02.


Stał w Wielkiej Sali, więc nie rozumiał, skąd wzięło się w nim to nieprzyjemne przeczucie. Rozejrzał się, mrugając zawzięcie. Stoły poszczególnych domów zapełnione były wpatrzonymi w jego kierunku uczniami. Za nim stał stół profesorów. Dyrektor przypatrywał mu się z uwagą. Jego oczy błyszczały z niezdrowej ciekawości. Gestem wskazał w kierunku stołka.

Wtedy Evander zrozumiał.

McGonagall popatrzyła na niego ponaglająco. W ręce trzymała starą Tiarę Przydziału. Evander nadal się nie ruszył, więc odczytała jego nazwisko ponownie.

– Verlaine, Evander – powiedziała z naganą w głosie.

Zrobił krok w jej stronę i prawie się potknął o własne nogi. To go otrzeźwiło. Nie miał jedenastu lat. Nie pojmował, dlaczego kazano mu ponownie przejść przez Ceremonię Przydziału, ale przestał się bać. Zmierzył kapelusz krytycznym spojrzeniem, wysunął podbródek i z gracją opadł na stołek, natychmiast prostując plecy.

Witaj, Evanderze Verlaine. Głos Tiary był skrzekliwy i lekko zachrypnięty, ale z nutką czegoś dziwnie znajomego, jakby kiedyś często go słyszał, ale nie pamiętał gdzie i u kogo. Hmm… Trudny wybór. Ale silna lojalność wobec rodziny, tak, powinieneś być w Gryffindorze.

Prychnął, natychmiast się orientując, że to zbędne.

Lojalność wobec krwi to raczej cecha Ślizgonów, głupia czapko, warknął w myślach.

To prawda, przyznała Tiara. Tylko, że twoja rodzina jest w Gryffindorze, Evanderze Verlaine. Tak, powinieneś być w tym samym domu, co twój brat.

Evander otworzył oczy, które nie wiedział kiedy zamknął.

Nie, nie mogła mu tego zrobić. Nie był Gryfonem. Poza tym, jego rodzina była w Slytherinie. Innej nie miał. Był Ślizgonem z krwi i kości.

Gryffindor!

Evander gwałtownym ruchem ściągnął kapelusz z głowy, wyrywając go z dłoni trzymającej go McGonagall. Wstał i rzucił tiarę na ziemię, odwracając się do nauczycieli.

– Jestem w Slytherinie – syknął, odchodząc w stronę swojego Domu.

Obudził się zlany potem. Nie miał tego koszmaru od lat. Spojrzał na stojący na szafce nocnej zegarek. Kwadrans do piątej rano.

Oparł się o zagłówek łóżka i przetarł oczy, usuwając resztki snu z powiek. Starał się o tym nie myśleć przez ostatnich kilka dni, ale nie mógł odsuwać tego w nieskończoność.

Harry Potter był jego przyrodnim bratem. Ten sam Potter, którego pomagał zabić na drugim roku. Ten sam Potter, którego z uporem ignorował przez kolejne lata nauki w Hogwarcie. Potter – Złoty Chłopiec Dumbledore'a.

Czy rzeczywiście miało to dla niego jakieś znaczenie? Czy tylko próbował sobie wmówić, że chłopak nic go nie obchodzi? A może coś zupełnie odwrotnego? Minęło zbyt mało czasu, żeby mógł odpowiedzieć na te pytania sam przed sobą. Upora się z tym jeszcze przed decydującą chwilą. Ostatecznie, i tak nie miał wyboru. Dawno już zdecydował, po której stronie konfliktu stoi. Dostał zadanie od Czarnego Pana i musiał je wykonać, albo słono za to zapłaci.

Złapał się za głowę, masując skronie. To nie jedyne, z czym będzie miał problemy. Jak miał wyjść z cienia i przejąć przywództwo w Domu Węża, skoro wiązała go Błękitna Przysięga, złożona Malfoyowi?

Mógł spróbować przekonać Draco, żeby zwolnił go z części przysięgi, w końcu lojalność wobec Czarnego Pana obowiązywała Draco tak samo, jak jego. Nie mógł mu jednak powiedzieć, dlaczego zamierzał przejąć władzę w Slytherinie. Voldemort zabronił mówić komukolwiek o zadaniu, które dostał.

