Lenusku, skoro nie trafiłaś, nie masz jak porównać. Nie jest to nic złego oczywiście, jednak sądzę, że zachowałabyś się podobnie w takich okolicznościach. On jest młody, całe życie miał przed sobą i nagle... koniec. Jest skazany na cudzą łaskę. Jest skazany na swoich opiekunów.

Ewo, oczywiście, że drarry. Ale jak będzie dalej, nie zdradzę.

Ki-chan, nie masz co narzekać. Długa przerwa. Bardzo długa. Nawet nie wiem, kiedy to minęło.

Kruszynko85, a Ty jak byś zareagowała, gdybyś nagle stała się niepełnosprawna? Wiesz, że musisz i tyle. Musisz się poddać innym. Owszem, dla Draco to nie jest zbyt komfortowa sytuacja.

Lacetro! Najpierw Cię przeproszę za bardzo długi okres oczekiwania. Natomiast co do przemyśleń - masz rację, mam konkretne cele w tym, co piszę. Jeszcze nie spotkałam fanfiction, w którym główny bohater zostałby aż tak pokrzywdzony. A że świetnie się czuję w dosyć smutnej tematyce, postanowiłam spróbować. Co z tego wyjdzie, sama nie wiem. Czas pokaże.

Sylfjuko, muszę przyznać, że to Twój komentarz najbardziej mnie motywował. Mimo wszystko długo mi zajęło napisanie drugiego rozdziału, oczywiście. Jednak nie zamierzam porzucać swoich opowiadań. Dziękuję za opinię i marzy mi się więcej czytelników o Twoim "charakterze" pisarskim - napisałaś konstruktywny komentarz, z którego naprawdę wiele wyniosłam. Jeszcze raz dziękuję, Twoja pochwała była dla mnie czymś niezmiernie miłym. Zawsze jestem wśród swoich bohaterów.

Nie przedłużając, zapraszam na rozdział drugi, który pisał się trzy lata.


ROZDZIAŁ DRUGI — ARCHIWUM OSÓB ZAGINIONYCH I ZMARŁYCH


Hermiona przeglądała szybko wszystkie akta w Archiwum Ministerstwa. Szukała tych dotyczących Mulcibera. Jednak zainteresowały ją akta leżące wcześniej. Wyciągnęła je, rozglądając się po rozległym pomieszczeniu. Nikogo nie było w pobliżu, więc miała mnóstwo czasu, aby przejrzeć je wszystkie. Na okładce teczki był odcisk pieczątki, już odrobinę zatarty: ZAGINIONY.

Otworzyła białą teczkę, w której tkwiły dokumenty. Zdziwiła się, że teczkę Malfoya oznaczono tamtym stemplem. Przecież Harry powiedział, że widział jego ciało. Ginny sama sporządzała te akta, które teraz Hermiona miała w rękach. Mówiła, iż Harry zdał jej dokładne sprawozdanie, spisała wszystko co do joty. Może pomyliła pieczątki?

Kierując się ciekawością, zaczęła czytać pierwszą stronę.

IMIĘ/IMIONA: Dracon

NAZWISKO: Malfoy

DATA URODZENIA: 05.06.1980

OJCIEC: Lucjusz Malfoy

MATKA: Narcyza Malfoy z d. Black

ZAGINIONY: 23.05.1998

Były śmierciożerca, świadek koronny, najprawdopodobniej porwany za przekazywanie informacji jasnej stronie. Miejsce pobytu nieznane.

Hermiona prychnęła. Gdyby znali miejsce pobytu, nie byłby zaginiony, prawda? Jednak zaraz sobie uświadomiła, co to oznacza — nie mają nawet podejrzeń co do miejsca, w którym mógłby być. Zbladła, wodząc palcami po literach. Nigdy nie lubiła Draco, on ją nazywał szlamą, jednak współczuła mu. Nikomu nie życzyła bycia torturowanym przez śmierciożerców, nawet największemu wrogowi.

