iRozdział drugi – Little Lion man

Autor: Tino
Beta: nie sprawdzane – uwaga na nisko latające babole i gramatyki!

Słowem wstępu:
Drugi rozdział zajechał na salony, moi drodzy czytelnicy. /i

- John... - drzwi uchyliły się lekko i pomiędzy framugą ukazała się kędzierzawa, ciemna głowa. Ciepły kwadrat światła z sąsiedniego pokoju zalał ścianę naprzeciw łóżka.

Ze skotłowanej pościeli do uszu Sherlocka dotarło niewyraźne mruknięcie. Nie wiedział, czy oznaczało zachętę do mówienia, czy był to niechętny sygnał, że nie jest tu mile widziany.

Detektyw zawahał się.

- W porządku?

- Tak. Cholernie w porządku - wymamrotał John w poduszkę, nie uchylając nawet powiek, żeby zaszczycić Sherlocka spojrzeniem.

Detektyw milczał przez moment. Przestąpił z nogi na nogę.

Szkoda, że John nie mógł go w tym momencie zobaczyć. Sherlock naprawdę nie był sobą przez cały ten dziwny wieczór.

Na początku był nieco zirytowany chłodną reakcją Johna, potem zaś ku swojemu zdumieniu odkrył palące poczucie winy, które brało się nie wiadomo skąd.

Sherlock, profesjonalista bez uczuć, ustąpił teraz miejsca najzwyczajniej zagubionemu człowiekowi, który naprawdę nie miał pojęcia, co powinien zrobić.

Różnica pomiędzy tymi dwoma Holmesami była prawie że namacalna.

Sherlockowi koszmarnie nie pasował ten układ. W końcu zawsze musiał być panem sytuacji. Kontrolować wszystko, być krok naprzód. A teraz najzwyczajniej nie umiał tego zrobić.

Czuł więc, jak powoli zaczyna kapitulować za swoją bezpieczną maskę cynika. Już zaraz, za chwilę.

- Przykro mi, wiesz?

- Tak, tak. - John macha dłonią, jakby odganiał natrętną muchę i jeszcze mocniej wbija się w poduszkę. Wymuszona rozmowa jest skończona. John musi się z tym wszystkim przespać. Rano będzie lepiej. Będzie tylko lepiej, z każdym dniem lepiej.

Sherlock wycofuje się cicho i równie cicho zamyka drzwi.

Słyszy jeszcze, jak za cienką ścianą skrzypi łóżko.

Nie miał pojęcia, jakiej reakcji Johna powinien się spodziewać, kiedy stanie po raz pierwszy po tak długim czasie na progu ich starego mieszkania. Wiedział dobrze, że John wyprowadził się stąd zaraz po jego "śmierci", tylko po to, żeby za kilka miesięcy wrócić.

Sentyment? Prawdopodobnie.

Sherlock jednocześnie nie rozumiał Johna i rozumiał go aż za dobrze. Wspomnienia polatujące po mieszkaniu 221b musiały być dla doktora bolesne, prawie doprowadzające do szału. Po co się na nie narażać? Zapewne po to, że w tej całej bolesności prześwitywały błyski radosnych wspomnień, które na moment zagłuszały szarą rzeczywistość.

Sherlock miał zasadniczo dwie teorie: że John ucieszy się, albo będzie wściekły tak bardzo, że rozmaśli niefortunnego detektywa już w drzwiach, zanim ten zdąży opowiedzieć swoją historię i tym samym choć odrobinę się usprawiedliwić.

Zdecydowanie bardziej wierzył w tę drugą.

Było już grubo po dziesiątej wieczorem, kiedy Sherlock stanął na rogu Baker Street. Z irytacją zacisnął dłoń w kieszeni w pięść; jego ciało wbrew jego woli drżało, jakby leżał na mrozie przez wiele godzin. Zanim dotarł do ich kamienicy zdołał się uspokoić, stosując techniki samokontroli, które znalazł przypadkiem w jakimś mało uczęszczanym skrzydle w Pałacu, kiedy sprzątał w nim w zeszły piątek.

Sherlock spodziewał się więc kilku opcji, ale musiał przyznać się sam przed sobą, że tego, co stało się naprawdę, nie przewidział.

John na jego widok upuścił na podłogę kubek z herbatą.

Stał na środku pokoju, tak bardzo swój, znajomy, tak bardzo johnowy, na miejscu, że Sherlock poczuł nagłą ochotę, żeby go przytulić, szybko jednak zrugał się w myślach. Przytulanie się jest technicznie zetknięciem dwóch ciał, zupełnie niedorzeczne i niepotrzebne.