Paradoksalnie, sprowadzenie śmierciożerców do zamku wydawało się więc najprostszym z zadań, które otrzymał. Wprawdzie nie znał jeszcze żadnego sposobu na przeprowadzenie ich przez bariery bez informowania o tym dyrektora, ale liczył na to, że wymyśli coś na miejscu.

Książki, które miał czytać, leżały nietknięte od dnia inicjacji. Evander wciąż i wciąż analizował wszelkie możliwości. Obmyślał plany i testował różne strategie. Jak dotąd, każda kończyła się fiaskiem, albo tak wielką ilością niemożliwych do przewidzenia czynników, że nie potrafił zdecydować się na żaden konkretny kierunek działania.

Czas mijał i powrót do Hogwartu zbliżał się nieuchronnie. Alan stał się do tego stopnia nieznośny, że wszyscy domownicy zaczęli go, mniej lub bardziej świadomie, unikać.

Wspólne posiłki okazywały się torturą. Laird znikał na całe dnie, a Isla karciła chłopaka, na krótko wymuszając na nim względny spokój. Na tydzień przed wyjazdem, Evander przyuważył Aidena, jak przygwoździł młodszego brata do ściany i zagroził mu czymś paskudnym, sądząc po reakcji dzieciaka, po czym mały Alan przez resztę wakacji tylko przygryzał wargę i zamykał się w pokoju ze swoją sową, zamęczając biednego ptaka swoją paplaniną.

Evander zabrał gazetę ze stołu i, korzystając z chwilowej ciszy, przejrzał nagłówki. Nic. Miał nadzieję, że dowie się, jaki był powód, dla którego jego wuj wrócił poprzedniego wieczoru w tak opłakanym stanie. Wyglądał, jakby brał udział w wielkiej bitwie i właściwie nie wykluczał, że tak właśnie było. Tymczasem Ministerstwo najwyraźniej tuszowało kolejne posunięcia Czarnego Pana. Jakikolwiek mieli powód, wyjście na jaw prawdy było kwestią czasu.

Chciał zapytać Lairda wprost, ale od czasu inicjacji nie zamienili ze sobą ani słowa. Evander podejrzewał, że sam był temu winny. Nie chciał zobaczyć w jego oczach, niewypowiedzianego na głos, oskarżenia. Uciekał przed konfrontacją.

Przez większość czasu siedział zamknięty w pokoju, albo włóczył się po przylegających do dworu ziemiach, zdala od wścibskich oczu rodziny. Czytał, albo rozmyślał nad zadaniem, które dostał. Nad tym, jak od tego roku znów wszystko w jego życiu zmieni się za sprawą pewnego mrocznego Lorda.

Od połowy tygodnia był już w większości spakowany. Kiedy nadszedł pierwszy września, Evander wrzucił do kufra tylko kilka rzeczy i przelewitował go do holu jeszcze przed śniadaniem. Nie bez pewnego rozbawienia spostrzegł, że kufer Alana jako pierwszy znalazł się przy drzwiach.

Przy stole atmosfera gęsta była od pełnego spektrum emocji. Evander widział lekki niepokój w oczach Lairda i rozdarcie w postawie Isli. Zazwyczaj chłodna kobieta, tym razem skakała wokół swojego najmłodszego syna, jednocześnie dumna i zmartwiona tym, że obie jej pociechy wyjeżdżają i zobaczy je dopiero na święta.

Aiden odczuwał wyraźną ulgę, czego nie omieszkał też skomentować.

– Nareszcie będę miał spokój – mruknął, smarując tosta dżemem. – Tak co znajdziesz sobie jakiegoś kumpla i nie będziesz zawracał mi głowy.

– Aiden – skarcił go Laird automatycznie. – Jeżeli Alan będzie potrzebował twojej pomocy, to oczywiście mu jej udzielisz – polecił.

Aiden spojrzał na ojca urażony.

– Oczywiście, że udzielę. Silniejsi razem. Tak, pamiętam. Co nie oznacza, że będę jego niańką.

– Nie potrzebuję niańki!

– Zawsze będziesz mógł przyjść do mnie – odezwał się Evander, uśmiechając łagodnie i puszczając młodszemu z kuzynów oczko. – Jeżeli twój brat nie będzie potrafił ci pomóc…

Aiden spojrzał na niego krzywo i złapał brata za nadgarstek, odwracając jego uwagę od Evandera. Jedenastolatek, zupełnie zaskoczony jego propozycją, dopiero po chwili zwrócił się w stronę chłopaka.