Upewniwszy się, że nikogo w pobliżu nie ma, pomniejszyła teczkę wraz z dokumentami, po czym schowała do torebki. Odetchnąwszy spokojnie, powróciła do sprawy, która ją tu przyciągnęła. Po minucie znalazła akta Mulcibera opatrzone pieczątką: ZMARŁY. Zadowolona, wyszła z ogromnego pomieszczenia Archiwum.

Miała dużo na głowie. Musiała sporządzić listę zamordowanych przez Mulcibera, a potem dostarczyć ją Sue. Potem trzeba się było zająć poprawą dokumentów, które dostarczył do jej biura Stephen. Sprawdzała, czy zostały spisane zgodnie ze starym, czarodziejskim prawem, jakie obowiązywało wszystkich na całym świecie — oczywiście, wszystkich czarodziei. Mugole nie mieli przecież o niczym pojęcia. Zaraz po sprawdzeniu, powinna zająć się pisaniem umowy na nowe nienanoszalne ziemie dla pana Higgsa, jednak najpierw zrobiła sobie kubek gorącej kawy. Nie wiedziała, czy wytrzymałaby w pracy bez niego.

— Hej, skarbie, jak tam? — zapytał Bill, siadając przed nią.

Ledwo na niego spojrzała, nie odrywając się od pisania.

— Już ci coś mówiłam o tego typu określeniach na mnie, prawda?

Mężczyzna skinął głową z uśmiechem.

— Może i mówiłaś, jednak lubię cię irytować. — Rozparł się wygodnie na krześle.

— To nie teraz, Bill. Mam ręce pełne roboty, do tego Greengrass mnie wkurza, co pięć minut przychodząc po akta, których nie wypełnię jednym machnięciem różdżki. Ale powiedz mi, czy ten kretyn nie zamierza przyjść i się mnie zapytać? — westchnęła.

Bill zdziwił się.

— To ty wiesz?

Hermiona przewróciła oczyma.

— Rozmawiamy o Ronie, nie zapominaj.

Bill potaknął.

— No tak. — Potarł brodę. — Wiesz, wpadnij dziś na kolację o dziewiętnastej, dobrze? — mrugnął do niej. — A ja idę. Obiecałem Fleur pomóc jej w ogrodzie.

— Oczywiście. Do zobaczenia, Bill — pożegnała go, a potem, kiedy już wyszedł, wróciła do pracy. „Kochany jak Weasley, co, Bill?" — pomyślała, starannie wypełniając kolejne dokumenty.

Skończyła wszystko po czwartej, pijąc szóstą kawę. Miała trochę czasu, więc zaczęła czytać akta Dracona.

DRACON MALFOY, oskarżony o bycie śmierciożercą poprzez dowód w postaci Mrocznego Znaku na ramieniu; winny mordu na wielu niewinnych mugolach oraz czarodziejach; przekazywał informacje Lordowi Voldemortowi; uniewinniony podczas procesu Wizengamotu ze względu na działanie na szkodę ciemnej strony oraz pomoc jasnej stronie (tj. Zakonowi Feniksa) w działaniu jako szpieg; podczas wojny porwany przez Macnaira — ciała dotąd nie odnaleziono, więc uznaje się go za zaginionego.

Rodzice osadzeni w Azkabanie za pomoc w działaniach Lordowi Voldemortowi. Ojciec z wyrokiem dożywotnim, matka z zawieszeniem.

Majątek przeszedł na najbliższą rodzinę, tj. ród Blacków, którego prawnym spadkobiercą został Harry James Potter po śmierci Syriusza Blacka (uniewinnionego już po zgonie). W to wchodzi skrytka nr 711 oraz Grimmauld Place 12.

Sprawa jego odnalezienia w toku.

Hermiona musiała powiedzieć, że choć notka była krótka, to wciąż treściwa. Zawierała to, co najważniejsze. Musiała przyznać, iż Ginny się spisała. I teraz wiedziała również, dlaczego oznakowano teczkę stemplem ZAGINIONY. Dopóki nie znajdą ciała, nie mogą uznać osoby za zmarłą. Już się przecież przejechali na Peterze Pettigrew. I nie wystarczy tu Harry jako świadek.

