Chciałabym was serdecznie zaprosić na moje kolejne tłumaczenie tym razem ficka Yogogal (Lawn Gril) – Little Plastic Castle. Cały pomysł tego opowiadania należy do niej ja go tylko przekładam na nasz język, natomiast wszystkie postacie należą do Stephenie Meyer. Pozdrawiam i zapraszam do czytania.
Rozdział 2
Bella
Przekręciłam się i surowe spojrzenie czerwonych numerów wyśmiewało się ze mnie. Jest pierwsza w nocy. Jeśli chcę zaznać normalnego snu, muszę wyjść i wrócić do mojego mieszkania. Ciężkie ramiona wokół mojej talii były takie wygodne i prawdziwe, nienawidziłam wymykać się im. Nauczyłam się życia przez kilka błędów z przeszłości, kiedy nie potrafiłam zmusić się do odejścia. Nie ma mowy, abym mogła stawić czoła temu, co pewnie stało by się rano, gdybym została.
Moją dziesięciominutową drogę powrotną do mieszkania, pokonałam w osiem minut i opadłam na moje łóżko. Sen szybko mnie zabrał.
"Never gonna give you up! Never gonna let you down!"
Jęknęłam, wkurzona, że mój własny budzik mnie wyrolował. Jednakże, muszę powiedzieć, że mały Astley z rana jest wystarczająco głośny, … hałas bezbarwnego alarmu, którego używałam zanim przełączałam na radio. Innymi słowy, to naprawdę nie ma znaczenia. Wciąż jest piąta rano i to jest do kitu. Przekręciłam się, bacznie przyglądając się pustemu miejscu koło mnie i zamknęłam oczy, wyobrażając sobie, że jest pełne i ciepłe, chociaż na chwilę.
Tylko. Jedna. Sekunda.
To wszystko, na co pozwoliłam sobie, zanim podniosłam się z łóżka i poszłam pod prysznic, gdzie gorąca woda obudziła mnie i ukryła łzy, które spływały w dół mojej twarzy. Zaparzyłam szybki dzbanek kawy, wiedząc, że sprawiedliwie się dzisiaj nim podzielę, a potem wróciłam do sypialni, aby się ubrać. Ciuchy były rozsypane na podłodze i nie mogłam powiedzieć, które były czyste, a które brudne. Na koniec długiego, stresującego dnia, zwykle rozbierałam się z ciuchów, odrzucając je na bok, czasami trafiając do kosza na pranie, a innym razem całkowicie omijając. To nie tak, że to ma w ogóle znaczenie. Nikogo tutaj nie ma, aby przypomniał mi, żeby posprzątać albo przewracać oczami, kiedy coś nie jest na swoim miejscu.
W końcu zlokalizowałam przyzwoicie czystą parę jeansów i niepoplamiony top. Dadzą radę. Kawa jest gotowa, więc pędzę, aby nalać sobie ją do kubka. Kiedy to robię, rozlewam ją na siebie. Prawie nie czuję jak wrzący płyn sączy się przez moją koszulkę, jednakże jestem całkowicie zdrętwiała. Delikatny różowy ślad, jaki zostawia, zmienia się w głęboko czerwony, więc biorę paczkę lodu i przyciskam do siebie. Zdejmuję i rzucam poplamioną koszulkę do zlewu w łazience, jednocześnie polując na coś jeszcze do założenia. Stara, znoszona koszulka, która jest dla mnie za duża leży ściśnięta w rogu szafy. Podnoszę ją, zastanawiając się czy założyć ją, czy nie, ale wiem, że nie mogę jej pobrudzić. To będzie znaczyło, że będę musiała ją wyprać.
Podnoszę koszulkę do twarzy i wącham ją, przenosząc się do czasu, gdy nie tak dawno temu miałam ją na sobie. Mój nos się marszczy, gdy piekące łzy kują w rogach moich oczu. Przyciskam moje usta do koszulki, po czym kładę ją na łóżko i zauważam, gapiące się czerwone numerki na moim zegarku.
Cholera!
Spóźnię się. Zauważam koszulkę na ziemi i zakładam ją, nie trudząc się, aby sprawdzić, czy jest czysta. Jeśli nie jest, mój fartuch to przykryje. Nie mam czasu, aby w tej chwili się tym niepokoić.
Pędzę i parkuję na moim miejscu w alejce za kawiarnią i wzdycham się z ulgi. Jestem tylko minutę spóźniona. Opuszczam osłonę przeciwsłoneczną i otwieram lusterko, przestraszona tym, co patrzy na mnie. Nakładam trochę podkładu na ciemno fioletowe kółka pod oczami, produkt dla kapryśnych i na bezsenne noce. Nie ma zbyt wiele do zrobienia, jedynie pozostały na pozór stale wyryte linie w moim czole, więc złapałam włosy i zawiązałam je w coś, co miało być wyjściowym kokiem. Nałożenie warstwy błyszczyka to wszystko, co mogę zrobić i wrzucam go z powrotem do schowka zanim biorę klucze, aby otworzyć.