– Pomogę ci ze wszystkim, jasne? Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – zadeklarował poważnym tonem.

Mały Alan skinął głową i wymamrotał podziękowania.

Evander zerknął na Lairda. Jego wuj pokręcił głową, odrobinę rozbawiony.


– Może moglibyśmy…

– Nie, skarbie – zaczął stanowczo Laird, ale zaraz dodał miękko. – Od teraz będzie gorąco. Nie chcę ryzykować. Chłopcy są wystarczająco dorośli, żeby zrozumieć, ale niemowlę w tych czasach… – zawiesił głos.

– Rozumiem.

Evander wycofał się i zaczekał w pewnej odległości, opierając się o ramę okna i wyglądając na ogród. Isla minęła go, nawet na niego nie spoglądając. Korzystając, że drzwi są uchylone, wszedł do gabinetu wuja. Laird stał przy oknie w takiej samej pozycji, w jakiej przed chwilą Evander.

Odchrząknął.

– Za chwilę ruszamy – powiedział Laird odwracając się. Był przygnębiony, Evander wyczuwał to, pomimo doskonale opanowanego wyrazu twarzy jego wuja.

– Chciałbym, żebyś odpowiedział mi na jedno pytanie – powiedział wprost.

Laird skinął głową i wskazał gestem fotel.

– Pytaj.

Evander nie ruszył się, więc Laird również nie podszedł do biurka. Spojrzał za to uważniej na Evandera.

– Ilu sojuszników straciłeś od ogłoszenia mojej inicjacji?

Chciał to wiedzieć. Chciał znać nazwiska. Nie był jeszcze pewny, co mógłby z tą wiedzą zrobić, ale po prostu chciał wiedzieć.

– Nie musisz się tym martwić – powiedział Laird.

Zaskoczył go tym pytaniem, bo mężczyzna zmarszczył brwi, przyglądając mu się jeszcze intensywniej.

– Nie martwię się. Nie mam na to wpływu. Na razie – dodał.

– Niewielu. Większość tylko dużo gada, ale mają oczy i widzą kto ma władzę w Wizengamocie. Dopóki mam przy sobie najważniejsze rody, reszta zostanie.

– Rowle...

– Rowle zrobi to, co mu rozkaże Czarny Pan. Tak samo jak reszta śmierciożerców.

Evander posłał mu podejrzliwe spojrzenie.

– Nie będzie krył niechęci. Pozostali to wyczują. Uznają, że sojusz się rozpada i uciekną, zanim statek zacznie nabierać wody.

– Nie pouczaj mnie jak prowadzić politykę, chłopcze – skarcił go spojrzeniem. – Wiem jak temu zaradzić. Kiedy mówię, że nie musisz się martwić, to właśnie mam na myśli – dodał.

Evander skinął głową wiedząc, że nic z niego nie wyciągnie. Już miał opuścić gabinet, kiedy Laird go zatrzymał.

– Wiem, że dostałeś od Czarnego Pana zadanie – powiedział.

– Zgadza się.

– Co to za zadanie?

Evander pokręcił głową.

– Gdybym mógł jakoś pomóc…

– Dziękuję – odpowiedział i, po sekundzie zawahania, wyszedł.

Był zaskoczony deklaracją pomocy. Nie wynikała ze zwykłej troski, bo Laird nigdy nie okazywał tego typu uczuć, a na pewno nie wobec niego. Do tej pory nawet nie przypuszczał, że Laird mógłby trzymać w sobie przez tyle lat wyrzuty sumienia po incydencie z dziennikiem. Nic innego jednak nie tłumaczyło jego propozycji. Oboje dobrze wiedzieli, że to nie była jego wina. Evander obwiniał go, owszem, przez pierwszych kilka tygodni, dopóki nie uspokoił się i nie nabrał dystansu do całej sytuacji. Później nawet poszedł do wuja i powiedział wprost, że się mylił, oskarżając go o złe intencje. Z czasem oboje puścili to w niepamięć. Tak przynajmniej sądził.

– Wszyscy są gotowi – usłyszał zza pleców. Aiden wszedł do gabinetu, żeby pośpieszyć swojego ojca. – Alan nie schodzi z kufra.

– Chodźmy więc – odpowiedział mu Laird.

