Zapraszam do lektury pierwszego rozdziału. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, naprawdę motywują do dalszego pisania. Cieszę się, że prolog został tak pozytywnie odebrany, mam nadzieję, że ciąg dalszy również się spodoba.

Karaka, nie sądzę, żeby aktualizacje pojawiały się regularnie - nie potrafię trzymać się terminów, dlatego nauczyłam się niczego nie obiecywać. Mogę jednak powiedzieć, że gdy tylko będę miała czas i wenę, będę pisać, i postaram się, żeby kolejne rozdziały nie pojawiały się rzadziej niż raz na dwa tygodnie. Zobaczymy, czy mi się to uda.

Rozdział zbetowała Lexandra, za co serdecznie dziękuję.


Rozdział I


"Now this is not the end. It is not even the beginning of the end. But it is, perhaps, the end of the beginning."*

Winston Churchill


- Rany, mały musiał przelecieć kawał drogi – zauważyła z podziwem Astor, kiwając głową i próbując dotrzymać kroku swojej szefowej. – To się nazywa wejście.

- Kto z nim jest? – zapytała Gia, jakby nie rejestrując wcześniejszych słów młodszej koleżanki.

- Louis.

- Co wiemy na temat jego stanu?

- Przeżyje. Rozszczepił się, ale na szczęście żadna część ciała nie odłączyła się od reszty podczas lotu. Ma przecięty bok i klatkę piersiową, ale niezbyt głęboko.

- W porządku. Nic, czego eliksir uzupełniający krew i zaklęcie gojące rany nie są w stanie wyleczyć.

Dotarły do drzwi prowadzących do sali w momencie, kiedy te się otworzyły. Stał w nich młody chłopak w prostokątnych okularach, z długimi, związanymi w kucyk brązowymi włosami.

- Pani uzdrowiciel – skinął z szacunkiem głową, przepuszczając ją.

Gia żwawym krokiem przemierzyła salę, kierując się w stronę jedynego zajętego łóżka. Leżało na nim drobne dziecko, może pięcioletnie, choć szczerze mówiąc jego rozmiary wskazywałyby na to, że jest młodsze. Oczy kobiety rozszerzyły się ze zdumienia. Kiedy usłyszała, że „dzieciak się aportował", z góry założyła, że chodziło o osobę przynajmniej kilkunastoletnią. Jakim cudem tak małe dziecko mogło samo się teleportować? Przypadkowa magia zdarzała się, ale miała swoje granice. Udana teleportacja w tak młodym wieku nie była czymś częstym. Właściwie coś takiego nigdy nie miało miejsca, przynajmniej na tyle, na ile wiedziała. Magia dzieci po prostu nie była na tyle rozwinięta, by pozwolić im na coś takiego, nawet przypadkowo. Nic dziwnego, że się rozszczepił, w końcu nie miał żadnej kontroli nad lotem. Chłopiec miał mnóstwo szczęścia, że nie skończyło się to dużo gorzej.

Przyjrzała mu się bliżej. Dziecko było drobne i wręcz przeraźliwie chude. Właściwie mógł być nawet niedożywionym sześciolatkiem, choć nie wykluczała możliwości, że jest młodszy. Oddychał głęboko i równo. Na jego twarzy gościł wyraz spokoju, z czego wywnioskowała, że Louis zaaplikował mu już eliksir przeciwbólowy oraz usypiający. Chłopiec musiał bardzo cierpieć. Oczy miał zamknięte, usta lekko uchylone. Czarne, krótkie włosy były przeraźliwie rozczochrane, a długa grzywka opadała na oczy i czoło.

Nie tracąc czasu Gia odchyliła kołdrę, pod którą leżał chłopiec, dostrzegając chude ciało, od pasa do klatki piersiowej owinięte bandażem. Odwróciła się, kiwając dłonią na dwójkę stażystów, którzy natychmiast doskoczyli do łóżka i zaczęli odwijać opatrunek. Gia schyliła się, egzaminując zranienia. To na klatce piersiowej było głębsze i wymagało natychmiastowej uwagi. Przyłożyła czubek różdżki do końca rany, mamrocząc pod nosem śpiewną, łacińską inkantację, drugą ręką chwytając pacjenta pewnie za ramię na wypadek, gdyby wzdrygnął się pod wpływem magii. W tym samym czasie Astor otworzyła delikatnie usta chłopca, pomagając mu przełknąć eliksir uzupełniający krew.

