ROZDZIAŁ I

How can you see into my eyes like open doors
Leading you down into my core
Where I've become so numb
Without a soul
My spirit sleeping somewhere cold
Until you find it there and lead it back home
*

Dwa lata później

Od 1994 roku oficjalną siedzibą główną MI5 w Londynie jest Thames House, zespół neoklasycystycznych budynków w samym sercu stolicy Wielkiej Brytanii, w pobliżu Lambeth Bridge. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że jedna z licznych sekcji operacyjnych bezpieczeństwa publicznego znajduje się przy ponurej uliczce Ilderton Road. Peckham, niebezpieczne i zaniedbane przedmieścia Londynu, to idealne miejsce dla tych, którzy wiedzą, że najlepiej pilnować własnych spraw i nie wtykać nosa w cudze.

Augustus Rookwood otworzył zakurzone, odrapane drzwi, które z pozoru prowadziły do maleńkiej księgarni, a w rzeczywistości do dobrze wyposażonej siedziby sekcji. Ogarnęło go chłodne, wieczorne powietrze. Rookwood pozornie niedbale skierował się w stronę estakady, w rzeczywistości jednak jego umysł bezustannie analizował otoczenie, przetwarzając informacje. Prawa dłoń ani przez chwilę nie puściła różdżki ukrytej w fałdach długiego, czarnego płaszcza. Ukrył się za betonowym filarem estakady i zamierzał się właśnie aportować, kiedy zza drugiego filaru wyłoniła się jasnowłosa, szczupła postać. Zimne oczy blondyna mierzyły Augustusa z niesmakiem. Rookwood odpowiedział ponurym spojrzeniem. - Lucjuszu... - skłonił się niechętnie.

Elegancki blondyn bawił się laską ozdobioną srebrną głową węża.

- Czy zdarza ci się przeglądać czasem istotne dokumenty w tej twojej mugolskiej pracy, Augustusie? - spytał. - Dumbledore coraz bardziej interesuje się dziewczyną, każdy może ją znaleźć. Co zamierzasz zrobić w tej sprawie?

Rookwood lekko zbladł, śledząc ruch dłoni zaciśniętej na uchwycie laski.

- No, myślę, myślę, że...

- Zostaw myślenie tym, którzy mają do tego zdolności! - syknął Lucjusz. - Nasz pan jest bardzo niezadowolony. - jednym szarpnięciem pociągnął za wężową głowę i wyjął różdżkę. - A oto wiadomość od niego dla ciebie... Crucio! Crucio!

Kiedy Rookwood leżał dłuższą chwilę na wilgotnym betonie i przeszywający go ból zaczął łagodnieć, Lucjusz pochylił się nad nim. - Wyślij tam Camillę, będzie wiedziała, co robić. - polecił i aportował się z trzaskiem.

...

Albus Dumbledore siedział w swoim gabinecie i ze zmarszczonymi drzwiami przeglądał wykaz uczniów Hogwartu. Choć była to już połowa lipca i w opustoszałej szkole mógł swobodnie cieszyć się prywatnością, wcale nie wyglądał na zbyt odprężonego. Zaznaczał właśnie w księdze zapisów pięknym gęsim piórem, do których jedenastolatków dotarły już sowy z informacją o naborze do szkoły. Nagle pióro zatrzymało się. No tak... Przez tę trwającą cały rok aferę w Syriuszem Blackiem i wilkołakiem uwadze dyrektora umknęła pewna niepokojąca sprawa. Sprawa, która nie mogła być już dłużej odwlekana. W ciągu ostatnich dwóch lat nie udało mu się uzyskać żadnej odpowiedzi. Było to dziwne... nawet bardzo dziwne...Co prawda, zważywszy, że matka uczennicy była mugolką, być może nie życzyła sobie, żeby jej córka kształciła się na czarodziejkę. Ale należało chociaż poinformować dziecko, jaki ma wybór i jakie możliwości przed nim się otwierają. Przez moment dyrektor pomyślał o drobnym chłopcu w okularach i liście zaadresowanym do komórki pod schodami przy Privet Drive 4. Ogarnęło go poczucie winy. Na skrawku pergaminu zanotował: Vanessa Camden, Spinner's End 12, Manchester i wrzucił garść proszku Fiuu do kominka.

