Rozdział II

"Na ratunek"

Harry wciąż patrzył na zachodzące słońce. Gdy już nie widział maszyn zaczął oglądać teren wokół głównej siedziby ich sił. Niestety również i ostatniej. Teren okalający ich siedzibę był ogromny. Wielokrotnie większy niż błonia Hogwartu. Sama siedziba była jeszcze większa. Większa jej część znajdowała się pod ziemią. Cały koszt budowy budynku wynosił dwa miliardy funtów. Ponad połowę zapłacił Harry. Reszta pochodziła od Ministerstwa Magii i od mugolskiego rządu. Dwa lata budowy. Rozbudowa fortyfikacji na terenach. Wręcz niemożliwe było wybudowanie tak wspaniałej fortecy w tak krótkim czasie. Projektowaniem zajął się Ron. Jeszcze w czasie polowania na horkruksy.

- Remus!

- Tak Harry?

- Jaki stan armii ?

- Tysiąc pięćset aurorów i czterystu siedemdziesięciu komandosów. Nie całe dwa tysiące ludzi. Rozmawiałem z premierem rządu. Dostaniemy wsparcie kolejnej pięćsetki komandosów. Amerykanie zaoferowali pięćdziesiąt czołgów typu Abrams. Dwadzieścia myśliwców F-18 i piętnaście dział artyleryjskich.

- A załoga ?

- Wszystko to przekazują Amerykanie.

- Dobry Boże. Jak my się im odwdzięczymy ?

- Jest jedna rzecz. Zabicie tego skurwiela Voldemorta.

- Tak masz rację. Schodzimy do pomieszczenia technicznego. Ty, ja, Ginny i strateg Moore.

- Czemu Ginny ?

- Nie zostawię jej samej.

- Niech będą patrole na granicy naszej fortecy. Niech brytyjscy logistycy cały czas szukają kryjówki Voldemorta.

- Wydam rozkazy i już do was idę.

- Ginny choć ze mną proszę.

- Dobrze.

- Idź do pokoju technicznego.

- Ja pójdę do sztabu i zaraz tam dotrę dobrze ?

- Dobrze Harry.

Ginny ruszyła w kierunku wind. Harry zaś w kierunku schodów. Po pięciu minutach dotarł do centrum dowodzenia.

-Generale! Za pięć minut dolecą do siedziby ministerstwa.

- Jakieś kłopoty ?

- Na razie żadnych.

- To dobrze. Zostanę tu do zakończenia akcji. Dajcie mi na linię Generała.

- Tak jest!

- Tak Harry ?

- Wszystko w porządku ?

- Tak rozdzieliłem już pozycję. Mamy minutę do szturmu. Przełącz się na kamerę przy moim hełmie.

- Dobrze. Cisza radiowa, chyba, że pojawią się jakieś kłopoty.

- Tak jest. Niedługo się zacznie.

- Mamy obraz.

- Atakujcie bez rozkazów. - Były to ostatnie słowa Harry'ego, ponieważ chwilę później usłyszano potężny huk. Zaczęło się.

- Ruchy! - Krzyczał Ron.

Pierwsze strzały i czterech śmierciożerców zginęło. Dwudziestu ludzi ruszyło uwolnić więźniów.

- Kurwa Ron! Połowa z nich jest ciężko ranna! Muszę mieć kolejną dwudziestkę jeśli mamy ich wyciągnąć stąd!

- Już idzie oddział Delta.

Po dwóch minutach piętnastu aurorów zostało już wniesionych do śmigłowca. Reszta była w drodze, ale nie było nigdzie Kingsley'a.

- Seamus! Gdzie Kingsley?

- W następnym korytarzu. Torturowany.

- Grupa Charlie za mną!

Teraz ośmioosobowa grupa ruszyła wzdłuż korytarza do sali przesłuchań. Pięciu ludzi zostało, aby zabezpieczyć korytarz, a Ron z dwoma pozostałymi wyważyli drzwi. Szybkie trzy strzały i już kolejna dwójka zabita.

- King! O kurw... Co oni Ci zrobili ? Anders! Nosze.

Mężczyzna nazwany Andersem poszedł do Ministra i rozłożył nosze. Ron pomógł mu wnieść Kingsley'a i razem osłaniani przez sześciu ludzi doszli do korytarza, w którym zostało piętnastu komandosów. Szybko do śmigłowców. Gdy zostało pięciu ludzi rozległy się wrzaski i trzaski. Śmierciożercy rzucili się do ataku. Pięć grantów starczyło, aby ich spowolnić.

