy był z nim jakoś związany – odparł Omi pustym głosem, spoglądając w bliżej nieokreślony punkt na horyzoncie. – Jestem pewien, że każdy za nim zatęskni na swój własny sposób.

Chase, jakkolwiek nie chciałby się tego wyprzeć, musiał przyznać młodemu mnichowi rację.

Przez następne dwa dni szukali jego ciała – Chase, mnisi i Dojo – ale jedyne, co znaleźli, to krwawe plamy i strzępy ubrań na pochyłości, których ślad urywał się wraz z początkiem płynącej dołem kanionu, głębokiej rzeki. Cokolwiek zostało z ciała Jacka Spicera, przepadło w jej lodowatych odmętach.

~(x)~

Wuya nie przyjęła wiadomości o śmierci chłopaka tak, jakby Chase się tego spodziewał. Z początku wiedźma wzięła to za żart i wyśmiała lorda, jednakże widząc poważny, niemal zasmucony wyraz twarzy mężczyzny, spoważniała. A potem uciekła.

Przez tydzień nie ruszyła się ze swojej komnaty, z której dobiegały tylko ciche szlochy.

~(x)~

W porównaniu z rodzicami Spicera, wszyscy jak dotąd znosili śmierć chłopaka nad wyraz dobrze. Nikogo nie zdziwił zbyt specjalnie nawet fakt, że jego rodzice wiedzieli o wszystkim i widok mnichów wcale ich nie zaskoczył. Mnichów też nie zaskoczyło to, że rodzice Spicera o wszystkim wiedzieli – chłopak może i nie spędzał z nimi dużo czasu, ale szczerze ich kochał i utrzymywał kontakt, a oni kochali jego. Dlatego ich reakcje były takie, a nie inne.

Gabriel, ojciec Spicera tylko schował twarz w dłoniach i, wydawałoby się, zastygł jak posąg przy stole w jadalni, z łokciami wspartymi na blacie. Tylko jego ramiona drżały, a z pomiędzy palców wypływały gorące łzy. Jednakże to było nic. Nie w porównaniu z Judith Spicer, z pozoru filigranowej budowy kobietką o kręconych, rdzawych włosach. Gdy tylko wypowiedziano zdanie, kobieta zatrzymała się w półkroku, zagryzła wargi, zacisnęła pięści.

I rozpętała piekło.

Wrzask i trzaski wszystkiego, czym mogła rzucić, rozlegały się dopóty, dopóki nie miała już nic pod ręką. Wtedy opadła na kolana i zaczęła wyć. Nie szlochać, nie płakać. Wyć, po prostu, jak ranione zwierzę.

Mnisi Xiaolinu opuścili dom szybko, i z grobowymi minami.

~(x)~

Rodzice Jacka nie chcieli nawet słyszeć o pogrzebie. Nadal nie docierało do nich, że ich syn nie żyje i upierali się, że dopóki nie zobaczą martwego ciała ich jedynego dziecka – lub czegokolwiek, co z tego ciała zostało – pogrzeb się nie odbędzie. W zamian za to, mnisi postanowili odprawić swoją mszę za duszę chłopaka, gdziekolwiek by ona nie była.

Ze wszystkich możliwych osób nie stawił się tylko Hannibal.

- Był irytujący – powiedziała słabym głosem Wuya, kiedy przyszedł czas na jej 'pożegnanie'. Wyglądała na osłabioną, a w tradycyjnej, białej szacie wyglądała jak zjawa. Zapewne, gdyby Chase nie asystował jej ramieniem, runęłaby na ziemie jak długa. – Ale to był dobry chłopak. Zły, dobry chłopak. W końcu to on mnie uwolnił, pomagał mi cały ten czas…

- Spicer był inny – Chase przejął głos, kiedy wiedźma po prostu wtuliła się w jego bok i zaczęła szlochać. – Nie ważne, ile razy bym się go nie pozbył i tak wracał, i tak był. Jego obecność była czymś oczywistym. Był idiotą, którego nikt nie brał na poważnie, ale szczerze wątpię, że ktokolwiek naprawdę życzył mu źle. Nawet ja.

