JOHN'S STORY, PART I
- Wiesz, gdzie jest moja matka?! – John chwycił Riley za ramiona.
- Ej, nie sraj żarem! – Dziewczyna odepchnęła go od siebie. – Ręki sobie uciąć nie dam.
- Zaprowadzisz mnie do niej?!
- Za co?
- Słucham?
- Nie ma nic za darmo. Zaprowadzę cię do Sary Connor za twój nóż.
- Niech będzie. – Podał jej ostrze. – Pośpieszmy się.
- Nie musimy – mruknęła, oglądając najnowszą zdobycz.
- Riley, proszę, to dla mnie ważne!
- Okej, okej! Chodźmy.
Niemal deptał dziewczynie po piętach, kiedy szli korytarzami. Riley bawiła się jego nożem niczym wymarzoną zabawką. Wreszcie skręcili w bok i znaleźli się w ślepej uliczce. Blondynka poprawiła jednak torbę, wsuwając nóż do jej bocznej kieszeni i zaczęła wdrapywać się po drabince na górę. Bez wahania ruszył za nią i po chwili byli na poziomie gruntu na samym środku zrujnowanej ulicy.
- Nie odzywaj się i idź dokładnie po moich śladach – poinstruowała go szeptem.
Pokiwał głową.
Przemykali między ruinami przed pół godziny, kiedy wreszcie Riley wyjrzała zza załomu muru.
- To tam.
John spojrzał we wskazanym kierunku. Budynek był na wpół zburzony i nadpalony. Przez dziurę w ścianie widział resztki klatki schodowej i powyginanej, metalowej barierki.
- Jesteś pewna, że to tam? – zapytał.
- No, nie tak do końca, ale jesteśmy tu przecież po to, żeby sprawdzić, czy miałam rację.
Rozejrzała się, a potem biegiem przecięła ulicę. Przemknęła zaraz przy ścianie budynku, a potem ku zdziwieniu Johna minęła drzwi i poszła dalej wzdłuż wysokiego muru. Dogonił ją bez słowa. Wreszcie zatrzymała się przed sporą dziurą i przeszła zgrabnie na drugą stronę.
- Chodź! – pośpieszyła go, ale nie ruszył się z miejsca.
Tymczasem dziewczyna przykucnęła między dwoma nagrobkami i przywołała go gestem ręki. Powoli przesunął spojrzeniem po zrujnowanym cmentarzu. Jak chociaż przez chwilę mógł wierzyć, że jego matka żyje?! Ze łzami w oczach przeszedł przez dziurę, zaczepiając karabinem o wyłom muru. Po chwili szamotania dołączył do Riley. Blondynka pochylona przebiegła między pojedynczymi płytami nagrobnymi w stronę mauzoleów. Przycupnęła pod marmurową ścianą.
- Widzisz tamto drzewo? – zapytała. Kiwnął głową, chociaż widział tylko zwęglony pień. – Sarah Connor leży pod nim. Idź.
Nie zawahał się i ostrożnie przemknął we wskazanym kierunku. Po chwili znalazł się przed popękaną płytą. Otarł rękawem warstwę kurzu i popiołu, klękając w zmrożonym błocie. Dostrzegł litery układające się w znajome, jakże znajome!, nazwisko. SARAH CONNOR. Daty pod nim były nieczytelne, gdyż piaskowiec w tym miejscu zryła seria z karabinu maszynowego. Przestał walczyć ze łzami; pozwolił im swobodnie spływać w dół po jego policzkach. Zacisnął mocno powieki; w twarz szczypało go zimne powietrze.
- John, musimy spadać! – Dobiegł go głos Riley.
Wiedział, że dziewczyna ma rację, ale nie mógł ruszyć się z miejsca. Blondynka podbiegła do niego i szarpnęła mocno za poły płaszcza. Pozwolił się podnieść, a potem zaciągnąć w bezpieczny cień mauzoleów. Otarł oczy rękawami; jego towarzyszka coraz bardziej się niecierpliwiła.
- Przykro mi – szepnęła. – Musimy wracać do bazy.
Ruszył za nią bez słowa; ogarnęło go poczucie beznadziei.
Riley zostawiła go u skrzyżowania korytarzy, mówiąc, którędy trafi do części mieszkalnej. John jednak dosyć długo krążył kanałami, wcale nie zastanawiając się, czy dobrze idzie. Wreszcie poznał odnogę prowadzącą do części szpitalnej. Postanowił, że znajdzie Allison. Kobiety jednak nigdzie nie było. Nagle doszedł go hałas; zaintrygowany zajrzał do pomieszczenia za połataną zasłonką. Od razu poznał Jane stojącą na środku podłogi. U jej stóp leżał przewrócony wózek na lekarstwa. Jej ramiona unosiły się i opadały w gniewie; zapamiętale kopnęła wózek i wrzasnęła, po czym chwyciła sweter i ruszyła w stronę wyjścia. Ledwo cofnął się, szarpnęła zasłonkę i stanęła z nim twarzą w twarz. Nagle wydała mu się dziwnie znajoma.