- Szybko! Confringo! - To generał Weasley rzucił zaklęcie dzięki, któremu sufi się zawalił.

- Odlatuj! - Krzyk Stevensa i ostatni Chinook wzniósł się w powietrze.

Dwadzieścia śmigłowców utworzyło szyk i czujnie wracało do bazy.

- Harry tu Ron, zgłoś się.

- Jestem Ron. Jak akcja?

- Udana. Mamy wielu ciężko rannych. Potrzeba im pomocy medyków. Niech wszyscy medycy będą gotowi na przyjęcie rannych.

- Dobrze Ron. Bez odbioru.

- Bez odbioru.

Harry udał się do mikrofonu.

- Drodzy czarodzieje i komandosi. Dostałem meldunek od Generała Weasleya, że akcja okazała się sukcesem. Wiem, że są ranni. Niech wszyscy medycy będą czekali w hangarze na przyjęcie rannych. Pierwsze starcie należy do nas.

Po tych słowach w całym budynku słychać było wiwaty. Harry udał się do pomieszczenia techniczno-stategicznego. Gdy dotarł na miejsce na szyję rzuciła mu się Ginny, a chwilę potem Remus.

- Gratulujemy Ci Harry!

- Dzięki. To nie moja zasługa tylko tych co przylecą. Musimy brać się do roboty. Jutro o dziesiątej Ron będzie tu zamiast mnie ze Stevensem. Ja z Ginny będziemy zbierać wszelkie dane o naszych siłach i przeciwników.

- Harry udaj się z Ginny do hangaru. Przywitajcie ich. Ja z Hallem zostanę jeszcze trochę i rano zaczniemy znowu.

- Dzięki Remusie.

- Nie ma problemu.

Harry wziął Ginny za rękę i udali się bez słowa na górę. Właśnie zaczęli wchodzić do hangaru, gdy pierwsze maszyny zaczęły opadać. Wśród wielu oklasków z maszyn zaczęli wychodzić komandosi z rannymi ludźmi. Ron niósł ze Stevensem Kingsleya.

- Ron odpocznij! Ja wezmę Kinga do szpitala!

- Dobrze pokaże się Hermionie.

- Idź już. Za godzinę robimy spotkanie ze Stevensem.

- Tak jest!

Harry ruszył przed siebie do szpitala. Wiedział, że stan ministra jest ciężki. Pięć minut szybkiego chodu i dotarli do szpitala, gdzie zebrali się wszyscy magomedycy. Czterech podbiegło do nich i kazali przenieść ciężko rannego do osobnej sali. Tam zostali wyproszenie i udali się do Rona, który powrócił do hangaru.

- Ron, pokój sto pięć już. - Głos Harry'ego był ostry. Mogło się wydawać to dziwne przecież akcja zakończyła się sukcesem. Dotarli do pomieszczenia i drzwi zostały zaklęte, aby ich nikt nie podsłuchał.

- Chcę wyjaśnień. Czemu tylu ludzi było w drodze do szpitala. Chcę znać szczegóły. Przebieg, czas trwania, liczbę zabitych i rannych z naszej strony i liczbę zamordowanych skurwieli.

- Zrobiliśmy wielką dziurę na całą ścianę. Od razu czterdziestka naszych zabezpieczyła korytarze. Dwudziestu poszło po więźniów, a czterdziestu pozostało w obwodzie. Po chwili Stevens poprosił o kolejną dwudziestkę do pomocy przy więźniów. Gdy po chwili przyszli pierwsi ranni zobaczyłem Seamus'a. Ranny cały we krwi. Powiedział, że Kingsley został wzięty na tortury. Ruszyłem z siedmioma ludźmi. Doszliśmy do sali przesłuchań i pięciu ludzi obstawiło teren a nasza trójka ruszyła do wyważenia drzwi. Trzy strzały i zabici śmierciożercy. Wzięliśmy Kinga na nosze bo widziałeś w jakim był stanie i ruszyliśmy w formacji do Chinook'ów. Byliśmy z ostatnim rannym. Zostało dwudziesto osłaniający korytarz. Po chwili zostało pięciu, którzy już się cofali, gdy ruszyli śmierciożercy z ostrym rykiem. Rzuciliśmy pięć granatów. Przynajmniej dziesięciu zabitych. Niestety nie zatrzymało to ich, więc użyłem Confringo i zniszczyłem sufit, zasypując przynajmniej pięciu gnojków. Zatrzymało to ich już do końca i odlecieliśmy w kierunku bazy. Nasze starty wynoszą zero zabitych i siedmiu rannych z naszych komandosów, trzydziestu ciężko rannych aurorów i dziesięciu lekko, Kingsley ranny i jeden ... jeden nie przeżył tortur. Mamy jego ciało. Był... był to De. Dean. Dean Thomas.