Na razie nie miała czasu czytać reszty dokumentów, ale schowała je do torebki. Uprzątnąwszy miejsce pracy, wyszła. Aportowała się prosto do domu. Chciała sprzątnąć mieszkanie, które wynajmowała, przygotować się jakoś. Nie chciała wpadać w szacie, którą miała w pracy. Poza tym, musiała zostawić torebkę z aktami, aby przypadkiem ktoś nie zauważył wystającej teczki o Draco. Jeśli będzie miała okazję, odciągnie Ginny na stronę i zapyta.

W domu wzięła szybki prysznic. Włosy spięła w kok, po czym założyła na siebie luźną turkusowa koszulkę i dżinsy. Przepakowała najważniejsze rzeczy do mniejszej torebki, sprzątnęła brudne ubrania, wrzucając je do pralki. Wreszcie, gdy była zadowolona z efektu, aportowała się na obrzeża Nory.


— Harry…

Strącił jej rękę z ramienia, wyszedł na balkon. Ruszyła za nim. Nachmurzyła się, gdy zauważyła, że znów zapalił papierosa.

— Harry, mówię do ciebie.

— Odejdź! — rzucił ostro. Dym wyleciał z jego ust szarym kłębem, niemal natychmiast ulatując w ciemność nocy. — Nie mam ochoty na rozmowę.

— Słuchaj mnie, zakuty łbie! — warknęła Ginny, odwracając go do siebie. Natychmiast złagodniała, gdy zobaczyła jego zbolałą minę, przeczącą nieprzyjemnemu tonowi głosu. — Harry, ja wiem, że to cię boli. Ale… wytrzymaj jeszcze trochę, dobrze? I musisz się pilnować przy naszym podopiecznym. Jeśli się dowie, spanikuje, a wtedy możesz być pewien, że ogłosi całemu światu to, iż przeżył.

— Gin… — pogłaskał ją po policzku, a potem przytulił, wyrzuciwszy niemal całego papierosa do popielniczki. Nabrał powietrza w płuca, wdychając zapach jej rudych włosów. Pachniały malinami. — Gin, co ja bym bez ciebie począł… — Odsunął ją od siebie na kilka cali, a potem złożył krótki pocałunek na jej ustach.

W tej chwili wpadł oczywiście Ron. Wytrzeszczył oczy na Harry'ego i siostrę, podczas gdy sam Harry cofnął się o krok z łagodnym uśmiechem.

— Przecież…

— Spokojnie, Roniaczku, Harry nie robi mi nadziei na nic — odezwała się złośliwie Ginny, uprzedzając Harry'ego. Ron poczerwieniał na dźwięk zdrobnienia imienia, którego szczerze nienawidził. — Po prostu mi podziękował. Poza tym mam przecież kogoś. — Mrugnąwszy do Pottera, wyszła, mijając skonfundowanego Rona.

Harry uniósł ręce do góry.

— O nic mnie nie pytaj, ja nic nie wiem. Nawet gdybym wiedział, nie powiedziałbym ci.

— Jesteśmy przyjaciółmi! — oburzył się Weasley.

Czarnowłosy mężczyzna zaśmiał się.

— Oczywiście, ale, wybacz, Ginny jest mi bliższa. Tak bliska, jak nikt nigdy nie był.

Zagryzł wargę, przypominając sobie te wszystkie chwile, które spędził z Ginny. Nie miał wtedy żadnego kontaktu z Ronem czy Hermioną, nie przechodził tego wszystkiego z nimi. Dawna miłostka dodatkowo ich do siebie zbliżyła. Jak Ron mógł nazywać się jego najlepszym przyjacielem, Hermiona tak samo, Ginny była… Nawet nie miał na to słowa. Mogła dokańczać za niego myśli, wiedziała, co planuje, bezbłędnie odgadywała jego nastroje.

Wyminął Rona bez słowa. Był w połowie drogi do pokoju, który dzielił na wspólną prośbę z Ginny, gdy jego przyjaciel odezwał się:

— To dziś.

— Wiem, stary. Wszystkiego najlepszego na nowej drodze.

— A jeśli się nie zgodzi? — zapytał, wyrażając na głos swoje obawy.