John z pozbawioną wyrazu twarzą sprzątał resztki czerwonego kubka. Żadna konkretna mina nie pojawiała się też na jego obliczu, kiedy słuchał opowieści Sherlocka.

- Więc... Tak właśnie było - skończył kulawo jak na siebie Sherlock.

John milczał.

Sherlock oczekiwał lawiny pytań, okrzyków niedowierzania, zmarszczonych brwi, charakterystycznego unoszenia brody do góry, czegokolwiek. Ale John wrzucił tylko brudne naczynia z blatu do zlewu i jakby nigdy nic powiedział uprzejmie, ale chłodno:

- Dobranoc.

Po czym skierował się w stronę swojej sypialni.

Sherlock poczuł, że ma otwarte usta, więc szybko je zamknął.

- John! JOHN!

Doktor odwrócił się flegmatycznie. Jego twarz nadal nie wyrażała niczego.

-Powiedz coś - powiedział cicho Sherlock - Cokolwiek, opieprz mnie od góry do dołu, zasuń mi w szczękę, mów o mojej nieodpowiedzialności i szczeniactwie. Uciesz się, że mnie widzisz... - dodał jeszcze ciszej.

John omiótł go obojętnym spojrzeniem, po czym otworzył drzwi i zniknął na schodach.

Sherlock słyszał, jak wspina się do swojej sypialni.

Dlatego teraz detektyw siedział w fotelu, pogrążony w głębokich rozmyślaniach, nie rozumiejąc niczego.

Gdyby John był wściekły! Obaj poradziliby sobie lepiej.

Ale nie, nie był wściekły, po prostu potraktował Sherlocka, jak fragment ściany. To było dziesięć razy gorsze.

Sherlock sam nie wiedział, co męczyło go w tym momencie bardziej: przejmujące poczucie winy, czy to uczucie, że jest ignorowany.

Gdzieś w głębi duszy doszedł do konkluzji, że chyba traktował powrót na 221b jak powrót do domu. Czuł się dotknięty, że dom powitał go zimną zaciętością? Może. Ale czego mógł się spodziewać po tak długim pozorowaniu własnej śmierci?

John wybaczy. John zawsze wybacza, ale tym razem nie zrozumie. Chyba nigdy nie będzie w stanie pojąć, jak Sherlock mógł dostarczyć mu tyle cierpienia.

Jednak ile czasu minie, zanim chociaż wybaczy?

Chłodny wiosenny poranek powitał Sherlocka w otwartym oknie salonu. Nie poszedł tej nocy spać.

Pół godziny później z góry zszedł zaspany John; nie wyglądał najlepiej, co w sumie nie dziwiło.

Sherlock odwrócił się od okna.

- Dzień dobry.

- Dobry. - jego ton był taki sam, jak poprzedniego wieczoru. Uprzejmy, ale tak chłodny, że mógłby zapewne coś zamrozić. - Czemu tu jest tak zimno, na litość boską? - John zmarszczy brwi, kiedy spojrzał na oświetloną od porannego słońca sylwetkę Sherlocka.

Detektyw w odpowiedzi zatrzasnął okno.

John wzdrygnął się od chłodu i skierował w stronę kuchni.

Sherlock stał przez moment bez ruchu, zastanawiając się, co powinien zrobić.

Pójść do kuchni i postarać się zagaić rozmowę? Wybadałby przy okazji, jaki dziś, po całej nocy, humor ma John.

Ale co, jeśli doktor uzna to za narzucanie mu się, zdenerwuje się jeszcze bardziej na Sherlocka i cała procedura przebaczania tylko bardziej się odwlecze?

Stał więc nadal, niepewny, niezdolny do zrobienia kroku, ale też ponaglany jakąś częścią swojej świadomości, żeby nie sterczał, jak kołek.

Musiał wahać się o wiele dłużej, niż sądził, bo kiedy ocknął się z zadumy, John wyszedł już z kuchni, wyraźnie z zamiarem pójścia do siebie, ubrania się i wyjścia do pracy.

- John? - ale kiedy struny głosowe Sherlocka w końcu odtajały, nogi drugiego mężczyzny szurały już po schodach.

Sherlock plasnął się w czoło, a potem potarł się po całej twarzy, jakby próbując się rozbudzić.