Po tonie jego głosu Evander poznał, że mężczyzna lekko się uśmiechał. Kiedy się deportowali z holu, uśmiech nadal gościł na jego twarzy, ale lądując w punkcie aportacyjnym miał już nałożoną na twarz swą zwykłą, obojętną maskę.

Na peronie od razu spostrzegł grupkę witających się siódmorocznych Ślizgonów. Pożegnał się z wujem i ciotką, skinął Aidenowi i poczochrał włosy małego Alana, po czym podszedł do swoich kolegów z roku.

– Możemy wsiadać – oznajmił swoje przybycie.

– Spokojnie. – Pansy Parkinson przeczesała długie włosy dłonią, rozrzucając je wokół ramimon. – Jako siódmy rocznik możemy wykopać małolatów z dowolnego przedziału. Zrobię to z najwyższą przyjemnością.

Evander wywrócił oczami.

– Nie powinnaś czasem, jako prefekt, pilnować, żeby właśnie takie sytuacje nie miały miejsca? – powiedział przesłodzonym tonem, drażniąc się z dziewczyną.

– Chciałbyś mieć tę władzę, Evander – odpowiedziała z tą samą manierą. – Niestety, nie masz.

– Za to ja mam. Chodźcie – powiedział Draco.

Był lekko rozdrażniony. Evander podarował sobie komentarz, podążając za nim z lewitującym z prawej strony kufrem. Pociąg nie był jeszcze nawet w połowie pełny, ale Pansy uparła się, że jako prefekci, ona i Draco muszą siedzieć blisko lokomotywy, więc spełniła zachciankę i wyrzuciła z przedziału kilku Puchonów i Gryfonkę, których wiek Evander oceniał na trzynaście, może czternaście lat.

– Ten rok zapowiada się uroczo – powiedziała śpiewnie i z gracją opadła na siedzenie, zajmując miejsce w środku i sadzając po swojej lewej stronie Draco, a po prawej Blaise'a. Jej przyjaciółka, Tracey Davis, została przez nią zmuszona, by usiąść między Evanderem, a Theodorem. Evander skinął Pansy głową w podziękowaniu za przegrodę oddzielającą go od Notta. Parkinson, zadowolona, że docenił gest, posłała mu czarujący, w jej mniemaniu, uśmiech.

– To jak – zagadnął Blaise, kiedy opuścili przedmieścia Londynu. – Dowiem się, co miał do ogłoszenia Czarny Pan na przyjęciu u Theo?

Evander zerknął na Draco. Blondyn zrozumiał spojrzenie i posłał takie samo ostrzeżenie Nottowi, ale nie było całkowitej pewności, że ten posłucha.

– Nie jest to coś, o czym możemy mówić, a już na pewno nie w pociągu – powiedział Draco.

Blaise się obruszył.

– Obiecaliście. A pociąg nie jest problemem – powiedział i rzucił zaklęcie wyciszające.

– Daj spokój, Blaise. Takie zaklęcie złamie byle czternastolatek. Na drugim roku znałem silniejsze – odparł Draco. – Obiecaliśmy, że dowiesz się w swoim czasie. Ten czas jeszcze nie nadszedł. Nikt nic nie powie – powiedział sugestywnie, jednocześnie posyłając kolejny znak Theodorowi. Dopiero wtedy się rozluźnił, co oznaczało, że Nott zgodził się współpracować.

Evander, który przezornie rzucił własne zaklęcia jeszcze zanim Blaise skończył zadawać swoje pytanie, odezwał się.

– Przez twój nietakt, Blaise, mielibyśmy niemałe kłopoty.

Wstał, przeszedł przez przedział i gwałtownym ruchem otworzył drzwi, stając twarzą w twarz z Potterem.

– Ktoś podsłuchiwał? Kto to?

Evander zmrużył oczy, wpatrując się w Gryfona. Jedno z zaklęć, którymi obłożył drzwi sprawiało, że próbującemu podsłuchać podeszwy butów przyklejały się do podłogi. Niegroźne, a dezorientujące przeciwnika i, o ile delikwent nie zna przeciwzaklęcia, razem z Cave Inimicum, informującym o zbliżającym się wrogu, dawało doskonałe rezultaty.

Z przedziału dochodziły zaciekawione głosy. Evander zasłaniał ciałem wejście, więc póki co, nikt nie zauważył kim był podsłuchujący ich śmiałek. Potter wyzywająco wlepiał w niego, ukryte za okularami, szmaragdowe oczy. Evander wahał się, przyglądając Potterowi zachłannie, tuszując to wrednym uśmieszkiem.