Gdy rana na klatce piersiowej całkowicie zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie cienką, niemal białą bliznę, Gia powtórzyła proces leczenia. Na końcu machnęła krótko różdżką sprawiając, że krew zniknęła, co pozwoliło jej zobaczyć, iż blizny powstałe dzisiaj nie były jedynymi, które znaczyły wychudzone ciało chłopca. Zmarszczyła gniewnie brwi.

- Pani uzdrowiciel? – usłyszała głos dobiegający od strony drzwi i odwróciła się. W wejściu stał mężczyzna ubrany w żółto-czarny uniform, charakterystyczny dla pracowników Służb Tajności. Gia miała wrażenie, że skądś go zna. Patrzył na nią wyczekująco.

- Astor, Louis, zróbcie podstawowe badania – poleciła, wstając i podchodząc do czekającego mężczyzny. Dwójka stażystów skinęła i natychmiast zabrała się do pracy.

- Pani uzdrowiciel, Travis Parker - przedstawił się pracownik Służb Tajności, wyciągając rękę. Gia wymamrotała swoje imię i nazwisko, potrząsając jego dłonią. - Sytuacja wśród mugoli już jest opanowana – poinformował, po czym zapytał z autentycznym zmartwieniem w głosie: – Czy wszystko z nim w porządku? Możemy jakoś pomóc?

- W najlepszym – uśmiechnęła się Gia. Zawsze ceniła ludzi, którzy potrafią zainteresować się dobrem innych nawet wtedy, kiedy nie muszą tego robić. – Proszę się tym nie kłopotać, zajmiemy się nim najlepiej, jak potrafimy. Pańscy ludzie zrobili już, co do nich należało. Nie ma sensu ich tu trzymać.

- Bardzo pani dziękuję... Po prostu coś takiego nie zdarza się codziennie. Teleportować się w tym wieku… Mały pewnie trafi na okładki gazet – zauważył mężczyzna z szerokim uśmiechem. Po chwili spiął się nieco, wyglądając na zestresowanego. – Pani jest z MISZu?

- Zgadza się – odparła Gia, wciąż się uśmiechając, niepewna, do czego mężczyzna zmierza.

- Nowy Jork… cóż, słyszałem wiele skrajnych opinii o tym mieście, nie jestem pewien, czy mógłbym tam mieszkać… Oczywiście byłem na SoHo, chyba każdy był, ale samo miasto… zbyt zatłoczone, jeśli o mnie chodzi.

- Tak – przytaknęła Gia, wciąż nie dostrzegając celu rozmowy. – Cóż, myślę, że można się przyzwyczaić, jak do wszystkiego – odwróciła się udając, że sprawdza, na jakim etapie są badania chłopca. – Wybaczy pan, ale powinnam…

- Ach, tak, oczywiście, oczywiście – zgodził się mężczyzna, kiwając szybko głową. – Wiadomo, zdrowie tego małego jest najważniejsze. Pomyślałem po prostu… że może dzisiaj, jak skończy pani pracę, może miałaby pani ochotę wyskoczyć na kawę, albo może kolację…?

- Pracuję do późna – odparła Gia, z trudnością powstrzymując się od przewrócenia oczami. Ach, więc o to chodzi. – Poza tym, jestem mężatką.

- Ach, cóż… w takim wypadku… Miłego popołudnia życzę – wyjąkał, teraz wyraźnie tracąc pewność siebie. Uśmiechnęła się, litując nad biednym człowiekiem.

- I panu również.

- Proszę… proszę pozdrowić ode mnie tego małego koleżkę, kiedy się obudzi. Może i się rozszczepił, ale z całą pewnością pobił przy tym parę rekordów – wyszczerzył zęby, najwyraźniej odzyskując rezon po porażce. Gia, po raz pierwszy od początku rozmowy, zaśmiała się szczerze.

- Może być pan pewien, że go pozdrowię.

Kiedy mężczyzna opuścił salę, Gia podeszła z powrotem do łóżka pacjenta, uśmiechając się pod nosem. Cóż, może i było to nieco drażniące, ale jednocześnie satysfakcjonujące. Przynajmniej miała pewność, że życie małżeńskie nie pozbawiło jej całego jej uroku.