- Wszystko... w porządku? – zapytał powoli, dobrze znając odpowiedź.
- Nie. Trzy osoby zmarły dziś na mojej zmianie. Na jeden dzień wystarczy. Mama miała rację. Moja mama zawsze ma rację. Spadam stąd. Nie pomagam skalpelem, chyba czas sięgnąć po karabin.
Szybkim krokiem oddaliła się i zanim rozważył, czy iść za nią, już jej nie było.
Wrócił do części mieszkalnej i rzucił się na swoje posłanie.
- Gdzieś ty łaził, Connor? – Dobiegł go głos Dereka. – Kyle cię szukał.
- Byłem u... mamy.
Starszy Reese usiadł na te słowa, po czym zeskoczył ze swojej pryczy na ziemię.
- Cudownie przypomniałeś sobie, gdzie masz mamusię, co?
- Moja mama nie żyje. Byłem na jej grobie.
- Nie pofarciło się jej zbytnio, zdarza się. Gdzie jest pochowana?
- Na cmentarzu. Nie znam dokładnego adresu – odburknął z twarzą wciśniętą w poduszkę.
- No to nie była z nami.
- Słucham?
- Musiała umrzeć przed Dniem Sądu, skoro ktoś miał czas urządzić jej pochówek z prawdziwego zdarzenia.
Spojrzał na Dereka. Może jego matka zmarła na raka? I nie dożyła okropieństw wojny z maszynami?
Zwinął się w kłębek i przykrył szorstkim kocem. Czuł się pusty.
- John? – Usłyszał nagle; otworzył oczy. Stał nad nim Kyle z wilgotnymi włosami. – Okej?
- Ja-jasne – odparł.
- To świetnie. Leć weź prysznic i uderzamy do Rdzy i Krwi. I nie mów, że jesteś zmęczony.
Usiadł ostrożnie i spojrzał w wesołą twarz ojca. On żył. Poczuł wzruszenie.
Przeczesał włosy palcami i obejrzał się w pękniętym lustrze. Podwinął rękawy zbyt dużej, ale czystej koszulki i narzucił na ramiona płaszcz ojca. Do braci Reese dołączył już na korytarzu.
- Gdzie Allison i reszta? – zapytał wuja.
- Dołączą do nas na miejscu.
Rdza i Krew okazała się być przestronnym pomieszczeniem, którego sufit obwieszony był mnóstwem kolorowych lampek choinkowych, co dawało ciekawy efekt. Pod ścianami stały stoliki zapełnione ludźmi. Z głośników sączyła się rockowa muzyka, a bar okupywali amatorzy procentów. John ruszył za ojcem między tańczącymi kobietami i mężczyznami.
- Hej, chłopaki! – Misha pomachała im wesoło. Nie miała na sobie munduru tylko fioletową bluzkę i spódnicę, spod której wystawały szerokie nogawki dżinsów.
Przepchali się pod ścianę. John od razu dostrzegł rudą głowę Savanny, a po chwili razem z ojcem i wujem dołączyli do nieco podchmielonego żeńskiego oddziału kobiety i żołnierzy, których poznał już wcześniej: Luke'a, Chena i Tylera. Wszyscy wyglądali na bardzo wesołych. Jemu jednak było smutno, ale zauważyła to dopiero Allison, która zjawiła się kwadrans później.
- O co chodzi? – zapytała go, wsuwając się na kanapę obok niego. Z powodu muzyki musiała nachylić się bliżej i jej włosy musnęły delikatnie jego policzek.
- Byłem dziś na grobie mamy – odszepnął jej.
- Walczyła w Ruchu Oporu?
- Tak. – Nie było to do końca kłamstwo.
- Przykro mi. Z pewnością była bardzo dzielną kobietą.
Pokiwał głową. Tymczasem prawie wszyscy rozeszli się tańczyć. Allison nie spuszczała wzroku z Kyle'a i Savanny, nerwowo popijając coś z metalowego kubka.
- Zatańczymy? – zaproponowała w końcu. John nie miał ochoty, ale jednak zgodził się.
Akurat leciał wolny kawałek, więc objął mocno Allison. Dziewczyna wtuliła się w jego szyję. Już miał dać ponieść się muzyce i przyjemnego ciepłu Cameron, kiedy zobaczył swojego ojca całującego Savannę. To nie był koleżeński pocałunek. Poczuł złość. Odsunął od siebie delikatną lekarkę i ruszył w stronę Kyle'a, żeby siłą oderwać go od rudowłosej Weaver i wymierzyć cios prosto w szczękę.