Alice już jest, stojąc przy tylnym wejściu z zamkniętymi oczami, gdy porusza się wraz z muzyką, jaka wydobywa się z jej słuchawek. Wygląda tak szczęśliwie... tak beztrosko, a jej spokój i lekkość rozprzestrzeniają się do mnie, gdy uśmiech znajduje swoją drogę do mojej twarzy. Moje poliki prawie od tego bolą. Te mięśnie rzadko miały wcześniej szanse, aby się rozciągać. Jestem ostrożna, aby nie przestraszyć jej i delikatnie trącam jej ramię, żeby wiedziała, że tutaj jestem. Jej małe ciało wtapia się we mnie w uścisku, a ja nie mogę nic zrobi, więc przytuliłam ją. Weszłyśmy do kuchni z naszymi ramionami owiniętymi dookoła siebie i stoimy tam patrząc na migotanie światła.
Dałam jej znać, że powinnyśmy zacząć i bez gadania zabrałyśmy się do pracy. Obie założyłyśmy nasze fartuchy, a Alice podłączyła swojego iPoda do głośników. Potem, poruszałyśmy się po kuchni, jak partnerki w tańcu, który trwał przez chwilę. Dodawałyśmy składniki i łączyłyśmy, mieszałyśmy i piekłyśmy przez następnych kilka godzin. Był moment paniki, kiedy nie mogłam znaleźć rodzynek do rożka, którego robiłyśmy, na szczęście uniknęłam pełnego ataku lęku. Szybkie myślenie Alice oraz jej zdolności do uspokojenia mnie, uratowały dzień, kiedy przypomniała sobie, aby zajrzeć do lodówki.
- Przepraszam, Bella. Musiałam je tam odłożyć zamiast do spiżarni. Ale już w porządku. Jest dobrze. Z Tobą jest dobrze – zapewniała mnie, pocierając moje plecy.
Kilka głębokich oddechów później, następuje szum w mojej skórze i zwolnienie bicia mojego serca. Godzinę później i nie mam czasu, aby więcej myśleć o rodzynkach. Kolejka przy ladzie nie zatrzymała się od siódmej rano. Byłam przez to zajęta, jednakże i to na pewno powstrzymywało moich myśli przed innymi rzeczami, jeśli już, to przez kilka chwil tu i tam. Oczywiście, to wszystko skruszyło się, kiedy zobaczyłam młodą parę siedzącą przy stoliku przy oknie, dzielącą się muffinką. Mój żołądek skręcił się i dziura bólu w moim żołądku, przypominała mi, co kiedyś miałam.
Ledwo się trzymałam przez śniadaniowy pośpiech, zanim pozwoliłam sobie na drugi kubek kawy podczas krótkiego zastoju. Alice zerkała z tyłu, aby sprawdzić, co ze mną, dałam jej znać, że jest dobrze. Albo... tak dobrze jak mogło być.
Kiedy tłum ponownie się zebrał, złapałam się na zerkaniu na zegarek, stale zwracając uwagę na czas. Moje ręce lekko się trzęsły i mogłam poczuć cienką warstwę potu pokrywającą moje czoło. Starałam się wziąć głęboki oddech i uspokoić się, ale pomiędzy całkowicie irytującym klientem przede mną i dwiema dużymi kawami, które skonsumowałam, było to ciężkie do zrobienia.
- Przepraszam, pana – powtórzyłam, co wyglądało jak dwudziesty raz. - Cóż, podoba mi się pańska sympatia do wegańskich wypieków, po prostu nie mamy przyzwoitego zamiennika duńskiego sera. Mamy za to uroczą kolekcję przyjaznych weganom muffinek, może chciałby pan spróbować tych?
Zmarszczyłam brwi, gdy koncentrowałam się, aby nie płakać. Naprawdę nie potrzebowałam mierzyć się z tym dupkiem, kiedy miałam sto innych rzeczy na głowie. Robiłam wszystko, co mogłam, aby wymyślić jakiś kompromis, który zostanie zaakceptowany przez ciężkiego wegetarianina przede mną, który nosił skórzane buty, kiedy poczułam, że moje włosy na szyi aż się zjeżyły. Nawet bez patrzenia, kto to jest, oblała mnie fala spokoju.
Mężczyzna przede mną, w tej chwili mógłby nie istnieć, gdy ja szalałam w świetle, doświadczając uczucia relaksu. Spojrzałam i para intensywnych zielonych oczu wpatrywała się we mnie. Przez chwilę albo dwie, miałam przebłysk nadziei, że może... może.
I wtedy odwrócił się, kierując swój wzrok na mnie, a ja zaczynam się czuć niewygodnie.
Moje oczy zamknęły się na chwilę, zwalczając powódź, która przeszła przeze mnie.