Jasna cholera. Co się z nim działo? Z NIM, Sherlockiem Holmesem, mistrzem działania w ułamku sekundy, którego myśli gnały nieustannie niczym jakiś dziki kot przez sawannę, wolne, dzikie, rozpędzone, nie do zatrzymania. Co wpędzało go w ten nagły, niezrozumiały paraliż...? Jakby bał się, tak, ON, bał się! Bał się, że jedno lub dwa nieopatrzne słowa mogą oddalić od niego Johna, sprawić, że zniknie gdzieś na zawsze.

A i tak był teraz tak daleko.

Tuż obok, ale i tak dla Sherlocka nieuchwytny.

Sherlock zaraz po wyjściu Johna stwierdził, że niewątpliwie jest to jeden z tych koszmarnych dni, kiedy nie tyle nuda, co jakaś ograniczająca działania niechęć do wszystkiego kazała mu nie wychodzić z domu. Nie wychodzić i najlepiej leżeć na kanapie w romantycznej pozie i umierać.

Niewiele się więc zastanawiając, po dopełnieniu swojej iście kociej porannej toalety (śniadanie bez namysłu postanowił przełożyć na potem, albo na następny dzień, a najlepiej na za tydzień), zaraz postanowił wcielić swój plan w życie i zwalił się na wysłużoną kanapę, aż pod jego, było nie było, ciężkawym z racji wzrostu ciałem jęknęły sprężyny.

Zaraz też ułożył dłonie w swoim ulubionym geście, który sygnalizował światu, że teraz detektyw Holmes będzie intensywnie myślał.

Pomimo spędzenia w pozycji horyzontalnej połowy dnia i prawie że wyleżenia dziury w poduszkach i obiciu, o dziwo żadna genialna teoria nie wpadła mu do kędzierzawej głowy.

Myśli plątały się, zanim zdążył uchwycić się jednej, już nasuwała się druga, za nią przybiegała trzecia, aż w końcu Sherlock już sam nie wiedział, nad czym tak intensywnie rozmyślał. Widział tylko iskrzący neonowymi literami, wielki napis "JOHN".

Westchnął i poklepał się po kieszeniach. W tej na piersi znalazł swój telefon. Obrócił go leniwie w palcach, zastanawiając się, co mógłby napisać.

i"Cieszysz się, że już jestem? SH"/i

John nie odpisywał. Po połowie godziny nadal nie było żadnej odpowiedzi.

i"Jesteś na mnie wściekły? To zrozumiem. SH"

"Jeśli masz zamiar się do mnie nie odzywać, też to rozumiem. SH"/i

Sherlock postukał delikatnie telefonem w swoje zęby.

i"Albo wyprowadzić się. Tylko daj mi o tym znać. SH"/i

Po chwili namysłu dodał, czując, że brzmi to jak ohydne usprawiedliwienie:

i"Lubię być poinformowany. SH"/i

Odetchnął i rzucił aparat gdzieś pomiędzy poduszki. Jakie było jego zdziwienie, kiedy do jego uszu doleciał sygnał smsa.

i"Daj mi spokój, Sherlock. Staram się tu pracować. John"/i

Sherlock nie zdawał sobie sprawy, że mimowolnie się uśmiechnął.

Nie mogło być aż tak bardzo źle, kiedy John zbywał go zdawkowymi smsami. Gdyby był naprawdę wściekły, konsekwentnie by go ignorował. Chyba musiał tylko sam poukładać sobie to wszystko w głowie. A jeśli naprawdę potrzebuje czasu, to Sherlock mu go da. W końcu sam do końca nie poukładał swoich własnych myśli, chociaż spędził na tym połowę dnia.

Mijały dni, potem tygodnie.

I niby wszystko było w porządku.

Sherlock pokazał się pani Hudson, doprowadzając ją najpierw prawie że do zawału, a potem do zupełnie realnego napadu dzikiej paniki, aby w końcu zostać wyściskanym, jakby detektyw wyniósł Johna i połowę Baker Street na plecach z płonącego budynku.

Pojawił się też w siedzibie Scotland Yardu, powodując podobną reakcję u Donavan i Andersona (poza serdecznymi uściskami). Lestrade tylko stał z kamienną twarzą, kiedy Sherlock przedstawiał mu swoja historię o wiele bardziej zdawkowo, niż wcześniej Johnowi.

Czy to medialny szum dookoła Sherlocka ucichł po jego rzekomej śmierci, czy też miał z tym coś wspólnego Mycroft, pomimo powrotu detektywa na arenę zwalczania londyńskiej przestępczości nie doczekali się (i chwała Bogu, jak stwierdził John) wylewu tłustych nagłówków oznajmiających wszem i wobec, że powrócił nieoczekiwanie do życia.