Sam nie wiedział, czemu wyznawał tu teraz przed wszystkimi swoje słabości, Wuya zresztą też nie. Po prostu… Życie bez tego wiecznie irytującego go Spicera… Czy coś takiego mogło w ogóle mieć miejsce? Nawet jeśli, Chase powinien się cieszyć i świętować. Ale nie świętował.

- Jack Spicer był moim przyjacielem – zaczął Omi, kiedy Chase i Wuya już opuścili swoje miejsce. – Zapewne on mnie za takiego nie uważał, ale ja na pewno. Bo on był zawsze. Nasz pierwszy przeciwnik, wróg, z którym mierzyliśmy się najczęściej, z którym walczyliśmy, czasem nawet ramię w ramię. Żałuję, że nie mogliśmy zaoferować mu naszej przyjaźni.

Gdyby Jack słyszał te słowa, na pewno podbiegłby do Omiego i wytulił ze łzami w oczach, krzycząc, jak to się cieszy z oferowanej przyjaźni. Ale Jacka tam nie było.

Jack Spicer był przecież martwy.

~(x)~

Rodzice Spicera po paru miesiącach po prostu sprzedali swoją willę i przenieśli się tam, gdzie nikt nie potrafił ich odnaleźć. Nikt nie widział, co się stało z laboratorium Jacka, gdyż willa została zrównana z ziemią i nie odnaleziono nic podejrzanego, a już na pewno nie armię robotów. W miejsce starego domu wybudowany nowy – mniejszy, przestronniejszy, z wielkim ogrodem. Kupiła go jakaś kobieta, której imieniem nikt się tak naprawdę nie interesował.

Z upływem czasu wszyscy zaczęli powoli przystosowywać się do zmiany, ruszać naprzód i nie stać w miejscu. Niektórym wychodziło to lepiej, innym gorzej, ale fakt, że nadal tam gdzieś były Wu do zdobycia napędzał ich wolę walki.

Biały lis już nigdy się nie pojawił.

Po paru tygodniach udało im się mniej-więcej wrócić do rutynowego trybu życia, po paru miesiącach przestali odczuwać brak Spicera aż tak bardzo, ale nawet lata nie zatarły pamięci po nim. Każdy pamiętał, nawet Wuya, nawet Chase. Ale oni wszyscy już pogodzili się z brakiem nadpobudliwego rudzielca.

Martwi przecież nie powracają do świata żywych.

~(x)~

Omi bezgłośnie zeskoczył z pleców Dojo, prostując się podczas wdechu. Tuż obok niego, bardziej niezdarnie i głośniej stanął Clay, trzepiąc swój kowbojski kapelusz. Kimiko przeciągnęła się, nadal siedząc na smoku, próbując nieco rozprostować kości zasiedziałe po długim locie, Raimundo dopiero się budził z drzemki, a wiecznie nadpobudliwy Ping Pong już zajrzał pod każdy krzak czy kamień w promieniu dziesięciu metrów od nich. Omi uśmiechnął się delikatnie, idąc spokojnie ramie w ramię Clayem – nie był już tamtym niedoświadczonym dzieciakiem przypominającym serową kulkę co kiedyś, tylko silnym, młodym mężczyzną o wiele normalniejszych proporcjach. Wiązało się to głównie z tym, że bardzo urósł i owe proporcje w miarę się wyrównały – teraz, jako siedemnastoletni już mnich, stał prawie na równi z Raimundo.

- Nie powiem, teraz Wu aktywują się już bardzo rzadko – ziewnęła Kimiko, zrównując swój chód z dwoma kolegami. Wyrosła z niej piękna, silna i, według panów, przerażająca kobieta, która wie, czego chce. – Naprawdę zostało ich tak mało?

- Naprawdę – mruknął Dojo, wskakując dziewczynie na ramiona już w pomniejszonej formie i westchnął, gładząc swoją czerwoną bródkę. – A jednak to teraz zaczynają się schody, bo to, co najlepsze, zostało właśnie na koniec.