– Jakiś piątoroczniak, Gryfon – powiedział. Machnął ręką, usuwając skutki zaklęcia i dodał bezgłośnie. – Spadaj.

Potterowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odchodząc obejrzał się jeszcze, nie mogąc otrząsnąć się z szoku. Evander, sam zaskoczony tym, co właśnie zrobił, stał jeszcze przez chwilę w drzwiach, obserwując korytarz, w którym zniknął jego brat. Przyrodni brat, poprawił się, jakby to było w jakiś sposób istotne.

Otrząsnął się i przywołał obojętność na twarz.

– Puściłem go. Szukał kogoś innego.

Theodor skrzyżował ręce na klatce piersiowej.

– Skąd możesz to wiedzieć?

Evander zamknął drzwi i usiadł na swoim miejscu.

– Gdybyś się przykładał do lekcji legilimencji, pewnie słyszałbyś jego myśli z miejsca, w którym siedzisz.

Blaise już chciał się sprzeciwić, twierdząc, że to "przecież nie jest możliwe", ale wzrok Evandera go uciszył. Później nam to wyjaśnisz, obiecywało jego spojrzenie. Obaj wiedzieli, że Evander nie zamierzał niczego wyjaśniać.

Stukające w regularnym rytmie koła pociągu przez jakiś czas były jedynym, co było słychać w przedziale. Evander, wbrew swoim zwyczajom, nie wyciągnął książki, nadal mając wiele spraw do przemyślenia. Incydent sprzed chwili był kolejną pozycją na jego liście.

Dlaczego w ogóle to zrobił? Zawsze słuchał instynktu, a ten podpowiedział mu w tamtym momencie, żeby, wbrew logice, zataił przed nimi obecność Pottera. Gdyby to się wydało, miałby spore kłopoty. Mógł tylko mieć nadzieję, że ta decyzja przyniesie mu jeszcze w przyszłości korzyści.

Zaczęło się ściemniać. Evander spojrzał po współpasażerach. Tracey i Blaise ziewali na przemian, Nott, z zaciśniętymi w cienką linię ustami masował przedramię, na którym od niedawna był Mroczny Znak. Pansy spała, a głowa opadła jej na ramię Draco. Spojrzał na Malfoya, ale blondyn nie reagował. Wpatrzony w uciekający za oknem obraz zdawał się zmagać z niewygodnymi myślami. Był spięty, oddychał płytko i nieregularnie, co jakiś czas wzdychając bezgłośnie. Brwi marszczył, zapewne wtedy, kiedy jakaś nieprzyjemna myśl przechodziła mu przez głowę.

Znał go na wylot i miał pewność, że Draco martwi się czymś poważnym.

– Możesz przestać się na mnie gapić? To mnie rozprasza – mruknął.

Evander ze zdziwieniem stwierdził, że wpatrywał się w chłopaka od dłuższego czasu.

– Coś cię martwi – powiedział.

Draco oderwał wzrok od szyby i utkwił go w Evanderze.

– Tak jak ciebie. Nie biegasz po wszystkich, zwierzając się, więc nie oczekuj ode mnie tego samego.

Evander nie odpowiedział.

– Przestań się gapić – powtórzył Draco po dłuższej chwili.

Przeniósł spojrzenie na krajobraz za oknem. Byli blisko. Pociąg zaczął zwalniać. Wkrótce zatrzymał się zupełnie.

– Wyjdźcie – powiedział Evander, wracając spojrzeniem do Draco.

Malfoy westchnął, ale nie sprzeciwił się. Blaise i Nott chcieli zaprotestować, ale Draco gestem nakazał im opuścić przedział.

– Co się dzieje? – zapytał Evander w chwili, w której drzwi przedziału się zamknęły.

– Jakie zadanie dostałeś? – Draco odpowiedział pytaniem.

– Nie wolno mi tego powiedzieć.

Draco westchnął.

– Rezygnuję z quidditcha – powiedział. – Nie mam już do tego serca.

Evander milczał przez chwilę.

– Dostałeś własne zadanie – bardziej stwierdził, niż zapytał.

Draco odwrócił wzrok, nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając. Dla Evandera to była wystarczająca odpowiedź.

Pozwolił mu na wcześniejszą zmianę tematu.