— Dlaczego miałaby się nie zgodzić? Tylko specjalnie okoliczności powstrzymałyby ją od powiedzenia „tak".

— A może mnie nie kocha?

— Wmawiaj sobie dalej, kumplu. — Wszedł do sypialni, zatrzasnął za sobą drzwi.


Do przyjścia Hermiony wszyscy byli już ubrani luźno, lecz z klasą. Pani Weasley z pomocą Fleur i jej męża nakryli do długiego stołu, a pan Weasley z Georgem i Charlie'em przygotowali ogród, przystrajając go kolorowymi kwiatami oraz sznurami jaśniejących ciepłymi kolorami lampek. Harry uważał pogodę za niezwykle dopisującą, bo chmury odsłoniły księżyc, było nawet całkiem ciepło, jednak stawał się coraz bardziej markotny z każdym spojrzeniem na poważnego George'a. Odkąd Fred umarł, nie słyszał, by George się śmiał. A gdy rok temu zaatakowali go zbuntowani dementorzy, musiał wzywać aurorów na pomoc. Harry również przybył, sam odegnał patronusem zmory swojego niegdysiejszego życia. Aurorzy natychmiast odesłali dementorów w miejsce, skąd nie mieli się już wydostać.

Poczuł ciepłą dłoń na ramieniu, odruchowo położył na niej swoją. Nie musiał wysilać się i kręcić głową na boki, aby wiedzieć, że mentalnego wsparcia udzielała mu Hermiona, która dopiero co się aportowała. Po chwili stanęła obok niego, opuszczając rękę, która ześlizgnęła się gładko po jego ramieniu.

— Wciąż pamiętasz starego George'a, wciąż słyszysz w głowie jego śmiech — stwierdziła, patrząc na Arthura, który starał się zejść z oczu wydającej polecenia żony.

— A ty nie? — odparł gorzko. Odwrócił się twarzą do niej, plecami opierając o framugę i zakładając ręce na piersi. — Teraz George nie jest George'em. Ten prawdziwy jest… komikiem, który nas pociesza w chwili największego smutku. Jest takim promieniem słońca niosącym nadzieję pośród deszczowych chmur. Jest wyjątkowy. A przez tych… tych… — zacisnął ręce w pięści z bezsilnej złości — zabijaków stracił powód do śmiechu, swojego partnera, uzupełnienie. Oni zawsze chodzili razem. Pewnie rozdzielaliby się tylko w chwili, gdyby musieli iść z żonami do łóżka. Chyba że o czymś nie wiemy — dodał, uśmiechając się wręcz nieśmiało.

Hermiona objęła go ramionami, po czym ruszyła w stronę pani Weasley, aby zapytać, w czym może pomóc. Jej miejsce u jego boku zajęła Ginny, splatając ich palce ze sobą, a Hermiona, która odważyła się podejść do Molly, została usadzona w miejscu, bo była gościem.

— Będą tworzyć piękną parę — westchnęła cichutko najmłodsza latorośl Weasleyów.

Ścisnął jej dłoń.

— Bylibyśmy tacy sami, gdyby nie moje… skrzywienie.

— Nie mów tak — upomniała go łagodnie. — To nie skrzywienie czy choroba. Taki jesteś. To jest zakorzenione głęboko w twojej podświadomości. Pamiętaj, że to heteroseksualni rodzice mają dzieci i one czasem są homoseksualistami, bo tak jest. Nie jest to z wyboru, nie rodzą się w rodzinach gejowskich czy lesbijskich. — Uśmiechnęła się do niego. Tysiące razy mu to powtarzała i raz to przyswajał, zachowując się normalnie i przyznając do orientacji, a kolejny świrował, odstawiając teatrzyk pod tytułem „Jestem nienormalny". — Dlatego teraz pójdziesz ze mną i zjesz, rozumiemy się? Jutro trzeba wcześniej wstać, mieliśmy wyjechać z Draco na wakacje, pamiętasz? Ten dom musi mu się wreszcie nudzić.

— Pamiętam. Będziemy musieli szybko udać się do Londynu. — Splótł jej palce ze swoimi, ucałował policzek. — Nikt nie wie — domyślił się.