W sumie nie doczekali się też sprostowania całej afery z Moriartym, co z kolei miało kilka nieprzyjemnych skutków podczas nowych śledztw.

A Sherlock nadal rzępolił o nieludzkich porach na skrzypcach (które zostały odkurzone i przywrócone do łask), kurzył papierosy w mieszkaniu, co doprowadzało Johna do szewskiej pasji, doktor po całonocnym bieganiu za przestępcami rano zasypiał na dyżurze, wciskał w Sherlocka śladowe ilości jedzenia (bo większej nie dał w siebie władować prośbą ni groźbą), a w mieszkaniu panował radosny artystyczny nieład, by nie rzec nieludzki rozpiernicz.

Ale niektóre rzeczy się zmieniły. John zamknął się w sobie i chociaż był tuż obok, był nieobecny. Dokładnie tak, jak podsumował to w myślach Sherlock. Nadal pomiędzy nimi utrzymywał się lekki chłodek, którego przedtem nigdy nie było; nawet, jeśli się pokłócili, jeden wspólny napad śmiechu wszystko naprawiał.

Sherlock starał się łapać sprawę za sprawą, chcąc odgonić swoje myśli od tych ponurych rozważań, zajmując swój umysł intensywnym procesem dedukcji.

Widocznie ich relacje musiały się choć trochę zmienić - ostatecznie byli w izolacji przez prawie trzy lata.

A jednak rozmyślanie o Johnie i tym, jak mógłby naprawić to, co sam zepsuł, nie opuszczały Sherlocka na krok; chciał znowu zobaczyć Johna, jak podaje mu telefon lub kubek z uniesionym kącikiem ust, który sygnalizował, że doktor zaraz nie wytrzyma i się roześmieje. A jego śmiech będzie tak zaraźliwy, że niespodziewanie dla samego siebie parsknie też Sherlock.

Był niezbyt ładny, pochmurny dzień, kiedy Sherlock w końcu postanowił spróbować zwerbalizować swoje przemyślenia i doprowadzić do ewentualnej ugody z Johnem.

Takiego właśnie synonimu określenia zwrotu "powiedzieć, co nam obu leży na wątrobie" Sherlock użył w swojej głowie. Brzmiało to słusznie.

John był tego dnia w dość dobrym humorze - biorąc pod uwagę jego ostatnie standardy - więc i to przemawiało za tym, że właśnie teraz był na to odpowiedni moment.

- John?

Mruknął w odpowiedzi coś nieokreślonego, a Sherlockowi mimowolnie przypomniała się pierwsza noc po jego powrocie. Zabrzmiało to bardzo podobnie.

- Zmieniłeś się, odkąd wróciłem.

John nie odrywając wzroku od gazety odparł beznamiętnie:

- Ludzie się zmieniają, Sherlock. Tak już z nimi jest.

- Nie, nie to mam na myśli. - pokręcił gwałtownie głową detektyw. - Nie rozumiem sentymentów, ale...

- Na litość boską, Sherlock! Zdejmij w końcu tę maskę pozbawionej uczuć maszyny! - gazeta zsunęła się z kolan Johna, kiedy ten prędko odwrócił się do detektywa.

Ich spojrzenia się spotkały. John marszczył brwi, a Sherlock miał wymalowaną na twarzy jedną ze swoich najbardziej obojętnych min. Definitywnie maskującą prawdziwe emocje.

- Co masz na myśli?

- Oooch, dobrze wiesz, co mam na myśli!

Sherlock milczał.

- A gdybyś miał jeszcze jakieś wątpliwości, to dodam: odgadłem hasło do twojego laptopa.

Mózg Sherlocka musiał chyba zrobić coś, czego nigdy przedtem nie zrobił; najnormalniej w świecie stanął, bo dopiero po chwili detektyw wychrypiał:

- Zgadłeś...? Tak po prostu wpisałeś swoje imię?

John kiwnął głową. Sherlock mimowolnie zagryzł wargi i uciekł wzrokiem.

Doktor wstał, zakładając ramię na ramię, intensywnie się w niego wpatrując, żeby zmusić go w końcu do kontaktu wzrokowego.

Sherlock po jakiejś minucie naprawdę nie miał już na co patrzeć i łypnął jasnym okiem na Johna.

- Właśnie w tym momencie budujesz tam zasieki. Mury, obwarowania, cokolwiek. Rozciągasz druty kolczaste. Chcesz się odciąć. - John dotknął czoła Sherlocka palcem wskazującym. Ten uważnie go obserwował, dopóki doktor znów nie założył obu rąk.