- Wiemy, Dojo – wtrącił się Raimundo. – Ostatnio nawet Chase zrobił się nadpobudliwy.

- Nie zapominajmy o Hannibalu – przypomniał Omi. – Teraz pojawia się praktycznie co pojedynek – westchnął chłopak, pochmurniejąc.

- Zbyt często z nim przegrywamy – podsumował Clay.

I faktycznie, Hannibal wygrywał z mnichami bardzo często, zazwyczaj praktycznie nie dając im szans. Wynikało to głównie z tego, że niemal zawsze to on był pierwszy przy Wu i to on ustalał zasady. Wtedy mnisi mieli naprawdę marne szanse przeciwko jemu i jego Moby Morpherowi, dzięki któremu mógł przybrać jakikolwiek kształt i rozmiar sobie zażyczył, więc mógł spokojnie dostosować się do własnego zadania, nie czekając na innych.

Omi stanął nagle, rozglądając się dookoła i tylko jego nadludzki, ćwiczony latami refleks pozwolił mu uniknąć ciosu mieczem, skierowanego wprost w jego krtań.Hannibal stał przed nimi z szyderczym uśmiechem na spękanych ustach, okropna, gigantyczna, pomarszczona fasolka rodem z najgorszych koszmarów. Nawet po tylu latach ciągłych spotkań ciężko było nie wzdrygnąć się z obrzydzenia na widok tego stwora.

- Chciałbym się znowu z wami pobawić, smarkacze, ale tym razem mi się śpieszy – charknął potwór, rzucając się na mnichów. Choć stwór był jeden przeciwko pięciu młodym, acz silnym wojownikom, Xiaolińskie Smoki miały poważne problemy z choćby dotrzymaniem mu kroku. Ping Pong został rzucony o drzewo, tracąc przytomność, to samo stało się z Raimundo. Clay został w końcu powalony i związany pnączami Hannibala, Omi ciśnięty na skałę – i mógłby przysiąc, że słyszał chrzęst łamanych kości – i choć Kimiko stawiała opór nad wyraz zawzięcie, nawet ona musiała ulec pod naporem niszczącego wnętrzności ciosu w brzuch.

- Hannibal… - wysyczała dziewczyna, trzymając się kurczowo za brzuch, zgięta w pół i ledwo przytomna. – Zapłacisz za to…

- Wątpię, ptaszynko, doprawdy – zaśmiał się stwór w odpowiedzi.

- No proszę, cóż za okropność tu znów przywiodło – rozległ się nad nimi głos. Kimiko z trudem podniosła głowę, spostrzegając Chase'a Younga z Wuyą przy boku i musiała przyznać, że chyba po raz pierwszy w życiu cieszyła się z ich obecności. Hannibal chciał coś odpowiedzieć, ale Chase nie dał mu takiej możliwości, ruszając na stwora z nienaturalną wręcz szybkością i Wuyą, która ledwo, ale jednak, dotrzymywała mu kroku. Jednakże nawet oni nie byli w stanie pokonać Hannibala, o czym wkrótce przekonały się te Xiaolińskie Smoki, które nadal były na tyle przytomne, aby zrozumieć jaka jest sytuacja. A sytuacja była krytyczna. Chase został pokonany jako pierwszy, ciosem w splot słoneczny, który wycisnął z jego płuc całe powietrze. Wuya nie walczyła wiele dłużej, kiedy w końcu pnącza Hannibala oplotły się wokół jej szyi, dusząc wiedźmę, która teraz wiła się po ziemi, próbując poluzować wiązadła.

- Jak już mówiłem, nie mam na was czasu – charknął Hannibal, skacząc tym swoim spękanym ciałem w stronę błyszczącego obiektu, nowo uaktywnionego Shen Gong Wu. Potwór uśmiechnął się, oblizując spierzchnięte wargi i sięgnął po przedmiot jedną ze swoich macek.

- Hannibalu Royu Fasolko, wyzywam cię na pojedynek mistrzów.