- Komnaty profesora Snape'a! - powiedział głośno i wyraźnie.

...

Nie należałoby sądzić, że Severus Snape po rozmowie ze swoim przełożonym mógłby być niezadowolony. To byłoby za mało powiedziane - był po prostu wściekły, tak wściekły, że złość kipiała w nim, jak zanadto podgrzany eliksir w kociołku i szukała jakiegokolwiek ujścia. Z rozkazu dyrektora miał tam wrócić... Do domu, którego nie odwiedzał nawet w lecie, domu, który chciał wymazać ze swojej pamięci. Domu, którego istnienie było dla niego tak bolesne, że od tylu lat nie był w stanie zająć się jego sprzedażą. O ile oczywiście ktokolwiek chciałby go kupić, w co Snape wątpił.

- Tylko się tam rozejrzysz! - polecił mu dyrektor z pozornie dobrotliwym uśmiechem, który maskował żelazny upór i konsekwencję, o czym hogwarcki Mistrz Eliksirów przekonał się już niejeden raz. Tak, tylko się rozejrzysz, tylko przejdziesz obok swojego koszmarnego domu, który dziwnym trafem znajduje się obok mieszkania tej całej Camden. Cholerny stary drops!

Snape aportował się niedaleko Spinner's End, w zaroślach nad brudną rzeczką, która jak zawsze spokojnie płynęła, niosąc ze sobą śmieci, plastikowe butelki i kawałki przegniłego drewna. Kiedy zbliżał się do swojego domu, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, a czarne, zimne oczy spoglądały na wszystko z lodowatą obojętnością. Nagle zatrzymał się jak wryty, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Domek przy Spinner's End 12 był opuszczoną ruiną, o wybitych oknach i spalonych ścianach. Snape przełamał targające nim uczucie niepokoju, rzucił na siebie zaklęcie kameleona, przeszedł przez maleńkie, zagracone podwórko i delikatnie pchnął wyłamane już kiedyś drzwi.

Znalazł się w świecie ze swoich najgorszych snów, świecie koszmarów, w którym było miejsce na popękane ściany, zacieki wilgoci i pleśni, płaty tłustego kurzu unoszące się z każdym jego krokiem i resztki spalonej podłogi. Wszedł do pokoju, który prawdopodobnie był kiedyś salonem i zamarł. Wśród spalonych rupieci, kawałków sczerniałej tkaniny i zastygłych, nieokreślonych plastikowych fragmentów, coś bielało wyjątkowo nieprzyjemnym blaskiem. Snape odchrząknął, mając wrażenie, że coś mu utkwiło w gardle i nie pozwala normalnie oddychać, po czym zdecydowanie podszedł do rumowiska w kącie pokoju. Zanurzył dłoń w spalonych odpadach i wyciągnął coś białego, ciężkiego i obłego, coś jak... maskę, nieprzyjemnie opalizującą maskę, którą rzucił na podłogę, jakby go oparzyła. Westchnął ciężko i odgarnął włosy z czoła, pozostawiając na nim smugę lepkiego kurzu. Zapowiadały się kłopoty, cholernie duże kłopoty.

...

Vanessa Camden leżała bezwładnie na wąskim, szpitalnym łóżku. Jej nieświadome ciało odruchowo dygotało z zimna. Cienki, sparciały materac i przetarty koc nie były wystarczającą ochroną przed chłodem wysokiej sali, która mieściła w sobie jeszcze około piętnastu równie bezwładnych i otępiałych ciał.

Od kilkunastu dni Vanessa była pogrążona w chaotycznym śnie, w którym migały jej oczami groźne błyski ognia i czuła przyprawiający o wymioty odór palonego plastiku... Kiedy budzono ją, żeby poszła do łazienki lub przełknęła odrobinę pozbawionej smaku papki, a potem kolejną porcję tabletek, miała wrażenie, że stąpa po czymś płynnym i ruchomym, zamiast po zimnej posadzce. Musiała wytężać wzrok, żeby kamienny wzór na podłodze nabrał ostrości, a kiedy udało jej się na nim wystarczająco skupić, potrafiła dojść do śmierdzącej toalety nie przewracając się po drodze.