- I co tam mamy? – zapytała nieco nieobecnie, wciąż nie mogąc pozbyć się uśmiechu. Dopiero wyraz twarzy Louisa i szeroko otwarte oczy Astor zwróciły jej uwagę. Dziewczyna otrząsnęła się jako pierwsza i przemówiła:

- Pięć albo sześć lat, niedożywienie, widać objawy anemii, ale trzeba zrobić dokładniejsze badania. Na pierwszy rzut oka prawdopodobnie poważny niedobór żelaza i witaminy B12, innych witamin również. Sądzę, że był głodzony. Poza tym ma sporo siniaków… Ciśnienie w normie – dodała na koniec, brzmiąc niepewnie.

Z każdym słowem oczy Gii powiększały się, choć nie powinny, bo oczywiście wywnioskowała już to samo na podstawie samego wyglądu dziecka. Nawet jeśli nie był głodzony, musiał być przynajmniej niedożywiony. Jeśli miał pięć lub sześć lat, był zdecydowanie zbyt mały jak na swój wiek – to również wynik zaniedbania i niedożywienia. Kobieta poczuła nagle, że krew się w niej gotuje – jakim potworem trzeba być, żeby doprowadzić do takiego stanu dziecko? Kto się nim zajmował? Może był sierotą? Bezdomny? Wychowywał się w sierocińcu? Chłopiec musiał być niezwykle potężny biorąc pod uwagę to, czego dokonał, ale z drugiej strony, również niezwykle nieszczęśliwy. Przypadkowa magia objawiała się pod wpływem silnych emocji lub w sytuacjach niebezpieczeństwa. Chłopiec się teleportował. Jak bardzo dziecko musi chcieć się skądś uwolnić, żeby nieświadomie się teleportować? Nie była pewna, czy chce znać odpowiedź na to pytanie.

Postanawiając w duchu, że zrobi wszystko, by mu pomóc – doprowadzając go do przynajmniej zadowalającego stanu zdrowia, a następnie znajdując miejsce, w którym będzie kochany i otoczony opieką, kobieta zbliżyła się do łóżka, jednak przeszkodziła jej dłoń Louisa na jej ramieniu.

- Jest coś jeszcze – oświadczył chłopak, brzmiąc na bardziej zszokowanego i niepewnego niż kiedykolwiek wcześniej. Gia zmierzyła go pytającym spojrzeniem, zastanawiając się, co może być gorszego. – Proszę spojrzeć.

Louis podszedł wraz z nią do łóżka, po czym poczekał, aż uzdrowicielka pochyli się nad chłopcem. Jej oczy rozszerzyły się, a usta uchyliły, kiedy stażysta odsunął czarne włosy z czoła dziecka, odsłaniając wyraźną bliznę nad jego prawym okiem. Czerwoną, cienką bliznę w kształcie błyskawicy. Bliznę doskonale rozpoznawalną nawet w tej części świata.


- I co teraz? – zapytał napiętym głosem Louis, siedząc na krześle przy łóżku i wyłamując nerwowo palce. Dwa pozostałe krzesła zajęte były przez Gię i Astor. Siedzieli w ciszy, wpatrując się w drobne, niczego nieświadome dziecko leżące pomiędzy nimi. – Powinniśmy kogoś poinformować… Kogoś, kto zdecyduje, co z nim zrobić.

- Mnie bardziej zastanawia… – przerwała mu Astor zamyślonym głosem. Zawahała się przez moment, po czym kontynuowała: - Harry Potter jest Brytyjczykiem. Nie wiemy, co się z nim działo, ale w jaki sposób w ogóle znalazł się w Stanach? Bo chyba nie myślicie… nie myślicie, że teleportował się tutaj z Anglii? – zapytała tonem sugerującym, że uważa tę teorię za całkowicie absurdalną. Dwójka jej towarzyszy wymieniła znaczące spojrzenia. Wszyscy zastanawiali się nad tą samą kwestią.

- Gdziekolwiek był – odezwała się w końcu Gia – nie był tam dobrze traktowany. Masz rację, nie wiemy, co się z nim działo, ale nie mam ochoty oddawać go tam, skąd przyszedł. Zastanówcie się. Wyraźnie się nad nim znęcano.

Gia nie przejmowała się tym, że straciła cały swój rezon uzdrowicielki, rozmawiając ze swoimi stażystami niczym z równymi. Sytuacja po prostu ją przerastała. Nie potrafiła objąć umysłem tego, że właśnie ten chłopiec znalazł się nagle w centrum Seattle. Jak to było możliwe?