– Nie rezygnuj. Musimy zachować pozory. Jego powrót nie jest jeszcze dla wszystkich taki oczywisty.

Draco skinął głową, robiąc krok do tyłu. Evander zatrzymał go, zanim się obrócił. Szarpnął się, ale nie na tyle, żeby wyrwać z uścisku.

– Będę potrzebował twojej pomocy – powiedział.

– Jak mam ci pomóc, skoro nie mogę wiedzieć w czym?

– Jakoś wymyślę, jak to obejść – powiedział, puszczając mu oczko.

Draco zacisnął usta w cienką linię i skinął głową.

– Skoro tak mówisz.

Ukrywał coś. Więcej niż jedną rzecz. Podjął kolejną próbę wyjścia z przedziału i tym razem Evander go nie zatrzymywał.

Potrafił czytać z ludzi jak z książek, ale nie mógł w ten sposób wyczytać wszystkiego. W tym momencie bardzo chciał wiedzieć, co takiego ukrywał przed nim Draco.


Wyszli z peronu i skierowali się ku powozom. Evander szedł obok Draco, kiedy ten w pewnym momencie zatrzymał się, zmieszany.

– Co…?

– Nic – wtrącił mu w słowo Draco. – Nie widzisz ich jeszcze?

Evander przez moment nie wiedział o co mu chodzi.

– Testrale – podpowiedział blondyn.

Westchnął. Słyszał kiedyś, że to one ciągną powozy, ale nie dawał wiary plotkom.

– Są piękne – powiedział Draco z miną, która mówiła zupełnie co innego.

– Kto? – zapytał Evander ostrożnie.

Czuł lekkie ukłucie zazdrości. Nie z powodu bycia świadkiem czyjejś śmierci, a z powodu możliwości zobaczenia tych stworzeń.

Będziesz miał jeszcze okazję, by je zobaczyć. Po ataku na szkołę, przypomniał sam sobie.

– Ojciec – mruknął Draco. – Sprowadził mugola do lochów. Po torturach, kazał mi go zabić.

Draco spojrzał na niego pustym wzrokiem. Takie spojrzenie było częste u Evandera, nie u niego. Nie spodziewał się, że to Draco pierwszy będzie miał na sumieniu czyjeś życie.

W jego oczach cały czas był niewinnym chłopakiem. Evander drgnął w niejasnym odruchu, podczas gdy Malfoy w porę się otrząsnął i wszedł do powozu. Evanderowi pozostało tylko podążyć za nim.

Siedzieli już przy stołach, kiedy pierwszoroczniacy weszli do Sali i stanęli przed stołem nauczycielskim w szeregu. Evander spostrzegł wśród grupki nowych uczniów blond czuprynę Alana. Zamyślił się. Pomimo ostatniego nawrotu koszmaru, z sentymentem wspominał własny przydział. Ostatecznie trafił tam, gdzie pragnął. Minęło tyle czasu, że nie potrafił sobie przypomnieć, co właściwie czuł, kiedy po raz pierwszy pojawił się w Hogwarcie. Pierwszy rok był dla niego zasnuty mgłą. Wspomnienia z tego okresu były nieostre i zatarte, jakby należały do jakiegoś poprzedniego życia.

Tiara zaczęła śpiewać. Evander słuchał jej słów, wychwytując zawoalowane nawoływanie do zajęcia "właściwej strony". Zerknął na towarzyszy, ale żaden z nich nie słuchał kapelusza. Ich ignorancja czasami przyprawiała go o ból głowy. Wrócił spojrzeniem do stołu nauczycieli. Grono pedagogiczne zwiększyło się tego roku o dwie nowe twarze. Trochę go to zaskoczyło. Poznawał Emmelinę Vance, przyjaciółkę jego matki, ze zdjęć z czasu wojny. Obok niej siedział Isaac Podmore. Evander nie potrafił skojarzyć z nim nic więcej ponad to, że był pracownikiem Ministerstwa Magii.

Widok nowych osób przy stole nauczycielskim nigdy nie był dla niego zaskoczeniem. Po sześciu latach w Hogwarcie każdy wiedział, że posada profesora obrony przed czarną magią najprawdopodobniej była przeklęta. Skąd jednak dwóch nowych nauczycieli, skoro miejsce było tylko jedno?