-Nie.. - Harry mówił szeptem. - Kurwa mać! Dlaczego ? - Widać było, że Harry dławił te emocje już od ślubu.

- Zawiadomić rodzinę ? - Gdy nie doczekał się odpowiedzi powtórzył. - Zawiadomić rodzinę Dean'a ? Harry... posłuchaj mnie.

- Tak ?

- Uważam że musimy ściągnąć tutaj rodziny wszystkich aurorów i komandosów. Aby nasi wojownicy nie czekali tylko na śmierć.

- Dobrze. Niech tak się stanie. Ron od jutra czeka Cię nowe zadanie. Dzisiaj dostaniesz listę wyposażenia oraz liczbę żołnierzy jaką będziemy mogli wystawić do odparcia szturmu.

- Dzięki Harry. Jak się czuje Ginny ?

- Uważa że jedyny sposób na jego zniszczenie to śmierć. Jej śmierć Ron.

- Tak to się nie skończy Harry. Będziemy musieli dać Hermionie i Percy'emu jak najwięcej czasu. Wszyscy nasi ludzie będą gotowi, aby jak najdłużej powstrzymać Voldemorta jak zaatakuje. A to tylko kwestia czasu.

- Niestety masz rację. Dlatego musimy w ciągu czterech dni sprowadzić najbliższą rodzinę nas wszystkich. Od rana zaczynasz planować jak łatwo i bez strat niszczyć oddziały wroga.

- Tak jest!

- Stevens. Ty masz inne zadanie.

- Jakie generale ?

- Musisz dostać się do Stanów Zjednoczonych. Musisz im przekazać wszystkie informacje. Poproś o dwa niszczyciele i cztery osłaniające je niszczyciele torpedowe. Niech przypłyną jak najbliżej wyspy.

- Wyruszysz o świcie. Za chwilę zadzwonię, że w ciągu dwudziestu czterech godzin polecisz tam Panavią Tornado* z prośbą o bezpieczny przylot na lotnisko wojskowe w Waszyngtonie.

- Dobrze. O 6 będę na lotnisku. Ale mam jedną prośbę. Znajdźcie i ściągnijcie tutaj mego ojca. Tylko dla niego zostałem żołnierzem.

- Zajmę się tym osobiście.- Powiedział Harry. - Podasz imię i nazwisko ?

- Oczywiście. Ares Potter.

- Słucham ? Więc jesteś moim kuzynem ?

- Tak, charłakiem, ale kuzynem.

- Bądź ostrożny. Sądzę, że on już ma wielu po swojej stornie czarodziejów. Leć wysoko nad chmurami.

- Zrozumiałem.

- Do zobaczenia.

- Ron idź spać, wspaniała robota. Po odlocie Stevensa pójdziemy zobaczyć jak z Kingiem.

- Żegnaj Harry.

Wszyscy trzej opuścili pokój i udali się każdy do swojej sypialni. Chwilę się zawahał poczym śmiało przeszedł przez próg pokoju. Zobaczył śpiącą na kanapie Ginny. Wziął ją na ręce i złożył na łóżku. Pocałował ją w czoło i oddalił się do kolejnych drzwi prowadzących do jego gabinetu. Usiadł przy biurku i zaczął masować skronie. Wziął czysty pergamin i pióro. Rozpoczął spisywać ich siły.

1500 aurorów

970 komandosów

około 1000 ochotników

150 medyków

50 pielęgniarek

50 śmigłowców klasy Chinook

85 śmigłowców klasy Westland Puma

20 samolotów szturmowych Panavia Tornado

50 czołgów typu Abrams

20 myśliwców F-18

15 dział artyleryjskich

55 czołgów typu Challenger II

Siły wroga

obecnie około 10 000 przewidywane siły za dwa tygodnie 25 000

-Jutro rano wyślę tę notkę Ronowi.

Wstał zgasił świecę i udał się do łóżka, gdzie zobaczył jak Ginny siedzi obrażona na niego. Ręcę miała splecione na piersiach.

- Harry chce wyjaśnień!

- Proszę nie teraz.

- Dlaczego ?

- Za dużo się dzisiaj wydarzyło.

- Dobrze, ale prześpij się.

Witajcie ponownie. Rozdział jest tak szybko tylko dlatego, że jest tak krótki. Planowanych jest dziesięć rozdziałów. Komentujcie! :)