- Powinniśmy w jakiś sposób skontaktować się z jego opiekunami… - zaczął Louis, na co Gia prychnęła gorzko: „Opiekunami!". Chłopak kontynuował, niezrażony: - Może najlepiej by było, gdyby zajął się tym Departament Współpracy Międzynarodowej? Skontaktują się z brytyjskim ministerstwem i wyjaśnią sytuację. On powinien wrócić do domu.

- Nie wydaje mi się, żeby miejsce, w którym był tak traktowany, mógł nazwać „domem" – westchnęła Gia. Spojrzała smutno na chłopca. Jakim sposobem znalazł się w takiej sytuacji? Z tego, co było jej wiadomo, brytyjscy czarodzieje traktowali to dziecko niemal jak bohatera! W jednej chwili podjęła decyzję. – Poczekajcie tutaj.

Wstała i opuściła szybko pomieszczenie, odprowadzana pytającymi spojrzeniami stażystów. Gdy znalazła się za drzwiami, wyciągnęła ze swojej aktówki małe lusterko i pochyliła się nad nim.

- Brian Leighton – szepnęła, starając się jednocześnie mówić wyraźnie. Nie otrzymała natychmiastowej odpowiedzi, oparła się więc o ścianę, wpatrując niecierpliwie w swoje własne odbicie. Po jakiejś minucie czekania tafla wreszcie zafalowała, ukazując twarz około trzydziestoletniego, przystojnego mężczyzny z krótko przystrzyżonymi, czarnymi włosami i ciemnobrązowymi oczami. Wiedziona instynktem Gia machnęła szybko różdżką, rzucając zaklęcie wyciszające, zanim skierowała wzrok na lusterko.

- Coś pilnego, kochanie? – zapytał mężczyzna niskim, głębokim głosem. – Jestem na zebraniu.

- Cholernie pilnego, więc lepiej zarezerwuj sobie parę minut – odparła zniecierpliwiona. Mężczyzna uniósł lekko brwi, słysząc ton żony, po czym bez zbędnych pytań przytaknął.

- Poczekaj, wymyślę jakąś wymówkę.

Lustro zrobiło się czarne, prawdopodobnie dlatego, iż Brian wrzucił swoje do kieszeni. Gia nie spuszczała z wzroku z tafli, oddychając głęboko.

Jakieś dwie minuty później twarz mężczyzny ukazała się po raz kolejny. Spojrzał na nią z wyczekiwaniem. Gia przeszła od razu do rzeczy.

- Rzuć zaklęcie wyciszające – poleciła, nie zwracając uwagi na zaciekawienie w oczach męża. Kiedy wypełnił polecenie, kontynuowała: - Dostałam zgłoszenie, Bri. Dziecko teleportowało się w centrum Seattle. Rozszczepił się. Poskładaliśmy go do kupy, ale coś odkryliśmy… - kobieta zawahała się. – To jest Harry Potter, Bri!

Brwi mężczyzny podskoczyły do połowy czoła.

- Harry Potter? Dzieciak, który pokonał brytyjskiego czarnoksiężnika? – zapytał z autentycznym zaskoczeniem. Najwyraźniej spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego. – Skąd o tym wiesz?

- Ma bliznę na czole! – zawołała, przewracając oczami. Proszę, przecież każdy o tym wie! - pomyślała. Mężczyzna uśmiechnął się przepraszająco, na co Gia natychmiast poczuła, że jej nerwy się uspokajają. Wyglądał jednak na zamyślonego.

- To niekoniecznie musi oznaczać, że…

- Proszę cię, Brian! Ma bliznę, wiek się zgadza, wszystko się zgadza. To on!

- No i co, teleportował się tutaj z Wysp Brytyjskich? – zaśmiał się Brian. Uśmiech spełzł z jego twarzy, gdy dostrzegł, że jego żona wygląda bardziej na niepewną niż rozbawioną.

- Tak sądzę – wyszeptała zawstydzona. Potrząsnęła głową, znowu podnosząc głos: – Sama nie wiem! Wiem tylko, że to Harry Potter, jakimś cudem wylądował w Seattle i jest niemal zagłodzony na śmierć!

- Co?! – zawołał mężczyzna, wyglądając na coraz bardziej zdezorientowanego.