Wicedyrektorka zaczęła czytać nazwiska, kiedy Evander przyglądał się kadrze profesorskiej, ale zauważył, kiedy McGonagall zbliżała się do końca alfabetu, że Tiara przydzieliła do Slytherinu tylko trzy osoby. Zdziwiło go to, bo zawsze podział na domy rozkładał się względnie równo.

– Verlaine, Alan – zagrzmiał głos nauczycielki transmutacji i jego kuzyn wyszedł na środek, siadając na stołku z przerażoną miną.

– Slytherin! – wykrzyczała Tiara, jakby zrezygnowana.

Wzbudziło to niemały niepokój w Evanderze. Reszta stołu Ślizgonów, w przeważającej większości, nie zwracała na przydział uwagi, automatycznie klaszcząc, gdy rozbrzmiewało nazwisko Salazara Slytherina, ale zauważył kilkoro uczniów, uważnie rozglądających się wokół. Odnalazł wzrokiem Aidena. Ich spojrzenia spotkały się i to wystarczyło, żeby wiedział, że Aiden również zauważył nieprawidłowość.

Dyrektor wstał i uderzył łyżeczką o puchar, a w Wielkiej Sali natychmiast zrobiło się cicho.

– Witajcie, moi drodzy. Najmłodsi z was liczą ledwie jedenaście wiosen, najstarsi mają po siedemnaście lat. Wychowywaliście się w czasach pokoju, a wojnę znacie tylko z opowieści rodziców i dziadków. Niestety, błogi spokój, w którym żyjemy, dobiega końca. Wielu z was już zauważyło znaki. Mamy niemal pewność, że po szesnastu latach ukrywania się, czarnoksiężnik, którego znacie jako Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, Lord Voldemort, powrócił. Niedługo przyjdzie wam na nowo odnaleźć się w świecie, którego szczęśliwie nie było wam dane do tej pory poznać, przyjdzie wam wkroczyć w życie, do którego nie jesteście przygotowani.

– Hogwart od setek lat szczyci się mianem szkoły sposobiącej młodych czarodziejów do dorosłego życia. Nie inaczej jest i teraz. W obliczu nowego zagrożenia, wasza szkoła wychodzi wam na przeciw. Wspólnie z Radą Nadzorczą i Ministerstwem Magii ustaliliśmy, że wszystkim przydadzą się dodatkowe zajęcia. Razem z Ministerstwem sprowadziliśmy do Hogwartu najlepszych nauczycieli, którzy przygotują was do tego, co będzie na was czekać po opuszczeniu murów szkoły. Kochani, pragnę ogłosić, że w tym roku macie dodatkowy przedmiot obowiązkowy. Lekcje pojedynkowania! – Dyrektor oznajmił to w taki sposób, jakby ogłaszał nie dodatkową lekcję, a zwolnienie z kilku innych. W sali panowała bezwzględna cisza. – Nie będę dzisiaj męczył was szczegółami, te poznacie na pierwszej lekcji obrony przed czarną magią. Nadchodzą mroczne czasy. Odrzućcie uprzedzenia i zobaczcie drugiego człowieka takim, jakim jest. Niech te zajęcia będą dla was sposobnością, by nawiązać nowe znajomości między domami. Niech ich swobodna atmosfera prowadzi do nowych sojuszy. Niech wspólnie spędzony czas pozostanie w waszej pamięci, pośród przyjemnie spędzonych w tej szkole wspomnień.

– Oczywiście, nasz woźny, pan Filch przypomina…

Reszty nikt nie słuchał. Evander spojrzał po twarzach swoich sąsiadów. Każdy z nich miał zniesmaczoną minę. Zerknął na pozostałe stoły, zauważając pewną prawidłowość. Piąty i siódmy rocznik były tak przerażone, że mało nie parsknął śmiechem. Gryfoni patrzyli po sobie ze zrozumieniem.

Wrócił wzrokiem do Ślizgonów.

– Już widzę te wszystkie przyjemne wspomnienia z Gryfonami. Jak miażdżę ich w pojedynkach. To rzeczywiście będą przyjemne wspomnienia – podsumował wystąpienie dyrektora Draco.

Pozostali ochoczo przyznali mu rację.

Evander zapatrzył się w stół niewidzącym wzrokiem.

– On buduje armię… – mruknął.

– Co?