Pewnego dnia breja podana na obiad była tak obrzydliwa, że dziewczyna zwymiotowała wszystko, łącznie z porcją leków. Tego wieczoru jej sen stał się o wiele wyraźniejszy. Kobieta o płonących włosach krzyczała i zamykała oczy, próbując zedrzeć z siebie resztki spalonego ubrania. Mężczyzna o spuchniętej twarzy i przekrwionych oczach wznosił rękę, jakby miał zadać ostateczny cios. Potem skóra na jego twarzy łuszczyła się, odpadała i roztapiała się w płomieniach, a mężczyzna łapał się za ramię z wyrazem ogromnego na twarzy, po czym... rozpływał się w powietrzu. I mimo, że przed oczami Vanessy pojawiła się wówczas szumiąca i trzaskająca ściana ognia, dziewczyna poczuła niewytłumaczalną ulgę.

Za oknem zaczęło świtać. Ale nawet, gdyby Vanessa była na tyle przytomna, żeby utrzymać się na nogach i chcieć podziwiać wschód słońca, nie byłoby to możliwe. Okna znajdowały się wysoko, poza zasięgiem którejkolwiek z nieprzytomnych nastolatek. Były też zabezpieczone kratami. Gdyby jednak ktoś zdobył się na to, żeby stanąć na łóżku i spróbować podciągnąć się na parapet - okazałoby się, że szyby były całkowicie zamalowane na biało.

W mlecznej bieli świtu, spowijającej łóżka, krata służąca jako drzwi do sali drgnęła, przepuszczając lekarza i towarzyszącego mu, nieco ekscentrycznie wyglądającego mężczyznę. Był to starszy człowiek z długą siwą brodą, na którego nosie chwiały się oprawione złotem okulary, a całości dopełniał długi, jasnoszary płaszcz, który przy każdym ruchu swojego właściciela połyskiwał srebrzyście.

Lekarz podszedł do łóżka, na którym znajdowała się dziewczynka i obojętnie wskazał ją swojemu gościowi. Jego oczy nie miały żadnego wyrazu, a ruchy ciała były sztywne i nie całkiem skoordynowane.

- Bardzo dobrze... - szepnął jego towarzysz, ogarniając ostrym spojrzeniem całą salę. - Teraz wrócisz do siebie i zaśniesz, a kiedy się zbudzisz, nie będziesz niczego pamiętał. - mówiąc to, wyjął z rąk lekarza granatową teczkę opatrzoną numerem. - Idź już!

Jak na komendę, człowiek w białym kitlu odwrócił się i przeszedł przez kratę.

Siwowłosy starzec mruknął: - Colloportus! - i masywna zasuwa zamknęła się z charakterystycznym szczęknięciem. Rozchylił poły srebrzystego płaszcza, a z przepastnej wewnętrznej kieszeni wyskoczyło wyłupiastookie stworzenie, które ogarnęło zimną salę przerażonym wzrokiem.

- Okruszku... - powiedział łagodnie Dumbledore - Czy dasz radę przenieść nas oboje razem do Hogwartu?

Skrzat skłonił się z szacunkiem.

- Okruszek zabierze do domu i pana dyrektora, i tę... dziewczynkę.

Dumbledore delikatnie podniósł bezwładne, szczupłe ciało. Oczy dziewczyny przez chwilę uchyliły się, ale odbijała się w nich pustka. Dyrektor chwycił drobną dłoń skrzata, który drugą rękę schwycił dziewczynę za wychudzony nadgarstek. Po chwili zostało tylko puste łóżko. I nic już nie mąciło niespokojnych snów pozostałych, nastoletnich pacjentek szpitala psychiatrycznego Maudsley.

* "Bring me to life", Evanescence