- Słuchaj, nieważne – jęknęła. – Co mam zrobić? Komu to zgłosić? Pomóż mi!

- Co masz na myśli mówiąc: zagłodzony? – zapytał Brian, nie pozwalając zbić się z tropu. Brzmiał na zezłoszczonego.

- Jeśli chcesz, to możesz sobie znaleźć definicję w słowniku! – zripostowała Gia tracąc cierpliwość. – Co innego mogę mieć na myśli?! Jest wychudzony, osłabiony i poobijany!

Mężczyzna przez chwilę wyglądał, jakby się zastanawiał. W końcu zamknął oczy, biorąc długi, głęboki oddech.

- Poczekaj. Gdzie jesteś? Będę tam najszybciej, jak tylko zdołam – oznajmił. – Coś wymyślę.

Gia odetchnęła z ulgą. Brian zajmował się kontaktami z innymi państwami. Poza tym zawsze wiedział, co robić w kryzysowych sytuacjach. Razem na pewno coś wymyślą. Podyktowała mu cicho współrzędne do aportacji, po czym rozłączyła się, znów opierając się o ścianę. Z pewnością nie spodziewała się, że tak potoczy się dzisiejszy dzień.


- Cicho, budzi się! – wyszeptała z podekscytowaniem Astor, zupełnie jakby jej towarzysze nie zdawali sobie z tego sprawy. Wisieli nad chłopcem i wpatrywali się w niego wyczekująco od pięciu minut, od kiedy zaczął kasłać i mamrotać pod nosem.

Kiedy jego oczy w końcu się otworzyły Gia przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od ich przeszywającej zieleni. Chłopiec zamrugał kilkakrotnie, jego nieobecne spojrzenie utkwione było w suficie. Nie wyglądało na to, by mimo otwartych powiek cokolwiek dostrzegał. Gia wyciągnęła rękę, dotykając delikatnie jego ramienia.

- Kochanie, jak się czujesz? – zapytała miękko, mimo usilnych prób nadania swojemu głosowi profesjonalnego tonu. – Masz zawroty głowy?

Przez dłuższą chwilę nie otrzymywała odpowiedzi i kiedy już była przekonana, że chłopiec z jakiegoś powodu jej nie słyszy, pokiwał ledwo dostrzegalnie głową. Gia wypuściła z ulgą powietrze, które nawet nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje.

- To normalne, zaraz powinno przejść. Zamknij jeszcze na chwilę oczy i leż spokojnie – poleciła, jednocześnie wyciągając z kieszeni eliksir wzmacniający. Kiedy odwróciła się z powrotem do chłopca, leżał posłusznie z zamkniętymi powiekami. – Lepiej? – zapytała, w odpowiedzi otrzymując potwierdzające kiwnięcie, tym razem o wiele pewniejsze. Zielone oczy z powrotem się uchyliły.

- Jesteś w stanie wstać do pozycji siedzącej? – zapytał tym razem Louis, a Gia bez słowa podała mu fiolkę z eliksirem. I tak już przestała czuć, że tutaj dowodzi. Harry z wysiłkiem podniósł górną połowę ciała, w końcu w pełni siadając na łóżku i po raz pierwszy dostrzegając ich twarze.

Louis przyłożył fiolkę do jego ust, a kiedy chłopiec nie wykazał żadnych oznak współpracy, dodał:

- Wypij, pomoże ci.

Dziecko przełknęło miksturę, krzywiąc się i krztusząc nieco na jej smak, po czym po raz kolejny zamrugało, rozglądając się niepewnie po twarzach obecnych.

- Czy mógłbyś powiedzieć nam, jak się nazywasz? – zapytała cicho Astor z delikatnym uśmiechem na twarzy, jednocześnie wyciągając w jego kierunku szklankę wody. Z całej ich trójki to ona miała największe doświadczenie w pracy z dziećmi. Chłopiec otworzył usta, ale na początku nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Przyjął wodę, chwytając szklankę drżącymi dłońmi i wypijając połowę naraz. Parę kropel pociekło po jego brodzie, na co Gia niemal automatycznie machnęła krótko różdżką i już po chwili zarówno twarz chłopca, jak i przykrycie były suche. Nie wydawało się, żeby dziecko to zauważyło, gdyż wciąż było nieco oszołomione. Chłopiec podjął kolejną próbę przemówienia.

- H-Harry – wychrypiał.