Ginny potrząsnęła głową.

— Jutro o tej porze będziemy siedzieć w hotelu i rozpakowywać się.

Poszli usiąść do stołu. Wszyscy zasiedli, więc zaczęli jeść. Ron wciągnął Harry'ego w rozmowę o quidditchu, a Hermiona szeptała coś do Ginny. Dziewczyna cały czas się śmiała, czasem odpowiadając starszej od siebie dziewczynie tak samo cicho. George rozmawiał poważnie z Percym i Charlie'em, a Bill, Fleur i państwo Weasleyowie omawiali sprawy czarodziejskiego świata.

Harry zjadł ledwie kawałek ciasta, gdy coś w jego kieszeni zaczęło ogłuszająco piszczeć. Zdążył tylko rzucić Ginny pełne obaw spojrzenia, przeprosił wszystkich, a potem wybiegł poza teren Nory i aportował się z trzaskiem.

Księżyc się schował, więc mógł stać na ścieżce niezauważony. Trzymał różdżkę w pogotowiu i wtedy ruszył przed siebie.

Drzwi były zamknięte, jednak brakowało na nich zaklęć, które nałożył. Pchnął je lekko, krzywiąc się, gdy zaskrzypiały. Korytarz był ciemny, jednak ktoś był w domu, ponieważ Harry usłyszał ciche stąpanie po kafelkach w kuchni. Niewiele myśląc, skierował się w tamtą stronę. Modlił się tylko, aby Draco się nie obudził i nie próbował zejść na dół.

Stanął przy framudze drzwi z bijącym sercem. Następnie wszystko potoczyło się bardzo szybko; Harry wparował do kuchni, poleciały zaklęcia niewerbalne, sprzęty tłukły się głośno, aż wreszcie ktoś zapalił światło. Harry, mniej zaskoczony tym faktem od swojego przeciwnika, rzucił klątwę paraliżującą. Włamywacz runął na podłogę, łamiąc sobie nos.

Harry odwrócił się za siebie i zobaczył Draco, który chwiał się nawet mimo kuli. Szybko do niego doskoczył, zarzucił sobie jego rękę na ramię, zabrawszy pomocny sprzęt. Razem doszli do drzwi kuchni, aby przyjrzeć się napastnikowi.

Okazał się nim być ktoś, kogo Draco najwidoczniej znał, gdyż odskoczył chwiejnie. Harry w ostatniej chwili go złapał, chroniąc przed upadkiem. Odgarnął mu włosy z czoła, posadził na krześle, które stało kilka kroków od nich. Przypatrywał się przerażonemu podopiecznemu ze zmartwioną miną. Zastanawiał się, kim mógł być napastnik. Pytanie to miał chyba wypisane na twarzy, gdyż Dracon, oddychając ciężko, odpowiedział szeptem:

— T-to… On pomagał… Macnairowi. On… Zrobił mi…

Harry przytulił go bez słowa. Draco potrzebował chwili, aby uspokoić się w ramionach opiekuna. Rozumiał jego traumę, ból. Sam pewnie również by się bał samego kata, gdyby skrzywdzono go w podobny sposób. On sam musiał jedynie stanąć naprzeciw Voldemorta, mordercy swoich rodziców oraz innych osób, z którymi w żaden sposób związany nie był. Gdyby go katował jak Macnair oraz ten tu, pewnie nie miałby sił stawić mu czoła.

— Już, uspokój się… — wyszeptał, aby Draco mógł spokojnie odetchnąć.

Malfoy pokiwał powoli głową. W miarę mijających sekund odzyskiwał swój rezon oraz opanowanie. Chrząknął, po czym skierował różdżkę na włamywacza. Harry, chociaż wiedział, co zamierzał jego podopieczny, nie oponował. Oficjalnie Dracon i tak nie żył, kogo mieliby ścigać za przestępstwo?

Avada kedavra! — krzyknął, a znany Potterowi zielony promień pomknął w kierunku mężczyzny.


KONIEC ROZDZIAŁU DRUGIEGO