– Dumbledore. Buduje armię. Spójrzcie prawdzie w oczy, kto poza Ślizgonami popiera Czarnego Pana? Wyjątki. Dumbledore wie, że nadchodzi wojna. Wie, że będą potrzebować więcej walczących. Tworzy armię złożoną z dzieciaków. Kto będzie walczył z dziećmi? Ilu zwolenników przez to straci Czarny Pan?

Zamilkli. Cholera, nie o to mu chodziło. Zerknął na Draco. Zadanie zadaniem, ale obowiązywała go złożona Malfoyowi przysięga. Na ile mógł sobie pozwolić?

– Ilu Ślizgonów mamy na pierwszym roku? – zadał kolejne trudne pytanie.

Szybkie spojrzenia na koniec stołu zaowocowały zdezorientowaniem na ich twarzach. Na pierwszym roku w ich domu było czterech uczniów.

– Ten rok nie będzie dla nas łatwy – zawyrokował.

To, czego nie powiedział na głos, było oczywiste dla wszystkich tych, którzy go słyszeli. Ślizgoni zawsze trzymali się razem, ale teraz będzie chodziło o coś więcej.

Nieprzyjemną ciszę między nimi rozładowało dopiero pojawienie się kolacji. Napełnił puchar i wsłuchał się w gwar rozmów. Z sąsiedniego stołu dochodziła ostra wymiana zdań. Krukoni spierali się o ostatnie artykuły Proroka. Evander pokiwał głową do własnych myśli. Czekał ich ostatni rok nauki. Za dziesięć miesięcy będą dorośli, zasilą szeregi Czarnego Pana i staną do walki o lepsze jutro. Sam się do tego przygotowywał przez lata i wiedział, pomimo słów Dumbledore'a, że wielu innych uczniów odebrało podobne do niego wychowanie. Ich rodzice, nauczeni przez własne doświadczenia, nie zostawiali spraw losowi. Pierwsze zajęcia z pojedynkowania pokażą, jak wielu z nich miało w wakacje prywatne lekcje i przeczuwał, że będzie to przynajmniej jedna trzecia, jeśli nie nawet połowa uczniów z jego rocznika.

Znów spojrzał na stół Gryfonów. Harry Potter siedział w otoczeniu przyjaciół, poważny i skupiony, ale szczęśliwy. Evander przyglądał się mu przez dłuższą chwilę. Pewnie powinien czuć jakieś przywiązanie, może ciekawość. Nie czuł nic. Ani wtedy, w pociągu, ani teraz, kiedy bezkarnie wgapiał się w Wybrańca. Ucieszył się. Brak jakichkolwiek uczuć wobec chłopaka wiele ułatwiał.

Jeden z problemów rozwiązał się sam, co nie znaczyło, że do pozostałych również rozwiązanie znajdzie się samo. Włócząc się po posiadłości przez ostatni tydzień wakacji opracował strategię, która pozwoli mu przejąć kontrolę nad Slytherinem, ale nie miał pewności, że to zadziała. Nie miał też, na razie, żadnego planu awaryjnego. Ponieważ jednak nie mógł tego odkładać na później, zdecydował się wdrożyć swój jedyny plan w życie już w pierwszych dniach pobytu w Hogwarcie.

Pierwsza ku temu okazja trafiła się jeszcze tego wieczoru.

Evander wstał razem z pozostałymi, nie odrywając wzroku od stołu Gryffindoru. Potter poczuł w końcu na sobie jego spojrzenie, bo rozejrzał się, napotykając jego wzrok. Po chwili odwrócił głowę, ignorując przyglądającego mu się Ślizgona.

Evander minął grupkę Krukonów, którzy tak zawzięcie kłócili się podczas uczty.

– Pięć punktów dla panny Turpin, za poprawną dedukcję – wtrącił, stając za dziewczyną i spierającym się z nią Kevinem Entwhistle'em.

Oboje obrócili się ku niemu. Entwhistle przerwał w połowie wywodu, blednąc na jego widok. Evander, z drwiącym uśmieszkiem, wycofał się i wmieszał pomiędzy swoich. Kątem oka obserwował jak mugolak unosi dłoń do klatki piersiowej, powtarzając coś, co prawdopodobnie brzmiało jak "niemożliwe".

Nic nie jest niemożliwe, pomyślał Evander, zastanawiając się, jak szybko informacja o tym, że Ślizgoni potwierdzają powrót Czarnego Pana, rozejdzie się po szkole.

Punkt pierwszy zaliczony.

To będzie ciężki rok. Musiał to bardzo dobrze rozegrać.