Gia poczuła dziwne ukłucie, jakby połączenie ulgi i przerażenia. Nie wiedziała, czy cieszyć się, że miała rację, czy martwić obecnością tego konkretnego dziecka w tym miejscu. A nawet w tym kraju.

- Ile masz lat? – kontynuowała przesłuchanie Astor, wciąż cichym i delikatnym tonem. Chłopiec wyciągnął jedną dłoń i pokazał na niej wszystkie palce, po czym po chwili zastanowienia niezgrabnie dodał jeden palec drugiej dłoni. Sześć. Gia poczuła, że uśmiecha się wbrew sobie. Wyciągnęła rękę, by dotknąć delikatnie jego ramienia, ale chłopiec wzdrygnął się bojaźliwie i odsunął od niej. Kobieta miała wrażenie, że jej serce zaraz pęknie. Co zrobiono temu dziecku?

- Miałeś wypadek. Teleportowałeś się – wyjaśniła, starając się mówić jak najciszej i najspokojniej, ale jednocześnie pewnie. Nie była jednak w stanie zapanować nad drżeniem swojego głosu. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Zajmowała się przeróżnymi medycznymi przypadkami i zawsze była całkowicie profesjonalna. Co takiego było w tym chłopcu, co sprawiało, że całkowicie przestawała nad sobą panować?

Kiedy nie dostrzegła na jego twarzy oznak zrozumienia, dodała:

- Czy wiesz, czym jest teleportacja?

Dziecko pokręciło szybko głową, wpatrując się w nią szerokimi oczami. Gia zmarszczyła brwi.

- To pewien rodzaj magii – powiedziała w końcu. - Wiesz coś na temat magii, prawda?

Nie wiedziała, jakiej reakcji się spodziewała, ale na pewno nie wyraźnego przerażenia w oczach dziecka, które po raz kolejny próbowało się od niej odsunąć, zbliżając się nieświadomie w stronę Astor. Gia przeklinała samą siebie, choć nie miała pojęcia, jaki błąd popełniła. W końcu chłopiec ponownie otworzył usta:

- N-nie wolno mówić o magii – wyszeptał. Po chwili dodał, jeszcze ciszej: - Nie ma czegoś takiego jak magia.

Gia mogła tylko patrzeć zszokowana. Chłopiec nie wiedział, że jest czarodziejem? Harry Potter nie wiedział o magii? Przyjrzała się bliżej przestraszonemu, skulonemu dziecku, kątem oka dostrzegając jak Astor i Louis wymieniają zdezorientowane spojrzenia. Wiedziała, że myślą dokładnie to samo, co ona: co, do cholery, się tutaj działo?


Gia siedziała z podwiniętymi nogami na jednym ze szpitalnych łóżek. Naprzeciw niej na krześle siedział jej mąż, opierając brodę na splecionych dłoniach i wpatrując się w nią przenikliwie. Rozmawiali otoczeni zaklęciem wyciszającym, ignorując dziwne spojrzenia rzucane im z drugiego końca pomieszczenia przez dwójkę stażystów. Po dłuższej chwili milczenia Brian w końcu westchnął.

- Mała, kiedyś w końcu musimy komuś o nim powiedzieć – stwierdził spokojnie, próbując przemówić żonie do rozumu. – Co innego chcesz z nim zrobić?

Gia uniosła głowę, wpatrując się w niego przepraszająco. W tym momencie już wiedział, że jego żona wpadła na pomysł, który prawdopodobnie nie przypadnie mu do gustu. Kochał ją całym sercem, praktycznie od momentu kiedy po raz pierwszy ją zobaczył, ale czasami zachowywała się zupełnie irracjonalnie i zawsze potrzebowała kogoś, kto ratowałby ją przed wprowadzeniem w życie jej najbardziej szalonych pomysłów. Brian ze swoim wrodzonym sceptycyzmem nadawał się do tej roli idealnie. Może to właśnie dlatego byli tak dobraną parą.

- Moglibyśmy… moglibyśmy się nim zająć – wyjąkała, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie, by uniknąć jego spojrzenia. Brian zamknął oczy. Wiedział, że to nadchodzi. Jego żona zawsze najpierw działała, a potem myślała. Podejmowała pochopne decyzje, a później ich żałowała. Westchnął ciężko, otwierając oczy.