- Jesteś człowiekiem jak każdy inny, nie ważne, jak bardzo zaprzeczasz temu przed samym sobą. A człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc potrzebujesz innych. Stać cię też na empatię, dlatego nie rozumiem...- John odwrócił się do niego plecami i skończył cicho - Dlaczego mi to zrobiłeś?

Sherlock nadal uparcie milczał. Nie miał pola obrony. John odgadł jego hasło, a tym samym rozgryzł go z miejsca. Próbować iść w zaparte i wszystkiemu przeczyć nie dałoby nic. I byłoby żałosne.

- Wiesz, mógłbym to spokojnie wybaczyć Sherlockowi-socjopacie, który nie umie wczuć się w sytuację innej osoby. Zasmarowałbym ci w mordę pro forma i wszystko byłoby w porządku. Ale ty czujesz równie dobrze, jak ja, więc pytam się teraz: jak mogłeś mnie na to skazać? - John zaczął chodzić po pokoju, jak zwykł robić Sherlock - Najpierw każesz mi w ciebie zwątpić, patrzeć na twoją śmierć, potem skazujesz na żałobę, koszmary po nocach - wiesz, co mi się śniło? Twój zakrwawiony pysk, co noc! - potem na nie dające spokoju wspomnienia, momenty zwątpienia, że może faktycznie, rzeczywiście - byłeś tylko oszustem! - John zamachał rękoma - A na sam koniec, na dobitkę, zgaduję twoje hasło, zdaje sobie sprawę, że jednak chociaż trochę się dla ciebie liczyłem, że nie byłem tylko współlokatorem i popychadłem, przynieś, podaj, pozamiataj, ale też twoim przyjacielem!

Cisza, jaka zapadła po tej kwestii musiała być jak cisza panująca w kosmosie.

John opadł ciężko na fotel, przykładając dłoń do twarzy.

- Jak jedna osoba może tyle czuć? Cudem nie palnąłem sobie w łeb.

- Nie zrobiłeś tego, bo jesteś odważny. Miałeś odwagę, żeby żyć - i właśnie na to liczyłem - odezwał się nagle Sherlock - Wierzyłem w ciebie tak samo, jak ty wierzyłeś, że nie jestem oszustem. Wiedziałem, że potrafisz to przetrwać.

Teraz John milczał.

- Czemu po prostu nie dałeś mnie sobie pomóc? Czemu Molly?

- Moriarty od razu widział naszą więź - Sherlock odchrząknął - Ale Molly zlekceważył. Nie miałem innego wyjścia. On by cię zabił. I panią Hudson, i Lestrade'a. NIE MIAŁEM INNEGO WYJŚCIA.

John przez chwilę przetrawiał to, co usłyszał.

- Słuchaj... te łzy z dachu szpitala... - Sherlock mruknął coś, wyraźnie zażenowany - Były prawdziwe. Powiem to tylko raz, nawet nie próbuj kazać mi powtarzać... Bałem się wtedy. Panicznie się bałem, że skoczę źle, albo wręcz przeciwnie, nie będę w stanie skoczyć... Że coś się nie uda, że ludzie Moriartiego zwęszą podstęp i i tak was zabiją.

John zamrugał.

- Nigdy nie bywałeś tak szczery.

- Sytuacja tego wymaga - stwierdził cierpko.

- Czemu potem mi się nie pokazałeś? Mogłeś dać mi jakikolwiek znak, że to wszystko ukartowałeś i żyjesz!

- Nie wiedziałem, jak zareagujesz. - Sherlock wydął usta. - Spieprzyłem?

- Spieprzyłeś. Cholernie spieprzyłeś.

Ich spojrzenia znów się spotkały. Kącik ust Johna nagle drgnął i obaj się roześmiali.

Właśnie o ten śmiech chodziło Sherlockowi.

- Zgoda już między nami?

- Chętnie popatrzyłbym jeszcze, jak się czołgasz po ścianach i nie wiesz, jak zacząć rozmowę... Ale niech ci będzie - stwierdził wspaniałomyślnie John. - I odpowiadając na twojego smsa - tak, cieszę się, że jesteś. - wstał z fotela. - Ale mam zamiar dziś odespać w spokoju trzy lata, więc jeśli zaczniesz rzępolić na skrzypcach, wepchnę ci smyczek do gardła.

Sherlock poczuł, jak mimowolnie narasta w nim kolejne parsknięcie.