- Kochanie… To nie jest coś, o czym można zdecydować w ciągu minuty. Trzeba się poważnie zastanowić. Nie znamy tego dziecka. Poza tym, kiedy ktoś się o tym dowie, a z pewnością się dowie, wpadniemy w poważne kłopoty. Ten chłopiec jest brytyjskim bohaterem, na litość boską! Potraktują to jako porwanie!

- Spójrz na niego! – zawołała Gia, w końcu odzyskując pewność siebie. – Czy tak według ciebie wygląda bohater?! To sześciolatek, a nie żaden cholerny bohater! A może uznali, że jest tak wspaniały, że nie potrzebuje jedzenia, co? No cóż, w takim razie się pomylili! – wysyczała głosem ociekającym sarkazmem. Mąż w duchu musiał przyznać jej odrobinę racji, ale nie zamierzał odpuścić.

- Nie możemy wyciągać wniosków nie wiedząc, co się z nim działo! Możliwe, że znalazł się w tym miejscu, w którym był, przez przypadek! Możliwe, że są ludzie, którzy go szukają!

- Trzeba było o tym pomyśleć zanim go zgubili! Teraz jest tutaj! – wrzasnęła Gia, całkowicie tracąc nad sobą kontrolę. Brian zamrugał zaskoczony. Jego żonie zdarzało się podnosić głos, ale nigdy nie wrzeszczała.

- W porządku. W porządku – stwierdził spokojnie, unosząc dłonie. Jednocześnie jego myśli pędziły jak szalone. – To nie zmienia faktu, że nie możemy porwać dziecka. To przestępstwo. Zwłaszcza, jeśli chodzi o to dziecko. – Spojrzenie jego żony powiedziało mu, że najwyraźniej ona nie miałaby żadnych oporów. Niemal warknął w myślach, chwytając się kolejnego argumentu. – I co, ukrywałabyś przed wszystkimi jego tożsamość?

- Tak – odparła wyzywająco.

- Nawet przed nim samym? – zapytał, unosząc znacząco brwi. Tym razem kobieta się zawahała.

- Ja… nie. Wyjaśnilibyśmy mu wszystko, kiedy podrośnie. Wtedy sam zdecyduje, co chce zrobić. Ale przynajmniej będzie miał szczęśliwe, normalne dzieciństwo! Nie jako bohater, i nie jako worek treningowy!

Brian zaklął w myślach, znów przyznając jej rację. Cholera, robiła się w tym dobra! Westchnął, próbując zebrać myśli, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

- Ty nawet nie chcesz mieć dzieci – jęknął w końcu słabo, całkowicie świadomy, że nie zabrzmiało to przekonująco. Kobieta uniosła brew, uśmiechając się lekko.

- Ale ty chcesz. – Po chwili jej pewność siebie się ulotniła i zerknęła przelotnie w stronę leżącej na łóżku drobnej postaci. – On po prostu… on…

Brian podążył za jej wzrokiem. Wiedział, że jego żona jest całkowicie poważna. Gia nie była osobą, której często brakowało słów. Jeśli to się zdarzyło to oznaczało, że sytuacja wzbudza w niej naprawdę duże emocje. Wiedział, że kobieta nie zamierza zmienić zdania. Westchnął, ponownie skupiając się na dziecku.

Był zszokowany, kiedy pierwszy raz je zobaczył. Chłopiec był mały, chudy i wystraszony, ale z całą pewnością był również Harrym Potterem. Blizna nie pozostawiała żadnych wątpliwości, a na dodatek chłopiec potwierdził, że nazywa się Harry, kiedy się obudził. Brian nie znał się na magomedycynie, ale nawet on był w stanie stwierdzić, że jego stan był kiepski. Nie wiedział, jak do tego doszło, ale sam czuł się bardzo nieswojo z myślą, że mieliby odesłać go do Anglii – do ludzi, którzy doprowadzili go do tego stanu. To był powód, dla którego w ogóle rozważał zgodzenie się na kolejny szalony pomysł Gii.

Brian bardzo szanował prawo. Był politykiem i uważał się za uczciwego polityka, jednego z tych, którzy chcą uczynić ten świat lepszym miejscem, zamiast odwrotnie. Perspektywa popełnienia tak poważnego przestępstwa z pewnością nie wydawała mu się atrakcyjna. Na dodatek miał umysł analityczny i lubił porządkować wszystkie elementy rzeczywistości. Nie znosił, gdy coś nie pasowało do reszty układanki, a ten chłopiec zupełnie przewracał wszystko do góry nogami. Jego miejsce było w Wielkiej Brytanii, wśród ludzi czczących go jako bohatera. Wśród ludzi, którzy go kochali. Wiedział, że jego rodzice nie żyli, ale musiał mieć jakąś rodzinę. Czy go nie szukali ? Nie tęsknili? Nie był w stanie sobie tego wyobrazić. Jakim sposobem znalazł się w miejscu, w którym był tak okrutnie traktowany? To była dla niego całkowita zagadka.

Zawsze chciał mieć dzieci. Zakładał, że nie będą one sześcioletnimi brytyjskimi pogromcami czarnoksiężników, ale nie miało to żadnego znaczenia. Dziecko było urocze, potrzebowało ich i niemal spadło im z nieba. Nie mówiąc już o tym, że wyglądało na to, iż Harry Potter był niezwykle potężnym czarodziejem. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu był jedyną osobą, która przeżyła Zaklęcie Zabijające.

Czy jest szansa, że uda nam się utrzymać to w tajemnicy? – pomyślał, stwierdzając z przerażeniem, że przegrywa walkę z samym sobą. Oderwał wzrok od dziecka, spoglądając z powrotem na żonę. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, by wiedzieć, że go przekonała. Gia przesunęła się na łóżku, wtulając w niego. Objął ją ramionami, całując w skroń.

- Co z tą dwójką? – wyszeptał po kilku chwilach trwania w milczącym uścisku i wskazał brodą na dwoje stażystów.

- Przekonam ich, żeby nikomu nie szepnęli słówka.

- Myślisz, że można im zaufać?

Gia przez chwilę mierzyła wzrokiem dwoje młodych ludzi siedzących po obu stronach łóżka chłopca, który ponownie zapadł w sen. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

- Myślę, że tak – odparła, wstając i cofając zaklęcie wyciszające, po czym podeszła do nich. Astor i Louis natychmiast odwrócili się, by spojrzeć na nich pytająco.

- I…? – zapytała wyczekująco dziewczyna. Jej głos brzmiał nieco niepewnie. – Zdecydowali państwo, co zrobimy?

Gia spojrzała na nią z determinacją, po czym przeniosła wzrok na chłopaka.

- Czy jesteście skłonni nigdy, nikomu nie wspominać o tym, co się dzisiaj wydarzyło?

Louis wyglądał na zdezorientowanego i zmarszczył brwi, ale oczy Astor rozszerzyły się i zaczęła wpatrywać się z niedowierzeniem w szefową. Natychmiast zrozumiała, o co chodziło, a swoimi następnymi słowami kobieta tylko ją w tym upewniła.

- Będzie oczywiście musiał nosić nasze nazwisko – mruknęła z zamyśleniem. – Oficjalnie będzie po prostu dzieckiem, którym się zajęliśmy, złożymy papiery adopcyjne. Możemy ukryć jego bliznę zaklęciem, a reszta jego wyglądu przecież nie zdradzi, kim jest. Nikt nie będzie zadawał żadnych pytań. Czy powinniśmy zmienić też jego imię? – Zadając to pytanie skierowała wzrok na męża, który wzruszył ramionami, czując się w tym momencie nieco przytłoczony. Usta Louisa uchyliły się, kiedy chłopak wreszcie zrozumiał, co się dzieje.

- Harvey – zdecydowała po chwili Gia. – Będzie nazywał się Harvey Leighton.

Cała trójka, poza uzdrowicielką, spojrzała po sobie niepewnie, nie wierząc, że to naprawdę się dzieje. Gia wyglądała, jakby wszystkie wątpliwości nagle ją opuściły.

W końcu Louis wypuścił ciężko wstrzymywane od jakiegoś czasu powietrze.

- Czy naprawdę porywamy Chłopca, Który Przeżył? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała czysta zgroza. Atmosfera w końcu nieco się rozluźniła, kiedy cała czwórka parsknęła cichym śmiechem.

- To z pewnością najbardziej pokręcona rzecz, jaką kiedykolwiek wymyśliłaś – oznajmił Brian kręcąc z niedowierzeniem głową, jednak na przekór słowom jego usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Gia rozpromieniła się, z jakiegoś niezrozumiałego dla siebie powodu, czując się szczęśliwsza niż kiedykolwiek.


* tłum: „To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku".